Trzecia Droga

Portal Nacjonalistyczny

Adam Busse: Mój komentarz ws. Piotra Zychowicza, cenzury i swobody badań historycznych

Ostatnimi czasy w środowisku naukowym, a później – co za tym poszło – systemowej prawicy zawrzało. Nie będę się rozpisywał szczegółowo, o co chodzi, więc ograniczę się do jednego czy dwóch zdań. Mowa jest o usunięciu dwóch książek z konkursu „Książka Historyczna Roku 2019”: „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA” Piotra Zychowicza oraz „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” Władysława Studnickiego (w kategorii źródeł historycznych). Wskutek usunięcia książek rozpętała się burza zakończona unieważnieniem tegorocznej edycji konkursu. Obie strony wystosowywały oświadczenia, w sieci zawrzało od komentarzy, indywidualnych opinii, jednak skupione one były na okazywaniu solidarności z publicystą historycznym Piotrem Zychowiczem bądź jego dyskredytowaniu oraz podpalaniu tym samym wzajemnego sporu, konfliktu, kolejnego wręcz etapu wojny polsko-polskiej zamiast podjęcia uczciwej debaty naukowej, historycznej.

Piotr Zychowicz to historyk z wykształcenia (absolwent UW) i publicysta historyczny, wokół którego trudno przejść obojętnie w recepcji badań nad najnowszą historią Polski i jednocześnie który wzbudza skrajne emocje swoimi tezami publicystycznymi. Jedni go lubią, drudzy go nienawidzą. Dla jednych jest głosicielem prawdy i innego spojrzenia na historię, dla drugich – publicystą piszącym na zamówienie, pyszałkowatym młodym historykiem. Trudno w takiej sytuacji znaleźć prawdę po środku, więc spróbuję to zrobić.

Mam za sobą lekturę większości książek red. Zychowicza, spośród których jedne oceniam dość dobrze, drugie bardziej krytycznie. Na pewno zyskał moją sympatię za trzy pierwsze książki: „Pakt Ribbentrop-Beck”, „Obłęd’44” i „Opcję niemiecką”. W tych książkach podjął się syntezy omówienia trudnych wyborów politycznych ostatnich rządów II Rzeczypospolitej, polityków i dowódców w okresie II wojny światowej (mowa tu szczególnie o problemie zmieniającego się układu sił w Europie na rzecz rosnącej potęgi Trzeciej Rzeszy oraz kwestii sojuszy, okupacji i mirażach wokół decyzji o rozpoczęciu powstania warszawskiego). W mojej ocenie te książki z perspektywy czasu są syntezami. Niczego nowego w wyżej wymienionych publikacjach Piotr Zychowicz nie napisał, ponieważ na te tematy wypowiadał się już ponad 70-80 lat temu szereg publicystów, polityków oraz intelektualistów różnego stopnia. Spośród nich można wymienić m.in. Stanisława Cata-Mackiewicza, Józefa Mackiewicza, Adolfa Bocheńskiego, płk Ignacego Matuszewskiego czy Władysława Studnickiego (temu ostatniemu poświęcę osobny akapit). Na ich myśli red. Zychowicz powoływał się i obszernie cytował formułując swoje tezy, stąd moim zdaniem jego pierwsze publikacje powinny być traktowane wyłącznie jako źródło odniesienia do pogłębiania studiów na temat myśli politycznej, geopolityki, koncepcji i idei forsowanych w interesujących nas okresach przez wyżej wspomnianych autorów. Nie powinny być one traktowane w charakterze prawdy absolutnej, ponieważ były pisane publicystycznym stylem, różniącym się od historycznego, naukowego opracowania opartego na bibliografii, przypisach, odniesieniach do całości materiału źródłowego oraz bardzo ważnej dla warsztatu historyka krytyce źródła. Nie będę się rozpisywał m.in. nad serią „Opowieści niepoprawnych politycznie”, ponieważ ich nie przeczytałem w całości, za to zdecydowanie krytycznie mogę ocenić „Skazy na pancerzach” i „Wołyń zdradzony”. W mojej opinii, jeśli mam ograniczyć się do dosłownie dwóch zdań, to spróbuję. „Skazy na pancerzach” mające opowiedzieć historię incydentów, mordów, rabunków, zbrodni i innych godnych potępienia czynów popełnionych przez część żołnierzy powojennego Podziemia Antykomunistycznego zostały napisane w niewłaściwy sposób. Red. Zychowicz prawie wyłącznie gros materiału badawczego do napisania książki oparł na relacjach świadków i osób, które padły ofiarami karygodnych czynów części żołnierzy podziemia; dla porównania, fragmentarycznie lub wręcz wyrywkowo konfrontowano je z zeznaniami żołnierzy podziemia (tu należy zaznaczyć, że oparto się szczególnie na materiałach nie z przeprowadzanych śledztw, tylko procesów politycznych). Nie dokonano krytyki źródła – w tym wypadku zeznań ofiar oraz wspomnień żołnierzy podziemia. Nie przedstawiono całościowych dowodów materialnych i rzeczowych zbrodni, a są one najważniejsze przy ocenie danych wydarzeń, zaś w następnej kolejności są dopiero zeznania świadków, ofiar i sprawców. Można jeszcze wyliczać błędy tej przedostatniej książki Zychowicza, ale to wymaga osobnego omówienia. „Wołyń zdradzony” podjął dość mocny i kontrowersyjny temat, związany ze zbrodnią galicyjsko-wołyńską w latach 1943-1944, której sprawcami są ukraińscy szowiniści. I tu się zatrzymamy.

Oczywiście, osobną kwestią jest rzetelna i uczciwa debata historyczna na temat tej książki (jak i innych, wychodzących z pióra red. Zychowicza) oraz zastanowienie się nad rodzącymi się pytaniami: Czy faktycznie dowództwo Armii Krajowej pozostawiło Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej na pastwę ukraińskich partyzantów oraz rozagitowanych propagandą OUN-UPA chłopów? Na ile AK i ogólnie Polskie Państwo Podziemne udzieliło i mogło faktycznie udzielić pomocy mordowanym na Wołyniu Polakom? W jakim stopniu Komenda Główna AK, na podstawie otrzymywanych raportów od swoich wschodnich placówek, zdawała sprawę z rosnącego zagrożenia ukraińskiego wobec tamtejszej, polskiej społeczności? Czy AK mogła zmobilizować się przed kulminacją Rzezi Wołyńskiej, czyli nocą 10/11 lipca 1943 r. (choć pierwsze zbrodnie miały miejsce już na początku lutego 1943 r., vide: zbrodnia w Parośli I)? Czy miała w ogóle możliwość rozszerzenia i rozwinięcia swoich struktur wojskowych, cywilnych i konspiracyjnych w warunkach sowieckiej, później niemieckiej okupacji (jeszcze wobec równoległego rozwijania się ukraińskiego podziemia, które szczególny obrót przybrało od jesieni 1942 r.)? W jaki sposób i na jaką skalę na miejscu Armia Krajowa współpracowała z polskimi samoobronami? Te pytania się rodziły, rodzą i będą rodzić. I bardzo dobrze. Trzeba o tym dyskutować, spierać się, bronić, atakować, punktować. Ale spierać się, bronić, atakować, punktować w oparciu o argumenty naukowe, źródła historyczne, wspomnienia, relacje, dowody spraw różnego autoramentu, publikacje, opracowania i ówczesny bądź aktualny stan badań nad problemem naukowym. Nie zaś na drodze wykluczania książek z konkursów na książki historyczne roku etc. oraz ośmieszania autorów na Twitterze, bo to już kwalifikuje się pod ingerencję polityczną niezależnie jakiej opcji politycznej w historię jako naukę oraz dążenie do podporządkowania historii pisaniu na faktycznie zamówienie dowolnej opcji politycznej. Nie chcę jednak używać tutaj słowa „cenzura”, bo to byłoby nieuczciwe, zważywszy na fakt, że najnowsza książka Zychowicza nadal figuruje w półkach sklepowych i można ją kupić na miejscu, bądź drogą zakupu internetowego.

Teraz przejdźmy do drugiej książki, tym razem wydanego drukiem źródła historycznego. Jest to książka żyjącego w latach 1864-1951 polskiego działacza niepodległościowego, publicysty i polityka ochrzczonego przez publicystów mianem „czołowego polskiego germanofila”, czyli Władysława Studnickiego. W czerwcu 1939 r. napisał i wydał książkę pod tytułem „W sprawie nadchodzącej drugiej wojny światowej”, która została skonfiskowana na polecenie ministra spraw zagranicznych Józefa Becka, i za którą m.in. grożono Studnickiemu wysłaniem do obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej (wbrew tezom centroprawicowych publicystów nie był ów obóz więzieniem tylko dla komunistów; tam – bez wyroku sądowego – byli więzieni, represjonowani, szykanowani i bici wszyscy przeciwnicy sanacyjnej władzy lat 1926-1939: ludowcy, konserwatyści, endecy, socjaliści z PPS, narodowi radykałowie z ONR-ABC i RNR „Falanga”). Dlaczego ocenzurowano tę książkę 80 lat temu? Zacytuję Cata: „Studnickiemu zagrożono, że zostanie osadzony w szpitalu wariatów, jeśli zacznie osłabiać hasło „Silni, zwarci, gotowi”. A no – było to logiczne. W społeczeństwie ogarniętym powszechną wariacją miejsce jedynego człowieka przytomnego było w szpitalu wariatów.” Studnicki prognozował w niej przebieg potencjalnej wojny w Europie: wojnę polsko-niemiecką, niewykonanie w jego opinii zobowiązań sojuszniczych przez Francję i Wielką Brytanię, utratę Kresów Wschodnich, a w dalszej perspektywie zwycięstwo ZSRR oraz idącą za tym sowiecką okupację Polski. Teraz, z perspektywy lat można uznać, że przebieg wojny w większości nastąpił zgodnie z prognozami Studnickiego. On sam mimo proniemieckiej orientacji politycznej, której był wierny do końca swoich dni, w okresie okupacji niemieckiej uratował wielu Polaków z niemieckich więzień (doprowadził on do zwolnienia m.in. Adolfa Nowaczyńskiego i Bolesława Piaseckiego, starał się również o uwolnienie Jana Mosdorfa), pisał memoriały do władz niemieckich postulujące utworzenie armii polskiej dla przyszłej wojny ze Związkiem Sowieckim („Memoriał w sprawie odtworzenia Armii Polskiej i sprawie nadchodzącej wojny niemiecko-sowieckiej”, 15 listopada 1939 r.) oraz potępiające surowo ich politykę okupacyjną względem Polski („Memoriał dla Rządu Niemieckiego w sprawie polityki okupacyjnej w Polsce”, grudzień 1939 r.), a także był represjonowany za swoje działania przez niemieckiego okupanta. To powinno szczególnie przemówić do rozsądku tym, którzy mieli czelność porównywać pracę Studnickiego do… „Mein Kampf” Adolfa Hitlera i argumentować usunięcie tego źródła z konkursu obawą przed atakami środowisk żydowskich na Polskę. Argument nie jest z ich perspektywy bezzasadny, chodzi bowiem o drugi rozdział książki, zatytułowany „Żydzi a wojna”. W skrócie: Studnicki w tym rozdziale przedstawia wpływ Żydów na amerykańskie elity finansowe, związek kapitału amerykańskiego z żydowskimi domami bankowymi, ich wpływem na prasę oraz mirażami finansowymi zaangażowania się w wojnę światową. Stwierdzenie w opinii Studnickiego faktu historycznego 80 lat temu ma być uznawane za przejaw antysemityzmu? Czy obawy o ataki ze strony zagranicznych ośrodków mają uzasadniać ograniczanie wolności słowa w imię jakichś wyższych idei mających temu przyświecać?

Nie będę tutaj – mimo moich prywatnych sympatii do Piotra Zychowicza – kreował go na ofiarę „cenzury historycznej”. Przypomnę tylko na koniec kilka nazwisk faktycznie niepokornych historyków, którzy w imię umiłowania, badania i poznania Prawdy (której badaniu służą bądź służyli jako historycy) ryzykowali nagonkę, szykany, złą opinię w demoliberalnej prasie, a w skrajnych przypadkach – bojkot towarzyski – w imię poprawności politycznej. Prof. Krzysztof Jasiewicz, śp. prof. Paweł Wieczorkiewicz, prof. Richard Lukas (amerykański historyk polskiego pochodzenia), śp. dr Dariusz Ratajczak…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.