Ernst Friedrich Schumacher: Problem skali

Zostałem wychowany w duchu takiej interpretacji procesu historycznego, która sugerowała, że na początku była rodzina, potem rodziny połączyły się w plemiona, potem z połączenia plemion powstały narody, a z połączenia narodów „Związek”, „Stany Zjednoczone” tego czy owego. No i że w końcu możemy doczekać powstania jednego Światowego Rządu. Ta ewolucja niesłychanie interesowała mnie, odkąd po raz pierwszy usłyszałem tę pozornie prawdopodobną teorię. Nie mogłem jednak zamknąć oczu na fakt, że w świecie dzieje się coś wręcz przeciwnego — mnożą się państwa narodowe. Jakieś dwadzieścia lat temu Organizacja Narodów Zjednoczonych liczyła sobie 60 członków, a dziś jest ich przeszło dwukrotnie więcej i wciąż przybywa nowych. W czasach mojej młodości proces powstawania państw narodowych nazywano „bałkanizacją” i uważano za zjawisko bardzo negatywne. Mimo że opinię taką słyszy się niezmiennie od ponad pięćdziesięciu lat, proces ten trwa i rozwija się radośnie prawie na całym świecie. Duże struktury rozpadają się na wiele mniejszych i takie zjawisko, będące groteskowym zaprzeczeniem wpajanych mi teorii, nie powinno przechodzić nie zauważone bez względu na to, jak je oceniamy.

Druga teoria, którą wbijano mi do głowy, głosiła, że warunkiem zamożności kraju jest jego wielkość terytorialna. Im większy kraj, tym lepiej. To też wydawało się prawdopodobne. Spójrzmy, jak wyglądały „pumperniklowe”, jak nazywał je Churchill, księstwa niemieckie przed nastaniem Bismarcka i porównajmy je z jego Rzeszą. Czyż nie jest prawdą, że wielki rozkwit gospodarczy Niemiec stał się możliwy wyłącznie dzięki ich zjednoczeniu? Ale przecież niemieckojęzyczni Szwajcarzy i niemieckojęzyczni Austriacy, którzy nie połączyli się, też dali sobie radę. Jeśli zaś sporządzimy listę najzamożniejszych krajów świata, okaże się, że większość z nich to kraje niewielkie. Na liście największych krajów znajdziemy natomiast przykłady strasznej nędzy. I to również powinno nam dać do myślenia.

Wreszcie trzecia teoria, w której duchu zostałem wychowany — teoria „ekonomii skali” — głosiła, że gałęzie przemysłu i przedsiębiorstwa, podobnie jak narody, charakteryzują się niepohamowanym dążeniem do ekspansji, a tempo tego procesu dyktowane jest przez nowoczesne technologie. To prawda, że istnieje dziś więcej dużych przedsiębiorstw i prawdopodobnie są one większe niż kiedykolwiek. Równolegle jednak przybywa małych firm i, w krajach takich jak Wielka Brytania i Stany Zjednoczone, wiele z nich prosperuje znakomicie dostarczając społeczeństwu większość prawdziwie cennych wynalazków. Niełatwo jest tu pogodzić teorię z praktyką i cała sytuacja związana z zagadnieniem skali musi wydać się zagadkowa każdemu, kto wychowany został w duchu wymienionych przeze mnie teorii.

Nawet dziś jeszcze słyszymy opinię, że gigantyczne przedsiębiorstwa są nieuniknionym następstwem rozwoju. Jeśli jednak przyjrzymy się tej kwestii dokładnie, zauważymy, że gdy tylko osiągnięta zostanie upragniona wielka skala, to ogromne wysiłki kierowane są na utworzenie w jej obrębie małych jednostek. Wielka zasługa pana Sloana z General Motors polegała na tym, że stworzył on obecną strukturę tej gigantycznej firmy, która przypomina federację przedsiębiorstw o dość rozsądnych rozmiarach. W jednym z największych przedsiębiorstw Europy Zachodniej — British National Coal Board — w czasie kiedy prezesował mu lord Robens, dokonano bardzo podobnej próby. Skierowano ogromny wysiłek na wypracowanie struktury, która zachowując spójność jednego wielkiego przedsiębiorstwa stwarzałaby złudzenie, iż jest to federacja wielu firm. Monolit został zastąpiony wieloma dobrze ze sobą skoordynowanymi, dynamicznymi, współautonomicznymi jednostkami, z których każda ona własne cele, bodźce i świadomość osiągnięć. Wielu teoretyków, którzy być może utracili kontakt z życiem, uprawia wciąż kult wielkiej skali, jednak wśród ludzi praktycznych coraz silniejsze jest pragnienie, żeby sięgnąć po to, co małe i wykorzystać fakt, że jest ono wygodniejsze, łatwiejsze do pokierowania i bardziej ludzkie.

A teraz spójrzmy na nasz problem inaczej: zadajmy sobie pytanie, czego nam właściwie potrzeba. Otóż wydaje się, że potrzeba nam jednocześnie dwóch rzeczy, które na pozór wykluczają się nawzajem — wolności z jednej strony oraz porządku, jedności i możliwości współpracy, jakie stwarza duża całościowa struktura — z drugiej. W działaniu potrzebujemy małych jednostek. Bo działanie jest sprawą kontaktów międzyludzkich i liczba osób, z którymi się jednocześnie kontaktujemy, jest bardzo ograniczona. Ale gdy chodzi o idee, zasady czy etykę lub o niepodzielność pokoju czy ekologii, wtedy musimy spojrzeć na ludzkość jako na integralną całość i oprzeć nasze działania na takiej perspektywie. Innymi słowy, prawdą, jest, że wszyscy ludzie są braćmi, ale prawdą jest też, że w osobistych kontaktach potrafimy być braćmi dla niewielu. Wszyscy znamy takich, którzy potrafią mówić składnie o braterstwie ludzi całego świata, a traktują swych sąsiadów jak wrogów. Znamy również takich, którzy potrafią nawiązać świetne stosunki z wszystkimi sąsiadami, głosząc jednocześnie pełne przerażających uprzedzeń poglądy na temat rozmaitych grup ludnościowych spoza swego kręgu.

Chciałbym podkreślić tę dwoistość ludzkich wymagań w kwestii rozmiaru. Nie ma jednej odpowiedzi na pytanie o właściwą skalę. Do różnorodnych celów człowiek potrzebuje rozmaitych struktur — małych i dużych, zamkniętych i otwartych dla każdego. Niestety, ludzie jakoś nie umieją pomieścić w swoich głowach tych dwóch pozornie przeciwstawnych konieczności. Mają nieposkromioną tendencję do szukania jednego rozwiązania, zupełnie jak gdyby życie mogło mieć jakiekolwiek inne rozwiązanie niż śmierć. Podstawowym dążeniem każdej konstruktywnej pracy jest zawsze przywrócenie takiej czy innej równowagi. Skoro światową bolączką jest niemal powszechny kult wielkiej skali, to moim obowiązkiem jest podnosić zalety małego. (Gdyby panowało powszechne uwielbienie małego, niezależnie od przedmiotu i od celu, należałoby działać w odwrotnym kierunku.)

Problem skali można ująć jeszcze inaczej: przede wszystkim trzeba oddzielić od siebie, różne sprawy. Każde działanie ma pewną, sobie tylko właściwą skalę. Im bezpośredniejsze, im bardziej osobiste to działanie — tym mniejsza liczba osób może być przy nim zaangażowana i tym więcej układów i więzi międzyludzkich, które trzeba stworzyć. Wyciągnijmy naukę z następującego przykładu: wysłuchujemy wciąż uczonych wywodów o wyższości maszyn uczących nad innymi formami nauczania. Sprecyzujmy jednak — czego właściwie chcemy nauczyć? I widzimy natychmiast, że pewnych rzeczy można uczyć tylko w wąskim, kameralnym gronie, podczas gdy innych możemy oczywiście uczyć en masse — za pośrednictwem radia, telewizji, maszyn uczących czy w jeszcze inny sposób.

Tak więc skala zależy od tego, co chcemy robić. Pytanie o skalę jest dziś niesłychanie istotne, zarówno w sprawach politycznych, społecznych i ekonomicznych, jak i we wszystkich innych. Na przykład, jaka wielkość miasta jest najlepsza? Albo, można również spytać, jaka wielkość kraju jest najlepsza? To są poważne i trudne pytania. Nie da się zaprogramować komputera i otrzymać na nie odpowiedzi. Naprawdę poważne sprawy naszych czasów nie są problemem matematycznym. Nie umiemy skalkulować, co jest słuszne, ale aż za dobrze wiemy, co słuszne nie jest. Potrafimy rozróżnić, co jest słuszne, a co niesłuszne w przypadkach skrajnych, ale zwykle nasze oceny nie są dość precyzyjne, by móc powiedzieć: „Tego powinno być 5 procent więcej” albo „tamtego o 5 procent mniej”.

Weźmy problem wielkości miasta. Nie da się jej ocenić precyzyjnie, ale myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, iż górną granicą wielkości miasta powinno być około pół miliona mieszkańców. Jest sprawą oczywistą,- że po przekroczeniu tej granicy miasto nic już nie zyskuje. W Londynie, Tokio czy Nowym Jorku miliony ludzi nie dodają nic do wartości tych miast. Przeciwnie, są źródłem olbrzymich problemów i ludzkiej degradacji. Tak więc skalę wielkości, którą określa liczba 500 000 mieszkańców, można prawdopodobnie uznać za górną granicę. Ale sprawa dolnej granicy jest już trudniejsza. Najwspanialsze miasta w historii były bardzo małe jak na standardy XX wieku. Prawdą jest, że instytucje i urządzenia, służące życiu kulturalnemu miasta, zależą od nagromadzonego w nim bogactwa. Jednak wielkość potrzebnego bogactwa zależy od typu kultury, który chce się rozwijać. Filozofia, sztuki piękne, religia — te kosztują bardzo, bardzo niewiele. To, co zwykliśmy uważać za przejawy wyższej kultury — badania kosmiczne czy supernowoczesna fizyka — kosztują bardzo dużo i odbiegają nieco od rzeczywistych naszych potrzeb.

Pytanie o właściwą wielkość miast stawiam tutaj nie tylko ze względu na wagę problemu, ale również dlatego, że jest to najwłaściwszy punkt wyjścia dla rozważań o wielkości narodów.

Gigantomania, o której mówię, jest prawdopodobnie jedną z przyczyn, a na pewno jednym ze skutków nowoczesnej techniki, szczególnie w dziedzinach takich jak transport i łączność. Wysoko rozwinięte systemy transportu i łączności niosą ze sobą następstwa wielkiej wagi: dają ludziom wolność poruszania się, kiedy i dokąd zechcą.

A więc miliony ludzi zaczynają się przemieszczać. Opuszczają wsie i małe miasteczka udając się do wielkich miast, co pogłębia problem ich patologicznego rozrostu. Przyjrzyjmy się Stanom Zjednoczonym — krajowi, który dostarcza nam na to najwięcej przykładów. Socjolodzy studiują problem megapolis (metropolis wydaje się już nieadekwatne, stąd — megapolis). Mówi się dużo o polaryzacji ludności Stanów Zjednoczonych w trzech ogromnych „megaskupiskach”. Jedno ciągnie się od Bostonu do Waszyngtonu i zamieszkane jest przez 60 milionów ludzi; drugie wokół Chicago — przez kolejne 60 milionów; trzecie na Wybrzeżu Zachodnim — od San Francisco do San Diego, znów rejon ciągłej zabudowy zamieszkały przez 60 milionów ludzi. Reszta kraju jest właściwie bezludna — puste prowincjonalne miasteczka i wyludniona wieś, gdzie ziemia uprawiana jest przez olbrzymie traktory, kombajny żniwne i z pomocą ogromnej ilości środków chemicznych.

Jeśli tak ma wyglądać przyszłość Stanów Zjednoczonych, to nie jestem pewien, czy powinny one w ogóle mieć przyszłość. No, ale czy nam się podoba, czy nie, jest to rezultat obdarowania ludzi wolnością poruszania się i skutek tej cudownej mobilności siły roboczej, którą ekonomiści uważają za warunek postępu.

Wszystko na tym świecie musi mieć strukturę. Jeśli jej nie ma — jest chaos. Zanim nadszedł czas masowego transportu i masowej łączności, ludzie w zasadzie nie byli ruchliwi i struktura po prostu była. Ci, którzy chcieli zmienić miejsce pobytu, zmieniali je. Weźmy choćby świętych z Irlandii podróżujących po całej Europie. Istniała łączność i mobilność, nie było jednak tej ogólnej, masowej gotowości do zmiany miejsca pobytu, jaką obserwujemy teraz. Dziś struktury pozawalały się i świat przypomina duży okręt towarowy z nie zabezpieczonym ładunkiem. Okręt się przechyla, ładunek przesuwa na jedną burtę i statek tonie.

Jednym z głównych elementów struktury dla całego rodzaju ludzkiego jest oczywiście państwo, a jednym z głównych instrumentów strukturalizacji (jeśli wolno mi posłużyć się tym terminem) jest granica państwowa. Przed rewolucją techniczną granice miały wyłącznie znaczenie polityczne i dynastyczne; wytyczały zasięg władzy i określały, ilu poddanych można powołać do wojska. Ekonomiści zwalczali te granice jako przeszkody w swobodnym przepływie towarów i z tego zrodziła się ideologia wolnego handlu. Ale musimy pamiętać, że wówczas zarówno ludzie, jak i rzeczy nie byli tacy mobilni. Koszty transportu sprawiały, że ruch ludzi i towarów był zjawiskiem zaledwie marginalnym. W czasach preindustrialnych nie handlowano w zasadzie towarami niezbędnymi, lecz drogimi kamieniami, metalami wartościowymi, luksusowymi artykułami, przyprawami i — niestety — niewolnikami. Podstawowe potrzeby życiowe trzeba było zaspokajać we własnym zakresie. Ruch ludności natomiast — z wyjątkiem rozmaitych katastrof i klęsk żywiołowych, ograniczał się do osób mających istotne powody do przemieszczania się. Tak jak w wypadku irlandzkich świętych czy uczonych z paryskiego uniwersytetu.

Dziś mobilne jest wszystko i wszyscy. Wszelkie struktury są zagrożone i podatne na uszkodzenie bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości.

Ekonomia, której lord Keynes wróżył, że zostanie skromną gałęzią wiedzy, jak na przykład leczenie zębów, nagle stała się nauką najważniejszą na świecie. Rządy poświęcają polityce ekonomicznej prawie całą swą uwagę, i co gorsze, nie staje się ona dzięki temu ani trochę skuteczniejsza. Najprostsze sprawy, które jeszcze 50 lat temu nie przedstawiały żadnego problemu, są dziś niemożliwe do rozwiązania. Im społeczeństwo bogatsze, tym trudniej jest zrobić coś wartościowego ze społecznego punktu widzenia, ale doraźnie nieopłacalnego. Ekonomia zniewoliła nas do tego stopnia, że rządzi nawet polityką zagraniczną. Ludzie mówią: „Nie podoba nam się rząd tego kraju, ale musimy z nim współpracować, bo jesteśmy od nich zależni ekonomicznie.” Ekonomia wchłania całą naszą etykę i zaczyna dominować nad wszystkimi motywami ludzkiego postępowania. Chyba nie możemy mieć wątpliwości, że cały ten proces ma charakter patologiczny. Jedną z przyczyn tej choroby jest wielki skok technologiczny w transporcie i łączności.

Ludzie rozumują niefrasobliwie; wydaje im się, że dzięki szybkiemu transportowi i błyskawicznej łączności zdobyli pewien nowy wymiar wolności (co zresztą w paru nieistotnych względach jest prawdą). Nie zauważają jednak, że osiągnięcia te są dla wolności zabójcze. Wszystko staje się bowiem niepewne, podatne na zagrożenia, a będzie coraz gorzej, jeśli nie podejmie się wreszcie świadomych kroków i świadomego działania ograniczającego destrukcyjne wpływy nowych technologii.

Te wpływy są najbardziej widoczne w dużych krajach, gdyż, jak wiemy, granice państwowe stwarzają „struktury”. Przekroczyć granicę, wyrwać swoje korzenie z rodzimej gleby i próbować je zasadzić w obcym kraju, jest znacznie trudniejsze niż decyzja, by zmienić miejsce zamieszkania w granicach własnej ojczyzny. Czynnik mobilności jest więc tym większy, im większy jest kraj. Jego destrukcyjne wpływy znajdujemy w dużych krajach, zarówno biednych, jak i bogatych. W bogatych, takich jak Stany Zjednoczone, są to wspomniane już megapolis oraz rosnący i coraz trudniejszy do rozwiązania problem ludzi z marginesu — ludzi, którzy stali się tak mobilni, że nie mogą sobie znaleźć stałego miejsca w społeczeństwie. Bezpośrednio z tym wiąże się ogromny problem przestępczości, alienacji, stresu, rozbicia społecznych struktur, w tym również rodziny. W biednych krajach natomiast — szczególnie w tych największych — mamy efekty w postaci masowej migracji do miast i masowego bezrobocia. Wraz z wyludnianiem się wsi pojawia się widmo głodu. W ten sposób powstają „społeczeństwa dualne”, pozbawione wewnętrznej spójności i wydane na łup politycznej niestabilności.

Weźmy pierwszy przykład z brzegu — Lima, stolica Peru. We wczesnych latach dwudziestych to miasto położone na wybrzeżu Pacyfiku miało zaledwie 175 000 ludności. Dziś liczy prawie 3 miliony. To śliczne niegdyś hiszpańskie miasteczko toczy dziś rak slumsów. Pas nędzy, który otacza miasto, sięga aż do podnóża Andów. Ale to jeszcze nie wszystko. Codziennie z rolniczych rejonów kraju przybywa około tysiąca ludzi i nikt nie wie, co z nimi robić. W głębi kraju załamały się społeczne i psychologiczne struktury. Ludzie stali się mobilni i przybywają tysiącami po to, by koczować na jałowej ziemi, z której usiłuje ich przepędzić policja. A oni budują z gliny swoje lepianki i szukają pracy. I nikt nie wie, co z nimi zrobić. Nikt nie potrafi powstrzymać tej powodzi.

Wyobraźmy sobie teraz, że w roku 1864 Bismarck zaanektował całą Danię (a nie tak jak rzeczywiście zrobił t jej cząstkę) i że nic się od tego czasu nie zdarzyło. Duńczycy stanowią więc mniejszość narodową w Niemczech i, być może, walczą o zachowanie swojego języka. Ponieważ oficjalnym językiem jest oczywiście niemiecki, stają się dwujęzyczni Oczywiście, tylko przez poddanie się pełnej germanizacji mogą uniknąć stoczenia się do roli obywateli drugiej kategorii. Obserwuje się więc ciągły odpływ najambitniejszych, najbardziej przedsiębiorczych i całkowicie zgermanizowanych Duńczyków na południe. I jaką ma w tej sytuacji pozycję Kopenhaga? Jest odległą, prowincjonalną mieściną. Lub wyobraźmy sobie Belgię jako prowincję Francji. Jaka byłaby pozycja Brukseli? Znów miasteczko prowincjonalne, jakich wiele. A teraz wyobraźmy sobie, że w Danii, prowincji Niemiec, oraz Belgii, prowincji Francji, pojawia się nagle ruch niepodległościowy. Wybuchają nie kończące się, gorące spory, a koronnym argumentem przeciwników ruchu jest niedojrzałość tych narodów do kierowania własną gospodarką. Głosi się, że ich niepodległościowe żądania są przejawem „młodzieńczego zapału, politycznej naiwności, nieznajomości ekonomii i zwyczajnie bezczelnego oportunizmu”, żeby zacytować tu sławnego komentatora wydarzeń politycznych.

Jak można rozpatrywać problem, który nie istnieje? Czy można o narodzie powiedzieć, że jest lub nie jest dojrzały do samodzielnego życia? Dojrzeć może konkretny człowiek, taki jak ty lub ja. Jeśli potrafi stanąć na własnych nogach i zarobić na życie, to znaczy, że jest dojrzały. Ale czy można wielu ludzi niedojrzałych uczynić zdolnymi do samodzielnego życia po prostu przez połączenie ich w ogromną wspólnotę? Albo, czy dojrzali przestaną być zdolni do samodzielnego życia, jeżeli ich wspólnota rozpadnie się na wiele grup małych, bardziej kameralnych, spójniejszych i łatwiejszych do kierowania? Sprawa jest chyba najzupełniej jasna i nie ma się o co spierać. Niektórzy pytają, co się dzieje, jeśli w kraju składającym się z jednej prowincji bogatej i kilku biednych następuje secesja prowincji bogatej? Najprawdopodobniej nie dzieje się nic specjalnego. Bogaci nadal są bogaci, a biedni nadal klepią biedę. „A jeśli — pytają — przed secesją bogata prowincja subsydiowała biedną, co się wtedy dzieje?” Wtedy oczywiście subsydia zazwyczaj się kończą. Ale bogaci rzadko subsydiują biednych, znacznie częściej ich eksploatują. Nie robią tego jawnie, raczej za pośrednictwem terms of trade (warunków wymiany). Oczywiście, mogą stwarzać pozory przez pewne zróżnicowanie opodatkowania lub niewielkie zapomogi, ale odłączenie się od biednych to jest ostatnia rzecz, jakiej by sobie życzyli.

Zazwyczaj sprawy mają się odwrotnie — mianowicie, biedne prowincje chcą uniezależnić się od bogatych, a bogaci robią wszystko, by je utrzymać, ponieważ wiedzą, że eksploatacja we własnych granicach jest nieporównanie łatwiejsza niż eksploatacja poza nimi. Powiedzmy, że biedna prowincja pragnie niezależności i gotowa jest zrezygnować z subsydiów. Jakie stanowisko powinniśmy zająć?

Nie idzie o to, byśmy decydowali, lecz o to, co powinniśmy sądzić? Czy nie jest to pragnienie godne poparcia i szacunku? Czyż nie chcielibyśmy, żeby ludzie usamodzielniali się, byli wolni i odpowiadali za siebie? A więc znowu nie ma problemu. Mogę więc chyba stwierdzić, że problem dojrzałości do samodzielnego życia nie istnieje. Jeżeli kraj chce eksportować na cały świat i importować z całego świata, to przecież nie jest powiedziane, że musi w tym celu anektować cały świat.

Czy duży rynek wewnętrzny jest koniecznie potrzebny? Moim zdaniem jest to znowu złudzenie optyczne. Mówiąc „duży” myślimy o rynku zamkniętym granicami kraju. Zgoda, że rynek zasobny jest lepszy od biednego, ale to, czy jest on po tej, czy po tamtej stronie granicy naprawdę nie ma większego znaczenia. RFN nie musiała przecież przyłączać Stanów Zjednoczonych po to, żeby sprzedać wielką ilość Volkswagenów, Ale inaczej dzieje się, kiedy biedną prowincją lub biedną grupą społeczną rządzi prowincja lub grupa bogata. Dlaczego? Ponieważ w mobilnym, niczym nie skrępowanym społeczeństwie brak równowagi działa nieporównanie silniej niż tak zwane prawo równowagi. Sukces rodzi sukces, a stagnacja — stagnację. Prowincja, której się wiedzie wysysa życie z tej, której się nie wiedzie. Jeżeli się ich nie chroni, słabi są bez szans. Słabi pozostają słabszymi albo migrują w nadziei, że uda im się zmieszać z silnymi — jakoś do nich dołączyć. Bo sami sobie nie potrafią pomóc.

Najistotniejszym problemem drugiej połowy XX wieku jest sprawa geograficznego rozmieszczenia ludności — zagadnienie „regionalizmu”. Ale regionalizm powinien być rozumiany nie jako łączenie krajów w strefy wolnego handlu, lecz odwrotnie, jako koncepcja rozwoju wszystkich regionów wewnątrz jednego kraju. Jest to naprawdę najważniejszy punkt na liście problemów do rozwiązania w każdym dużym kraju. Wiele z ujawniających się w ostatnich latach nacjonalizmów i duża część ruchu separatystycznego bierze się nie tyle z tak zwanych dążeń niepodległościowych, ile z prostej i logicznej potrzeby regionalnego rozwoju. Zwłaszcza w biednych krajach nie ma żadnej nadziei na poprawę losu biedaków, dopóki nie wprowadzi się w życie skutecznego programu rozwoju regionalnego, czyli rozwoju skierowanego poza obszar stołeczny i docierającego do wszystkich, choćby najmniejszych osiedli. Jeśli nie uczyni się tych wysiłków, biedacy będą egzystowali w niezmiernie nędznych warunkach albo migrowali do dużych miast, gdzie czeka ich jeszcze żałośniejszy los. Dziwne to doprawdy zjawisko, że cała uznana mądrość dzisiejszej ekonomii nie jest w stanie pomóc tym, którzy cierpią nędzę.

Nie jest, ponieważ potrafi jedynie udowadniać, że opłaca się tylko polityka ekonomiczna, która prowadzi do dalszego wzbogacania i tak już silnych i bogatych. Potrafi wykazywać, że ma sens tylko taki rozwój ekonomiczny, który odbywa się w pobliżu stolicy lub innego wielkiego miasta, a nie na wsi. Dowodzi, że przedsięwzięcia na wielką skalę są zawsze bardziej opłacalne od przedsięwzięć małych i dostarcza argumentów za projektami kapitałochłonnymi, a przeciw pracochłonnym. Rachunek ekonomiczny zastosowany do dzisiejszych działań gospodarczych nieodmiennie prowadzi przedsiębiorcę do wyeliminowania czynnika ludzkiego — ponieważ maszyny nie mylą się tak jak ludzie. Stąd bierze się silna tendencja do automatyzacji i dążenie do tworzenia coraz większych struktur.

W rezultacie ci, którzy nie mają do sprzedania nic poza swoją siłą roboczą, zajmują najsłabsze pozycje przetargowe. To, czego się dziś uczymy jako ekonomii, nie uwzględnia w ogóle biednych. A przecież to im właśnie rozwój ekonomiczny jest najbardziej potrzebny. Ekonomia automatyzacji i wielkiej skali jest pozostałością po XIX-wiecznych stosunkach i XIX-wiecznym sposobie myślenia, i w żaden sposób nie nadaje się do rozwiązywania dzisiejszych problemów. Potrzebny jest nam całkowicie nowy system myślowy — system, dla którego ludzie, a nie przedmioty, byliby punktem wyjścia (nie bójmy się, przedmioty nie dadzą sobie zrobić krzywdy!).

Można by to zawrzeć w jednym zdaniu: produkcja przez masy, a nie produkcja masowa. To, co w XIX wieku było niemożliwe, dziś już niemożliwe nie jest. To, co zostało wtedy ze zrozumiałych względów zaniedbane — dziś jest palącym problemem. Trzeba więc świadomie wykorzystać nasz ogromny potencjał naukowy i techniczny do walki z nędzą i ludzką degradacją. Walki, która prowadzona musi być raczej wspólnymi siłami poszczególnych jednostek, rodzin, małych grup, niż pod auspicjami państw i tym podobnych anonimowych abstrakcji. Musimy sobie jednak zdać sprawę, że zakłada to specjalną strukturę polityczną i organizacyjną, w której kameralne działania byłyby możliwe.

Co właściwie znaczą te pojęcia: demokracja, wolność, godność człowieka, poziom życia, samorealizacja? Czy to jest kwestia rzeczy, czy ludzi? Oczywiście ludzi, ale ludzie zachowują swoją tożsamość jako członkowie małych grup o wyraźnych strukturach. Tak więc musimy nauczyć się myśleć w kategoriach organizacji, która mieści w sobie mnogość małych jednostek. Jeżeli myśl ekonomiczna nie potrafi się do tego nagiąć — to znaczy, że do niczego się nie nadaje. Na razie obraca się w kręgu wielkich abstrakcji: dochód narodowy, stopa wzrostu, stopa kapitałochłonności, analiza efektywności, mobilność siły roboczej i akumulacja kapitału. Jeśli się z nich nie” wyzwoli, nie zejdzie w dół do realiów ludzkiej nędzy, frustracji, alienacji, rozpaczy, załamań, przestępczości, eskapizmu, stresów, przeludnienia, brzydoty i duchowej śmierci — to lepiej będzie, jeśli zapomnimy o ekonomii i zaczniemy wszystko jeszcze raz.

Czy nie dość już „znaków”, że bez tego się nie obejdzie?

Wykład wygłoszony w sierpniu 1968 roku w Londynie i opublikowany w „Resurgence. Journal of the Fourth World”, t. II, nr 3, październik—listopad 1968.

Źródło: E. F. schumacher, Małe jest piękne. Spojrzenie na gospodarkę świata z założeniem, że człowiek coś znaczy, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1981, ss. 77-90.

Tekst opublikowany dzięki uprzejmości portalu Dystrybucjonizm.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.