John C. Médaille: Dystrybucjonizm i obecny kryzys

Dyskusje dotyczące działań zaradczych w związku z obecnym kryzysem finansowym przeważnie przybierają postać argumentów lokujących rozwiązanie w spektrum między „socjalizmem” i „kapitalizmem.” Jednak taka dyskusja jest wadliwa ze względu na oba terminy. Realny socjalizm upadł w 1989 i niewielu ludzi wyraża chęć powrotu do tego okropnego systemu. Mniej znany jest fakt, że czysty kapitalizm załamał się w 1929, by odtąd nigdy już nie powstać w żadnym miejscu świata. Dziś zaledwie kilku obywateli posiada żywą pamięć czasów realnego kapitalizmu i przeważnie nie są to wspomnienia pochlebne.

Kapitalizm upadł bowiem z tych samych powodów, co komunizm – okazał się ofiarą własnych sprzeczności wewnętrznych, skutkujących ciągłą niestabilnością. Pracownicy z pewnością nie akceptowali tego systemu, ale była to również postawa samych kapitalistów i zaledwie nieliczni z nich żegnali go z przykrością. Czysty kapitalizm okazał się toksyczny zarówno dla kapitału jak i pracy, zresztą zgodnie z tym, co w 1913 przewidział Belloc.

Pierwsze zadanie w reformowaniu system polega na jego zrozumieniu, a jest to system całkowicie wadliwy i zrozumieć go możemy w oderwaniu od popularnie stosowanej, ideologicznej terminologii. Systemem, który zastąpił czysty kapitalizm był wpierw nadaktywny keynesizm spowodowany II wojną światową, który trwał aż do późnych lat 70-tych; keynesizm został następnie zastąpiony czystym merkantylizmem łączącym prywatny przywilej i państwową władzę, co rozwścieczyło Adama Smith’a . To właśnie merkantylizm znajduje się dziś w fazie całkowitego upadku. Zarówno keynesizm, który zastąpił kapitalizm, jak i merkantylizm, który zastąpił keynesizm polega na ogromnej kontroli rządu i państwowych dotacjach, które są już nie do utrzymania. Nie możemy też wrócić do kapitalizmu lat 20-tych bez ponownego doświadczenia turbulencji tamtego okresu.

Jeśli kapitalizm nie stanowi realnej alternatywy, jeżeli reprezentuje system, który widziała garstka żyjących dziś osób, dlaczego zatem do argumentów mu przychylnych przywiązuje się tak wielką wagę? Wierzę, że powody te są przeważnie ideologicznej natury. Kapitaliści chętnie powtarzają w kółko argumenty libertarian, kiedy mają do czynienia z jakąś regulacją, czy podatkiem, który uważają za idiotyczny, jednak równie chętnie odkładają te argumenty na bok, gdy szukają własnych przywilejów i rządowych subsydiów. W ten sposób większość działających w dobrej wierze libertarian współtowarzyszy merkantylistom w wędrówce, pełniąc rolę użytecznych idiotów. Chociaż sam mam ogólnie sporo szacunku dla argumentów libertarian, to w praktyce realizacja ich nie jest możliwa poza sytuacją szeroko rozpowszechnionej własności, z czego doskonale zdawali sobie sprawę libertarianie działający przed nastaniem szkoły austriackiej.

Jednak krytyka libertarianizmu byłaby niesprawiedliwa, gdyby dystrybucjoniści nie mieli sami czegoś do zaoferowania, czegoś więcej niż płytkie frazesy, czy nawet same zasady. Wymagane jest bowiem rozwiązanie pragmatyczne i konkretne, które można zastosować do naszych bieżących uwarunkowań. W tym względzie dystrybucjoniści mają tę przewagę nad kapitalistami i libertarianami, że istnieją i doskonale działają realne systemy dystrybucjonistyczne, które możemy badać pod kątem praktycznych zastosowań do naszych własnych problemów.

Rządy, a dystrybucjonizm
Krytycy dystrybucjonizmu podnoszą zarzut, jakoby był on jedną z odmian socjalizmu. Jest to zarzut dziwny z dwóch powodów. Po pierwsze, socjalizm jest teorią nakazującą zniesienie własności prywatnej, podczas gdy dystrybucjonizm jest teorią postulującą jej maksymalne upowszechnienie, obie teorie stoją wobec siebie w całkowitej kontrze. Po drugie, sama praktyka dystrybucjonizmu w miejscach takich jak spółdzielnia Mondragón jest bardziej „libertariańska” niż wszystko, co sami libertarianie byli w stanie osiągnąć. Mimo wszystko krytyki tej nie można zlekceważyć, ponieważ sam termin „dystrybucjonizm” wywołuje zjawę „redystrybucji”- pomysłu, by jakiś komitet biurokratów decydował o tym, kto będzie posiadał coś na własność, a kto nie.

Dystrybucjonizm jednak głównie nie dotyczy tego, co rząd powinien zrobić lecz tego, jakich działań powinien zaprzestać. W tym punkcie tezy dystrybucjonistów są w dużej mierze zbieżne z tezami libertarian: to rząd jest czynnikiem pielęgnującym akumulację własności prywatnej w rękach coraz to węższego grona osób. Bez wsparcia i ochrony rządu, sterty kapitału nie były by w stanie wzrastać tak wysoko, im wyżej zaś rosną stosy prywatnego kapitału, tym cieńsze stają się ściany publicznej władzy, koniecznej do jego obrony. Rozrośnięty rząd i rozrośnięty kapitał idą ręka w rękę, jest to prosta i bezdyskusyjna konstatacja historycznego faktu.

Mając to na uwadze należy wspomnieć, że zdarzają się przypadki, w których rząd musi w istocie dokonać redystrybucji mienia. Na myśl przychodzi przypadek Tajwanu, którego populacja była przetrzymywana w faktycznej niewoli u kilku posiadaczy ziemskich. U zarania niewiarygodnego dobrobytu tej wyspy jest zdecydowane działanie rządu w postaci programu Ziemia dla rolnika, który z przymuszonych do płacenia w plonach dzierżawców uczynił niezależnych gospodarzy. Osoby broniące właścicieli ziemskich oraz świętego prawa własności stojącego ponad nędzą i cierpieniem ludzkim zniekształcają samo pojęcie własności. Własność jest świętym prawem, lecz nie jest prawem absolutnym. Każde stosowne prawo daje się zrozumieć dzięki własnym granicom, prawo absolutne zaś wcale nie jest prawem, lecz zalążkiem tyranii. Własność opierająca się na niewolnictwie innych osób nie jest zatem własnością prawowitą i właśnie w takich skandalicznych przypadkach rząd może podjąć ostre działania.

Następnie mamy przykład jednostek uznawanych za „zbyt duże, by upaść,” czy też dokładniej, jako zbyt duże, by odnosić sukcesy bez szczodrych wypłat z publicznych funduszy. W tym przypadku całkiem prawowite byłoby rozbicie ich na mniejsze firmy stanowiące własność lokalnych, czy też regionalnych banków, bądź samych pracowników. Ta sama zasada dotyczy upadłych gigantów przemysłu, którzy nie mogą istnieć bez publicznego wsparcia. Przedsiębiorstwa te można rozbić na mniejsze i zwrócić pracownikom przez celowe działanie doraźne polegające na emisji obligacji i zrównaniu zobowiązań z ich tytułu z zobowiązaniami z tytułu wynagrodzeń i emerytur. Wówczas zobaczymy, czy sami pracownicy będą w stanie zarządzać tymi firmami lepiej niż geniusze z Detroit. Jeżeli podobne doświadczenia z Argentyny mogą być jakąkolwiek wskazówką, wówczas rzeczywiście sukces znajduje się w zasięgu ręki.

Na koniec możemy zauważyć, że tak długo jak kapitalizm zdoła przetrwać, dystrybucjoniści mogą zasadnie domagać się od władz rządowego ograniczania jego różnorakich nadużyć. Tak długo jak istnieją monopole, kontrola cen stanowi uzasadnioną odpowiedź. W sytuacji idealnej chcielibyśmy wyeliminować całkowicie te monopole, które nie są absolutnie konieczne, ale dopóki rząd chroni monopole, dopóty rozsądnie jest domagać się przed nimi ochrony.

Uwzględniając to wszystko, naszym głównym interesem w stosunkach z rządem jest redukcja jego zaangażowania w gospodarkę. Nie chodzi nam o to, by nie było rządu w ogóle – nie jesteśmy anarchistami – jednak porównując z rozmiarem i skalą obecnego merkantylizmu wyglądałoby to w dużej mierze tak jak gdyby rząd był nieobecny. Wciąż istnieją funkcje, które należy pozostawić wspólnocie i te pozostałyby nietknięte. Ktokolwiek stoi w opozycji do jakiegokolwiek formy rządu, widząc w nim odmianę socjalizmu powinien we własnym domu wstrzymać się od wciskania tego przyciskiu, który odpowiada za znikanie odpadów w społecznym systemie kanalizacji.

Budowa społeczeństwa właścicielskiego zakłada zarówno cele polityczne, jak i ekonomiczne. Cele polityczne opierają się na zasadach subsydiarności (pomocniczości) i solidarności. Cele ekonomiczne zbudowane są na zasadzie sprawiedliwości będącej immanentnym składnikiem ekonomicznego porządku, nie zaś pewną dodatkową, egzogenną cechą.

Chcecie dewolucji?

Dewolucja jako problem fiskalny

Konserwatyści wyrażają frustrację powodowaną bezczelnymi naruszeniami Konstytucji przez legislaturę i sądy, naruszeniami zapewniającymi grawitację władzy w kierunku federalnego rządu, podczas gdy poszczególne stany przekształcają się w zwykłe biurokratyczne subdywizje centralnego aparatu władzy i przestają być partnerami w politycznej unii. W rezultacie wzywają do dewolucji, przekazania władzy z powrotem poszczególnym stanom. Istnieje wiele historycznych, politycznych i filozoficznych powodów przemawiających za centralizacją władzy, ale w tym przypadku problem okazuje się być natury fiskalnej. Władza podąża za własnością, jak słusznie zauważył Daniel Webster. Polityczny ekwiwalent tego zdania jest taki, że władza podąża za zdolnością do finansowania, grawituje w kierunku takiego typu rządu, który ma najwięcej pieniędzy do wydania. Gdy rząd federalny dzięki 16. poprawce do Konstytucji z 1913 – będącej źródłem dochodów bez naturalnych granic – zyskał władzę nakładania podatków dochodowych, pozostałe zapisy Konstytucji przestały mieć tak naprawdę znaczenie.

Podatek dochodowy czyni z federalnych najważniejsze źródło finansowania, a zatem i źródło władzy. Urzędnicy lokalni i stanowi mają odtąd skłonność do przekazywania problemów w górę, tam gdzie jest największe źródło funduszy. Dlatego nie dziwi nikogo fakt, że senator może ubiegać się o posadę wiceprezydenta twierdząc, że wysłał 11,000 dodatkowych policjantów na ulice. Naprawdę oznacza to, że wykonał on pracę, która powinna zostać wykonana przez miejskich radnych. Ale radni chętnie przekazali problem będącemu wyżej w hierarchii senatorowi, ponieważ to on kontrolował pieniądze. Jeżeli chcesz, aby radny i senator robili to, co do nich należy, musisz ciąć możliwości finansowania jednego z nich, zwiększając je u drugiego. Nie możesz dokonać zmian władzy, bez zmiany zasad finansowania.

Podatki dochodowe płacone są zarówno przez kapitał, jak i pracę. Zasada jest taka, że im bardziej obciążasz jakąś rzecz podatkami, tym mniej uzyskujesz z tego tytułu wpływów. Kapitał i praca powinny być opodatkowane w jak najmniejszym stopniu, jeśli w ogóle. Okazuje się, że podatki dochodowe ulegają degradacji w podatki obciążające pracę, z ciężarem przerzucanym w dół skali dochodów, lub do przodu na przyszłe pokolenia. Bogaci mogą twierdzić, że płacą większość całej sumy podatków dochodowych, ale te liczby uzyskamy jedynie przez wyłączenie z kalkulacji podatków związanych z ubezpieczeniem społecznym, które płaci się jedynie do wysokości $100,000 dochodu, nie licząc podatków przerzucanych na pokolenia naszych dzieci i wnuków.

W celu implementacji zasady subsydiarności na szczeblu rządowym, musimy posiadać subsydiarność w finansowaniu tego rządu. To znaczy, że finansowanie powinno mieć swój początek na szczeblu lokalnym i rozchodzić się w górę, a nie odwrotnie. Następnie musimy opodatkować to, co nie posiada ekonomicznej wartości, tzn. podatki powinny głównie dotyczyć renty ekonomicznej i efektów zewnętrzych (externalities). Rentę ekonomiczną można skonfiskować bez żadnych negatywnych efektów (nie uwzględniając rentierów), za to z mnóstwem efektów pozytywnych. Efekty zewnętrzne (koszty transakcji, którymi obciążony jest podmiot nie biorący w transakcji udziału, przykłądem takich kosztów jest zanieczyszczenie) powinny zostać obciążone pełnymi kosztami ich łagodzenia. Nie potrzeba szczęścia do tego, by rząd okazał się wystarczająco nieefektywny w łagodzeniu efektów zewnętrznych, co skłoni przedsiębiorstwa do łagodzenia ich we własnym zakresie i uniknięcia podatku.

Renta ekonomiczna jest głównie ucieleśniona w rencie gruntowej. Potraktowane jako podatek, renty gruntowe najefektywniej można pobierać na poziomie lokalnym, a biurokracja mająca by się tym zająć już istnieje. Oczywiście musi pojawić się narodowa zgoda dotycząca wyceny renty gruntowej i podziału między loklalnym, stanowym i federalnym rządem. Jednak niższe formy samorządu będą miały wówczas więcej zachęt do przyjęcia na siebie większej odpowiedzialności zamiast przekazywać problemy wyżej, ponieważ oznaczałoby to większy udział w dochodach, za których zbiórkę miałyby odpowiadać. Politycznie problem z podatkiem od renty gruntowej polega na tym, że brzmi on jak podatek od nieruchomości, a to przeraża wielu ludzi. Jednakże, kiedy tylko opinia publiczna zrozumie, że dokonujemy wymiany podatku dochodowego na gruntowy, większość ludzi jak podejrzewam dostrzeże przewagę takiego rozwiązania. Będą mieli do czynienia z podatkiem przewidywalnym, łatwo ściągalnym, a wszystko to bez wścibskiego rządu wtykającego nos w szczegóły dotyczące ich finansów osobistych.

Nie wyeliminuje to całkowicie podatków związanych z pracą ponieważ są jeszcze podatki społeczne. Jednak te podatki powinny być wykorzystywane wyłącznie w celu świadczenia bezpośrednich usług dla pracowników, głównie w związku z bezrobociem i ubezpieczeniem medycznym, czy emeryturami. Nie powinny jednak, jak ma to miejsce obecnie, być ściagane w nadmiarze i przekazywane do głównego funduszu przy założeniu, że w przeciągu kilku lat główny fundusz będzie dotował fundusze społeczne, przy obecnym systemie takie rozwiązanie jest zwyczajnie niemożliwe; fundusz główny już jest spłukany, a jego przeznaczeniem jest kompletna niewypłacalność.

Podatki społeczne są efektywnie ściągane (przynajmniej w przypadku pensji) ponieważ stanowią płaski podatek płacony przez firme na poczet pracownika i nie wymagają skomplikowanego procesu wypełniania formularzy z tym związanych. Ograniczenia w dochodzie powinny być zniesione, a podatek gwałtownie progresywny dla górnych 2-3% dochodów (ponieważ w tych przypadkach istnieje domniemana renta ekonomiczna), ale oprócz tego należy wykonać zaskakująco niewiele rzeczy dodatkowych. Problem staje się odrobinę bardziej skomplikowany w przypadku wynagrodzeń innych niż pensje, jednak wierzę, że te problemy można efektywnie rozwiązać.

Dewolucja i deficyt

Podatek od renty gruntowej pozwoliłby w najlepszym razie zgromadzić ok. 20% PKB. Jednakże obecna struktura wydatków rządu sumuje się w okolicach 35% PKB dlatego mielibyśmy do czynienia z niedoborem finansowym. Czy jest to przewaga naszej propozycji, czy też nie zależeć będzie od tego, czy budżet może zostać ograniczony. Nie możemy skorzystać ze strategii „zagłodzenia bestii” (starve the beast strategy), która cechowała politykę Partii Republikańskiej. Taka strategia bowiem nie ogranicza rozrostu administracji, lecz go umożliwia. Odrzućmy jakiekolwiek fiskalne restrykcje, a wyhodujemy mentalność nieliczenia się z deficytem (deficits don’t matter), która oddziela budżet od fiskalnej rzeczywistości. Co więcej, obniżki podatków bez jednoczesnych cięć w wydatkach nie są tak naprawdę obniżkami podatków, a jedynie ich przerzucaniem na przyszłe pokolenia. Wydawanie pieniędzy naszych dzieci jest zarówno nierozsądne ekonomicznie, jak i naganne moralnie.

Nie jest to jedynie problem skłonienia rządu do funkcjonowania w sytuacji okrojonych środków, mamy również do czynienia z problemem ogromnego długu, który należy spłacić (lub znacząco zredukować), jeśli zamierzamy przywrócić normalność i subsydiarność. Dług rządu federalnego w momencie kiedy piszę te słowa wynosi $11.8 biliona i gwałtownie wzrasta. Odsetki od tego długu przekraczają pół biliona dolarów i są drugą po budżecie obronnym pozycję po stronie rządowych wydatków, a niebawem przesuną się na pierwsze miejsce. Są to pieniądze, które należy wypłacić nim kupimy pojedynczą kulę lub przebudujemy pojedynczy most. Dlatego wydaje się, że mierzymy się z bardzo trudnymi problemami. Z jednej strony bowiem chcielibyśmy zredukować zarówno podatki, jak i wydatki rządu, z drugiej jednak musimy spłacać dług będący, jak się wydaje długiem nie do pokonania, własnie z tych pomniejszonych funduszy. To jednak nie wszystko. Posiadamy starzejącą się infrastrukturę, która wymaga drogich napraw. Np. system autostrad był zapoczątkowany w latach 50. i wiele jego składowych dobiega kresu użyteczności. To samo dotyczy się innych elementów infrastruktury, takich jak wały przeciwpowodziowe i tamy. Wystawi to wszelkie próby utrzymania budżetu w cuglach na olbrzymią presję.

Na dokładkę musimy stawić czoła emeryturom należnym generacji powojennego wyżu demograficznego, które zjawią się niczym fiskalne tsunami demolując budżet ubezpieczeń społecznych i opieki zdrowotnej. W obliczu tych wszystkich kłopotów wydawać by się mogło, że nie potrzebujemy niższych podatków, lecz podatki wyższe, nie wskazane jest oddanie władzy stanom, lecz jeszcze większą jej centralizacja. Jednakże oznaczałoby to w istocie powtórne przełknięcie pigułki, przez którą się rozchorowaliśmy, a która przyczyni się do jeszcze większej zapaści na zdrowiu. Jak zatem powinniśmy konfrontować te problemy?

W przypadku budżetu federalnego, nie tylko łatwo byłoby obciąć jedną trzecią wydatków z funduszu głównego, można to uczynić bez redukcji (a przeważnie z korzyścią) dla wszelkich koniecznych usług. Nie będę przytaczał tego argumentu, a jedynie napomknę, że niektóre z działań są oczywiste, np. kompletna likwidacja niepotrzebnych ministerstw takich, jak ministerstwo edukacji, koniec z państwowymi dotacjami, powrót żołnierzy do kraju (czy 700 baz poza granicami USA naprawdę zwiększa nasze bezpieczeństwo?) i przerzucenie się z podatków na opłaty tam, gdzie istnieje dająca się łatwo zidentyfikować grupa użytkowników danej usługi.

Eliminowanie długu

Jednak po budżecie na obronę, największą pojedynczą pozycję w wydatkach państwa stanowią odsetki od zaciągniętych długów. Niemożliwy jest jakikolwiek postęp dopóki ten dług nie zostanie wyeliminowany, lub przynajmniej znacznie zredukowany. Rozważając kwestię długu należy się zastanowić nad samą naturą pieniędzy. Obecnie możliwość kreacji pieniądza posiada prywatny monopol banków. Te pieniądze tworzone są z powietrza i nie reprezentują jakichkolwiek wcześniejszych oszczędności, czy produkcji. Mimo tego stanowią podstawę do roszczeń dotyczących rzeczy realnie wyprodukowanych. W przypadku rządowego zadłużenia, banki pożyczają utworzone wcześniej pieniądze, domagając się zapłaty stanowiącej ekwiwalent rzeczywistych dóbr i usług. Dlatego rząd nakłada podatki na realne dobra i usługi, by zwrócić pieniądze kredytodawcom. Jednak w niedalekiej przyszłości przestanie być to możliwe.

W przybliżeniu 41% długu ($4.3 biliona) jest w posiadaniu rządowych agencji, głównie funduszu ubezpieczeń społecznych. Tę część zadłużenia można zwyczajnie spieniężyć w przeciągu dziesięciu do piętnastu lat. Oznacza to, że rząd wydrukuje pieniądze, by spłacić dług funduszom. Niektórzy ludzie mogą być w szoku na samą myśl, by rząd drukował pieniądze, lecz jest to o wiele korzystniejsze od banków tworzących pieniądze z powietrza, przez kredyt. Czy wywoła to inflację? Jeśli tak, to łagodną ale gdy proces rozłożony zostanie na dziesięć, czy piętnaście lat wówczas będzie to w zasadzie konwersja obecnych spłat odsetek w spłatę kwoty zasadniczej i docelowa eliminacja obu.

W kwestii tego zadłużenia nie ma tak naprawdę zbyt wielu innych możliwości. Innymi rozwiązaniami (poza zwykłym nie dotrzymaniem zobowiązań) są zwiększone podatki, bądź kolejne pożyczki. Do chwili obecnej podatki z tytułu ubezpieczeń społecznych stanowiły znaczącą dotację zwiększającą fundusz główny, gdzie umieszczano skrypty dłużne (IOUs). Jednak w przeciągu zaledwie kilku lat pieniądze zaczną płynąć w przeciwnym kierunku, a fundusz główny obecnie nie posiada, ani też nie będzie miał w przyszłości ilości pieniędzy zdolnej zaspokoić beneficjentów funduszy powierniczych. W celu spłacenia tych skryptów dłużnych należałoby zwiększyć poziom podatków nakładanych na obywateli z tytułu ubezpieczeń społecznych. Sama ekonomia oraz nasze dzieci nie będą w stanie unieść takiego ciężaru. Alternatywą są kolejne pożyczki, ale mówiąc łagodnie, jest to rozwiązanie co najmniej problematyczne.

Kolejne 29% zadłużenia stanowią zobowiązania wobec obcych rządów, banków i jednostek. Tę część długu również można spieniężyć, jednak nie należy tego czynić. W moim przeświadczeniu za ten dług powinien odpowiadać sektor finansowy. Wpływy z tytułu niewielkiego podatku, powiedzmy 0.25% od transakcji związanych z instrumentami typu CDO, CDS itd., powinny zostać umieszczone w specjalnym funduszu amortyzacyjnym (sinking fund), mającym za cel spłatę odsetek oraz kwoty zasadniczej. Taki niewielki podatek wystarczy, by uregulować zobowiązania wobec zagranicznych instytucji w przeciągu pięciu do dziesięciu lat.

Pozostaje 30% długu wobec amerykańskich instytucji i obywateli. Tę porcję długu można częściowo spieniężyć (zgodnie z finansowymi uwarunkowaniami), częściowo spłacać przez fundusz amortyzacyjny, lub pozostawić w miejscu i pozwolić by uległa zmniejszeniu proporcjonalnie do kurczącej się ekonomii kraju. Kluczowe w tym wypadku jest wprowadzenie zakazu dalszego zadłużania państwa. Wymaga to zniesienia systemu częściowej rezerwy bankowej (fractional reserve system), który zapewnia bankom kontrolę nad kreacją pieniądza. Dzięki niej tworzą z powietrza pieniądz fiducjarny, „pożyczany” na procent skarbowi państwa. Banki korzystają z legalnego monopolu na tworzenie pieniędzy i właśnie ten monopol należy zlikwidować.

Reforma monetarna

Jedną z największych sił umożliwiających niesprawiedliwą akumulację własności w rękach niewielu jest system częściowej rezerwy bankowej, przyznający monopolistyczny przywilej niewielkiej grupie bankierów i ich sprzymierzeńców. Te jednostki posiadają włądze tworzenia wszystkich cyrkulujących w gospodarce pieniędzy. Jest to system nie do przyjęcia ze względów moralnych i ekonomicznych, system który musi skutkować perdiodycznymi kryzysami, gdyż chciwość i konieczność pobudza bankierów do tworzenie większej ilości pieniędzy, niż potrzebuje tego ekonomia, lub niż może być kiedykolwiek „spłacone”. Ostatnie słowo celowo zamieściłem w cudzysłowie, gdyż nie można „spłacić” pieniędzy, których się nigdy nie otrzymało, rzeczywistymi dobrami redukować „dług”, który był jedynie wpisem księgowym jakiegoś banku.

Nie wierzę w to, by uwłaszczone społeczeństwo mogło dojść do zgody z takim system. Tworzenie pieniądza jest władzą publiczną, którą należy odzyskać. Władza ta powinna zależeć wyłącznie od rządu federalnego, lub nawet poszczególnych stanów, które chcą mieć własną walutę, choć takie rozwiązanie uniemożliwiają obecnie zapisy w Konstutucji.

Nie ma powodu, by rząd federalny nie mógł tworzyć własnej waluty i wprowadzać jej w obieg celem inwestycji tworzących więcej bogactwa niż kosztów, zatem nie wpływających nadmiernie na wzrost inflacji. Rząd mógłby również pełnić rolę bankiera względem poszczególnych stanów i umożliwić im zaspokojenie potrzeb kapitałowych pożyczkami na bardzo niewielki procent, lub całkowicie bez odsetek. Dzięki temu władza charakterystyczna dla inwestycji zostałaby przywrócona poszczególnym stanom i miastom. W każdym razie kontrola nad całkowitą podażą pieniądza nie powinna znajdować się w prywatnych rękach, jest to władza publiczna i społeczeństwo powinno ją odzyskać.

Ekonomia lokalna

Reforma przemysłu

Polityczna zasada pomocniczości (subsydiarności) będzie niewiele warta, jeżeli nasz przemysł pozostanie scentralizowany, nic bowiem nie daje lokalne ściąganie podatków, gdy produkcja dóbr ( a więc dających się opodatkować wartości) również nie jest szeroko rozprzestrzeniona. Zauważyliśmy wcześniej nieefektywność obecnego systemu, opartego głównie na państwowych dotacjach i kosztach efektów zewnętrznych. Kiedy tylko wyeliminujemy te dotacje, obecny model produkcji nie będzie w stanie niczego wyprodukować z zyskiem. Lokalna produkcja stanowić będzie naturalną odpowiedzią na likwidację państwowych dotacji.

Wielkie korporacje same opowiedziały się za rozprzestrzenioną produkcją, wyzbywając się fabryk z zamiarem uzyskania centralnej kontroli przez nadzór nad tanim transportem i prawną ochronę patentów. Zintegrowany wertykalny model zarządzania, którego pionierem był Henry Ford od jakiegoś już czasu znajduje się w odwrocie. Dystrybucjonizm jest na porządku dziennym amerykańskich korporacji, z tym że niestety fabryki rozproszono po całym świecie, nie zaś po całym kraju. W ten sposób wielkie przedsiębiorstwa zasiały ziarno własnego końca. Pewnego dnia wietnamscy pracownicy produkujący buty dla Nike uświadomią sobie, że mogą oderwać z butów znak firmowy i zacząć lokalną sprzedaż za jedną dziesiątą ceny, przy trzykrotnie wyższych pensjach realizować dwa razy większe zyski. Tak naprawdę Chińczycy już to wiedzą i wszelkie dyskusje dotyczące „piractwa” nie zmienią tego faktu.

Pomoże to pracownikom z Szanghaju, czy Hanoi, ale co z pracownikami Des Moines, lub Sioux Falls. Należałoby zapewnić tym ludziom takie same przywileje, jakie mają Chińczycy i pozostali pracownicy zagraniczni. Co więcej, musieliby stanowić część systemu produkcji szanującego lokalny charakter ekonomii. Dystrybucjonizm oferuje w tym miejscu nie tylko abstrakcyjne modele, lecz działające, stabilne systemy, które każdy może sprawdzić i zaadaptować do własnej sytuacji. Dystrybucjonizm posiada bowiem spójną i działającą politykę przemysłową, ogólnie podsumujmy jej elementy:

  • zależna od potrzeb elastyczność wytwórcza umozliwiająca zmianę linii produkcyjnych
  •  preferencja maszyn ogólnego zastosowania nad rozwiązaniami pod konkretny produkt
  • reagowanie na rzeczywisty popyt (demand-pull) zamiast nadmiernej podaży (supply-push)
  • lokalne systemy dostaw gdziekolwiek jest to możliwe
  • powszechne uwłaszczenie pracowników i otwarta księgowość
  • skalowalne techniki produkcji od poziomu gospodarstwa domowego, aż po wytwórczość fabryczną

Reforma agrarna

Dystrybucjoniści często słyszą zarzut romantycznego agraryzmu. Jesteśmy agrarystami lecz nie romantykami. „Agraryzm” nie oznacza w tym kontekście „powrotu wszystkich ludzi na wieś”, ale „przywrócenie właściwych stosunków między wsie i miasta.” Wbrew opinii wielkich firm, pomidor wcale nie smakuje lepiej, gdy zbiera się go zielonym i transportuje tysiące kilometrów zanim zostanie zjedzony. Poza samym smakiem dochodzi też kwestia braku ekonomicznej efektywności, skryta dziś pod zasłoną państwowych dotacji.

Jedno jest pewne, ani środowisko ani ekonomia nie są w stanie dłużej tolerować obecnego systemu ufabrycznionego rolnictwa. Kapusta sadzona w Oregonie i spożywana w Teksasie pochłania więcej energii poświęconej na sadzenie, zbieranie, transport i marketing, niż jej dostarcza w postaci kalorii. Gdyby należycie wyceniono energetyczny wkład w jej produkcję: chemiczne nawozy, maszyny ciężkie, koszty transportu itd., a jednocześnie zlikwidowano dotacje, wówczas transkontynentalna kapusta przestałaby stanowić opłacalną propozycję. I w niedalekiej przyszłości tak właśnie będzie. Już dziś system ten polega na dających się łatwo eksploatować pracownikach, którzy nie mają udziału w zyskach oferowanych reszcie społeczeństwa, tworząc olbrzymią podklasę ludzi o niejasnym statusie prawnym, mimo gwałtownego wzrostu liczby jej członków.

Reforma handlu

Handel jest podstawowym składnikiem ludzkiej egzystencji: żadna rodzina, firma, miasto, czy wspólnota narodowa nie może być zupełnie samowystarczalna. Jednak handel jest czymś dobrym tak długo, jak pozostaje naprawdę handlem tzn. gdy zarabiasz wystarczająco wiele, by zapłacić za rzeczy, które kupujesz. „Handel” oparty na pożyczkach finansujących konsumpcję w ogóle nie jest handlem, lecz preludium bankructwa. Ten podstawowy fakt przeoczono w naszej polityce handlowej, opierającej się na doktrynerskim zastosowaniu podstawowej teorii „wolnego handlu” zwanej teorią kosztów komparatywnych. Jednak grono największych zwolenników tej teorii stanowią ludzie znający ją w najmniejszym stopniu. Teoria ma bowiem zastosowanie w przypadku spełnienia trzech warunków: względnego braku mobilności kapitału oraz pełnego zatrudnienia i równowagi handlowej w obu krajach. Bez ich spełnienia doktrynerski „wolny handel” czyni obie strony wymiany biedniejszymi, a biedni w obu krajach są cynicznie nastawiani przeciwko sobie. Rezultat w USA był taki, że zlikwidowano bazę dla przemysłu, a żaden kraj nie może oczekiwać wzrostu i dobrobytu w inny sposób, jak poprzez tworzenie nowych rzeczy. Jeżeli stracimy tę umiejętność, zagwarantujemy sobie i naszym dzieciom życie w biedzie i zależności od innych.

Bez spełnienia koniecznych warunków nacisk na wolny handel przestaje pełnić rolę użytecznego paradygmatu w ekonomii, a staje się zwyczajną polityczną ideologią. Z kolei, gdy warunki są spełnione w stopniu mniejszym niż głosi czysta teoria, wówczas handel między narodami musi podlegać zarządzaniu, dokładnie tak jak wymaga go handel między firmami. Powinniśmy robić te interesy które mają sens, a odrzucać pozostałe.

Dystrybucjonizm i reformy

Ponieważ obecny system nie da się utrzymać, zostanie zreformowany w taki, czy inny sposób. Jedyne pytanie brzmi, czy mamy wyprzedzić upadek i rozpocząć oparty na wiedzy marsz ku normalności. Od czasów oświecenia świat eksperymentował z leseferystycznym kapitalizmem, socjalizmem, komunizmem i merkantylizmem. Podczas gdy każdy z tych systemów zawiera w sobie część prawdy, wszystkie są niewystarczające. Systemy te bowiem zostały sprawdzone historycznie i była to negatywna weryfikacja. Najwyższy czas powrócić do bardziej naturalnego systemu, którym jak wierzę jest dystrybucjonizm, lub coś bardzo podobnego. Przez ostatnie kilka dekad dystrybucjoniści w większości wycofali się z czysto ekonomicznych debat, by oprzeć sprawę o argumenty natury moralnej i społecznej. Oczywiście jest to bardzo ważny aspekt problemu, jednak postulatom natury moralnej muszą towarzyszyć mocne argumenty ekonomiczne. Zgodnie z tym, co pisał kardynał Ratzinger:

Moralność, która uznaje możliwość własnego rozdziału od technicznej wiedzy ekonomicznych praw nie jest moralnością, lecz moralizmem antytetycznym wobec samej moralności. Z kolei podejście naukowe, które mimo braku etosu uważa się za wystarczające, źle pojmuje naturę człowieka i dlatego samo nie jest naukowe.

Pisałem tę książkę z intencją przedstawienia dystrybucjonizmu, jako solidnej teorii ekonomicznej, demonstrowanej w praktyce i będącej w stanie uporać się z wyszukanymi problemami dnia dzisiejszego. Mam nadzieję, że publikacja ta umożliwi dystrybucjonistom podjęcie stanowczej dyskusji z socjalistami, kapitalistami, przedstawicielami szkoły austriackiej, keynesistami itd. Nadzedł czas dystrybucjonizmu. Musimy chwycić ten moment, gdyż ponownie taka szansa może się nie zdarzyć. Musimy uzbroić się w moralne argumenty i wiedzę techniczną, gdyż tego wymaga zreformowanie obecnego świata i zachowanie wolności. Nie popełnijmy tutaj błędu, bo choć wszystkie te systemy okazały się niewystarczjące istnieje jeszcze jedna odpowiedź: niewolnictwo. Społeczeństwa niewolnicze okazały się stabilne na przestrzeni lat i stanowią jedno z rozwiązań problemów ekonomicznej i społecznej równowagi, nie ważne jak wstrętne i obrzydliwe dla naszego chrześcijańskiego dziedzictwa. Tak jak przewidział to Belloc, na końcu będziemy wybierać między wolnością, a niewolnictwem.

za:  The Distributist Review

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.