AMDG: Panny Wyklęte

W bieżącym roku mija szumnie obchodzona przez wszelakiej maści demokratów i politykierów 25 rocznica podpisania porozumień Okrągłego Stołu. Wówczas podpisane zostało porozumienie ze zbrodniczym reżimem i ułaskawiono ludzi, którzy mając na swoich rękach krew niewinnych ofiar, przez całe życie działając na szkodę naszego kraju, uzależniając go od obcych, zagranicznych ośrodków. Przelana krew, nie została pomszczona.
Dzięki porozumieniom okrągłostołowym komunistyczni sprzedawczykowie nadal żyją, śmiejąc się w twarz tysiącom rozbitych rodzin, których członków rozdzieliły ubeckie katownie i kazamaty NKWD. Jednak dzisiejsze autorytety mają to za nic. Tragiczne wydarzenia nie przeszkadzają przedstawiać reżimowym dziennikarzom  wspomnianych porozumień jako wielkiego zwycięstwa Polski, sukcesu który ponoć rozpoczął okres naszej niepodległości. Mówi się, że od tego momentu na trwale zagościł u nas dobrobyt, szczęście i wolność naszego Narodu. Mamy przecież „demokrację”, telewizję i pełne, sklepowe półki. Ale czy aby na pewno tak jest? Czy faktycznie powinniśmy być zadowoleni z naszego życia? Zmuszając Was do zastanowienia się chcę postawić następujące pytanie: czy za taką Polskę umierali najlepsi synowie i córki naszego Narodu? Gdzie są wolne media, gdy cenzuruje się informacje
o działalności patriotów? Gdzie jest równość wobec prawa kiedy inwigiluje się nacjonalistów? Gdzie jest wolność religii, gdy pod płaszczykiem „świeckiego państwa” atakuje się religię katolicką? Gdzie jest obiecana „zielona wyspa” gdy miliony naszych rodaków już teraz u obcych wykonuje ciężkie prace by zarobić na chleb dla swoich rodzin? Nasza niepodległość z rąk moskiewskich przeszła w unijne łapy. Nasza duma i narodowy duch: Husarii, Narodowych Sił Zbrojnych i Armii Krajowej jest tłamszony w klatce europejskiej poprawności. Sprzedajni politycy, w znakomitej większości o komunistycznym rodowodzie kłamliwie obrażają Żołnierzy Wyklętych i mierzą ich swoją miarą nazywając partyzantów: bandytami. Czy chcemy, aby w takiej rzeczywistości żyły następne pokolenia Polaków? Republika Okrągłego Stołu to nie Polska Pileckiego, „Nila” i „Inki”!

Dziś, chciałbym przedstawić historie pięciu bohaterskich kobiet, które swoim życiem i czynami mogły zawstydzić niejednego mężczyznę. To One pokazały, że prawdziwa Polka nigdy nie tchórzy i nie układa się z wrogiem. Ich przykład powinien stanowić doskonałą odtrutkę na wszechobecny syf wylewający się z otaczających nas reklam i  na dochodzący do nas z telewizyjnych szczekaczek politycznie poprawny bełkot.
W ich życiorysach natchnienie i inspirację znajdzie nie tylko nacjonalista, lecz tekst wydaje mi się, odpowiedni przede wszystkim dla zwykłego Polaka, który po mimo ciężkiej sytuacji, świadomy jest tego co to znaczy być Polakiem!  Gdy w 1945 roku udało się przepędzić niemieckiego najeźdźcę z polskiej ziemi, tylko głupcy mogliby liczyć na niepodległość przyniesioną na sowieckich bagnetach. Wielu miało co prawda „nadzieję”, lecz trudno im się  dziwić, że po sześciu latach udręki, chcieli normalnego życia, bez wojny, krwi i łez. Ich wyobrażenia, zostały jednak brutalnie zrewidowane przez nadchodzące wydarzenia. Za postępującymi wojskami Armii Czerwonej, do kraju przybywały bataliony NKWD, które zaczęły mordować polskich patriotów. Często odbywało się to zupełnie tchórzowsko, pod różnymi pretekstami, przeważnie w zasadzkach porywano i zabijano partyzantów. Te polskie oddziały, które nigdy nie dały wiary dobrym intencjom „wujka” zza wschodniej granicy i nie ujawniały się, stanowiły człon podziemia antykomunistycznego, nazwanego przez współczesnych badaczy Żołnierzami Wyklętymi. Co jednak popychało do walki kobiety? Opierając się na lekturze wielu życiorysów, uważam, że powody były takie same jak te, które kierowały mężczyznami. Gdy komuniści przewrócili ich życie do góry nogami i trzeba było walczyć, żeby zachować Polskę w odpowiednim kształcie, zgłaszały się one do partyzanckich oddziałów i służyły tam jako sanitariuszki, łączniczki, a nawet skarbniczki. Dając wielkie świadectwo bohaterstwa i poświęcenia. Poniżej znajdują się wybrane życiorysy kilku z nich:

Danuta Siedzikówna ps. „Inka” (1928-1946)

Najbardziej znaną „Panną Wyklętą” jest obecnie Danuta Siedzikówna. „Inka”, bo taki był jej pseudonim, urodziła się we wsi Guszczewin (powiat hajnowski, Podlasie). Jej historia czasów wojny wydaje się być bardzo typowa. Bardzo wcześnie straciła ojca. Wacław Siedzik podczas gdy Inka miała tylko 12 lat w 1940 roku padł  ofiarą pierwszej prowadzonej przez Sowietów wielkiej wywózki mieszkańców Kresów na Wschód,  już nigdy nie zobaczył swej córki. Zmarł w czerwcu 1943 roku w Teheranie. Matkę, Eugenię Tymińską śmierć zabrała zaraz po mężu.
Za współpracę z Polskim Podziemiem, z rąk gestapo we wrześniu 1943 roku poniosła śmierć w lesie pod Białymstokiem. Wychowaniem Danuty, Wiesi i Irenki po śmierci rodziców zajęła się babcia. Po przejściu frontu, Danuta Siedzikówna podejmuję pracę kancelistki w nadleśnictwie Hajnówka. To właśnie dzięki tej pracy Inka pierwszy raz na własnej skórze poznaje prawdziwą twarz komunistycznego reżimu. Pomimo młodego wieku nie boi się, i wraz z innymi  pracownikami współpracuje z Podziemiem. Fakt ten zostaje wykryty i w roku 1945 zostaje ona wraz z przyjaciółmi aresztowana przez NKWD. To właśnie w tym momencie, zaczyna się jej prawdziwa historia.
W chwili gdy z konwoju uwalniają ją żołnierze AK pod przewodnictwem Stanisława Wołoncieja ps. „Konus” ( byli oni podkomendnymi sławnego majora „Łupaszki”) siedemnastoletnia Danuta wstępuje do podziemia antykomunistycznego, przyjmuje pseudonim „Inka”,  i  służy pomocą jako sanitariuszka. Tak przewija się przez oddziały: „Konusa”, „Piasta” i „Mścisława”. Wczesną wiosną 1946 roku zostaje także łączniczką i wysłana przez podporucznika Olgierda Christę pseudonim „Leszek” po leki do Gdańska, wpada w zasadzkę Urzędu Bezpieczeństwa. Umieszczono ją w gdańskim więzieniu, ze statusem więźnia specjalnego. Liczono, że młoda dziewczyna szybko się złamie, a brutalne metody śledztwa prowadzonego przez Jana Wołkowa i Józefa Bika miały to tylko przyspieszyć. Mimo tego, że Danusia była bita, poniżana i traktowana w nieludzki sposób to nie nigdy się nie złamała i nie wsypała swoich kolegów z oddziału. Niezwykły hart ducha i odwaga młodej dziewczyny, według relacji, doprowadzała komunistów do szału. Wobec tego Inka została skazana na karę śmierci. Przed wykonaniem wyroku przekazała gryps, w którym napisała: ”Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”. Została rozstrzelana, razem z innym wybitnym „Wyklętym”  Feliksem Selmanowiczem ps. „Zagończyk” 28 sierpnia 1946 roku.
Ich ostatnie słowa brzmiały: ”Niech żyje Polska! Niech żyje „Łupaszko”! Jej ciała dotychczas nie odnaleziono. Sprawców mordu nigdy nie pociągnięto do odpowiedzialności.

Helena Motykówna ps. „Dziuńka” (1924-1946)

Jej historia jest o wiele mniej znana niż „Inki” i niewiele też można znaleźć materiałów źródłowych na jej temat. Wiadomo, że była ona związana z oddziałem Franciszka Olszówki ps. „Otto”, który prowadził antykomunistyczny oddział na Śląsku. Do dziś uznaje się go za postać kontrowersyjną, ale na pewno nie można odmówić mu radykalizmu i bezwzględności w walce z komunizmem. Ludzie „Otta” nie tylko prowadzili walkę zbrojną z okupantem sowieckim, lecz także odpowiadali na propagandowe działania komunistów, kolportując ulotki antykomunistyczne. Oddział stanowił poważne zagrożenie dla moskiewskiej władzy. Wymykał się próbom rozbicia, gdyż sam Olszówka posiadał wiele kontaktów w UB i rozbudowaną sieć informatorów w terenie. Jednak 8 lutego 1946 roku jego szczęście się skończyło i  zmarł śmiertelnie raniony w pobliżu kościoła we wsi Pisarzowice. Jego ludzie przysięgli zemstę, i w odwecie za zabicie przywódcy grupy dokonali ataku na jadący pociąg z żołnierzami Armii Czerwonej. Zastrzelono wtedy dziewięciu „krasnoarmiejców”. To właśnie w tej akcji, z bronią w ręku brała udział 22 letnia wówczas Helena Motykówna. Wkrótce została aresztowana i skazana na karę śmierci. Egzekucję wykonano 18 lipca 1946 roku w więzieniu przy ulicy Kleczkowskiej we Wrocławiu. Razem z nią zamordowano jeszcze innych żołnierzy: Romana Roszkowskiego, Edwarda Szemberskiego i Idziego Piszczałkę. Do samego końca skazani nie stracili hartu ducha i nie dali satysfakcji stalinowskim oprawcom. Gdy prokurator odczytywał wyrok: śpiewali oni „Pod Twoją obronę”. W ostatniej chwili przed śmiercią, tuż po pocałowaniu Krzyża, razem krzyknęli: ”Niech żyje Polska!”. W tej samej chwili dano komendę do wystrzału, i żelazne pociski przeszyły bohaterskie piersi. Po chwili, było już „po wszystkim” lecz wciąż było słychać tylko jeden krzyk: „Mamo…!” – to boleśnie raniona „Dziuńka” błagała o to, żeby ją dobić. Krzyk jej był niezwykły, jak po latach będzie wspominać świadek egzekucji, kapelan więzienny z Wrocławia ks. Jan Skiba: „Ten okrzyk prześladował mnie po nocach”.

Aniela Życzyńska ps. „Anna” (1902-1945)

Aniela Życzyńska urodziła się 12 maja 1902 roku w Rzeczycy Ziemiańskiej, w powiecie kraśnickim, w województwie lubelskim. Życie jakie prowadziła przed wybuchem wojny niczym nie różniło się od setek tysięcy innych dziewcząt w naszym kraju. Nic tak naprawdę jej nie wyróżniało i nie wskazywało na to, że wkrótce będzie chyba najbardziej znaną „Panną Wyklętą” Lubelszczyzny. Do 1939 roku pracowała jako położna. Doświadczenie zdobyte podczas pracy w szpitalu, w kontekście jej późniejszych losów miało się okazać bezcenne. Z chwilą bandyckiej napaści Niemców na Polskę, „Anna” spełnia swój patriotyczny obowiązek i pomaga w Służbie Cywilnej. Jednak prawie od razu kończy się jej szczęście i szybko zostaje aresztowana przez Niemców. Mimo trudności nie załamuje się, i ucieka z niewoli. Ukrywa się w lasach, aż do roku 1940. To wraz z nadejściem tego roku jej życie całkiem się zmienia i niewątpliwie zaczyna się jego kolejny, bardzo chwalebny rozdział. Aniela Życzyńska wstępuje do Narodowych Sił Zbrojnych i właśnie wtedy przyjmuje tam pseudonim: „Anna”. Zostaje łączniczką z Komendą Okręgu Lublin NSZ  oraz z kwaterą główną NSZ w Warszawie. W czasie uczestniczenia w walce konspiracyjnej, robi użytek z umiejętności nabytych podczas swojej pracy przed wojną i obejmuje odpowiedzialną funkcję szefowej służby sanitarnej w lubelskiej komendzie.

Po wkroczeniu radzieckich wojsk na Lubelszczyznę, „Anna” nie popełnia błędu innych partyzantów. Nie ujawnia się, nie rozmawia z wrogiem. Pamięta o swoich obowiązkach, nie przerywa swojej pracy i nadal wykonuje powierzone jej zadania. Wojna trwa dla niej nadal. W tym czasie spotyka legendarnego Hieronima Dekutowskiego „Zaporę”
i  podejmuje współpracę z oddziałem NSZ pod dowództwem Stanisława Młynarskiego ps.”Orzeł”, gdzie funkcję zastępcy dowódcy pełni jej syn Antoni ps. „Tolek”.  W roku 1945 siły bezpieki zaczynają się przymierzać do zlikwidowania formacji partyzanckich działających na tamtych terenach. W lipcu 1945 roku dzięki jej bohaterskiej postawie udaje jej się ostrzec oddziały podziemia antykomunistycznego, które stacjonowały w  Lasach Lipskich i Janowskich, przed szeroko zakrojoną operacją sił komunistycznych. Za prowadzoną walkę i bezkompromisową postawę, jeszcze w tym samym miesiącu nasza bohaterka zostaje ujęta przez majora Edwarda Gronczewskiego, który dowodził podstawionym oddziałem partyzanckim, mającym pomóc w ujęciu „polskich bandytów”. Bojąc się siły polskości, komuniści nie przeprowadzili żadnego, nawet pokazowego procesu. Bez żadnych dowodów, czy zarzutów postanawiają rozstrzelać bohaterską kobietę. Jednak nie zadowalają się zwyczajną, więzienną egzekucją, lecz postanawiają uczynić z niej widowisko. 12 lipca 1945 roku komunistyczni siepacze zawlekli jej ciało na rynek
w Lipie. Przed wykonaniem egzekucji, pozbawiono jej godności, brutalnie gipsując jej usta. Zrobiono tak, gdyż okrzyk „Niech żyje Polska” mógł dodać zgromadzonym ludziom, zbyt wielkiej otuchy. Mogliby się oni poczuć zbyt silni, a do tego komuniści nie mogli dopuścić. Po zastrzeleniu, ciało przez cały dzień leży na Rynku. Dopiero w nocy, wykradli je partyzanci samego Zapory i pochowali gdzieś na okolicznym cmentarzu. Jednak do tej pory tylko jej oprawca ma grób na Powązkach, a miejsca pochówku „Anny” nie odnaleziono.

Lidia Lwow-Eberle ps. „Lala” (ur.1920 r)

Historia Lidii Lwow-Eberle znacznie różni się od innych „Panien Wyklętych”. Z pochodzenia była Rosjanką, wychowaną w wierze prawosławnej. Jej rodzicie przyjechali do Polski, gdy miała tylko pół roku. Pomimo swojego rodowodu, była gorącą patriotką i traktowała Polskę jak swoją własną Ojczyznę. Jej udział w konspiracji rozpoczyna się w roku 1943 kiedy to trafia do legendarnej 5 Wileńskiej Brygady AK pod dowództwem samego Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Służyła tam jako sanitariuszka. Ciężkie życie w oddziale, niezwykle ją hartuje. Pomimo wszystkich niedogodności, nadal pozostaje normalną dziewczyną, o czym tak opowiada:” Nikt nie rozmawiał o śmierci, o strachu. Walczyliśmy w słusznej sprawie. I tyle. Byliśmy wszyscy młodzi, więc pojawiała się tam, wśród tej krwi, także miłość, marzenie o niej”, i w jej przypadku akurat to marzenie się spełnia. Zakochuje się w samym dowódcy, mjr. „Łupaszko”. Żyją razem ze sobą, aż do zasadzki ubecji, przeprowadzonej 30 czerwca 1948 roku. Wraz z ukochanym trafiają do Warszawy, do więzienia na Rakowieckiej. Mimo możliwości obrony, ze względu na pochodzenie, Lidia nie wypiera się swoich ideałów i przede wszystkim Polski, którą nosiła w sercu już od dzieciństwa. Bicie, upokarzanie i częste wsadzanie do karceru nie złamało ducha obojga „Wyklętych”. Wyrok ogłoszono 2 listopada 1950 roku. „Lala” została skazana na dożywocie, a major Szendzielarz zostaje skazany na karę śmierci. Ukochani widzą się ze sobą jeszcze tylko raz, lecz komuniści odmawiają im prawa do ślubu. Lidia zostaje ułaskawiona w 1956 roku. Do dziś wspomina swojego ukochanego, którego życia zakończyło się strzałem w tył głowy.

Józefa Życińska (ur.1930 rok)

Pomimo upływu wielu lat, pani Józefa do dziś doskonale pamięta swój pierwszy krok w konspiracji, gdyż łączy się z nim początek wielkiej miłości czasów burzy. Podczas wojny, rodzina małej Józefy pomagała partyzantom majora Jana Piwnika „Ponurego”. Swój pierwszy meldunek, wykonując polecenie ojca zaniosła ona w roku 1943 na „Wykus” gdzie kwaterę miała grupa „Ponurego”. To tam, jak opowiadała po latach spotkała po raz pierwszy, przystojnego bruneta, Aleksandra Życińskiego ps. „Wilk”, żołnierza Narodowych Sił Zbrojnych i bohatera ziemi świętokrzyskiej. Pobrali się po zakończeniu wojny, w lutym 1948 roku. Józefa Życińska podporządkowała swe życie mężowi, który został w lesie i dowodził oddziałem walczącym z komunistami. Oboje głęboko wierzyli w to, że to jeszcze nie koniec, a sprawiedliwość przywróci niepodległą Polskę na mapy świata. Niestety, w czasie jednej z potyczek w lesie
w Kucębowie, Józefa Życińska zostaje ranna. Z racji tego, że była w ciąży nie miała siły uciekać. Mąż pomimo tego, że mógł uciec, zostaje przy niej. Zabrano ich do kieleckiego więzienia. Tam długo ją katowano. Złamano jej żebra, ciągnięto za włosy po schodach. Aleksandra Życińskiego skazano na trzykrotną karę śmierci. Jego miejsca pochówku nie ustalono do dziś. Józefa Życińska przeżyła, wychodząc z więzienia w roku 1950. Jej córka nigdy nie miała szansy zobaczyć swojego ojca.

Przytoczyłem pięć życiorysów kobiet, które „zachowały się jak trzeba”. Wszystko co dla nich przedstawiało największą wartość: miłość, rodzina, a nawet życie – to wszystko położyły na szali poświęcenia dla Ojczyzny.Podczas gdy wielu wracało do normalnego życia, mówili, że nie warto, że trzeba się pogodzić z nową okupacją, one nie zgodziły się na otaczającą ich rzeczywistość i podjęły walkę z przeważającymi siłami wroga. Komuniści w swoim zamyśle, chcieli raz na zawsze wymazać z ludzkich głów pamięć o tych wielkich ludziach. Dziś wiemy, że ponieśli oni porażkę. Ale to jeszcze nie koniec wielkiej batalii o prawdę i o należne miejsce „Wyklętych” w historii. Zbyt wielu zdrajców nie zostało osądzonych, zbyt wiele grobów pozostało bezimiennych. Pamiętajmy o nich, niech nasze postępowanie i wyznawane wartości będą pomnikiem w podzięce za ich ofiarę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.