kpt. Mieczysław Dukalski ps. „Zapora”: Akcja Specjalna Narodowych Sił Zbrojnych

Obok powszechnego zapału do walki z najeźdźcami, obok uznania walki walki z okupantami i to walki zbrojnej, za „święty obowiązek” każdego Polaka, znikomy procent obywateli był zdecydowanie wrogi jakiejkolwiek akcji konspiracyjnej, jakiemukolwiek oporowi czynnemu.
Twierdzono, że cena krwi już zapłacona jest zbyt wysoka i jakiekolwiek dalsze straty byłyby zbrodnią wobec narodu.
Przeciwnicy walki konspiracyjnej mieliby niezaprzeczalną rację, gdyby Polska znalazła się pod okupacją Francuzów, czy Anglików (zresztą kto wie?), gdzie pojęcie prawa- nawet dla zwyciężonych- było szanowane. Tak traktowano Niemców i Niemcy po klęsce 1918 roku.
Jednak zwycięzcy z 1939 roku skazali Państwo Polskie na całkowite wymazanie z mapy politycznej Europy, a Polaków na rozproszenie, zdegradowanie do roli niewolników, a w dalszym etapie na zniszczenie biologiczne.
Odruchy więc samoobrony były zrozumiałe i uzasadnione. Trzeba również pamiętać, że nim padły pierwsze strzały ze strony polskiego podziemia- ofiary barbarzyństwa niemieckiego i rosyjskiego w pomordowanych i deportowanych mierzyły się już liczbami siedmiocyfrowymi.
Zupełnie zrozumiałe, że przede wszystkim młodzież nie miała zamiaru traktować się jak barany wiedzione, czy wiezione na rzeź.
Pewne piony organizacyjne jako teren i zakres pracy obejmowały swoim działaniem to, co w normalnej wojnie przypadałoby „dalekim tyłom, wnętrzu, administracji ogólnej”.
Inne obracały się i działałby jakby w strefie przy, czy zafrontowej…
I pierwsi i drudzy mieli obowiązek, czas i możliwość meldować, prosić i wyjaśniać przez niezliczone piony hierarchiczne. Mieli obowiązek, czas i możliwości kierować sprawy do prokuratora, sędziego śledczego, sądu, administracji cywilnej itd itp
Oddziały, dowódcy i szeregowi Akcji Specjalnej (w innych organizacjach inna terminologia), byli na froncie. W pierwszej linii. Pod stałym ogniem i obserwacją nieprzyjaciela. Im przede wszystkim łamano kości w piwnicach Gestapo i NKWD, oni stanowili największy stosunkowo procent rozstrzeliwanych i wieszanych publicznie, na nich najczęściej polowano z nagonkami i obstawami i oni prawie zawsze mieli broń przy sobie. Oni mieli obowiązek zabijać przy pomocy każdej dostępnej broni, czy gołymi rękami…
Czasem wykonywano wyroki sądowe, czasem zlecenia II Oddziału, czasem była to reakcja zwykłego strzelca na skutek sytuacji- bojowej sytuacji.
Jeśli konfident niósł na Aleję Szucha listę 200 (liczba dowolna) osób przeznaczonych na nocne aresztowanie, to każdy miał obowiązek zabić szpicla, odebrać listę, potem meldować, przedstawiać itp.
Na froncie sądy nie są częste. Rozkazy dowódców tym rzadsze im wyższy hierarchicznie rozkazodawca. Strzały kierowane do pojedynczych celi wywołują dowódcy bardzo niskich szczebli, najczęściej inicjatywa i zdrowy rozsądek strzelca, czy karabinowego. To jest ich prawo. To jest ich obowiązek. Tylko na to oni są w ogóle!

***

Nasza Akcja Specjalna została ostatecznie zorganizowana w koncem 1942 roku.
Wszystkie poprzednie wyczyny Akcji Specjalnej były improwizowane z konieczności i decydowane na skutek potrzeby chwili. Okres ten był jednak wykorzystany na zdobycie broni i amunicji, na wyselekcjonowanie odpowiednich ludzi do akcji bojowej.
Jako jeden z pierwszych organizatorów i dowódców Akcji Specjalnej i jeden z nielicznych dzisiaj żyjących (autor zmarl w 1998 roku- przyp. red. 3droga.pl), chciałbym omówić stronę organizacyjną Akcji Specjalnej.
Zadania dla AS (Akcja Specjalna), konieczne do wykonania na szczeblu NSZ, otrzymywali poszczególni dowódcy za pośrednictwem Komendant Okręgu.
Pod względem organizacyjnym, AS podlegał w każdym Okręgu, Komendantowi, który dysponował oddziałami AS pod każdym względem, zależnie od potrzeb miejscowych.
Istniały więc dwie możliwości działania i akcji AS; na rozkaz Dowódcy NSZ- komunikowany zainteresowanym przez Okręg, albo na rozkaz Komendanta Okręgu odpowiedzialnego przed Dowódcą Narodowych Sił Zbrojnych.
Poza tym specjalnie dla oddziałów leśnych istniała możliwość działania nagłego w wypadku zagrożenia bezpośredniego przez nieprzyjaciela, lub konieczności obrony ludności; w wypadku kiedy była nagła okazja likwidacji elementu wrogiego, lub uchwycenia transportów nieprzyjacielskich. Za te wszystkie akcje dowódca danego oddziału był odpowiedzialny osobiście przed Komendantem Okręgu, a ten wyżej aż do sztabu.
Istnienie AS było podyktowane kilku względami:

1. Konieczność samoobrony Organizacji i społeczeństwa przed okupantami, względnie osobami, współpracującymi z okupantami;
2. Dostarczenie możliwości materialnych dla istnienia i działania Organizacji;
3. Konieczność podtrzymania moralnego społeczeństwa polskiego, które miało prawo wiedzieć i widzieć, że zbrodnie okupantów są karane, że Polska walczy i żyję.

W pierwszym punkcie NSZ AS ograniczał się tylko do wypadków koniecznych z całą ostrożnościa szafując własną krwią, jak też mając na uwadze bezpieczeństwo miejscowych mieszkanców, starając się nie wywoływac represji niemieckich.
Jeśli chodzi likwidację zdrajców i szpiegów działających na rzecz okupantów. Kto wydawał wyroki?
AK- Delegatura miała specjalne zespoły, które badały sprawę, wyrokiem sądu w imieniu Rzeczpospolitej- skazywały, lub uniewinniały oskarżonych. Pomyłki, czy fałszywe oskarżenia były- jak zawsze- gdy chodzi o sprawiedliwość ludzką.
AK i Delegatura interweniowała w sprawie i interesie obywateli polskich, a przede wszystkim własnych związków organizacyjnych oraz tych, które im się podporządkowały. My staliśmy poza nawiasem „dobrych Polaków” dla oficjalnych władz Armii Krajowej i Delegatury za brak zaufania do mafii sanacyjnych w AK oraz za nasze stanowisko do „aliantów wschodnich”.
Idąc do walki sami, atakowani przez obu napastników, musieliśmy się bronić sami nie licząc na niczyją pomoc.
Tysiące naszych kolegów aresztowanych i pomordowanych, w okresie walki podziemnej są najlepszym dowodem, że byliśmy równie groźnym przeciwnikiem niemieckim, jak i sowieckim.Nie mogliśmy pracować i rozwijać się bez stworzenia osłony, bez koniecznej riposty z bronią w ręku. Krótko, nie mogliśmy pozwolić, by nas wybierano bezbronnych, jak ryby w saku.
Skoro zdecydowaliśmy się na walkę z najeźdźcami, mieliśmy nie tylko prawo, ale i obowiązek obrony czynnej. Nikt nas nie chronił. Być może w wielu przypadkach, nasze wsypy cieszyły pewnych ludzi. Dziś nie mamy już co do nich żadnych złudzeń.
Na szczeblu naszych czynników administracyjno- politycznych stworzono zespoły sądowo- badawcze dla wypadkow zdrady głównej na rzecz tak Niemców, jak i Sowietów. Wiem, że takie zespoły były dla Okręgu Warszawa, pow. Warszawskiego, dla Krakowa, Lublina, Kielc oraz przy IZZ (Inspektorat Ziem Zachodnich).
IZZ, który stworzył własną sieć informacyjno- ochronną na terenie Warszawy, działającą zupełnie dobrze, w poważnych wypadkach przekazywał sprawę do takiego właśnie zespołu. Nazwisk tych osób nie będę podawał, gdyż nie wiem czy ktoś nie znajduję się z nich w Kraju. Ze zmarłych należeli do nich: przewodniczący Leszek Neyman i mgr Kuminek Stefan. Oni decydowali, a my wykonywaliśmy wyroki.
Z całą odpowiedzialnością za swoje słowa stwierdzam, że w paru bardzo nagłych wypadkach decydowałem osobiście, bez zwłoki. Po akcji i egzekucji zdawałem dokładne sprawozdanie przełożonym. Np. W wypadku Rekina i pewnego granatowego policjanta na Mokotowie. Raz także kpt. Jur zadecydował o akcji z względu na nagłe zagrożenie własnej kampanii. I tym razem materiał zabrany denatowi potwierdził słuszność wyroku.
Dużo wysiłku włożono w zdobycie koniecznych środków finansowych dla egzystencji NSZ, a poprzednio ZJ (Związku Jaszczurczego). Było i jest chyba zupełnie zrozumiałe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że NSZ-ZJ nie był nigdy subwencjonowany przez nikogo. AK miało Londyn, AL- Moskwę. A pomimo to i jedni i drudzy „dorabiali” we własnym zakresie. NSZ nie wspierany przez nikogo zdobywał środki finansowe własnymi siłami.
Pewni ludzie z AK (przy aplauzie komunistycznej propagandy z Warszawy) nazywają nas bandytami- trzeba stwierdzić, że jest to co najmniej dziwne. Dlaczego AK miała prawo zdobywać kasę pocztową (w Warszawie na ul. Senatorskiej) i zabić między innymi urzędnika Polaka, a my nie mogliśmy robić tego samego w bankach i składach niemieckich nie zabijając przy tym Polaków! Czym gorsza była nasza akcja zdobywania pieniędzy i towarów z sklepów niemieckich, aniżeli identyczne akcje dokonywane przez inne grupy?
Nigdy i w żadnym wypadku nie było tolerowane przez władze NSZ-ZJ rabowanie mienia polskiego!
Wypadki bandytyzmu zdarzały się w wszystkich organizacjach, to jest prawda. Ale wcześniej czy później takie bandy i zespoły były wykrywane przez poszczególne organizacje- likwidowane lub rozpraszane. Kto znał i brał udział w życiu Podziemia polskiego w Kraju, nie będzie się temu dziwił.
W warunkach konspiracyjnych w jakich działaliśmy mogły być i były omyłki. Znam takie wypadki i sam interweniowałem u władz AK w jednym wypadku kiedy dozorca pewnej kamienicy w Warszawie otrzymał wyrok śmierci. „Przysłużyła” mu się własna rodzina. W kamienicy tej co drugie mieszkanie to był lokal konspiracyjny i dozorca o tym wiedział. Gdyby był istotnie zdrajcą, ofiar byłoby bez liku, a piszący te słowa również dawno byłby w grobie.
NSZ AS wykonywało swoje zadanie zgodnie z instrukcjami przełożonych. Nie kapitulowało nigdy, a niedobitki oddziałów Akcji Specjalnej wyłapywano jeszcze w roku 1947 wraz z tymi z AK, którzy do nich dołączyli.

Artykuł pochodzi z „Zeszytów do historii Narodowych Sił Zbrojnych”, Wydawnictwo „Jestem Polakiem”, Chicago 1964. Autor pisał go pod pseudonimem „kpt. M. Zapora”.

O autorze:
Mieczysław Dukalski (1910–1998), ps. „Zapora” „Plamka”, „Mieczysław Pomorski”, „Jacek”. Kapitan NSZ. Po aresztowaniu został przewieziony do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, następnie przeniesiony został do filii tego obozu w Brzegu. W maju 1945 roku udało mu się zbiec i dotrzeć do Pragi. Został przyjęty do Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Od 1947 roku współpracował z francuskim kontrwywiadem, pomagał ścigać zbrodniarzy niemieckich i sowieckich agentów. W latach 1949-1950 pełnił funkcję tzw. męża zaufania przy Wysokim Komisarzu dla okupowanej przez Francję części Niemiec. Zamieszkał w Gujanie Francuskiej (1951 r.), następnie przeniósł się do Francji i zamieszkał pod Paryżem (1980 r.) Chrzanowski B., Związek Jaszczurczy i Narodowe Siły Zbrojne na Pomorzu 1939–1947, Toruń 1997, s. 120–121

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.