Hobby
5

Filip Paluch: Przewodnik po Petersburgu cz.1

Kiedy w lipcu 2015 roku miałem szczęście przez piętnaście dni zwiedzać Petersburg, imponujące miasto zbudowane przez cara Piotra I, od razu wiedziałem, że moje wrażenie z podróży muszę przelać na papier. Długo jednak zastanawiałem się na formą, którą miałaby przybrać moja relacja z podróży, zwlekając z pisaniem przez kolejne miesiące. Nie mogąc się zdecydować postanowiłem postawić na improwizację i butelkę czerwonego wina, które odświeżając moją pamięć staje się przewodnikiem po wspomnieniach z najbardziej monumentalnego miasta, które zobaczyłem. Będzie to opowieść o mojej podróży, luźna eseistyka, która nie daje się zamknąć w ramach, które narzucają bardziej sprecyzowane formy. Odkrywając kolejne części świata, przełamując bariery psychiczne i obalając we własnym umyśle zakorzenione stereotypy, możemy szerzej spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość. O tym też będzie niniejsza opowieść.

Pod koniec grudnia 2014 roku, jadąc z moją dziewczyną na sylwestrowy wypoczynek w górach usłyszałem propozycję wyjazdu do Petersburga. Nie do Petersburga! Do Rosji! Zimnej i złej. Rosji której politykę zagraniczną mogę podziwiać, czasami szanować, dopóki jej granice i jej wojska znajdują się w odpowiedniej, bezpiecznej odległości od mojej Ojczyzny. A tu tak ja sam mam się pchać w paszczę lwa? Do społeczeństwa, które w swej ogromnej większości stoi u boku swego prezydenta, na jego wzór przybierając zimne i na wpół militarystyczne pozy? Do kraju którego nie znam języka, a naród jest ponoć wrogo nastawiony do Polaków, i w którym nie będę odpowiedzialny tylko za siebie ale i za swoją kobietę? Tak myślała powierzchowna część mojej świadomości, która lubi sama sobie stwarzać problemy i zagrożenia, wewnątrz jednak kiełkowała ciekawość, a zarazem złość na to jak łatwo przyjąłem wykreowany przez wszystkie media obraz groźnego rosyjskiego społeczeństwa. Nie ukrywam że bardziej ciągną mnie klimaty południa, węgierskie winnice Egeru i Pecu, leniwie przelewający się Dunaj przez kawiarniany Budapeszt i Esztergom czy wreszcie tętniące ekspresją Włochy, gdzie w porze popołudniowej można bezkarnie robić to co uwielbiam najbardziej, czyli: zupełnie nic.

A więc Petersburg! Północ! Nie oponowałem zbyt długo gdyż prędko zdałem sobie sprawę, że niewiele to da. Pozostało jedynie opracować plan wyjazdu. Początkowo zakładaliśmy nocleg całkowicie po kosztach u petersburskiej polonii, do której pośrednio posiadaliśmy kontakt. Pojawiła się nawet możliwość pobytu w Petrozawodzku, nic jednak z tego nie wyszło – kontakt z polonią się urwał i nawet nie bardzo zastanawiałem się co było tego powodem. Dalsze przygotowania zmierzały w stronę kupna biletów lotniczych, załatwienia wizy oraz rezerwacji (na końcu tekstu zamieszczę spis wszelkich niezbędnych kosztów). Do załatwienia wizy konieczne jest wykonanie oficjalnej rezerwacji hotelowej, którą po procedurze wizowej można odwołać. Noclegi w hotelach okazały się całkowicie nieopłacalne w porównaniu do cen prywatnych apartamentów. Gdy wszystkie formalności zostały załatwione pozostało tylko zaplanować sam pobyt. W tym celu zakupiony został przewodnik… i w zasadzie tyle bo w Internecie znalezienie praktycznych informacji okazało się zbyt pracochłonne. W tym miejscu muszę szczerze przyznać, że podziwiam ludzi, którzy planują swoje wycieczki z dokładnością co do jednego dnia i jednej godziny. Musi to niesamowicie ułatwiać pobyt i zwiedzanie. Naprawdę ich podziwiam! Osobiście mam jednak inną filozofię życia. Gdy jeżdżę na Węgry miejsce docelowe podróży wybieram gdzieś w połowie Słowacji, a nad noclegiem zastanawiam się już po dotarciu do celu. Zawsze się udaje, a przy tym napawam się tą niefrasobliwą wolnością, która pozwala mi w każdej chwili zmienić zdanie. Wyjazd do Rosji jest oczywiście przedsięwzięciem wymagającym większej precyzji, w tym celu właśnie wykonaliśmy rezerwację i zakupiliśmy przewodnik. No i zasubskrybowałem kanał, na którym pojawiają się odcinki „Autostopem na Kołymę” – Polecam!

20150714_134336Samolot wylatywał z Warszawy, czekała nas zatem iście komfortowa podróż pociągiem z Krakowa. Był ścisk, zaduch i jakiś chrapiący pijany knur, uroki TLK. Było za to tanio co jest argumentem naczelnym. Na lotnisku odprawa paszportowa przeszła bez większych problemów. Strefa bezcłowa z cenami wyższymi od normalnych jest już dowcipem starym i nieśmiesznym. W  niewielkim samolocie zdaje się byliśmy jedynymi turystami, pozostali podróżujący sprawiali wrażenie raczej biznesmenów. Lot był krótki i przyjemny, trwał może trzy godziny choć po zmianie czasu nie bardzo chciało mi się to liczyć. Grunt że byliśmy już na miejscu. Petersburskie lotnisko Pulkovo było o wiele spokojniejsze niż Chopin, choć początkowo potwierdziło kilka stereotypów: kręcące się grupki milicjantów, zimne spojrzenie służbistki w okienku odpraw, otaczająca nas cisza. To wrażenie szybko zostało jednak zatarte przez żywą gawiedź narodowości wszelakich pchającą się drzwiami i oknami do miejskiego autobusu. Kiedy rozbawione francuski chichocząc pod nosem pytały mnie czy tym autobusem na pewno dojadą do centrum, byłem już zupełnie pewny siebie. Skoro one są tak niefrasobliwe to niby czym ja miałbym się przejmować? Do centrum można było dotrzeć jeszcze za pomocą busa prywaciarza, tzw. Marszrutki, która odjeżdżała niemal co minutę, w swojej mądrości jednak wybrałem nie tę kolejkę co trzeba. Dojazd z lotniska do centrum okazał się być niezmiernie długi, Marszrutka tymczasem gnała po poboczach za nic mając auta stojące w kilometrowym korku. Od tej pory jak tylko się dało jeździliśmy wyłącznie Mrszrutką. Miejsce naszego zamieszkanIMGP0002ia mieściło się na ulicy Majakowskiego, była to przecznica od głównej arterii – Newskiego Prospektu. Względnie młoda kobieta wynajmująca turystom pokoje w kamienicy, wyszła po nas przed bramę. Moja dziewczyna studiując filologię rosyjską zajmowała się kontaktem z tubylcami, mi więc pozostało się jedynie uśmiechać co zresztą chyba niezbyt dobrze mi wypadło, gdyż Ludmiła, kobieta wynajmująca nam pokój,  była bardzo zdziwiona, że nie mówię po rosyjsku skoro wyglądam jak typowy Rosjanin. Zrobiło mi się nieco przykro, gdyż zawsze raczej z rozbawieniem patrzyłem na ich zakazane facjaty. Jeszcze bardziej przykro zrobiło mi się po wejściu na klatkę schodową, która wszystkimi swoimi ścianami, odpadającym tynkiem i rozwalającymi się oknami mówiła bym pożegnał się ze swoją nerką.
A jednak: z głównego korytarza przez wielkie stalowe drzwi wchodziło się do bocznego ( już schludnego) holu, gdzie mieściły się trzy mieszkania. Za podwójnymi drzwiami jednego z nich czekał nas całkiem przyjemny pokój (jeden z trzech), a do tego łazienka i kuchnia z pełnym wyposażeniem. Z miejsca zostaliśmy tam przywitani przez jednego z lokatorów, który zdawał się być typowym rosyjskim inteligentem: chudy jegomość w dojrzałym wieku, ze zsuwającymi się z nosa grubymi szkłami, niezwykle uprzejmy i biegle władający językiem angielskim. Petersburg słynie w świecie jako stolica Sushi, więc po krótkim odpoczynku udaliśmy się więc na kolację, skorzystać z dobrodziejstwa miasta. Japońskie przysmaki, o których będę jeszcze wspominał, miłe były mi dla podniebienia i portfela jednak to wizyta w przydrożnym spożywczym wielce zasmuciła moje czułe serce. Piwo w wyborze nijakim, bez smaku, a o wysokiej cenie. Wino podobnież! A myślę sobie wtedy: macie Krym, a żadnego krymskiego wina!? No i nie mieli, przez cały pobyt nie znalazłem. A przecież są to podstawowe produkty spożywcze! Kto wie czy gdybym wiedział o tym wcześniej, to nie zachowałbym się jak Leszek Biały, który swoją absencję w wyprawie krzyżowej tłumaczył brakiem miodu i piwa w Ziemi Świętej. Ktoś powie: miałeś przecież bracie wódkę za grosze, to co narzekasz! Ale wódka to nie produkt spożywczy tylko alkohol, a ja alkoholu nie pijam bez okazji, zwłaszcza w towarzystwie kobiety. Papierosy były za to w przystępnej cenie, moje żółte Camele za siódemkę, słynne Sobranie niewiele drożej. Można palić. Uzupełniwszy w ten sposób witaminy, podelektowawszy się papierosem przy całkiem jeszcze jasnym niebie o północy, zakończyłem swój wieczór dnia pierwszego.

IMGP0009Chcąc pisać relacje z podróży polecam wszystkim robić sobie niewielkie nawet notatki, pozwala to zachować ostrość wspomnień i szczegółowość spostrzeżeń. Ja notatek nie robiłem.

Jedną z moich większych obaw dotyczących wyjazdu na daleką Północ, była pogoda. Często powtarzałem sobie gdzieś zasłyszany dowcip: Co to jest kiedy przez 40 dni non stop leje deszcz? – Biblijny potop? – Nie, lato w Petersburgu. Tym razem jednak pogoda była niemalże idealna, dni deszczowe stanowiły mniej niż połowę wyjazdu co uznać należy za sukces na niespotykana skalę. Pozostałe dni były mocno słoneczne, podczas których wytchnienie przynosiły orzeźwiające powiewy wiatru znad zatoki. Idealna pogoda do zwiedzania! Cdn.

IMGP0031

1 comment

Get RSS Feed

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.