Idea
3.7

Aguirre: Kit grenadierów

A więc otwieram nacjonalistyczny portal informacyjny i czytam o „narodzinach Mitu Europy” (sic!) w dniu 1. maja 1945 r. kiedy 33 Dywizja Grenadierów „Charlemagne” toczyła swój ostatni bój na gruzach Kancelarii Rzeszy. Następny artykuł traktuje o „norweskim patriocie Vidkunie Quslingu„. Gdyby nie chodziło o POLSKI portal nacjonalistyczny, nie dziwiłoby mnie to wcale. Europejski powojenny nacjonalizm czerpie swoją tożsamość z tradycji kolaboracyjnej i legendy SS. Ścieżki ideowe, historie bytów politycznych i osób (Thiriart, Degrelle, Evola) wybiegają z tego właśnie źródła i nie jest to żadna odkrywcza demaskacja godna Profesora (tak, lata lecą…) Rafała Pankowskiego. To po prostu stwierdzenie faktu.

Tak się jednak składa, że Polacy ani porządnej kolaboracji, ani dywizji Waffen SS nie mieli, a pojedynczych zdrajców częstowali ołowiem. Jak przedziwnie przebiegają podziały ideowe w niektórych głowach, skoro „nasza strona” ma obejmować już nie tylko pogubionego katolika Degrelle’a, ale nawet Quislinga i całe oddziały esesmanów. To już nie refleksja nad „zaplątanymi losami świata” jak śpiewał klasyk, ale dosyć jednoznaczne opowiedzenie się po jednej ze stron ostatniej wojny. Formułowanie takiego przekazu jest dziwne choćby dlatego, że kasety RAC przestały być już głównym elementem formacyjnym polskich nacjonalistów, a ku rozpaczy wspomnianego „badacza” i jemu podobnych, środowisko nazi-skinów bezpowrotnie zniknęło w pomroce dziejów. Profesorze, prosimy o naukową wykładnię tego fenomenu ! Ale…żarty na bok.

Cała rzecz wypływa z faktu, że ogrom i tragizm II wojny światowej przysłania niektórym prawdziwą naturę tego konfliktu. Chcą widzieć w niej walkę bytów istotowo przeciwstawnych, esachatologiczne starcie Światła i Ciemności, Wolnego Świata i Mordoru – niezależnie od tego, której akurat stronie przypisują daną rolę. Tymczasem tak naprawdę II Wojna Światowa była kłótnią rodzinną. Krwawą i okropną – ale w pewnym sensie wewnętrzną.

Owszem – inaczej niż I wojnie nie było to starcie narodów – ale systemów: politycznych i światopoglądowych: liberalnej demokracji, faszyzmu i komunizmu. Są to jednak systemy wywodzące się z jednego – modernistycznego pnia. Ich wspólną zasadą jest zerwanie z uznaniem Autorytetu w kształtowaniu systemu społecznego i budowanie go w oparciu o wyabstrahowaną z kontekstu ideę. Dla demokracji liberalnej jest to wolność jednostki, dla faszyzmu hierarchicznie rozumiany porządek, dla komunizmu zaś równość wszystkich ludzi. Problem polega na tym, że idee te nie poddane są żadnej zwierzchności, co przejawia się w odrzuceniu nauki Kościoła jako wiążącej dla budowniczych ładu społecznego.

Tym co odrzucono, jest przede wszystkim złożona antropologia chrześcijańska, zawarta w pozornie przeciwstawnych doktrynach o stworzeniu człowieka na Boży obraz i o grzechu pierworodnym. Modernizm – we wszystkich swoich odmianach – prymitywizuje tę misterną antropologię popadając w redukcjonizm. Jest to filozofia prostych recept na szczęście. Dajmy ludziom wolność nieograniczoną, a zapanuje powszechna szczęśliwość. Albo nie…uchwyćmy wszystkich za twarze, ustawmy w szeregach i każmy maszerować – stworzymy fundamenty nowego lepszego świata. Zakażmy własności prywatnej – jak w komunizmie, albo ją zabsolutyzujmy – jak w liberalnym kapitalizmie. Zróbmy tak – a będzie dobrze, wstanie złoty świt i zapanuje raj na ziemi.

Każdemu z tych systemów przyświeca, jak budowniczym wieży Babel, słońce własnej pychy – pierwszy i najważniejszy z grzechów głównych. Pycha ta w sposób najbardziej wyrazisty – komiksowy wręcz, ujawniła się w niemieckim narodowym socjalizmie. Nazizm to intelektualny wygłup o rasowej wyższości – wzięty na poważnie przez naród nie mający poczucia humoru ludów bardziej cywilizowanych np. Włochów. Ci ostatni potraktowali faszyzm z przymrużeniem oka: stanowił on pewną pozę, formę estetyzacji życia społecznego, próbę uczynienia go piękniejszym – a przez to zdrowszym od demoliberalnej degrengolady. Gdy jednak w Etiopii, Grecji i gdzie indziej w imię tej idei przyszło masowo zabijać i oddawać życie, Włosi zawahali się. Faszyzm, który chciał być przede wszystkim piękny, w konfrontacji z życiem rozpadł się najprędzej i to jest moim zdaniem jego największą chlubą. Natomiast niemiecka jego parodia chciała trwać dalej w absurdalnym przeświadczeniu o swej prawdziwości i utopiła Europę w cudzej i swojej krwi. A dziś czytam o berlińskich „bohaterach”, którzy do ostatniej godziny przelewali cudzą i własną krew, by tej idei bronić.

Nazwijmy rzecz po imieniu. Europejskie braterstwo w imię „wojny z bolszewizmem” pod egidą SS to brednie niemieckiej propagandy, mającej maskować zwykłą terytorialną ekspansję. „Hordy bolszewickie” nie były bardziej barbarzyńskie od „krzyżowców” z Waffen SS. Dziś budowanie „mitu Europy” na idei SS to groteskowa bzdura, równoważna z wmawianym nam codziennie kłamstwem, jakoby Europa tożsama była z Unią Europejską. Jedno i drugie stanowi totalne zaprzeczenie cywilizacyjnych podstaw Europy. To nie mit. To kit.

Czytając o takich rzeczach, twórcy Obozu Narodowo-Radykalnego niechybnie przewróciliby się w grobach. Oni wiedzieli, że nacjonalizm ma sens jedynie wtedy, jeżeli wpisuje się w chrześcijańską aksjologię, jeżeli służy sprawie Bożej. Tylko wtedy ma rzeczywistą siłę, jest prawdziwą rebelią przeciw współczesnemu światu. Tylko wtedy może osiągnąć rzeczywiste rezultaty, podczas gdy inne systemy będą skompromitowane gnić na śmietniku historii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.