Idea
3.7

Aguirre: Wiara- ale jaka?

Z zainteresowaniem, chociaż nie bez chwilowej irytacji, przeczytałem w „internetach” tekst autorstwa panów Grzegorza Ćwika i Witolda Dobrowolskiego pod tytułem „Renesans ideologii – szkic Nacjonalizmu Szturmowego„. Od razu zastrzegam, że nie jest moją intencją recenzowanie ani wyczerpująca polemika ze wzmiankowanym artykułem. Do większości kwestii poruszonych w tym tekście w ogóle się nie odniosę. Po prawdzie coraz mniej wierzę we wszystkie te zbawienne „programy ideowe”, pisane czy to przez siebie, czy to przez innych. Jest to dla mnie raczej pretekst do własnych, raczej nieuporządkowanych refleksji na temat stosunku polskiego nacjonalizmu do konkretnej „sprawy” a mianowicie do religii katolickiej.

Otóż przy obowiązkowym dla takich tekstów omawianiu spustoszenia cywilizacji europejskiej natrafiamy na taki passus: „Efektem tego jest faktyczny, pełzający, acz sukcesywny genocyd białych Narodów, zagłada naszej tradycji, wszelkich regionalizmów, kultury i wreszcie Wiary”.

I właśnie ta „Wiara” umieszczona na końcu wyliczanki (klasyczne „last but not the least”) budzi moje szczere zaciekawienie. Wyrażenia w rodzaju „sukcesywny genocyd regionalizmów” nie wskazują raczej na poetycki charakter tekstu, więc od autorów można chyba oczekiwać komunikatywności i jednoznaczności przekazu. Ale czym jest owa „Wiara” już się nie dowiadujemy. Zapytałbym nieśmiało, czy chodzi może o rzymski katolicyzm, który ukształtował oblicze Europy, ale nie muszę. Poznaję akurat dość dobrze ten (pseudo?)intelektualny wybieg, tę próbę pisania o katolicyzmie (którego przecież pominąć nie sposób) bez katolicyzmu.

Ta pisana wielką literą „Wiara” nasuwa mi skojarzenia z „prymatem Ducha” z Deklaracji Trzeciej Pozycji. Sformułowanie to zawsze wydawało mi się trochę niepokojące, gdyż jak wiemy, istnieje zarówno Duch Święty jak i duch nieczysty. Radykalne przeciwstawienie ducha i materii jest rysem gnostyckim, a więc tym, co jest chrześcijaństwu obce, a co często próbowało się pod chrześcijaństwo podszywać. Tymczasem ani materia nie jest tożsama ze złem, ani duchowość z dobrem. Zresztą tak naprawdę nawet najbardziej przyziemny materializm jest zdegenerowaną formą religii – mówiąc językiem Biblii – kultem złotego cielca. Wierzyć można w Boga Jedynego, bożków Walhalli, naturę, kosmiczną energię, ale także w Wisłę Kraków, własne odbicie w lustrze albo w dolary i zdrową żywność. Dla chrześcijanina podstawowy podział ideowy nie przebiega na linii materia-duch ale Ewangelia-świat, albo też pomiędzy wyznawaniem Boga i czegokolwiek innego, czyli bałwochwalstwem.

Rozumienie tych problemów w polskim nacjonalizmie zawsze było, nazwijmy to, kulawe. Weźmy przykład – koncepcje Juliusa Evoli – publikowane od lat w polskich wydawnictwach nacjonalistycznych – nawet tych programowo katolickich – prawie jak nieomylny drogowskaz ideowy. Zatrzymajmy się na chwilę nad tym ciekawym poznawczo nurtem i przeanalizujmy jego stosunek do chrześcijaństwa. W evoliańskim tradycjonalizmie brak głębokiego namysłu nad podstawowymi prawdami chrześcijańskimi, a jeśli prawdy te gdzieś się pojawiają – to w krzywym zwierciadle, ukazane jako niemęskie, demoralizujące i generujące rozkład. Wyjątek poczyniony dla epoki krucjat jest tylko potwierdzeniem reguły, ponieważ Evola rozpatruje krzyżowców w oderwaniu od ich misji. Wielbiąc wojowniczość, inicjacje i elitarność stanu rycerskiego zapomina całkowicie o chrześcijańskim sensie wypraw krzyżowych – o centralnej idei, jaka tym wyprawom towarzyszyła. Nie głosi świętej wojny w imię Chrystusa, ale świętą wojnę samą w sobie.

Ta próba odebrania integralnie chrześcijańskim ideom ich chrześcijaństwa jest rysem charakterystycznym szkoły tradycjonalizmu integralnego. Nawet gdy Bogdan Kozieł zachwyca się Legionem Św. Michała Archanioła, to przedmiotem jego adoracji nie jest głębokie chrześcijaństwo Codreanu, ale właśnie to, co może być w Legionie pierwiastkiem chrześcijaństwu obcym, a więc zachowane w ludowym prawosławiu panteistyczne elementy pogańskie. Choć trzeba docenić wkład tych tradycji w kulturę europejską, mają one dla chrześcijanina znaczenie drugorzędne wobec Ewangelii. Tymczasem to właśnie Ewangelia jest przez evolian odrzucona przy równoczesnym ubóstwieniu marginaliów. Jest to działanie przewrotne i śmiało można zaliczyć je do duchowych trucizn.

Trucizną jest również duch ezoteryki i religijnego synkretyzmu. U evolian mamy do czynienia z zainteresowaniem każdą w zasadzie formą duchowości: sufizmem, buddyzmem, kabałą, etc. Gdyby nawet tradycjonalista mówił o św. Augustynie lub św. Janie od Krzyża – jest to dyskurs wyprany z zasadniczej treści chrześcijańskiej, a skoncentrowany na stronie – nazwijmy to – technicznej „duchowego rozwoju”, nie zaś na osobie Chrystusa. Nasuwają się tu paralele z bardziej rozpoznawalnym ruchem new age, skierowanym do zagubionych mas wykorzenionych mieszkańców Zachodu. Tradycjonalizm jest jego prawicowym odpowiednikiem odzianym w szatę wyniosłego elitaryzmu a zawierającym tę samą pogańską treść.

Wydawać mogłoby się, że taka nieokreślona duchowość, a więc wszystkie te „Wiary”, „Duchy”, „Prawdy” są sojusznikami chrześcijaństwa w walce z liberalizmem, konsumpcjonizmem i materializmem. Tak – jak mniemam – widzą to niektórzy katoliccy nacjonaliści w Polsce. Uważam, że jest to katastrofalna pomyłka. Duchowość new age jest dużo bardziej niebezpieczna dla naszej cywilizacji, ponieważ jest żywa, podczas gdy materializm umiera. Nie posiada już żadnego wewnętrznego ognia, jakim początkowo była dla niego rewolucja przemysłowa, scjentyzm, a potem bunt antyhierarchiczny 1968 r. i towarzyszący mu przewrót obyczajowy. Nie należy patrzeć na idee podtrzymywane bezwładnością systemu na społecznej i ekonomicznej kroplówce, ale na te, które są młode i przybierają na sile. Duchowa próżnia Zachodu zasysa z coraz większą siłą duchowości niechrześcijańskie – islam, mistycyzm wschodni oraz rodzime pogaństwo, podczas gdy chrześcijaństwo ogłuszone wściekłym atakiem liberalizmu i komunizmu nie może się odrodzić. Nie wchodząc w rolę proroka, wydaje mi się, że pojawi się forma duchowości, którą starzy lub nowi możni tego świata uczynią złotym cielcem.

Wiara katolicka – wiara w Chrystusa wyznawana w Jego Kościele musi pozostać czysta. Nie może stać się częścią jakiegoś politycznie poprawnego, nieokreślonego, synkretycznego konglomeratu sprzecznych idei.

Czytając tekst przez chwilę miałem nadzieję się, że „Wiara” to jednak tylko zabieg literacki, jednak ustęp pt „Religia” pozbawił mnie złudzeń. Tutaj mamy już frontalną próbę wyrugowania katolicyzmu z polskiego ruchu narodowego. Nie obyło się bez kuriozalnych stwierdzeń np. tezy jakoby przywiązanie do przedsoborowej wizji Kościoła miałoby wpływać na „rekonstrukcjonizm” w działaniu politycznym – piramidalny absurd nie poparty żadną argumentacją.

Pomijając nieudolność wywodu, tekst ten wpisuje się w pewien nurt, jaki można obserwować od dłuższego czasu. Wśród części nacjonalistów, zwłaszcza w ruchach wzorowanych na całkowicie świeckich lub spoganizowanych nacjonalistach zachodnich, upowszechnia się mniemanie jakoby nacjonalizm można było budować bez odniesień do chrześcijaństwa lub nawet w opozycji do niego.

Powstaje pytanie – czy wobec emancypacji niechrześcijańskiego nacjonalizmu (ateistycznego, rodzimowierczego lub po prostu indyferentnego religijnie) chrześcijański nacjonalista może działać tak jak do tej pory ? Czy można tworzyć front „szeroko pojętego” nacjonalizmu z grupami, które katolicyzm co najwyżej tolerują i czy z tego mariażu może narodzić się cokolwiek dobrego ?

Moim zdaniem, odpowiedź na wszystkie te pytania musi brzmieć – nie. Uprzedzając obawy czytelników – nie zamierzam nikogo przekonywać do katolicyzmu cytując Dmowskiego lub działaczy przedwojennego ONR. Nie zamierzam nikogo oszukiwać, że polski nacjonalizm musi być katolicki. Nie musi – jak pokazuje przykład wielu dawnych i współczesnych nacjonalizmów na całym świecie. Chcę przez to powiedzieć, że nacjonalizm wyzuty z fundamentu wiary katolickiej jest logicznie i historycznie możliwy w Polsce AD 2017- co nie znaczy, że dobry. Nie zmienia to faktu, że nacjonalizm katolicki i ten, który katolicyzm odrzuca, nie mają z sobą wiele wspólnego.

Podstawową sprawą w życiu człowieka, która rzutuje na jego działania i relacje jest hierarchia wartości. Powołaniem katolika jest, aby na szczycie tej hierarchii umieścił Boga. Wszystko inne ma być konsekwencją tego podstawowego wyboru, a cały system przekonań musi kształtować się w oparciu o Ewangelię, wyrażoną w nauczaniu Kościoła. Nie chciałbym wchodzić w te kwestie głębiej, aby nie raczyć czytelnika domorosłą homiletyką. Jednak niewątpliwie wiara katolicka bardzo specyficznie ustawia optykę widzenia zjawisk, także tych społecznych, rzutując na koncepcje ustrojowe, ekonomiczne, obyczajowe i prawne. Nie sposób ograniczyć „bycia katolikiem” do zestawu religijnych praktyk i indywidualnej etyki. Nie sposób budować ruchu nie mając wspólnych podstaw światopoglądowych. Jeżeli zachodzi sprzeczność w pierwszej i podstawowej kwestii, jak można mówić o zgodności w sprawach niższej wagi ? Wystarczyłoby jedno hasło w rodzaju „aborcja niepełnosprawnych”, albo „znaczenie własności prywatnej”, „władza duchowa Kościoła” i już statek o nazwie „bezpodziałowy” areligijny nacjonalizm rozbija się o skały.

Zresztą reklamowane przez autorów oddzielenie religii od polityki jest niczym innym, jak powieleniem głównego postulatu oświeceniowego liberalizmu, na który to liberalizm autorzy ciskają gromy w całym artykule.

Cóż, ja też pociskam gromy – dlaczego chcecie sprzedać wiarę swoich ojców za jakąś przykurzoną nowoczesność?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.