Idea
3.7

Ankieta 3droga.pl: Nacjonaliści o sytuacji w Palestynie. Bekier, Ćwik, Gąsiorek, Kaczmarek, Siemiątkowski

Izrael od prawie siedemdziesięciu lat jest państwem będącym punktem zapalnym na Bliskim Wschodzie. Wydarte siłą Brytyjczykom, splamione krwią miejscowej palestyńskiej ludności, przez wieki przechodzące z rąk do rąk coraz to nowych zdobywców. Polscy prawicowcy lubią mówić, że niepodległe państwo żydowskie to historyczna sprawiedliwość, przywrócenie właścicielom ziemi danej przez samego Boga. Przeciwnicy tego poglądu twierdzą zaś, że współcześni Izraelczycy nie mają nic wspólnego z biblijnymi Żydami, zarówno w kwestii pochodzenia jak i istotnych różnic w samej religii. Logicznie błędne i moralnie naganne wydaje się utrzymywanie, że prawo do ziemi danej grupy religijnej czy etnicznej, jest niezbywalne nawet jeśli ostatni znaczący zarząd nad danym miejscem miała ona ponad dwa milenia temu. W grudniu 2017 roku prezydent Stanów Zjednoczonych, Donald Trump, zdecydował o przeniesieniu stolicy USA z Tel Awiwu do Jerozolimy, która nie jest uznawana przez ONZ za stolicę Izraela, ze względu na niebyłe już negocjacje z Autonomią Palestyńską. Decyzja Trumpa stała się przyczynkiem do nowej Intifady, powstania Palestyńczyków przeciwko siłom Izraela, które może stać się jedną z kolejnych zapałek odpalonych w piwnicy pełnej prochu. Jakie zdanie na ten temat mają polscy nacjonaliści? Czy głosy o okupacji Palestyny przez Żydów, po siedemdziesięciu latach istnienia państwa Izrael, nie są oderwane od rzeczywistości? Zapraszamy do kolejnej ankiety przeprowadzonej przez redakcję portalu 3droga.pl:

1. Czy Izrael w istocie jest tykającą bombą na Bliskim Wschodzie, którą rozbroić można jedynie tworząc na tym miejscu państwo palestyńskie, czy też może przeciwnie, to przyczółek cywilizacji zachodniej, ostatni bufor przed ekspansją świata islamu?

Bartosz Bekier (Xportal.pl, Falanga): Nazywanie Izraela „przyczółkiem cywilizacji zachodniej” ma sens tylko wtedy, jeśli uznamy, że „wartości Zachodu” to synonim dla aksjologii liberalno-demokratycznej i forsowania praw środowisk LGBTQWERTY. W Izraelu pary homoseksualne mogą bez przeszkód adoptować dzieci, co niemalże na tle całej Azji jest ewenementem. Ukierunkowana na Tel-Awiw „ekspansja islamu” i zepchnięcie Izraela do morza zarówno na planie symbolicznym oraz geograficznym przypominałoby więc zniszczenie Sodomy i Gomory, miast zlokalizowanych niegdyś w Kanaanie. Stara śpiewka neokonserwatystów o „izraelskim buforze” chroniącym nas (w domyśle: Amerykanów i Europejczyków) przed muzułmanami brzmi dzisiaj śmiesznie z uwagi na masy imigrantów zalewających Stary Kontynent. Dodajmy, że są to imigranci, którzy do Europy zmierzają właśnie z uwagi na twarde zderzenie z amerykańską i izraelską demokracją, która w ostatnich dziesięcioleciach uczyniła wiele, aby Bliski Wschód regularnie spływał krwią i, mówiąc oględnie, nie był najlepszym miejscem na Ziemi do zamieszkania. Wyświechtany slogan o izraelskiej „forpoczcie” Zachodu to jedynie parawan dla bezlitosnej walki Waszyngtonu i Tel-Awiwu o swoje interesy w regionie, oryginalnie wymyślony dla tej głupszej części neokonserwatywnego i republikańskiego elektoratu. Efektem realizacji amerykańskich i izraelskich interesów na Bliskim Wschodzie jest powstanie strefy endemicznej wojny generującej miliony uchodźców, którzy zalewają dziś Europę.

Grzegorz Ćwik („Szturm”): Twierdzenie jakoby Izrael był owym „przyczółkiem cywilizacji zachodniej” przewija się często w publicystyce prawicowej i centroprawicowej, przede wszystkim zaś w wywodach wszelkich osób wyznających i identyfikujących się z nurtem neokonserwatywnym. Jest to oczywiście kłamstwo, używane głównie ze względów propagandowych i politycznych. Czynnikiem, który sprawia, że jest ono dość popularne jest też duża niechęć do islamu. Geneza powstania Izraela pod względem politycznym, ideologicznym i religijnym nie ma nic jednak wspólnego z zespołem wartości Zachodu. Także obecnie państwo to wieloma drogami i sposobami propaguje liberalizm, marksizm kulturowy, tzw. „antyfaszyzm” – starczy wspomnieć oficjalne organizacje lobbystyczne, działalność dyplomatyczną, kulturową, etc. Izrael nie broni także Europy w żaden sposób przed ekspansją islamu, wręcz przeciwnie – jego agresywna polityka jest jednym z ważniejszych czynników warunkujących ten napływ. Jednocześnie Izrael sam swoje granice cały czas ma zamknięte dla uchodźców, co tym bardziej zwiększ ich napór na nasz kontynent. Państwo izraelskie w takim kontekście jest faktycznie ową „tykającą bombą”, choć jeszcze trafniejszym określeniem wydaje się porównanie do fabryki zatruwającej środowisko naturalne – tak samo Izrael niszczy swoje środowisko, czyli przede wszystkim Bliski Wschód. Utworzenie państwa palestyńskiego jest konieczne, nie tylko ze względów historycznych i moralnych, ale nade wszystko politycznych – jako ideową i geopolityczną przeciwwagę dla wpływów izraelskich.

Adrianna Gąsiorek (Kierunki.info.pl): Na wstępie zaznaczę, że nie będę się kreować na wielkiego znawcę tematu, ale przedstawię swoją opinię, którą wyrobiłam sobie na podstawie – przede wszystkim literatury, w tym reportaży, artykułów oraz rozmów z osobami, dla których ta dziedzina jest bliska.

Czytając pierwsze pytanie to w obu jego częściach odpowiadam „nie”. Owszem Izrael jest raczej cierniem w oku świata arabskiego czy szerzej islamskiego. Żydzi kreują się jako przedstawiciele cywilizacji zachodniej, ale według mnie stanowią suwerenne państwo i kierują się przede wszystkim własnym interesem, oczywiście w opiekuńczych ramionach USA. W interesie Izraela nie jest silna Syria, Jordania czy Iran, podobnie zresztą sprawa wygląda z perspektywy Arabii Saudyjskiej czy Turcji.

Z całym przekonaniem uważam, że Izrael nie jest ostatnim buforem przed ekspansją świata islamu, ponieważ sam często wspiera islamistów w celu dezintegracji państw, które mu zagrażają. Do tego zbieżne interesy ze wspomnianą Arabią Saudyjską.

Dla samej Europy Izrael jest ważny jako partner handlowy, a także jako gracz w dziedzinie technologii obronnych.

Dawid Kaczmarek (3droga.pl, Trzecia Droga): Zdaje się obecnie (a sądzę, że przekonanie to powinno wybrzmieć szczególnie mocno w tym miejscu, zwłaszcza wśród tak doniosłej publiczności i towarzystwa zgromadzonego tutaj w jednym i tym samym momencie), że nie było w historii naszego, współczesnego nam świata większego kłamstwa od historii „niepodległego” Izraela. Kłamstwa które to swoją istotą położyło fundament nie tylko pod trwającą wiele lat kampanię czystek etnicznych i krwawych zbrodni prowadzoną na narodzie palestyńskim, ale też pod brutalną dominację Stanów Zjednoczonych o charakterze neokolonialnym, które istnienie „specjalnych relacji” ze swoim 51 stanem (jak zwykło się nazywać „Izrael”) uznały za uzasadnienie do budowania stref wpływów i zależności, w regionie do którego Amerykanie nigdy nie mieli żadnego prawa, oraz do którego nikt ich nigdy nie zapraszał. Odpowiadając na postawione na samym początku pytanie; wydaje mi się, że takie ujęcie sprawy nie odpowiada jednak rzeczywistości w stu procentach. Według mnie „Izrael” nie jest „tykającą bombą” lecz raczej pewnego rodzaju głęboką raną uczynioną w organizmie Bliskiego Wschodu. Jego istnienie i podejmowane przez niego działania sprawiają że jakiekolwiek ruchy i działania obliczone na choćby częściowe ustabilizowanie tamtejszych warunków politycznych i społecznych spełzają na niczym, a przedstawione plany pokojowe i scenariusze rozmów negocjacyjnych oraz mediacji w najbardziej kluczowych sprawach, zostają nierzadko jednostronnie odrzucane. Dzieje się to przy porażającej bezradności ONZ, którego rezolucje są niewiele więcej warte niż papier toaletowy pośledniego rodzaju. Podsumowując: bardziej niż „tykającą bombą” nazwał bym „Izrael” zadrą, bolesnym kolcem w sercu Bliskiego Wschodu, który uniemożliwia swoim istnieniem trwałe poprawienie sytuacji w regionie.

Teza o istnieniu Izraela w charakterze „Bastionu Cywilizacji Zachodniej”, została stworzona w zaciszach waszyngtońskich gabinetów, których pracownicy jak pisałem wcześniej, potrzebowali w ręku silnego atutu i uzasadnienia, który dałby im propagandowe umocowanie dla brutalnego poszerzania wpływów w rejonie Bliskiego Wschodu. To oczywiste brednie, które nie mają pokrycia w rzeczywistości, a dziś w Polsce istnieją jedynie w głowach paru świrów i janczarów środowisk prawicowych, konserwatywnych i około waszyngtońskich, z którymi nacjonaliści przeważnie nie chcą (i nie powinni) mieć nic wspólnego.

Jakub Siemiątkowski (Polityka Narodowa): Patrząc realistycznie, w grę nie wchodzi dziś „zastąpienie” Izraela przez niepodległe państwo palestyńskie. W ogóle można powątpiewać czy w przewidywalnej przyszłości samo istnienie Izraela będzie zagrożone. Dopóki Żydzi posiadają bombę atomową (a sąsiednie państwa muzułmańskie nie), silne wsparcie USA i armię, z którą nie może się równać żadna inna w regionie, dopóty Izrael będzie istniał. Wygląda na to, że nawet sprawa dysproporcji pomiędzy dzietnością Żydów a dzietnością Palestyńczyków jest nieco zmitologizowana, bowiem w Izraelu Arabowie mają coraz mniej dzieci, a na terytoriach okupowanych osadnicy żydowscy cechują się sporym przyrostem naturalnym. Wiele dekad zajęłoby więc spełnienie się słynnej tezy Arafata.

Niezbyt optymistycznie będą kształtować się także szanse powstania państwa palestyńskiego z prawdziwego zdarzenia na terytoriach samej Autonomii Palestyńskiej. Osadnictwo izraelskie na Zachodnim Brzegu Jordanu się nasila – dziś według oficjalnych danych żyje tam już 421 tys. Żydów wobec ok. 2,8 mln Palestyńczyków, a kolejne osiedla są w planach. Władze izraelskie są mało czułe na naciski organizacji międzynarodowych, z ONZ włącznie, można więc się domyślać, że proces ten będzie trwał. Paradoksalnie, pewną nadzieję może nieść Palestyńczykom ewentualne złagodzenie proizraelskiego ostrza polityki USA – już bowiem za prezydentury Baracka Obamy pojawiły się symptomy zniechęcenia części amerykańskiej klasy politycznej do tak aktywnego wspierania poczynań Izraela. To też jednak nie dokonałoby się z dnia na dzień. Przechodząc do meritum, oczywiście stwierdzenie, że Izrael w jakikolwiek sposób powstrzymuje ekspansję islamu w Europie jest bzdurą, której chyba nawet nie ma potrzeby tłumaczyć obszerniej, niż stawiając zapytanie: w jaki sposób fakt, że Izraelczycy bombardują palestyńskie osiedla miałby wpływać na migrację Arabów z Syrii czy Libii do Europy tudzież na dzietność muzułmanów we Francji czy Niemczech? Jeśli działania izraelskie na takie mechanizmy wpływają, to z negatywnym dla Europy skutkiem, bowiem państwo to destabilizuje swoimi działaniami Bliski Wschód. Nie trzeba być specjalistą by wiedzieć jaki był stosunek Izraela do wojny w Syrii, wcześniej do wojny w Iraku, jaki byłby do ewentualnej wojny przeciw Iranowi.

Nie są oczywiście Izraelczycy narodem cywilizacji zachodniej – cywilizacja żydowska, niczego jej nie ujmując, jest czymś innym niż zachodnia/łacińska/europejska/chrześcijańska. Logicznym nonsensem jest więc postrzeganie Izraela w kategoriach bastionu naszej cywilizacji w tym regionie.

2. Co, dla i tak już napiętej sytuacji na Bliskim Wschodzie i w Afryce północnej, oznaczałby wybuch zbrojnego konfliktu pomiędzy Izraelem, a siłami palestyńskimi?

Bartosz Bekier (Xportal.pl, Falanga): Blisko dwie dekady temu, bo w roku 2000, Izrael stracił geostrategiczną inicjatywę. Wycofanie wojsk z tzw. Strefy Bezpieczeństwa utworzonej w południowym Libanie, ustawicznie nękanej przez ataki Hezbollahu w toku 15-letniej kampanii, było punktem zwrotnym w historii konfliktu izraelsko-arabskiego: syjoniści jeszcze nigdy nie opuścili żadnego terytorium nie uzyskawszy niczego w zamian. Wojna lipcowa w 2006 roku, która miała pokazać, że komentarze analityków sugerujących, iż Izrael przechodzi do defensywy, były mocno przesadzone, tylko potwierdziła tę tezę – w starciu z najnowocześniejszą armią Bliskiego Wschodu libański Hezbollah obronił swoje najważniejsze pozycje i wyszedł z tej wojny praktycznie bez szwanku, zaś strona izraelska nie zrealizowała żadnego z 5 założeń strategicznych stawianych na początku kampanii. Gdyby dzisiaj doszło do wybuchu konfliktu zbrojnego pomiędzy Izraelem a siłami palestyńskimi, jestem przekonany, że na chwilę obecną Izrael ten konflikt by przetrwał – kto by mógł bowiem skutecznie pomóc Palestyńczykom, skoro całe otoczenie geopolityczne ma własne problemy i pogrążone jest w chaosie? Jednak byłby to kolejny cios osłabiający strukturę syjonistyczną, która całą swoją egzystencję zbudowała na nieszczęściu ludu palestyńskiego, okradając go z jego własnego domu i godności.

Grzegorz Ćwik („Szturm”): Dalecy jesteśmy od katastroficznych wizji, wedle których byłby to początek 3 wojny światowej. Z pewnością jednak konflikt ten spowodowałby ogromne pogorszenie położenia Palestyńczyków, zaognienie sytuacji w regionie i kolejną falę imigracji. Wojny na Bliskim Wschodzie z pewnością od wielu lat charakteryzuje dość izolacyjny charakter, to jest fakt, że nie wykraczają zasięgiem działań zbrojnych poza teren Półwyspu Arabskiego. Konflikt między Izraelem a Palestyną oczywiście militarnie przechyliłby się na korzyść tego pierwszego, ze względu na ogromną nierówność wyposażenia i zaplecza, jak również brak sojuszników Palestyny gotowych do otwartego konfliktu z Izraelem. Nie zmienia to faktu, że Syria a przede wszystkim Iran wsparłyby w miarę możliwości Palestynę. Pytanie to czy nawet w razie zwycięstwa Izraela w perspektywie długofalowej nie czeka izolacja. UE już teraz zajmuje pozycje raczej antyizraelskie, USA bez zgody Rosji i Chin także nie będą w stanie samodzielnie forsować i wspierać Izraela. Także tzw. „opinia międzynarodowa” raczej będzie po stronie palestyńskich cywili, choć tu (jak i w całej sprawie) wpływ duży będzie widoczny ze strony grup wpływu, mediów, publicystów czy dziennikarzy, którzy w przeważającej większości poprą Izrael. Tak czy inaczej z pewnością w świadomości ludzi konflikt taki byłby kolejnym dowodem na nierozwiązywalność sytuacji na Bliskim Wschodzie bez radykalnych i bardzo daleko idących środków. Rozumiem przez to utworzenie państwa palestyńskiego, ograniczenie zbrodniczej polityki Izraela, zmuszenie go do zadośćuczynienia za kilka dekad konsekwentnej i systematycznej polityki wymierzonej w naród palestyński.

Adrianna Gąsiorek (Kierunki.info.pl): Myślę, że wiele zależałoby od kroków, jakie podjęłyby takie państwa jak Arabia Saudyjska czy Turcja. Zakładając, że Iran poparłby Palestynę, a USA Izrael moglibyśmy mieć do czynienia z kolejnym dużym starciem na terenach Bliskiego Wschodu. Trzeba również pamiętać, że możemy przypuszczać, iż wykorzystana zostałaby w tej batalii broń biologiczna czy chemiczna.

Musimy również przeanalizować historyczne wydarzenia z 1967 roku, kiedy to miejsce miał otwarty konflikt zbrojny przeciwko Izraelowi i głównym jego inicjatorem był Egipt, a brały w nim udział państwa takie jak Jordania i Syria. Wiemy, że w tym czasie Egipt kupował sprzęt wojskowy od ZSRR. Także obecnie nie wiemy, jak zachowa się Rosja, która przecież wspierała niedawno Syrię. Historia lubi się powtarzać także należy wyciągnąć z tego wnioski.

Obserwujemy obecnie, jakie nastroje panują w Palestynie po uznaniu, przez Donalda Trumpa, Jerozolimy za stolicę Izraela. Wbrew pozorom krok ten jest najmniej potrzebny Izraelowi. Skutki, jakie mogą nastąpić po ewentualnym konflikcie to większa fala uchodźców, być może powrót niektórych Żydów do Europy. Dodatkowo ważnym „partnerem” tego zatargu będą media i ich przekaz w danym kraju.

Jednak zalecałabym racjonalne podejście – nawet jeśli konflikt miałby zniszczyć państwo Izrael nie obawiałabym się wielkich ilości Żydów przybywających do Europy. Sporo z nich szukałoby schronienia w USA, Rosji czy Ameryce Południowej, a większość pewnie dostosowałaby się do nowego porządku.

Dawid Kaczmarek (3droga.pl, Trzecia Droga): Obecnie w dyskursie środowiskowym, szczególnie popularne wydaje się być przekonanie, że nie ma co przywiązywać zbyt dużej uwagi do konfliktów toczących się w Palestynie, ponieważ mają one miejsce co jakiś czas, wszyscy się już do nich tak naprawdę zdążyli przyzwyczaić, a one same nie wpływają de facto zbyt mocno na zmianę układu geopolitycznego w regionie, czy też tym bardziej nie poprawiają losu samych Palestyńczyków. Ich scenariusz w zasadzie wygląda przeważnie tak samo. Najpierw mamy jakieś wydarzenie (jak np. zabicie wysokiego rangą dowódcy zbrojnego ramienia Hamasu), które przelewa czarę goryczy i łamie kruchy porządek społeczny. Hamas odpowiada wtedy ostrzałem rakietowym (warto zauważyć jak działa tutaj etykieta organizacji „radykalnej”, która w przypadku realiów palestyńskich tak naprawdę wymusza na grupach takich jak Hamas dalsze, konkretne działanie w takiej sytuacji). Rakiety w dużej mierze są nieskuteczne: albo w ogóle nie trafiają w cel albo są przechwytywane przez system obrony przeciwlotniczej, ale są i tak wystarczającym uzasadnieniem dla Izraela do podjęcia już bardziej konkretnej akcji zbrojnej. W jej wyniku giną przede wszystkim cywile: dzieci, kobiety i osoby starsze, a ich liczba jest o wiele większa niż liczba izraelskich żołnierzy. Tak dzieje się ciągle. Zmianie ulega jedynie stopień okrucieństwa strony izraelskiej oraz liczba zabitych osób po stronie palestyńskiej.

Czy teraz także obserwujemy taką samą sytuację? Nie wydaje mi się. W tym przypadku Hamas został zmuszony do działania przez decyzje gracza, który jest de facto poza układem, a której podjęcia nikt tak na serio nie brał w ogóle pod uwagę. Niespodziewany czynnik wymusił na Hamasie wyjątkowe działania; na tym tle doszło między innymi do podpisania szeregu sojuszniczych porozumień ze świeckim (od lat także znienawidzonym) Fatahem. Zgodziłbym się ze stwierdzeniem że obecny konflikt w Ziemi Świętej jest inny, ponieważ nawet jak wskazują analitycy, sam Hamas także zachowuje się inaczej (wyjątkowo powściągliwie), starając się łagodzić nastroje, oraz kontrolować rozwój wypadków przez cały czas. Według mnie nowy konflikt będzie skutkował dalszym osłabieniem globalnej pozycji Stanów Zjednoczonych, które już teraz ze względu na brak swojej wiarygodności w stosunkach międzynarodowych, przestały pełnić rolę gwaranta rozmów pokojowych. Należy oczekiwać że tą lukę wykorzysta Rosja. I tak już się w sumie zaczyna teraz powoli dziać. Tak więc wojna w Palestynie, a także każdy kolejny konflikt w tym rejonie świata, będzie się wpisywać w szerszą logiką demontowania się jednobiegunowego porządku światowego. Co do zasady jest dla nas wszystkich zjawiskiem jak najbardziej pozytywnym.

Jakub Siemiątkowski (Polityka Narodowa): Oznaczałby dalsze straty w ludności palestyńskiej, być może migracje Palestyńczyków. Pewnie w tej chwili niewiele więcej, gdyż potencjalni sojusznicy sprawy palestyńskiej, nawet ci względnie silni (Iran) zbyt wiele nie mogą tu zdziałać – cóż bowiem znaczy irańska broń dostarczana Hamasowi wobec potęgi izraelskiego wojska? Nie oszukujmy się, że reszta świata muzułmańskiego zdobyłaby się na coś więcej niż wyrażenie solidarności z Palestyńczykami – nie ma ku temu środków, a czasem i chęci. W krajach arabskich w dobrym tonie jest nienawiść do „syjonistycznego tworu”, ale czy realnie rzecz biorąc na coś się to przekłada? Na użytek wewnętrzny retorykę antyizraelską stosują nawet kraje takie jak Arabia Saudyjska, z Izraelem współpracujące, połączone licznymi interesami.

Oczywiście Bliski Wschód jest trochę jak beczka prochu i można sobie wyobrazić, że pogłębiający się aktualnie kryzys stanie się katalizatorem czegoś większego – tak jednak być nie musi. Dwie intifady i kolejne zbrojne interwencje w strefie Gazy (nawet tak brutalne jak operacja „Płynny Ołów” w 2009) do wojny obejmującej cały region nie doprowadziły, teraz też takiej pewnie nie będzie.

3. Jakie powinno być stanowisko dyplomacji III RP w tej sprawie?

Bartosz Bekier (Xportal.pl, Falanga): Odpowiem powołując się na przykład ostatnich wydarzeń związanych z uznaniem Jerozolimy przez USA za stolicę Izraela. Arbitralna decyzja Waszyngtonu w tej sprawie całkowicie przeczy logice procesu pokojowego i wspólnych, izraelsko-palestyńskich rokowań. Przytłaczająca większość świata (125 państw) zagłosowała na forum ONZ za wezwaniem Stanów Zjednoczonych do cofnięcia tej decyzji, przeciw było tylko 9 państw, w tym oczywiście Izrael, USA oraz parę tropikalnych państewek-satelitów Ameryki. Polski minister spraw zagranicznych p. Waszczykowski jeszcze przed głosowaniem raczył zauważyć, że III RP w dalszym ciągu będzie uznawać Tel-Awiw za stolicę Izraela. Na forum ONZ Polska wstrzymała się jednak od głosu. Dlaczego? Prezydent Trump ogłosił, że zlikwiduje pomoc finansową dla państw, które zagłosują wbrew dyktatowi Waszyngtonu, który po raz kolejny postanowił „dorzucić do pieca” na Bliskim Wschodzie, byle tylko wyrazić swój pozytywny stosunek do kolejnych izraelskich roszczeń. Co to oznacza dla Polski? Ta sytuacja pokazuje, że już teraz III RP jest zakładnikiem USA, nawet w tak egzotycznych kwestiach, jak zrobienie dobrze Izraelowi. Jeśli państwo trzecie upokarza Polskę w ten wyjątkowo bezczelny sposób, tj. szantażem wpływa na to, jaki głos oddamy na forum ONZ, to co dla nas znaczą takie słowa jak „suwerenność” i „niepodległość”? Jeśli znaczą cokolwiek, to następny Marsz Niepodległości powinien zatrzymać się pod ambasadą USA. Budynek jest co prawda brzydki, ale w przyszłości mogłoby tam powstać piękne muzeum imperializmu, pamiątka długich lat upokorzeń i przestroga dla przyszłych pokoleń.

Grzegorz Ćwik („Szturm”): Stanowisko dyplomacji powinno być pochodną tego jak definiujemy cele naszej polityki zagranicznej, jakie mamy interesy w regionie, jakie skutki dla nas i Europy będą miały konkretne rozwiązania. Jak wspomniałem – Izrael to przede wszystkim kraj, będący jednym ze współodpowiedzialnych za masową migrację do Europy. To także państwo odpowiedzialne za eskalację przemocy i liczne działania wobec krajów, które najprawdopodobniej dysponują bronią ABC – mówię tu o Iranie. Jako, że Izrael również dysponuje bronią masowego rażenia, to polityka izraelska w określonych okolicznościach może mieć nieobliczalne skutki. Zaciekłość, która charakteryzuje podziały polityczne na Bliskim Wschodzie w pewnym stopniu uprawdopodobnia scenariusz, w którym w razie otwartego konfliktu zbrojnego dojdzie do użycia broni jądrowej. Bez względu czy stanie się to tylko na terenie krajów regionu, czy dojdzie do eskalacji tego, oba warianty są dla nas nie do przyjęcia. Wreszcie pamiętać musimy, że Izrael to kraj wspierający liberalizm, marksizm kulturowy i wszechobecny relatywizm.

Konkludując: dyplomacja Polski powinna odważnie i bez kompleksów opowiedzieć się za utworzeniem wolnego i niepodległego państwa palestyńskiego, a jednocześnie za objęciem Izraela międzynarodową kontrolą, zwłaszcza w kontekście jego działań zbrojnych, wywiadowczych, zbrojeń i polityki narodowościowej wobec Palestyńczyków.

Adrianna Gąsiorek (Kierunki.info.pl): Stanowisko takie, jakiego zazwyczaj w naszej dyplomacji nie ma. Nie opowiadałabym się po żadnej stronie. Nie broniłabym Izraela i zgodziłabym się z hasłem: „żadnych wojen za Izrael”, ale również nie opowiadałabym farmazonów o wolnej Palestynie.

Można byłoby ten konflikt mądrze wykorzystać i po prostu załatwiać interesy z obiema stronami.

Oczywiście analizując rządy Prawa i Sprawiedliwości na pewno zostalibyśmy kolejnym bratem USA i Izraela, a więc niestety nie wykluczałabym obecności naszych żołnierzy w tym konflikcie i wszechobecnego potępienia Palestyny.

Dawid Kaczmarek (3droga.pl, Trzecia Droga): Jak oglądałem relacje ze zorganizowanej przez Trumpa w Waszyngtonie „ceremonii” uznania Jerozolimy za stolicę Izraela, pomyślałem sobie że sytuacja ta będzie idealnym testem, który pokaże wszystkim nacjonalistom to jak mocno obecnie rządząca administracja jest uzależniona od Stanów Zjednoczonych, a kompletnie nieporadna (a może sparaliżowana) dyplomacja nie jest w stanie nie tylko przeprowadzić, ale też podtrzymać jakiejkolwiek skoordynowanej akcji dyplomatycznej czy to na arenie unijnej w Brukseli czy na szerszej arenie globalnej, która miałaby posłużyć do ochrony szerszych interesów naszego państwa. I choć na początku mile zaskoczyła mnie zdecydowana reakcja polskiego Ministra Spraw Zagranicznych, który w pierwszych godzinach po wybuchu całego zamieszania, wypowiedział się zdecydowanie przeciwko uznaniu Jerozolimy. Jednak to dobre wrażenie, jak to bywa zwykle w przypadku polskich elit, nie trwało zbyt długo, bo już parę tygodni później na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych, Polska wstrzymała się od głosu. Powód? Donald Trump zagroził obcięciem dotacji każdemu państwu, które zagłosuje przeciwko niemu. I teraz zostawiam Wam pod rozwagę to ile może znaczyć w stosunkach międzynarodowych państwo, które nie działa samodzielnie, lecz jedynie wykonuje czyjeś polecenia za pieniądze. I nawet z tym się nie kryje.

Polska w temacie Jerozolimy powinna była zagłosować zdecydowanie przeciwko jakimkolwiek jednostronnym zmianom w statusie prawnym miasta. I to nie nawet nie ze względu na jakąś specjalnie ujmowaną solidarność z narodem Palestyńskim (wszak polityka międzynarodowa nie zna takich emocji, choćby nawet najbardziej szlachetnych), lecz ze względu na poszanowanie przepisów prawa międzynarodowego i konieczność wyrobienia sobie własnej podmiotowości na arenie międzynarodowej. Polska ma interesy i możliwości by zwiększyć swoją obecność na Bliskim Wschodzie i czerpać z niej korzyści, ale zanim w rozważaniach przyjdzie czas na ten temat, to zastanówmy się w ogóle kto by chciał w tym rejonie układać się z krajem, który zachowuje się jak kolonia Stanów Zjednoczonych i się nawet z tym nie kryje?

Jakub Siemiątkowski (Polityka Narodowa): To po części pytanie o to w jakim stopniu państwo winno kierować się moralnością. Oczywiście walka Palestyńczyków musi budzić szacunek u przedstawiciela narodu takiego jak polski. Nie ma nic dziwnego, ani niezdrowego nawet w tym, że więcej wybaczyć umiemy temu, kto jest słabszy, od dziesięcioleci wypędzany z domów, mordowany, bombardowany. Nawet jednak gdybyśmy chcieli udzielić Palestyńczykom realnego wsparcia, byłoby to nader trudne. Co innego pomoc humanitarna, którą należy podejmować.

Z drugiej strony, nie dziwi fakt, że Izraelczycy działania militarne podejmują. Na miejscu izraelskiego Żyda chyba nikt z nas nie zajmowałby postawy pacyfistycznej czy propalestyńskiej, prawda? Możemy sobie dowodzić, że są to ziemie należące się Palestyńczykom, ale przecież dziś dorasta kolejne pokolenie Izraelczyków, którzy nawet nie wyobrażaliby sobie ojczyzny w innym miejscu. Ich państwo jest realnie istniejącym bytem, w którego rozwój od wielu dziesięcioleci wkładali swoje najcięższe wysiłki, przelewali krew na wojnach. Izrael stworzył naród żydowski na nowo. Trudno mieć pretensje, że Żydzi o niego walczą – choć nasze poczucie moralności każe potępić wszystkie te sytuacje, które noszą znamiona zbrodni. Czy Polska ma tu jakieś interesy? W naszym interesie jest stabilizacja regionu, a to – jak było powiedziane wyżej – wydaje się mało prawdopodobne. W dużej mierze z winy Izraela, ale przecież to nieco bardziej skomplikowane. Czy więc RP powinna zajmować tu jakieś stanowisko? Pewnym problemem jest sam mit Izraela jako sojusznika Polski. Opowieści o „strategicznym partnerstwie polsko-izraelskim” nie mają przełożenia na rzeczywistość. Na chwilę obecną bynajmniej nie widać zbytnich korzyści z faktu przymilania się kolejnych rządów RP do Izraela. Teoretycznie mogłoby się to zmienić, pytanie jednak co Izraelczycy mieliby tu nam do zaproponowania? Chyba już prędzej winniśmy szukać kontaktów (np. gospodarczych) w świecie muzułmańskim, a tam takie stwierdzenia raczej irytują niż zyskują sympatię – choć i tego czynnika bym nie mitologizował.

W obecnej sytuacji racjonalnym byłoby skończenie z prawieniem dyrdymałów o tym, że Izrael to bastion Zachodu w tym regionie. Państwo to prowadzi politykę wybitnie agresywną, ale też przecież nie będziemy zrywać stosunków z Tel-Avivem z tego powodu. Nie jest Izrael jedynym państwem globu, które dokonuje na kimś zbrodni. Skończyć należałoby również – i to uwaga skierowana do samych środowisk narodowych – z infantylnym postrzeganiem państwa żydowskiego jako źródła wszystkiego co złe na świecie. Ten punkt widzenia, popularny np. wśród zachodnich ruchów nacjonalistycznych, jest nieuzasadniony, oderwany od rzeczywistości. Łatwo sobie nim tłumaczyć różne zjawiska, w konsekwencji jednak zaburza to ogląd sytuacji, wykrzywia postrzeganie skomplikowanej gry jaką jest polityka międzynarodowa. Mało kto zresztą nigdy nie ulegał temu złudzeniu.

4. Czy istnieje jakakolwiek koncepcja pokojowego i sprawiedliwego rozwiązania kwestii nie tylko przynależności Jerozolimy, ale i całego terytorium znajdującego się obecnie pod zarządem Izraela?

Bartosz Bekier (Xportal.pl, Falanga): Obecnie żadna ze stron konfliktu nie wierzy w to, że jakieś globalne rozwiązanie tej sprawy mogłoby być zarówno sprawiedliwe, jak i pokojowe. Kilka lat temu dominowały poglądy, iż to demografia może okazać się ostatecznym rozwiązaniem tej wojny – według prognoz udział arabskiej populacji w strukturze etnicznej Izraela miał niebawem zwiększyć się do 30% z obecnych 20%. Gdyby przyrost naturalny populacji żydowskiej wyglądał podobnie jak np. w Polsce, dni tej wojny z pewnością byłyby policzone, ponieważ Żydzi ostatecznie „utonęliby” demograficznie w arabskim morzu. Trudno powiedzieć, co bardziej podziałało na społeczność żydowską – wyobraźnia i widmo śmierci czy zachęty ze strony rządu (również straszącego nieubłaganą śmiercią), ale fakty są takie, że obecnie społeczność żydowska w niektórych sektorach przyrasta szybciej aniżeli arabska. Dopóki oś Waszyngton-Tel-Awiw może dyktować warunki z pozycji siły, a Stany Zjednoczone są światowym hegemonem, pokój jest w zasadzie niewyobrażalny. Dopiero wyłonienie się świata policentrycznego może stanowić wstęp do rozpoczęcia uczciwych, pokojowych rokowań. Albo szybkiego uderzenia, które zmieni wszystko, trudno powiedzieć. Zapewne jeszcze długo spisy ludności w Ziemi Świętej będą przypominały liczenie armii przed bitwą, jak dzieje się to w prawie wszystkich zapalnych regionach świata. Może potrwa to nawet do końca czasów, czyli ostatecznej bitwy na polach Megiddo, u podnóża Har-Mageddon, jak czytamy w Piśmie.

Grzegorz Ćwik („Szturm”): To niezwykle trudna i skomplikowana sprawa, prawdziwy węzeł gordyjski. Izrael, abstrahując na chwilę od jego skandalicznej polityki, to okrzepłe, narodowe państwo. Z drugiej strony konieczność przyznania prawa do samostanowienia Palestyńczykom również nie może budzić zastrzeżeń. Problemy jednak są tu bardzo duże: jaki miałby być rozmiar państwa palestyńskiego i które tereny dokładnie mają wejść w jego skład; jak ułożą się relacje izraelsko-palestyńskie; jak będzie wyglądała sprawa zadośćuczynienia ze strony Izraela za wieloletnią politykę dyskryminacji a wręcz wyniszczenia narodu palestyńskiego; czy państwo palestyńskie zostanie uznane na arenie międzynarodowej i czy przez wszystkich (zwłaszcza dotyczy to USA); czy i jaka forma kontroli międzynarodowej obowiązywałaby procesy tworzenia wolnej Palestyny; jaki ustrój polityczny, społeczny i ekonomiczny miałby obowiązywać w wolnej Palestynie? To tylko niektóre pytania, którymi raczej sygnalizuję jak trudna sytuacja panuje na interesującym nas terytorium. Mając świadomość jak agresywna jest polityka Izraela, tym bardziej, że Donald Trump wraz z całą swą administracją wspiera Izrael, jedynym sensownym rozwiązaniem wydaje się objęcie procesu tworzenia państwa palestyńskiego międzynarodową kontrolą. Jednak tu kilka zastrzeżeń: z procesu tego wykluczone powinny zostać a priori Stany Zjednoczone, jaki kraj konsekwentnie zajmujący stanowisko fanatycznie antypalestyńskie. Ponadto ważną, być może najważniejszą rolę odgrywać w tym procesie powinny tu państwa regionu, jako najlepiej znające realia bliskowschodnie i najlepiej zorientowane w tej skomplikowanej tematyce – myślę tu przede wszystkim o Iranie. Wreszcie kontrola międzynarodowa powinna ex definitione na pierwszym miejscu postawić interes Palestyńczyków, co wynika zarówno z faktu ich upośledzenia politycznego i ekonomicznego wobec Izraela, jak i wobec faktu trwającej wiele dekad antypalestyńskiej polityki Izraela. Jeśli faktycznie różnorakim organizacjom międzynarodowym przyświecają zasady humanitaryzmu i prawa człowieka, nie widzę tu innej drogi.

Adrianna Gąsiorek (Kierunki.info.pl): Pojawia się kilka koncepcji, które mogą być brane pod uwagę.

Jednym z nich jest rozwiązanie dwu państwowe, które może ograniczyć destabilizacje Bliskiego Wschodu. Jednak wiąże się to z utemperowaniem imperialistycznych zachowań Izraela.

Jerozolima istniejąca pod mandatem ONZ, czyli sytuacja, którą już przerabialiśmy także obecnie również nie widzę takiej możliwości – kolejne starcie izraelskich czołgów z palestyńskimi zamachowcami.

Propozycja zrobienia Wolnego Miasta Jerozolima w to jednak raczej nikt nie wierzy. Zależność od wpływów Żydów czy Palestyńczyków będzie nadal na tym samym poziomie.

Reasumując, moim zdaniem nie ma obecnie dobrej koncepcji na pokojowe i sprawiedliwe rozwiązanie relacji między Izraelem a Palestyną. Oba ośrodki mają swoje wpływy i sprzymierzeńców. Niewiadomą jest również zachowanie innych państw w tym rejonie, dlatego ciężko określić, jak sytuacja się potoczy.

Myślę, że warto więcej miejsca w debacie nacjonalistycznej poświęcić temu tematowi. Wiele osób postrzega Palestyńczyków jako wrogich islamistów, którzy walczą z zachodnią cywilizacją (Izraelem), a przecież z drugiej strony o to apelujemy, żeby ci ludzie zostawali na swoich ziemiach, a nie przyjeżdżali do Europy. Należy pamiętać również o tym, że Izrael gra na różne fronty i zawsze wybierze własny interes nawet kosztem cywilizacji chrześcijańskiej.

Dawid Kaczmarek (3droga.pl, Trzecia Droga)Konflikt palestyńsko-izraelski, przez lata faktycznego zaniedbywania tej kwestii oraz udawania że problem tego typu w ogóle nie istnieje, stał się jednym z najbardziej złożonych a także gorących wyzwań w ramach stosunków międzynarodowych na arenie globalnej naszych czasów. Z uwagi na to nie wydaje mi się, żeby dało się go jakoś łatwo rozwiązać, a globalne mechanizmy które zdawały egzamin w innych miejscach, w przypadku tej wojny zdają się nie mieć w ogóle racji bytu. Tak długo jak obie strony będą się zachowywać jak zgrupowania wojskowe, które rozmowy pokojowe traktują jako czas na przegrupowanie swoich szeregów, tak długo żadne choćby nawet najlepsze rozwiązanie nie zostanie przyjęte i zaadaptowane do rzeczywistości.

Jeśli jednak miałbym pobawić się w przypadku Palestyny w jakiegoś rodzaju przewidywanie przyszłości, to podstawą do jakichkolwiek dalszych ruchów w regionie jest z całą pewnością rozwiązanie dwupaństwowe, które posiada niezbędne umocowania w dokumentach międzynarodowych. Powstanie niepodległego oraz niczym nieograniczanego zarówno pod względem politycznym jak i ekonomicznym państwa palestyńskiego, będzie podstawą do ubiegania się Palestyńczyków o dalsze odszkodowania i wyrównania od Izraela. Rozwiązanie takie daje zadość elementarnej, dziejowej sprawiedliwości i przy tym nie narusza terytorialnej stabilizacji i stanowi tło do dalszych, może bardziej śmiałych ruchów na przyszłość.

Jakub Siemiątkowski (Polityka Narodowa): Właściwie nie. To jest sytuacja zapewne niemożliwa do rozwiązania. Jak było powiedziane wyżej, likwidacja Izraela wydaje się zupełnie nieprawdopodobna, zaś utworzenie wspólnego państwa żydowsko-arabskiego, jak postuluje np. Hezbollah, trąci absurdem. Można sobie wyobrazić rozwiązanie dwupaństwowe, ogłoszenie niepodległości Palestyny na terytoriach Zachodniego Brzegu Jordanu i Strefy Gazy, ale przecież tam są żydowskie osiedla (z rosnącą populacją najbardziej nacjonalistycznie nastawionych syjonistów), których Izrael nie pozostawi samym sobie. Inna rzecz, że przecież cały czas mówimy tu o terytoriach bardzo niewielkich – Izrael jest wielkości województwa zachodniopomorskiego, a granica państwa palestyńskiego przebiegałaby bardzo blisko strategicznych punktów na terytorium izraelskim. Wystarczy spojrzeć na mapę by sobie uświadomić jak trudno w takich warunkach zadbać o bezpieczeństwo, tym bardziej że wielu Palestyńczyków mogłoby się nie pogodzić z takim wariantem. Bodaj 1/3 tego narodu od lat żyje przecież w obozach dla uchodźców w krajach ościennych, głównie w Jordanii, notabene będącej… sprzymierzeńcem Izraela. Pytanie zresztą co w takiej sytuacji miałoby się stać z Jerozolimą? Każdy możliwy scenariusz rodzi wiele nowych zmiennych i chyba jedynym pewnikiem jest to, że pokoju w Ziemi Świętej jeszcze długo nie zobaczymy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.