Trzecia Droga

Portal Nacjonalistyczny

Dawid Kaczmarek: Przestać bać się polityki

Gdyby ktoś mnie zapytał dlaczego zdecydowaliśmy się na stworzenie pisma „W Pół Drogi” powiedziałbym, że przede wszystkim dlatego, bo w naszym środowiska od lat brakowało jasno określonego miejsca do tego by stawiać diagnozy na temat rzeczywistości. Proste, trafne i nieubarwione analizy dotyczące najważniejszych dla nas problemów. Nieobarczone emocjami, środowiskowym klimatem i towarzyskimi zażyłościami. Bez zbytniego optymizmu i pesymizmu; stawiając się pomiędzy przeciwstawnym sobie tendencjom i opisując świat takim jak jest on w swej istocie.

Nic więc dziwnego, że ten artykuł także rozpocznie się od diagnozy.

Polskie środowisko nacjonalistyczne od jakiegoś czasu praktycznie stoi w miejscu. Gdybym nie dał w tym miejscu kropki z dużą dozą prawdopodobieństwa zmieszałbym się z chórem dziesiątek innych autorów, którzy piszą na ten temat już od wielu lat. Prawda: wiele dotychczas o tym napisano i sam popełniłem już niejeden artykuł, dotykając tej kwestii. Dlatego dziś, idąc w kierunku wyznaczonym przez temat numeru jakim jest: „Nacjonaliści w Polityce” chciałbym spojrzeć na tą sprawę w zupełnie innym kontekście.

W kontekście polityki.

Doświadczenie, a także historia ostatnich lat pokazuje, że niejako zupełnie naturalnym kierunkiem dla organizacji takich jak nasze było rozpoczynanie działalności od pracy społecznej/lokalnej/metapolitycznej. W ten sposób poświęcano lata na tworzenie środowiskowych więzi i towarzyskich zależności, nawiązywano niezbędne kontakty i organizowano sieć sympatyków oraz może przede wszystkim zdobywano i kształcono aktywistów. To wszystko; uzyskane często w toku żmudnej pracy u podstaw, wykorzystywano później w wyborach, w których startowano nie po to by zaspokoić własną próżność czy potrzeby materialne, lecz po to by przenosić walkę narodowo-radykalną na nową płaszczyznę. Widzieliśmy to dokładnie między innymi w przypadku Grecji i także początkowo w przypadku Węgier.

Co z Polską?

Gdy 11 listopada 2012 roku, na fali entuzjazmu wywołanego sukcesem frekwencyjnym Marszu Niepodległości powstał Ruch Narodowy, wielu (także tych, którzy dzisiaj uznają się za jego zaprzysięgłych wrogów i krytyków) wiązało wówczas z tą inicjatywą wielką nadzieję. I rzeczywiście pomyślne dla nas prądy w Europie uprawniały wiarę w to, że być może jako nacjonaliści doczekamy się w końcu reprezentacji politycznej z prawdziwego zdarzenia. Boleśnie zweryfikowano to już dwa lata później w czasie pamiętnych eurowyborów z 2014 roku. Co zawiodło? Jak chyba każdy, kto mógł obserwować te wydarzenia niejako na bieżąco, mam swoje własne zdanie na temat powodów tej porażki. Jednak nie na tym chciałbym się skupiać. Przywykłem do tego, że nie da się w naszym środowisku poważnie rozmawiać o własnych błędach – raczej zwykło się obarczać winą za nie innych. Poza tym bez wątpienia nie jest to tekst o Ruchu Narodowym. To tekst o tym, że w temacie polityki jako szeroko rozumiani nacjonaliści nadal nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków. Nie wyciągnęliśmy wniosków i nie stworzyliśmy żadnego nowego modelu działania. Dlatego gdy w 2019 przed kolejnymi wyborami do Parlamentu Europejskiego zawiązała się Konfederacja nie mieliśmy prawa na poważnie oczekiwać czegoś więcej niż tego, co widzieliśmy pięć lat temu. Zbulwersowała nas kolejna koalicja z liberałami (słusznie), co stanowi niechlubny ewenement w skali całego kontynentu, zdziwiła nas obecność na listach ludzi takich jak Liroy czy Kaja Godek, ale z drugiej strony czy zrobiliśmy coś by na tym stopniu mogła zaistnieć grupa/koalicja prezentująca na arenie politycznej punkt widzenia zgodny z narodowym radykalizmem?

Warto przypomnieć, że my też mieliśmy na to wszystko pięć lat. I co zrobiliśmy? Nic. Nic prócz przybierających to coraz bardziej żałosny obraz „polemik” na nikomu nieznanych grupach internetowych.

Stoimy w miejscu. Łatwo jest być radykałem, gdy ten radykalizm z transparentu to tylko kominiarka i groźna koszulka. Łatwo jest być idealistą, gdy jedyne zagrożenia jakie na Ciebie czekają są na drodze pomiędzy domem, pracą, a sklepem monopolowym. Nasz nacjonalizm krążąc wokół tych samych tematów, korzystając z tych samych środków wyrazu i ciągle tego samego języka, zaczyna się w końcu degradować. W ten sposób tworzy się z tego zaklęte koło samouwielbienia, aktywnie podtrzymywane przez tych, których wady charakteru, czy zwykłe umysłowe ograniczenia sprawiają, że im to pasuje. Należy z tym skończyć.

Choć bez wątpienia tekst ten będzie miejscem, w którym przedstawię swoje zdanie na temat tego jakie podejście powinien przyjąć nacjonalizm w stosunku do polityki, to chciałem stanowczo zaznaczyć, że ani ja, ani też żaden z moich kolegów nie dostaliśmy propozycji przyjęcia partyjnej legitymacji, czy startu w nadchodzących wyborach, co miałoby zmieniać nasz punkt widzenia. Przyczyna tego jest znacznie bardziej prostsza: prześladuje mnie ostatnio myśl, że być może znajdujemy się w bardzo szczególnym okresie naszego istnienia, w którym zmieniają się podstawowe zasady regulujące nasze działanie. Co jeśli zaangażowanie w sferze politycznej okaże się nieuniknione? Nawet jeśli nie każdy się nadaje na polityka (i dzięki Bogu!) to myślę, że warto się zastanowić nad tym czy w ogóle warto i jeśli tak to w jaki sposób można się do tego przygotować.

Mentalność/Wychowanie/Kształcenie

Patrząc na sprawę począwszy od największego stopnia ogółu: za najbardziej kluczową przyczynę dzisiejszego nieprzygotowania nacjonalizmu do działalności politycznej (a także jakiejkolwiek innej, która byłaby ciut bardziej poważniejsza) uważam system wychowywania nowych aktywistów – a właściwie to jego brak.

Nie chciałbym jednak żeby ktoś czytając ten artykuł odniósł mylne wrażenie, że piszę o rzeczach nie mających szansy na realizacje. Dość dobrze znam realia naszego środowiska i wiem, że mamy w tym zakresie póki co pewne, lecz także mocno ograniczone możliwości. Jednak z drugiej strony przed napisaniem tego artykułu, rozmawiałem z paroma osobami reprezentującymi różne organizacje i nietrudno z tych rozmów wysnuć jasną konkluzje, że typową praktyką w naszym środowisku jest to, że do nowych ludzi podchodzi się tak samo od dziesiątek lat. To dość absurdalne.

Negatywne skutki takiego podejścia widać szczególnie w przypadku młodych ludzi. Obecne tempo zmieniającego się świata, ekspansja technologii i Internetu, który dzień w dzień wdziera się w życie każdego człowieka i jego rodziny, sprawia, że Ci z nowych aktywistów, którzy stojąc na progu dorosłości chcą do nas dołączyć, okazują się być kompletnie innymi ludźmi niż ich rówieśnicy jeszcze parę lat temu. To klucz do dyskusji na temat kształcenia nowych aktywistów na miarę wymagań XXI wieku. Zwłaszcza, że często mówi się obecnie, że nie ma już chętnych do działania. Dla mnie to błędne stwierdzenie: ludzi jest tyle samo co zawsze, tylko są oni tak diametralnie inni od osławionych „działaczy starszych stażem”, że tradycyjne metody w odniesieniu do nich przestają już działać. Nie wystarczy już dłużej wymagać tylko zdawania lektur, nie wystarczy karmić ludzi frazesami o braterstwie, czy pokazywać im klimat mający więcej wspólnego z subkulturą czy kibicowaniem niż ruchem nacjonalistycznym. Ci, którzy do nas dzisiaj przychodzą oczekują czegoś co będzie całościową alternatywą – odciągającą ich od ścieku czasów współczesnych. Potrzebują drogowskazu i oczekują szczerych odpowiedzi. I to gotowego na już.

Czy jesteśmy w ogóle gotowi im go pokazać?

Taka sytuacja jest dla nas z jednej strony poważnym problemem, lecz z drugiej niesamowitą szansą. Oczywiście tacy ludzie siłą rzeczy będą wymagać więcej uwagi. Należy o nich szczególnie dbać, powoli wprowadzać do działalności, stopniowo rozszerzając zakres ich obowiązków i dostęp do poważniejszych spraw. Trzeba najpierw rozpoznać ich charakter oraz wrodzone umiejętności, a dopiero potem skupić się na ich poszerzaniu i rozwijaniu kolejnych. Języki obce, umiejętność publicznego przemawiania, obsługa programów graficznych, robienie zdjęć czy obróbka filmów – to rzeczy, które stanowią ogromny kapitał nie tylko w środowisku, lecz mogą równolegle pomóc im w życiu zawodowym. Należy dozować im emocje; jednocześnie podbudowywać i studzić ich zapał w zależności od sytuacji i tego co wymaga interes organizacji. Uczyć krytycznego myślenia i argumentowania w swoich racji. Ilu wpadek i wątpliwych gwiazd byśmy jako środowisko uniknęli, gdybyśmy na poważnie wzięli sobie do serca takie sprawy?

Jeśli chcemy wyjść ze środowiskowego grajdołka i zdobyć przyczółek na płaszczyźnie politycznej (czy jakiejkolwiek innej) musimy zacząć kształcić liderów. Nowi aktywiści; niejako produkty epoki, którą uważaliśmy do tej pory za epokę ludzi dzielących się na słabych i coraz słabszych, mogą być paradoksalnie tymi, którzy przy odrobinie uwagi mogą nas poprowadzić w nową erę. Potrzebujemy ludzi, którzy zaniosą nasz przekaz w miejsca gdzie do tej pory funkcjonowaliśmy jedynie jako banda debili lub degeneratów. Będzie to wyglądało inaczej niż dotychczas, ale kto lepiej poradzi sobie z takim zadaniem niż ludzie silnie uformowani ideologicznie, niezamieszani w środowiskowe przepychanki i wyrastający wysoko ponad schematy, które ciążą na nas nieprzerwanie od lat 90?

Zakorzenienie w lokalnej społeczności

Kolejny problemem jest brak odpowiedniej strategii. Rozpowszechniono w środowisku, czy może raczej wśród ludzi mniej lub bardziej identyfikujących się jako narodowcy/nacjonaliści, niejasne przekonanie, że jeśli angażować się w wybory to tylko w centralne i jak stawać w szranki to tylko w grze o wszystko. Nie wiem z czego to wynika; czy jest to może kwestia pewnej pychy, czy też pozostających na horyzoncie wysokich subwencji. To w obu przypadkach musi mocno działać na wyobraźnie i zaciemniać osąd.

To poważny błąd już na etapie formułowania podstawowych założeń.

Jeśli by przenieść kwestię działalności politycznej na język i pojęcia zarezerwowane dla taktyki wojskowej; to można by powiedzieć, że w naszym przypadku stawanie do wyborów centralnych jest jak atak na przeciwnika w miejscu, gdzie trzyma on najwięcej wojska i jest dodatkowo ukryty za murami zamku. To wprost nielogiczne. Przy całym arsenale medialnym, pieniądzach partii politycznych i popierających je klanów biznesowych; stworzenie jakiejkolwiek reprezentacji politycznej nacjonalistów na tym poziomie może się skończyć jedynie czymś na obraz Konfederacji.

Tymczasem uważam, że jeśli mielibyśmy do czegoś dojść w tym zakresie to nawiązując do klasyka powinniśmy przede wszystkim: „trzymać głowę nisko i wzrastać w siłę”.

Do takiego podejścia idealnie nadaje się sfera lokalna. Wybory na najniższym możliwym poziomie samorządu rządzą się kompletnie innymi prawami. Nie cieszą się takim zainteresowaniem mediów, partie często przychodzą tam na gotowe, a kandydaci oczywiście w zależności od okoliczności są mniej lub bardziej zależni/związani z partyjnym centrum. Działacze aktywni w lokalnych społecznościach, występujący nawet prywatnie w sprawach ważnych dla gminy lub powiatu, mogliby z powodzeniem stanowić tych, którzy w perspektywie lat w zależności od rozwoju sytuacji zanosiliby nasz przekaz w miejsca, w które dotąd nie docierał. To z pewnością niełatwe, gdyż ponad wszystko oznacza żmudną pracę, która tak bardzo odbiega od wyobrażeń radykałów odtwarzających na nowe po raz tysięczny te same cytaty z tych samych często już zdartych „klasyków”.

Wspomniani w poprzednim punkcie „liderzy” mogliby z powodzeniem kłaść główny nacisk swojego aktywizmu na sferę lokalną; tworząc pomiędzy sobą zależności i sieć oddziaływań. Połączenie pracy społecznej z charytatywną i polityczną; mogłoby przynieść nam w konsekwencji wpływ (mniejszy lub większy, lecz za to bezpośredni) na życie naszych Rodaków.

Byłoby to osiągnięcie znacznie większe od wszystkiego do czego nam się udało dojść od lat 90. Warto dla niego wiele poświęcić.

Zgoda środowiskowa

Ostatnią kwestią jaką chciałbym poruszyć w tym artykule jest stan środowiska nacjonalistycznego rozumianego jako całość. Czy to w temacie polityki, czy czegokolwiek innego to sprawa o znaczeniu wprost fundamentalnym.

Przede wszystkim jesteśmy środowiskiem, które jak żadne inne w tym kraju potrafi idealnie udawać. Mamy w nim think-tanki bez specjalistów, metapolityków bez pomysłu, polityków bez wykształcenia, a wyliczanka ta mogłaby trwać i trwać przybierając z rzeczownika na rzeczownik coraz to bardziej groteskowy charakter. Do tego należy dodać własne ambicje, dziesiątki wzajemnie wykluczających się wizji, kłótnie o nikogo nieinteresujące dogmaty i brak zdolności do jakiejkolwiek bardziej powszechnej autorefleksji. Dziesiątki ludzi w jego ramach ostatnimi czasy zdaje się poświęcać więcej czasu na internetową krytykę i „trollowanie” działań innych grup, tym samym zręcznie rezygnując z własnej odpowiedzialności za otoczenie. Ile jest w tym złej woli? Ile głupiego zacietrzewienia czy zwyczajnego buractwa? Każdy z nas powinien sobie na to odpowiedzieć; robiąc tym samym rachunek sumienia w imieniu własnym i organizacji.

W tym miejscu pierwszy uderzę się w piersi za wszystkie sprawy, w których nie zachowałem się tak jak było trzeba.

Bez względu na to ile nas różni, jaki odcień nacjonalizmu wyznajemy, jaki dogmat stawiamy na pierwszym miejscu, a jaki na ostatnim – każdy kto trzeźwym i otwartym okiem spogląda na nasze małe polskie „piekiełko” musi zrozumieć, że ruch narodowy (pisany małą literą) w Polsce można odbudować jedynie o pewnego rodzaju kompromis czy ogólne porozumienie organizacji działających w jego ramach.

Nierealne?

Być może. Jednak z drugiej strony praktyka (zwłaszcza ta na Południu) pokazuje, że pewne kroki w tym zakresie są jak najbardziej możliwe; nawet jeśli pozostaną ograniczone zasięgiem terytorialnym. Warto działać w tym celu, ponieważ to kwestia nie ideologii, lecz mentalności i zdrowego rozsądku. Nie ulega wątpliwości, że jeśli mamy pewnego dnia ujrzeć na własne oczy powstanie jakiejkolwiek rzeczywistej narodowo-radykalnej alternatywy na stopniu centralnym, w sferze publicznej, to nasze środowisko musi przestać samo siebie „zjadać” i tracić siły oraz potencjał na walki w obrębie własnej piaskownicy. Wszyscy powinniśmy pracować na rzecz tego by środowisko na nowo powstało jako jeden organizm, który nawet jeśli pozostanie wewnątrz różnorodny, to na zewnątrz byłby w stanie animować bardziej złożone projekty i jednocześnie samemu oczyszczać się z jednostek niepożądanych.

Polityka – tak czy nie?

Jak wspomniałem na samym początku tego artykułu; nie zamierzam odtąd głosić, że jedynie zaangażowanie polityczne ma przed sobą jakąkolwiek przyszłość czy sens. Tak samo jak nie moim zamiarem było w tym miejscu narzucanie w tym kontekście jakiejś konkretnej wizji czy spojrzenia.

Warto jednak zauważyć, że o ile rozpowszechnione na przestrzeni lat w środowisku przekonanie, że polityka jest czymś brudnym oraz niegodną zainteresowania „grą Systemu” miało z początku jasny sens, wynikający z pragmatycznego spostrzeżenia, że najłatwiej konsoliduje się zbiorowość ludzi poprzez radykalny sprzeciw w stosunku do wszystkiego co jest do niej zewnętrzne, to ile zostało dzisiaj z tego założenia? Ile tak naprawdę w dzisiejszym potępieniu polityki analizy sytuacji, a ile jedynie wygodnego wytłumaczenia własnych ułomności i niedoskonałości? Bycie radykałem czy rewolucjonistą oznacza walkę o swoją sprawę za pomocą wszelkich dostępnych środków i co ważniejsze we wszystkich możliwych okolicznościach. Dziś nie mamy luksusu wyboru pola bitwy; albo będziemy szukać drogi do „gardła” Systemu wszelkimi możliwymi sposobami, albo znikniemy. W tym kontekście wyzwanie dotyczące działalności politycznej wygląda nie tylko na warte podjęcia, lecz także warte pracy nad zbudowaniem konkretnej narodowo-radykalnej alternatywy w tej sferze.

Choć powyższy artykuł z pewnością nie rości sobie prawa do bycia wyczerpującym opracowaniem na temat możliwych korelacji pomiędzy nacjonalizmem a polityką, zaś autor nie uznaje sfery politycznej za nadrzędną to z całą pewnością ma nadzieje, że być może posłuży on za wstęp do dyskusji na ten temat.

Dyskusji przed którą jak mu się wydaje nie sposób uciec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.