Idea
4.6

dr Bawer Aondo- Akaa na NKD. Polemika Michała Szymańskiego i Filipa Palucha.

Na narodowej scenie nie milknie dyskusja na temat zaproszenia przez Nacjonalistyczny Klub Dyskusyjny, dra Bawera Aondo- Akaa, by wygłosił wykład pod tytułem „Dystrybucjonizm G.K. Chestertona”. Od Michała Szymańskiego, redaktora miesięcznika narodowo- radykalnego Szturm, otrzymaliśmy tekst polemiczny wobec takiej decyzji organizatorów NKD. Od razu postanowiliśmy opublikować również replikę Filipa Palucha, prezesa Stowarzyszenia Trzecia Droga, inicjatora, a także współorganizatora Nacjonalistycznego Klubu Dyskusyjnego. Zachęcamy do lektury tekstów przedstawicieli obu stanowisk, a także wypowiedzenia własnego zdania. 

Michał Szymański (Szturm!): Od kilku dni w tzw. środowisku niemalże huczy o spotkaniu jakie Trzecia Droga w ramach krakowskiego Nacjonalistycznego Klubu Dyskusyjnego zorganizowała, rozpętując przy okazji dyskusję, przy której temat spotkania, jakim była doktryna dystrybucjonizmu, kompletnie zniknął. Małopolscy nacjonaliści postanowili o wygłoszenie referatu poprosić doktora teologii i aktywistę pro-life, pana Bawera Aondo-Akaę. Jeśli komuś to nazwisko jeszcze nic nie mówi to proszę przypomnieć sobie mema z niepełnosprawnym mężczyzną ciemnego koloru skóry (czy polityczna poprawność dotarła już na narodowo-radykalne portale?), który poruszając się na wózku brał udział w Marszu Niepodległości zaś zdjęcie podpisane było „faszyzm nie przejdzie – on przejedzie!”. Kolor skóry prelegenta wśród części nacjonalistów wzbudził, delikatnie mówiąc, kontrowersje, wielu zaś stanęło w jego obronie, deklarując, że pan Bawer (proszę wybaczyć, że będę posługiwał się imieniem ale znacznie ułatwi to zarówno pisanie tekstu, jak i jego lekturę) jest stuprocentowym Polakiem, zaś kolor skóry nie ma, według doktryny chrześcijańskiego (bądź – cokolwiek to nie znaczy – „pozytywnego”) nacjonalizmu, dla jego polskości żadnego znaczenia.

No i ja tak to sobie wszystko czytam, czytam no i generalnie oczom nie wierzę.

Głupio trochę pisać krytycznie o działalności osób które znam i szanuję, których aktywność na krakowskim podwórku jest mi doskonale znana i którzy z pewnością zrobili więcej dla dobra idei narodowej niż moja pisanina tu i tam, no nie mniej jednak, cytując klasyka, „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”. No i muszę też rzec mniej wesołą postacią, a mianowicie pozwolę sobie zacytować Zenona Kliszkę, gdyż te słowa, pomijając osobę i tragiczne konsekwencje, jakie przyniosły dla setek naszych rodaków, doskonale odzwierciedlają chyba to, co obserwuję – „busole ideologiczne wam się rozregulowały, towarzysze?”.

Na samym wstępie ustalmy pewien istotny fakt – autor tego tekściku generalnie przez większą część swojego życia z pewnym przymrużeniem oka, a nawet rozbawieniem i lekceważeniem podchodził do tych wszystkich kwestii rasowych. Kojarzyło mi się to głównie z jakimiś brytyjskimi czy amerykańskimi troglodytami biegającymi jednocześnie z flagami narodowymi, swastykami, przebierającymi się w jakieś groteskowe stroje z czasów III Rzeszy oraz zajmującymi się bójkami z murzyńskimi gangami. Idealnie sportretowany taki typ „nacjonalisty” został w filmie „Upadek” (nie, nie tym o upadku Berlina). Kultowe przyśpiewki o białym honorze i białej dumie traktowałem zawsze z pewnym rozbawieniem, a jestem osobą która uważa, że w skinowskim rocku znaleźć można naprawdę wartościowe treści i wręcz wzruszające utwory („Bramy Valhalli”!), więc to nie efekt niechęci do gatunku muzycznego, raczej przeświadczenie, że nacjonalizm nie sprowadza się do walki „o biały honor i krew”. A poza tym, jeśli już gdzieś pojęcie rasy zostało naprawdę mądrze ujęte, to w myśli Juliusa Evoli, a nie w brytyjskiej myśli politycznej i jej późniejszych popłuczynach.

No ale jednak są jakieś granice.

Ustalmy pewne fakty – nacjonalizm, generalnie, zakłada kierowanie się dobrem narodu oraz założeniem, że państwo polskie powinno mieć charakter monoetniczny. Oczywiście, w dzisiejszym świecie globalnej wioski, społeczeństwa sieciowego, tanich linii lotniczych postulowanie by zamknąć całkowicie granice i absolutnie nikogo ale to nikogo nie wpuszczać i absolutnie nikomu nie dawać obywatelstwa byłaby co najmniej durna. No właśnie, i tu już chyba dochodzimy do pewnej podstawowej kwestii.

Nie znam pana Bawera osobiście ale domyślam się, że żyje w Polsce już od ładnych kilku lat. Jest członkiem partii politycznej (Prawicy Rzeczpospolitej), angażuje się społecznie, tutaj studiował. Zapewne ma obywatelstwo polskie a nawet jeśli nie to wkrótce je otrzyma. Jest więc częścią polskiego społeczeństwa. No i tutaj dochodzimy chyba do pewnej kwestii która może niektórym się wydać wstrząsająca ale najwyraźniej niektórzy spali na lekcjach WOS-u – społeczeństwo i naród to nie są pojęcia tożsame. No… no nie.

Naród jest (to straszne, czuję się pisząc takie rzeczy jakbym cofnął się do gimnazjum i przepisywał podręcznik a dla nacjonalisty takie rzeczy powinny być przecież oczywistością) grupą ekskluzywną i nie można sobie do niej ot, tak wejść. Społeczeństwo to (w skrócie) ogół mieszkańców danego kraju – oczywiście pan Bawer taką osobą jest, jest polskim patriotą i nie odbieram mu prawa do tego by kochać nasz kraj, jest to godne pochwały. Jako człowiekowi nie życzę mu źle, wręcz przeciwnie, zwłaszcza, że angażuje się zarówno w akcje, które wielu z nas z przyczyn politycznych są równie bliskie (np. działalność antyaborcyjna), jak i w wolontariat mający na celu pomoc osobom ubogim. Bardzo to szanuję. Nie wygadujmy jednak bzdur, a takie w przeciągu ostatnich godzin widzę na okrągło, że takie osoby są Polakami. Jeśli trzymać się definicji, że Polak to przedstawiciel narodu (a nie społeczeństwa) polskiego to z całą pewnością nim nie jest. Co więcej, przytacza się przykład Tatarów jako dobrych mieszkańców Polski – no właśnie z Tatarami zabawa polega na tym, że oni sami są częścią społeczeństwa polskiego, ich przodkowie od setek lat służyli naszej ojczyźnie, ale oni mówią, że są Tatarami, tak? Zdają sobie doskonale sprawę z tego, że mimo wszystko są kimś „innym” niż zdecydowana większość mieszkańców tego kraju. A umówmy się, polscy Tatarzy mają większe prawo do poczuwania się do polskości. W polskim Sejmie jest zagwarantowane przedstawicielstwo mniejszości niemieckiej – chyba nikt nie ma wątpliwości, że Niemiec mieszkający z dziada pradziada na terytorium Śląska nadal jest Niemcem, nawet jeśli całe życie przeżył w Polsce ale on sam nie wstydzi się tego, że jego dziadkowie w wielkiej wojnie to ginęli za Kaisera, a podczas II wojny światowej to Opa walczył w Wehrmachcie na Ostfroncie i zginął od bolszewickiej kuli, a jak trzeba kiedyś będzie, to i paszport Bundesrepubliki się skombinuje.

Pojawia się też przeuroczy argument, że polski nacjonalizm zawsze miał charakter „duchowy” czy kulturowy i oznacza to, że każdy może stać się Polakiem. No przecież to jest taka bzdura, że aż ręce opadają. Wystarczy sobie sięgnąć po manifesty przedwojennego ONR-u i zobaczyć, że Żydzi nie są w stanie się zasymilować i w związku z tym w państwie narodowym nie będzie dla nich miejsca. Polski nacjonalizm istotnie nie miał charakteru biologicznego (chociaż i to jest nie do końca prawdą bo w mniejszych ruchach i ugrupowaniach różne poglądy występowały), zwłaszcza takiego jak hitleryzm, ale to nie oznacza, że od razu wszystkich zawsze witano z otwartymi ramionami i uważano, że Polakiem to w sumie każdy może się stać ot, tak.

W czym więc jest problem? Nacjonalistyczny Klub Dyskusyjny, jak sama nazwa wskazuje, ma skupiać nacjonalistów i taki światopogląd prezentować. Jest rzeczą zrozumiałą, że zapraszać można różnych gości, nie mniej jednak zawsze wypada przy tego typu działalności, ażeby prelegent mniej lub bardziej był osobą bliską swym słuchaczom oraz nie osłabiał przekazu ideowego. Tymczasem obecność pana Bawera jest mniej więcej tym samym co zaproszenie na NKD (który tworzą organizacje odwołujące się, co istotne, do idei narodowo-katolickiej) Milo Yiannopoulosa, gwiazdy amerykańskiej alternatywnej prawicy, który nie ukrywa swojej homoseksualnej orientacji seksualnej. Jego prelekcja z pewnością byłaby bardzo ciekawa ale… no chyba przyznamy wszyscy, że coś tu by nie grało? No chyba, że traktowaliśmy zapraszanie tego typu postaci z pewnym dystansem ale nie robiąc z nich niemalże czołowych autorytetów ruchu narodowego. Pan Bawer idealnie zrealizowałby się na spotkaniu katolickich tradycjonalistów, a Milo w skłocie CasaPound, gdyż ta organizacja nie ukrywa swojego dość obojętnego stosunku do kwestii homoseksualizmu, ale wśród polskich nacjonalistów ani osoba czarnoskóra, ani homoseksualna nie powinna być traktowana jako jakiś wyjątkowy wyznacznik tego, jaki powinien być polski narodowy radykał. To nie jest żadna kwestia „nienawiści” do osób o innym kolorze skóry, to kwestia zdrowego rozsądku.

Wszystko to jeszcze nabiera dodatkowo groteskowego charakteru gdy zauważymy, że ostatnimi czasy polski nacjonalizm zyskuje większe poparcie dzięki kryzysowi migracyjnemu. Trochę mi się jednak gryzie bieganie z krzyżami celtyckimi i mówienie o polskiej czy europejskiej twierdzy, a przy okazji wypychanie na pierwszy front walki o ideę osoby która sama nie ma, dyplomatycznie ujmując, polskich korzeni.

No i jeszcze ta radość, że dzięki temu nikt już nie będzie nam już mógł zarzucić, że jesteśmy rasistami. O rety, serio was aż tak to bardzo boli? To zorganizujmy cykl spotkań z Pankowskim, dzięki temu zarzut „faszyzmu” również sobie na wieczne czasy odhaczymy.

Polski ruch narodowy kolejny raz pokazał, rzeknijmy tym razem byłą już posłanką Nelly Rokitą, że bardzo często stoi w rozkroku. Tym razem z jednej strony chce bronić białej Europy i powstrzymać imigrację, z drugiej strony na tę krucjatę, zdaje się, miałaby nas poprowadzić osoba… z innego kręgu kulturowego?

Filip Paluch (Trzecia Droga): Wstrząs jaki wywołało zaproszenie dr Bawera Aondo Akkaa na spotkanie Nacjonalistycznego Klubu Dyskusyjnego, poświęcone dystrybucjonizmowi G. K Chestertona, był dla mnie niespodziewany. NKD organizują trzy krakowskie organizacje narodowe: Trzecia Droga, Małopolscy Patrioci i Młodzież Wszechpolska, a do tej pory odbyło się kilkanaście dyskusji tego typu. Jako inicjator tego spotkania zdawałem sobie sprawę, że zapewne znajdą się osoby ze środowiska, które na inicjatywę spojrzą z przekąsem, jednak nie sądziłem, że spowoduje to konieczność pisania polemik i replik. Może jednak dobrze się stało, może casus mojego przyjaciela, Bawera, pozwoli nam na nowo zastanowić się nad tym co to oznacza być Polakiem i czymże jest narodowa tożsamość. W tym tekście będę odnosił się głównie do polemicznego stanowiska, które wyraził Michał Szymański, zapowiadam jednak stworzenie szerszego artykułu dotyczącego zagadnień cywilizacji i rasy.

Krakowscy nacjonaliści, wychowani w duchu głębokiego szacunku do twórczości Feliksa Konecznego, za fundament swojego poglądu na świat, uznają prymat cywilizacji łacińskiej nad innymi wartościami i jak sądzę prymat tożsamości, nad obywatelstwem. Nie potrzeba przypominać nam definicji narodu i obywatelstwa, mamy ambicję kształtować je na nowo, gdyż sądzimy właśnie, że przyznanie komuś dokumentu, nie czyni go integralną częścią narodowej wspólnoty. Jak mniemam nasza busola ideologiczna wskazuje prawidłowo kierunek naszej wędrówki.

Uznanie faktu, że posiadanie przez daną osobę obywatelstwa polskiego, nie czyni z niej Polaka, czyli integralnej części wspólnoty narodowej, prowadzi nas do dalszej konkluzji, że fundamentem bycia jej częścią jest przede wszystkim głębokie poczucie polskiej tożsamości. Dla Dmowskiego pojęcie narodu nabierało znaczenia transcendentnego, obejmowało w sobie wszystkie przeszłe, obecne i przyszłe pokolenia. Było czymś duchowym, stąd by stać się częścią tego narodowego ducha, musi on przeniknąć rdzeń świadomości jednostki. Drugą istotną rzeczą, o której należy wspomnieć jest interakcja. Wspólnota nie może istnieć jeżeli nie zachodzi pomiędzy jej członkami, żadna wewnętrzna interakcja, tocząca się wewnątrz MY, a nie obcych sobie bytów. Oczywiście przebywając na odległych kontynentach, będąc pozbawionymi możliwości spotkania z rodakami, czy choćby interesowania się losami kraju, pozostajemy z nim w łączności duchowej. Nie wyklucza nas to zatem z jego wspólnoty. Pozostaje pytanie czy człowiek aktem swojej woli jest w ogóle stanie z owej wspólnoty się usunąć. Doszliśmy więc do wniosku, że fundamentem wszystkiego jest tożsamość. Jak już zauważono, jest ona czymś co przenika rdzeń świadomości, nabywa się ją zatem, co najbardziej oczywiste, wraz z mlekiem matki. Możemy jednak przeprowadzić eksperyment myślowy i stwierdzić, że osoba nie posiadająca polskich rodziców, jednak urodzona i wychowana w duchu polskim, taką tożsamość będzie posiadać w stopniu nie mniejszym, niż jej mogący się poszczycić starożytnym wywodem przodków, znajomi. Tożsamość nie jest genetyczna, choć jej złożoność, może sprawiać inne wrażenie. Tożsamość jest duchowa, a to już inna płaszczyzna.

Nacjonalizm jako idea powstał właśnie po to by w imię dobra narodu, stworzyć wspólnotę o charakterze ponad klasowym, w której taką samą wartość będzie posiadał ziemianin, robotnik i potomek magnackiego rodu. Wspólnotę, którą niektórzy nazwą egalitarną, należy jednak pamiętać, że w myśl katolickiej nauki – wewnętrznie zhierarchizowaną. U jej fundamentu nie leżała monoetniczność lecz tożsamość. Dlatego do wspólnoty narodowej starano się włączyć inne grupy etniczne, które funkcjonowały niegdyś w ramach I Rzeczypospolitej. Porzucono tę myśl, nie dlatego, że nagle zdano sobie sprawę z paradygmatu czystości etnicznej czy biologicznej, lecz dlatego, że emancypacja narodów niehistorycznych zaszła tak daleko, iż niemożliwe i niemoralne byłoby robienie z nich na siłę Polaków. W samym przedwojennym obozie narodowym znajdziemy wielu działaczy posiadających niepolskie (w myśl nowoczesnego rozumienia tego słowa) pochodzenie, lecz w pełni polską tożsamość. Co więcej, znajdowały się w ramach tego środowiska osoby o pochodzeniu żydowskim, których rodziny, wraz z biegiem pokoleń, w pełni się zasymilowały (co było raczej zjawiskiem małej skali). Czytając Dmowskiego, a także analizując dzieje naszego kraju, dochodzimy do wniosku, że Żydzi nie stali się częścią narodu polskiego, nie dlatego, że było to biologicznie niemożliwe, nie dlatego, że polscy narodowcy nie mogli znieść myśli o włączeniu ich porcji genów do naszej wspólnoty, lecz dlatego, że Żydzi od zawsze stanowili tak odrębną grupę narodowościową, że nigdy o asymilacji narodowej nawet nie pomyśleli (poza jednostkami, którymi kierował raczej pragmatyzm, niż duchowa więź). W przypadku Żydów mamy do czynienia ze wspólnotą odrębną na płaszczyźnie narodowościowej, ale także religijnej i cywilizacyjnej. W takiej sytuacji to oczywiste, że przedwojenni jak i współcześni polscy narodowcy uważają, że w kraju nie może być miejsca na takie autonomie. Wracając do monoetniczności w polskim ujęciu jest ona synonimem monotożsamości i przekonaniem, że inne grupy etniczne posiadają na tyle odrębną identyfikację, że nie mogą i nie chcą, włączyć się w nurt polskiego żywiołu. Już idea Wielkiego Narodu Adama Doboszyńskiego, choć poddana krytyce, ukazuje, że najwyższą wartością jest tożsamość, nie zaś pochodzenie i geny. Co ciekawe etymologia słowa „etniczny” także wskazuje na większe znaczenie zespołu zachowań, zwyczajów, wartości i religii, wspólnych dla danej grupy ludzi, niż na łączące ją więzy biologiczne, czy wspólne pochodzenie genetyczne.

Nie jest dla mnie komfortowym posługiwać się przykładem mojego przyjaciela Bawera, jednak jeżeli został on już przedstawiony, to wyjaśnijmy to do końca. Bawer Aondo Akka jest czarnoskórym mężczyzną urodzonym trzydzieści kilka lat temu w Krakowie – Nowej Hucie. Urodził się z ojca Nigeryjczyka i matki Polki (podaje te informacje, ponieważ są one ogólnodostępne w sieci min. w wywiadach z Bawerem). W Krakowie spędził całe swoje życie, studiował na UP JPII, gdzie obronił doktorat nauk teologicznych. Jest członkiem ugrupowania Prawica Rzeczypospolitej Marka Jurka, aktywnie działa w fundacji Pro Prawo do życia, jego pasją jest twórczość G. K Chesterona. Bawer nie wszedł w polskie społeczeństwo – on się w nim urodził i od tej chwili nie stanowił bytu zewnętrznego, lecz część naszej całości. To nie obywatelstwo sprawiło, że stał się on Polakiem, ponieważ nie musiał się nim stawać. Jego losy potoczyły się w taki sposób, że okazało się, iż nie dochodzi w nim do duchowej walki pomiędzy żywiołem polskim i nigeryjskim, ponieważ ten pierwszy rządził niepodzielnie. Katolicyzm, który jest wyznaniem mojego przyjaciela, być może w innej sytuacji, gdyby faktycznie w młodym wieku przybył do Polski, pozwoliłby mu się łatwiej zasymilować, choćby na podstawie wspólnego trzonu etycznego, poczucia moralności i prawa. Tylko być może, ponieważ mój przyjaciel urodził się w Polsce i asymilować się z nikim nie musiał. Żyje w katolickiej wierze swoich duchowych przodków, czyli w myśl Dmowskiego – wszystkich pokoleń Polaków. Michał Szymański podał przykład Tatarów, którzy od wieków charakteryzują się lojalną służbą Rzeczypospolitej, jednak są bytem odrębnym. Ja sprawy nie rozsądzę, gdyż zapewne zależy ona indywidualnie od każdego Tatara i tego na jakim poziomie identyfikuje się z polskością (obywatelskim, społecznym, narodowym?). Z przykładem niemieckim możemy postąpić tak samo – są ludzie o niemieckim pochodzeniu, którzy czują się częścią naszej wspólnoty narodowej i chyba nikt nie ma wątpliwości, że tak też jest. Niezliczona jest bowiem ilość nazwisk świadczących o pochodzeniu niemieckim i najwyższych aktów polskiego patriotyzmu, których są one częścią. Są też ludzie, którzy mimo, iż mieszkają na terenie Polski, mają niemiecki rdzeń tożsamości i z polskością identyfikują się jedynie obywatelsko czy społecznie. To naturalne, że w razie wojny zostaną w domach lub będą ginęli na RFN, a nie RP. Szacunek do ich przywiązania do ziemi przodków, nie pozwala nam ich wysiedlać, zdaje się to zresztą w obecnej sytuacji niepotrzebne i bezcelowe, gdyż w rzeczywistości nie stanowią żadnego zagrożenia.

Wielu może się zdawać, że z taką łatwością akceptuję polskość Bawera, ponieważ jego poglądy ideowe są w pewnej mierze zbieżne z moimi. Muszę zasmucić oponentów – z bólem akceptuję też polską identyfikację (jeżeli oczywiście występują elementy, o których wspominałem powyżej, a które rozwinę w innym artykule) Krystiana Legierskiego, osoby której poglądy polityczne i ideowe zasługują jedynie na pogardę. Mówię „akceptuję”, ponieważ wewnętrznie czuję pragnienie by takie osoby nie były częścią mojego narodu. Jednak nie jestem ministrem ds. Jakości Polskości, a poglądy ideowe niestety nie stanowią immanentnej cechy tożsamości narodowej. Niestety, bo jakby pięknie wyglądał świat, gdyby wszyscy Polacy byli moralnymi katolikami, wyznającymi łacińskie wartości, ukierunkowani konserwatywnie obyczajowo itd. Jeżeli już jednak raz stwierdzono, że fundamentem wszystkiego jest tożsamość, to tym aksjomatem należy się posługiwać.

Na podstawie powyższych argumentów nie widzę niczego zdrożnego w zaproszeniu dra Bawera Aondo Akka na Nacjonalistyczny Klub Dyskusyjny. Bawer nie jest narodowym radykałem, nie sądzę także by był nacjonalistą, gdyż określa się jako konserwatysta i prawicowiec, nacjonalizm, jednak nacjonalizmowi nierówny, więc wiele pozostaje kwestią definicji. Bawer od lat uczestniczy także w szeregu innych akcji narodowych takich jak Marsz ku czci Żołnierzy Wyklętych, który niegdyś organizowaliśmy w Krakowie, Marsz Niepodległości, Marsz dla Życia i Rodziny itd. Aczkolwiek gdybyśmy mieli na Klub zapraszać tylko nacjonalistów, to dyskusja miała by dość płytki wymiar.

Prawdą jest że narodowcy wybijają się na fali niechęci do imigrantów i przeciętny odbiorca treści około narodowych, poczuje się zagubiony, znajdując w sieci zdjęcie krakowskich nacjonalistów z osobą czarnoskórą, która wystąpiła na NKD w charakterze prelegenta, a co za tym idzie musi cieszyć się naszym szacunkiem. Swoje zadanie widzimy w tym by przekuć to zagubienie w większą świadomość ideową. Nie lubię bazowania na prymitywnych szowinizmach, ponieważ blokują one w dłuższej mierze rozwój i tak jak populizm, mogą zostać bezczelnie wykorzystane w otwartej walce o serca ludu, jednak w perspektywie tzw. długiego marszu, stają się raczej kulą u nogi, a w swoim założeniu są sprzeczne z łacińskim ładem etycznym. Za każdym razem występując na manifestacjach anty imigranckich, podkreślałem, że sedno problemu imigranckiego nie leży w rasie lecz w cywilizacji i jej ekspansywnym charakterze. Mojego oponenta może wtedy nie było, może nie wiedzieć. Doktor Bawer Aondo Akka, także zabrał głos w dyskusji na temat imigrantów, prezentując swój pogląd na jednym ze spotkań Klubu Jagiellońskiego, który jak sam stwierdził jest zbieżny ze stanowiskiem narodowców. Ostatnie dwa akapity polemiki Szymańskiego są już absurdalne. Nie zapraszamy kogoś na NKD, by bronić się przed zarzutami o rasizm, bo w większości rasistami nie jesteśmy i te zarzuty bolą nas tak samo jak te o bycie finansowanym przez wywiad X (wstaw odpowiednie słowo w zależności od manifestacji i ekipy rządzącej). Dla mnie osobiście kwestia rasy jakieś znaczenie ma, ale to pewnie dlatego, że choć monorasowość nie jest immanentną cechą cywilizacji, to często zachodzi ta koherencja. Separatyzm rasowy w takim wypadku jawi się jako obrona przez ekspansją innej cywilizacji i wewnętrzną degeneracja własnej. Nasze busole ideologiczne są sprawne, w przeciwieństwie do procesów logicznych niektórych maruderów. Być może są oni z innego kręgu… kulturowego?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.