Idea
3.7

Juliusz Evola: Inteligentna Głupota

Pojęcie „inteligentnej głupoty” zostało wprowadzone do obiegu przez wybitnego przedstawiciela myśli tradycyjnej; F. Schuona [chociaż też G. Bernanos już wcześniej użył analogicznego wyrażenia – „l’intelligence des sots” – a inny Francuz napisał, że „le drame de notre temps, c’est que la bêtise se soit mise à penser” (dramat naszych czasów polega na tym, że głupota zaczęła myśleć)] by scharakteryzować tę formę mentalności, która zdominowała duże sektory współczesnej kultury, a która jest szeroko obecna we Włoszech. Ta mentalność rozmnaża się na marginesach dziennikarstwa – tej plagi naszych czasów – i w gatunku literackim rozprawki. „Działy kulturalne” dużych gazet są jednym z głównych ośrodków jej rozsiewu, a ćwiczy się ją przede wszystkim na polu tak zwanej „krytyki”.

Główną cechą „inteligentnej głupoty” jest brak jakichkolwiek zasad, zainteresowania sprawami wyższymi, oraz szczerego oddania, podczas gdy jej najważniejszym celem jest bycie „błyskotliwym” i „oryginalnym” przywiązując wielką wagę do zręcznego i profesjonalnego „dobrego pisania”, do wszystkiego, co jest formą, a nie treścią, do esprit we francuskim sensie frywolności i wdzięku. Dla „intelektualistów” tego nurtu znakomite zdanie, dialektyczne i polemiczne stwierdzenia mają znacznie większą wartość niż prawda. Idee stają się tylko pretekstem, kiedy są przez nich używane; liczy się to, by być genialnym, by wydać się niezwykle inteligentnym – w ten sam sposób dla współczesnego polityka partyjna ideologia jest zaledwie środkiem do budowania kariery. „Targ próżności”, najnikczemniejszy subiektywizm, często jawny narcyzm; oto główne składowe tego zjawiska. Kiedy te kliki intelektualistów przybierają wytworny image (w „salonach” literackich i stowarzyszeniach kulturalnych), to wspomniane składowe stają się jeszcze bardziej jawne. Miał rację ten, kto powiedział, że „spośród wszystkich rodzajów głupoty najbardziej irytującą jest głupota ludzi inteligentnych”. Kiedy analizując kogoś do szpiku kości odkrywamy, że jest on całkowitą miernotą, miejmy nadzieję, że nie jest on inteligentny.

Jednak całej sprawy nie można umniejszyć do samej irytacji, jakiej te gryzmoły wywołują; musimy podkreślić ich zepsucie, zważywszy na to, że „inteligentna głupota” jest znakomicie zorganizowana, szczególnie we współczesnych Włoszech. To rodzaj wolnomularstwa, zakorzenionego w rozmaitych kołach, trzymającego praktycznie wszystkie kluczowe pozycje w publicystyce wszędzie tam, gdzie nie są one jeszcze zajmowane przez czynniki lewicowe. Jego przedstawiciele wykazują wysoko rozwinięty instynkt w kwestii natychmiastowego rozpoznawania każdego o usposobieniu odmiennym niż ich własne. Po wykryciu takiej osoby zostaje ona bezzwłocznie wykluczona z otoczenia.

Moglibyśmy się powołać na niepozorny, acz istotny przykład z czasów współczesnych. Istnieje pewna grupa intelektualistów skupionych wokół produkowanego w niemałych ilościach i szeroko kolportowanego czasopisma „Il Borghese”, [powojenne prawicowe czasopismo]. Przedstawia się ono jako antykonformistyczne i lubuje się w krytykowaniu reżimu politycznego i współczesnej obyczajowości. Jednak redaktorzy ostrożnie unikali kontaktu z kilkoma określonymi autorami, którzy byli w stanie mu zapewnić pozytywny fundament pod względem zasad i tradycyjny światopogląd. Ci autorzy są przez wspomnianą grupę ignorowani i odrzucani tak samo, jak przez prasę lewicową. Redaktorzy „Il Borghese” postanowili przybrać wobec nich taki stosunek właśnie dlatego, że ta grupa uważa się za ludzi innego typu.

To wyraźnie pokazuje, że ten błyskotliwy antykonformizm jest tylko środkiem do przyciągania uwagi i „oszałamiania”, w czasie gdy wszystko tak naprawdę pozostaje na poziomie dyletantyzmu. Co więcej, założyciel czasopisma, o którym mowa (zmarły przed kilkoma laty), stwierdził niegdyś, że gdyby istniał inny reżim polityczny, prawdopodobnie zmieniłby obozy, aby nadal być częścią „opozycji”- z tym samym celem, rzecz jasna; bycia „genialnym” i popisywania się swoją „inteligencją”. Wspomniana grupa intelektualistów chętnie otworzyła się na kilka osób, które początkowo uznawały nadrzędne idei i wartości, a które w końcu odłożyły je na bok, aby lepiej móc lepiej sprzedawać swój talent do pisania, jakikolwiek by on nie był. Tak więc, wyrzekając się wszelkiej bezkompromisowości, ludzie ci łatwo przystosowali się do nurtu „inteligentnej głupoty”, która imponuje tylko ignorantom i cierpiącym na intelektualny prowincjonalizm. Przykład ten jest anegdotyczny, ale pozwala nam wiele zrozumieć.

Nie trzeba chyba zaznaczać, że odpowiednikiem „inteligentnej głupoty” z przeciwległej skrajności jest brak charakteru. Stawało się to oczywiste, ilekroć jej przedstawiciele w ciągu ostatnich lat angażowali się w politykę: ich oportunizm i natura kameleona zawsze wtedy dawały o sobie znać. Będąc niegdyś faszystami z wygody, teraz obnoszą się ze swoim antyfaszyzmem, choć przynajmniej powinni mieć przyzwoitość, by milczeć i całkowicie powstrzymać się od dyskutowania o takich sprawach.

Stwierdziliśmy na początku, że „krytycyzm” jest jednym z najważniejszych obszarów inteligentnej głupoty; tym, gdzie kwitną jego najbardziej zgubne odmiany. Tutaj, jak się przekonamy, możemy nawiązać do tego, co napisaliśmy wcześniej o wielu wpływach podprogowych pochodzących z otoczenia. Prawdę mówiąc, to dość obszerny temat. Ogólnie rzecz biorąc, powinniśmy wyróżnić „krytyka” jako jedną z plag współczesnej kultury; plagę, która zrodziła się w burżujskiej cywilizacji równolegle do rozwoju przemysłu publicystycznego i komercjalizacji kultury. Krytycyzm to zjawisko, które w naszych czasach rozprzestrzeniło się jak nowotwór, a które wcale lub prawie wcale nie istniało w ramach normalnych, tradycyjnych cywilizacji. Tam, z jednej strony, byli twórcy, artyści, a z drugiej – ci, którzy – wprost i bez pośredników – oceniali i doceniali ich pracę: władcy, mecenasi i zwykli ludzie. Dzisiaj zamiast tego mamy bezczelnego i impertynenckiego pasożyta, „krytyka”, który wcisnął się między twórców a ich publikę.

Mówiąc to, nie mam na myśli tego, że wszelkie osądzanie dotyczące dzieł artystycznych powinno zostać całkowicie zaniechane. Mimo to uważamy, że jeśli osąd musi zostać przeprowadzony, to musi zostać wygłoszony z wyższego punktu widzenia, przez tych, których autorytet został im przyznany przez prawdziwe zasady i tradycję. Jednak równie dobrze można by powiedzieć, że musi zostać wygłoszony przez taki rodzaj ludzi, którego dziś prawie nie ma (a nawet jeśli kiedyś był, to w dzisiejszych czasach ich słowa i czyny nie odbiłyby się szerokim echem). Z całym szacunkiem dla tych, którzy wysuwają teorię o sztuce dla sztuki, z całym szacunkiem dla Croce’a i jego przerażenia jakimkolwiek osądem biorącym pod uwagę cokolwiek poza zdolnością ekspresyjną napotkaną w danym dziele – osądy wyżej wymienionego typu byłyby wykonywane z perspektywy przekraczającej i przewyższającej tą dotyczącą sztuki. Byłyby cennymi osądami biorącymi pod uwagę wszystko co dane dzieło mogłoby znaczyć w ramach całokształtu cywilizacji, a nie tylko w ramach określonej dziedziny, na poziomie wyłącznie estetycznym.

Daleko odsunięty od tego wszystkiego, „krytycyzm” jest teraz potępiony od początku do czystego subiektywizmu i arbitralności. Dzisiaj to krytyk jest tym, kto nagina wartości tak, by wpasowały się w ramy „inteligentnej głupoty”. Jest przy tym bardzo umiejętny w stwarzaniu pozorów wartości tam, gdzie żadnych wartości nie ma, i ukrywaniu ich tam, gdzie są. Jeśli chodzi o opinię publiczną, to napotykamy ponownie – w innej formie – łatwo manipulowaną bierność, tak typową dla naszych współczesnych (których w języku demokracji określa się dziś „dorosłymi”). Omówiliśmy to już wcześniej (w „Podświadomych wpływach”).

W rzeczy samej, na polach artystycznym intelektualnym, powstała sytuacja podobna do reklamowania i propagandy. Wszędzie pojawiają się nowe sławy i nowe „arcydzieła” a wraz z nimi przepychanki o zapoczątkowanie nowego trendu lub mody. To, co zostało zaobserwowane odnośnie do ludzi podążających za modą, odnosi się także do dzisiejszego społeczeństwa: jego członkowie ze strachu przed tym, że mogą wyjść na śmiesznych, stali się prawdziwie śmieszni. Biernie pozwalają, by ich opinie były wynikiem podszeptów i manipulacji, nie śmią wyrazić tego co sądzą z obawy przed oskarżeniem o bycie głupcem lub kimś niechętnym kulturze i sztuce jako takim zaraz po tym, jak kasta „krytyków” wyda werdykt o tych i takich dziełach współczesnej sztuki lub literatury. Niezależnie od kontrowersji i różnic w ich opiniach, nigdy nie dotyczą one spraw zasadniczych, a ich jedyną funkcją jest urozmaicenie serwowanych potraw i sztuczne wzbudzanie zainteresowania.

To z pewnością dotyczy wielu autorów, którzy stali się sławni dzięki „krytykom” – włącznie z noblistami i bestsellerami – których dogłębna błahość wyszłaby na jaw, gdyby choć jeden zachował jakiś poziom duchowej wolności, gdyby choć jeden miał poważny, wyższy punkt odniesienia, lub gdyby jeden od początku odrzucał cały autorytet środowiska „krytycyzmu”. Jeśli tendencja do biernego i bezkrytycznego podążania za wytycznymi mody w sprawie fryzur i ubrań – co pewna nieznana osoba w tej czy tamtej stolicy postanowiła propagować jako modę – może być uznana za głównie kobiecą cechę charakteru, to takie samo zjawisko na polu sztuki i literatury się szczególnie od tego pierwszego zjawiska nie różni. To jedynie potwierdza na innym poziomie to, co można zaobserwować w forma mentis rozpowszechnioną w wielkiej części dzisiejszego tzw. Wykształconego społeczeństwa, tak samo, jak w życiu codziennym i polityce. To jeden ze znaków tych czasów.

Źródło: counter-currents.com

Powyższe tłumaczenie jest własnością portalu 3droga.pl. Kopiowanie go i modyfikowanie bez zgody Redakcji jest zabronione. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.