Idea
5

Mark Weber: Honor i Obowiązek w latach mroku

Wielokrotnie podczas ostatniego roku, zadawano mi pytanie, które choć bywało formułowane na wiele różnych sposobów to można by było je sprowadzić do jednego zdania:

„Jaki to wszystko ma sens?”. Byłem wielokrotnie pytany: „Jak możesz nadal mieć nadzieje dla Ameryki? Nie widać przecież żadnych powodów do optymizmu, więc dlaczego wciąż idziesz naprzód? Siły, z którymi walczymy są zbyt potężne. Gdy porównamy ogromne bogactwa, siłę i wpływy jakimi dysponują nasi wrogowie, z naszymi zasobami to wydają się one wprost żałosne. Gdziekolwiek byś nie spojrzał w Ameryce, nasze sprawy idą ku gorszemu. Nasza sytuacja jest beznadziejna, więc po co sprawiać sobie kłopot?”

Idealną odpowiedzią na pytanie: „Jaki to wszystko ma sens”, jest ten weekend, który przebiega pod znakiem kolejnej rocznicy podpisania Deklaracji Niepodległości, która jest swoistym aktem urodzenia naszego państwa. Dzień 4 lipca, już tradycyjnie stanowi okazje do spojrzenia wstecz na naszą, własną historię i do zadania sobie pytania, co jako Amerykanie zdołaliśmy już zrobić, w jakim miejscu się obecnie znajdujemy i dokąd tak w zasadzie zmierzamy. Nie ma co zaprzeczać, że obecna sytuacja w Ameryce jest mocno zniechęcająca, a nasze perspektywy na przyszłość są wyjątkowo ponure. Pomimo względnego dobrobytu tego kraju, niesamowitej potęgi amerykańskich sił zbrojnych, wielkiego naturalnego piękna i ogromnych zasobów naturalnych tej wspaniałej ziemi, istnieje szerokie i bardzo powszechne poczucie, że nasze społeczeństwo jest na złej drodze, że rzeczy w naszym kraju mają się po prostu źle.

Przeprowadzone badania opinii publicznej jasno pokazują, że Amerykanie nie ufają Kongresowi, mediom i innym znaczącym instytucjom społeczno-politycznym. W ostatnich latach ta tendencja tylko uległa wzmocnieniu, a deklarowany brak zaufania wzrósł do historycznie wysokiego poziomu. Amerykanie, a szczególnie nasi młodsi obywatele cynicznie reagują na deklaracje i slogany wypowiadane przez większość znaczniejszych partii politycznych i nie wierzą, że ich obietnice mogą zmienić obecny stan rzeczy. Pomimo zmiennego ożywienia gospodarczego jakiego doświadczamy w ostatnich latach, Amerykanie nie patrzą optymistycznym okiem w przyszłość. Badania pokazują, że większość Amerykanów wierzy, że życie dla ich dzieci i wnuków będzie trudniejsze i bardziej niebezpieczne niż było ono dla nich samych. Kolejne, ostatnio przeprowadzone badania pokazują, że podczas gdy większość osób mówi, że jest dumna z bycia Amerykanami to jednocześnie znacząca większość osób z tej grupy  -ponad 71%- uważa, że osoby które przed laty złożyły swój podpis pod Deklaracją Niepodległości, nie byliby zadowoleni z tego jak dziś wygląda Ameryka. Procent osób wyznających ten pogląd stale wzrasta od 2001 roku.

Amerykański hymn państwowy nazywa USA „ziemią wolności i domem odważnych”. Jednak prawda jest taka, że w każdym kraju na przestrzeni wieków jego istnienia- a zwłaszcza w Ameryce, tylko malutka mniejszość jest bardzo odważna i zdolna do poświęcenia swojego życia na rzecz walki o coś więcej niż siebie samych i swoich rodzin. To stało się dla nas bardzo klarowne i oczywiste w czasie ostatnich wzlotów i upadków głośnej: „Tea Party” i protestacyjnego ruchu „Occupy Wall Street”, którym brakowało oddanego przywództwa, jasnego celu i kompetentnej organizacji. Nie trzeba szczególnej odwagi do tego by dryfować wraz z tłumem. Słabeusze zawsze szybko zaczynają wiwatować na cześć tych, którzy mają sławę, pieniądze i moc. Nawet tchórz jest w stanie wesprzeć sprawy, które wydają mu się zwycięskie. W każdym społeczeństwie ta część ludzi, która ma dość rozumu by móc zrozumieć to co sie dzieje wokół nich i dość serca by ich to obchodziło, jest mniejszością. To dlatego, tym bardziej jestem zaszczycony, że mogę być tutaj dzisiaj z kobietami i mężczyznami, którzy krytycznie myślą o tym co sie dzieje w naszym kraju i co ważniejsze, których obchodzi świat i nasza przyszłość.

Zgromadziliśmy się tutaj, w ten ciepły, sobotni poranek, ponieważ łączy nas głębokie zaniepokojenie stanem naszych Rodaków i przyszłością naszego potomstwa. Gdyby przywołać to, za co wielu z naszych przodków cierpiało i ryzykowało własnym życiem, przywołać wszystkie te ofiary jakie oni ponosili i zestawić je z tym co jest dzisiaj, z tym jak nie wiele ryzykujemy, to jest mi niezwykle trudno zachować szacunek do kogoś kto pyta „Jaki to ma sens”. Warto mieć na uwadze, że nawet niewielka część naszych najbardziej otwarcie opozycyjnych działaczy nie została nigdy pobita, czy okaleczona. Nawet największe oszczerstwa czy kłamstwa nie wiele znaczą, nadal prowadzą oni bardziej lub mniej normalne życie. Oczywiście pamiętamy o ponurych trendach w dzisiejszej Ameryce, włączając w to tak zwaną jej „trzecioświatyzację” i dlatego podzielamy wyrażany przez tak wielu pesymizm o przyszłość naszego kraju. Jednakże, ponieważ znamy powody istnienia tych złych trendów i siły, które się za nimi kryją, uznajemy że nawet najbardziej oczywiste symptomy społecznego rozpadu są nieuchronne w tak niezdrowym Narodzie jak Ameryka.

Rozumiemy, że Naród który jest prowadzony przez fałszywe zasady, myślenie życzeniowe i nierealistyczne poglądy na temat społeczeństwa i historii nie może przetrwać i nie przetrwa; to społeczeństwo toczy wewnętrzna choroba. Naród, który jest zdrowy, ma swoje własne życie kulturalne, które odbija i wzmacnia dziedzictwo i interesy jego członków. Jednak w dzisiejszej Ameryce massmedia i kultura są pod kontrolą tych, których interesy, agenda i ideologia oznacza nieuchronny i postępujący rozpad społeczeństwa. Otwarcie to przyznał nawet sam wiceprezydent USA Joe Biden, który na swoim spotkaniu 21 maja, otwarcie przyznał, że amerykańskie massmedia i całe życie kulturalne kontrolowane jest przez mniejszość żydowską, która nie stanowi nawet dwóch procent całej populacji. Ten niezdrowy ucisk na życiu kulturalnym naszego Narodu jest już rzeczywistością od wielu lat, bez względu na to kto był na stanowisku prezydenta- Reagan, Clinton czy Obama. Z drugiej strony nikt nie powinien dać sobie wmówić, że moc tych, którzy trzymają władze w Ameryce nie stanowi problemu. Chore społeczeństwo, które charakteryzuje oszustwo, fałszywe zasady i nierealistyczne idee, nie może przetrwać ich wpływu.

Zwłaszcza w ten weekend warto przywołać przykład ludzi, którzy umieścili swoje imiona pod Deklaracją Niepodległości w 1776 roku, ogłaszając całemu światu, że ryzykują wszystkim co mają. „Wspólnie, wobec siebie zobowiązujemy się do […] nasze życia, fortuny i nasz uświęcony honor”. Z uwagi na to, że amerykańska walka o Niepodległość była nie tylko wojną domową lecz przede wszystkim walką z obcym wrogiem, często dzieliła ona całe rodziny. Dla Benjamina Franklina, jednej z największych  osobistości zasłużonych w walce o Niepodległość, oznaczało to permanentne zerwanie stosunków ze swoim synem Williamem, który sam stanął po stronie Brytyjczyków i wiernie im służył jako ostatni, królewski gubernator New Jersey. Rozłam w ich wzajemnej relacji był tak poważny, że po zakończeniu walk William udał się na wygnanie do Anglii, gdzie pozostał aż do swojej śmierci. Gdy córka Francisa Lewisa (jednego z sygnatariuszy Deklaracji) wyszła za mąż za brytyjskiego oficera, ojciec się już nigdy do niej nie odezwał.  Co najmniej ośmiu kolejnych sygnatariuszy Deklaracji Niepodległości ryzykowało swoim życiem na polu bitwy. Dodatkowo Brytyjczycy splądrowali ziemskie posiadłości czterech sygnatariuszy . Jeden z tych niezwykłych domów, Carter Braxton w Virginii został spalony do cna przez brytyjskie jednostki. George Wythe, kolejny sygnatariusz, w walce o Niepodległość utracił prawie wszystko co wówczas posiadał. William Hoper, tak pisał po latach o tym jak wyglądały jego sprawy prywatne podczas wojny: „Utrata mojej własności zupełnie mnie nie obchodziła, choć Brytyjczycy zaszli w tym dalej niż się spodziewałem- ale strach mojej rodziny? O mój Boże!”. Thomas McKean, inny sygnatariusz, w późniejszym okresie czasu przywoływał swoją gehennę podczas wojny o Niepodległość. „Polowano na niego jak na lisa”, a jego wrogowie zmusili go do przeniesienia swojej rodziny pięć razy w przeciągu paru miesięcy, kwaterując ich na końcu w małym drewnianym domku przy brzegu Susquehanny, tylko po to by żyli tam, prześladowani przez wrogo nastawionych do nich miejscowych Indian. Sprawa, dla której te 56 osób i wielu wielu innych poświęciło wszystko by móc za nią walczyć bez wątpienia była tego warta. Jednakże obawy i sprawy, które zgromadziły nas dziś tutaj razem, są znacznie cięższe i poważniejsze.

To co dziś jest zagrożone to nie czysta polityczna niepodległość, czy wolność, którą depcze monarcha z dalekiego kraju, to walka o naszą przyszłość jako honorowego, rozwiniętego, karnego i kulturalnego Narodu; walka o to wszystko daje sens życia każdemu z poczuciem zasad i własnego dziedzictwa, każdemu kto przedkłada przyszłość ponad własne życie. Po tym jak zakończyła się wojna o Niepodległość i Ameryka wystarczająco umocniła swoje istnienie, niewielu już spoglądało w dawne czasy i zastanawiało się czy dobrze zrobili w 1776 roku. Benjamin Rush, jeden z tych, którzy wówczas złożyli swój podpis pod Deklaracją, był zasmucony tym jak bardzo zmieniło się amerykańskie społeczeństwo. Rozpaczał, że Ameryka stała się „zdolaryzowanym Narodem”, to jest społeczeństwem przedkładającym swoje własne interesy ponad wszystko inne. W liście do Johnego Adamsa, którego powstanie datuje się na rok 1808, pisał: „Boli mnie, kiedy przypominam sobie swoje, własne wysiłki na rzecz tej sprawy, którą wtedy nazywaliśmy wolnością i czasem teraz żałuje, że nie mogę wymazać swojego nazwiska z Deklaracji Niepodległości„.

Adams bezzwłocznie odpowiedział: „Ty i ja, podczas Rewolucji działaliśmy według swoich zasad. Wykonywaliśmy wtedy swoje obowiązki jak wtedy wierzyliśmy, zgodnie  z informacjami jakie otrzymywaliśmy, osądem i własnym sumieniem. Czy mamy tego teraz żałować? Broń Boże! Nie! Żałować? To niemożliwe. Jak mężczyzna może żałować swych cnót?” Tak samo myślał o tym, inny znany Amerykanin Robert E. Lee: „Obowiązek” pisał, „jest najwznioślejszym słowem znajdującym się w naszym słowniku. Zawsze wypełniaj swój obowiązek we wszystkich okazjach. Nie możesz zrobić nic więcej i nigdy nie powinieneś pragnąć robić niczego mniej”. Podczas tej rocznicy uzyskania przez Amerykę niepodległości jest zupełnie normalne, że przywołujemy poświęcenie i poglądy ludzi, którzy śmiało działali ponad prawem i ryzykowali wszystkim co mieli podążając za tym co dyktowało im sumienie.

Niech ten sam duch honoru i obowiązku prowadzi nas także dziś!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.