Trzecia Droga

Portal Nacjonalistyczny

Adam Busse: Zmierzch Krzyża

Dyskoteka w kościele

Basilique Saint-Vincent de Metz. Zbudowana w X wieku. Zrekonstruowana w roku 1248. Konsekrowana sto dwadzieścia osiem lat później. Perła gotyckiej architektury Francji. Przetrwała burze dziejowe Reformacji. Przetrwała Rewolucję Francuską. Przetrwała równie burzliwy Maj 1968 roku. W swoim sakralnym charakterze jednak nie przetrwała do dzisiaj.

Przed murami tej świątyni stoi Michel Duriot, francuski tradycjonalista pochodzący z klasy średniej. Liczył 25 wiosen, z wykształcenia i zawodu pisarz. Mieszkał w Metz i postanowił tego dnia odwiedzić swoją dziewczynę, Marię. Spotkali się o godzinie 17:00, więc był już wczesny wieczór, poszli do ulubionej kawiarni i napili się kawy. Później mieli razem wybrać się do katedry, jednak Maria musiała wrócić do domu, by pomóc rodzinie w sprzątaniu domu i przygotowaniach na urodziny swojego chrześniaka. Michel wobec tego sam poszedł do świątyni. Wiedział, że jest ona zamknięta poza sezonem turystycznym, ale ponieważ był kwiecień, to zaciekawiony tym, co się dzieje, postanowił zaryzykować. Pociągnął za klamkę, otworzył drzwi i wszedł do środka. Myślał naiwny, że pozwiedza bazylikę, będzie mógł nacieszyć oczy geniuszem sztuki sakralnej, bogato zdobionymi oknami, wysoko sięgającymi białymi filarami wzdłuż nawy głównej, samą wysokością zbudowanej świątyni, obrazami, stacjami Drogi Krzyżowej oraz gładką podłogą, a później zatopi swe myśli i oczy w modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Nic bardziej mylnego…

…Gdy przestąpił próg bazyliki, jego uwaga natychmiast zwróciła się w stronę świateł migających w różnych kolorach, zaburzającej spokój Domu Bożego muzyki elektronicznej oraz grupy kilkudziesięciu ludzi radośnie tańczących w jej rytm. Michel zrobił zdjęcie telefonem, zaskoczony takim widokiem. Nie pierwszy raz widział profanację, ale dotychczas nie miał z czymś takim do czynienia. Chciał się pomodlić, ale w tym hałasie i rozgardiaszu nie mógł, czuł się za bardzo rozproszony i nie dałby rady się skupić na modlitwie. Wyszedł głośno trzaskając drzwiami. Mijając toi-toie ustawione przed wejściem do świątyni i schodząc z jej schodów zewnętrznych prowadzących do wejścia głównego, pobiegł daleko przed siebie. W pierwszej chwili myślał, że to sen, ale z biegiem czasu przeglądając zrobione zdjęcie uznał, że to niestety prawda.

To dlatego kościół nie jest już dostępny dla wiernych poza sezonem. – rozpaczliwie pomyślał – Tragedia.

Biegnąc przed siebie chciał udać się do Marii, by przekazać osobiście tę straszną wieść. Jednak nie chciał przeszkadzać jej w rodzinnej pracy. Wobec tego uznał, że czas wracać. Minęła godzina od spotkania z ukochaną dziewczyną. Udał się na przystanek autobusowy, skąd miał wrócić do domu ulokowanego po drugiej stronie miasta. Wsiadł. Pojechał. Wysiadł. Wrócił do swojego zacisznego mieszkania, skąd napisał SMS do Marii z załączonym zdjęciem z dyskoteki w bazylice. Zrobił herbatę. Po dwóch minutach dostał odpowiedź, która brzmiała krótko: To profanacja. Dzięki za spotkanie. Pa. Michel usiadł, wyłączył komórkę i wyciągnął brewiarz. Modlił się bardzo długo, w skupieniu przewracał kartki, czytał psalmy i zmieniał znaczniki. Po pół godzinie modlitw zamknął brewiarz. I siedząc wpatrywał się w ścianę.

LERP, cz. 1

L – Littèrature. E – Edition. R – Rue. P – Prière.

Tłumacząc z francuska po kolei: L znaczy Pisarstwo (w domyśle pisarstwo polityczne), E – Wydawnictwo/działalność wydawniczą, R – Ulicę (miejsce aktywizmu) i P, czyli Modlitwę. Skrót z czterech podanych liter oznacza nazwę tajnej organizacji studenckiej LERP, skupiającej w swoich szeregach radykalnych nacjonalistów i tradycjonalistów. Organizacja ta powstała w połowie listopada 2018 roku, tuż przed protestami Żółtych Kamizelek, z inicjatywy kilkunastu studentów i młodych pracowników różnych zawodów w Lyonie. Oprócz tego miasta posiada ona swoje aktywne komórki i lokale w Bordeaux, Calais, Metz i Marsylii. Natomiast na fali protestów zaczęła się tworzyć komórka w Paryżu. Na tle innych Organizacji i Partii wyróżnia się zdecydowanie katolickim charakterem i podejściem do polityki, co stoi w jawnej sprzeczności z prawem francuskim (bowiem od 1905 roku Republika Francuska jest państwem świeckim). Najważniejszymi inspiracjami ideologicznymi tej Organizacji są: Action Française i jej rojalizm rewolucyjny, prawicowy anarchizm Czarnych Szczurów, rewolucja konserwatywna międzywojennych Niemiec oraz Trzecia Pozycja. Kładzie szczególny nacisk wśród działaczy na formację intelektualną, rozwój duchowy i sportowy tryb życia. Rozwój duchowy oczywiście w duchu katolickim, dominuje tradycjonalizm katolicki w duchu Bractwa św. Piusa X. W co drugą i co czwartą niedzielę każdego miesiąca w paryskiej kaplicy Notre-Dame-de-Consolation sprawowana jest Msza Św. Wszechczasów, w niej biorą udział wszyscy aktywiści LERP.

Michel był członkiem Organizacji od jej powstania. Dzięki doświadczeniu, jakie zyskał działając w innych grupach przed powstaniem LERP, został szefem sekcji propagandowej. Był odpowiedzialny za przygotowanie merytoryczne plakatów, ulotek i transparentów na akcje, grafiką zajmowała się jego wtajemniczona w działalność siostra, Michelin. Maria należała do sekcji modlitewnej, organizującej we współpracy z Bractwem cykliczną Modlitwę Różańcową w intencji Francji i nabożeństwa ekspiacyjne za profanacje miejsc kultu. Oboje należeli również do sekcji sportowej, trenowali sporty walki. LERP posiada swoją sieć lokali. Główny lokal znajdował się początkowo w Metz, ostatecznie przeniesiono go do Paryża. Decyzję podjęto po uznaniu, że będzie można ten lokal wykorzystać jako miejsce udzielania pomocy strajkującym przeciwko Macronowi manifestantom. Członkowie tej Organizacji z Paryża brali od samego początku udział w protestach, propagowali swoją ideę wśród ludzi strajkujących oraz walczyli z uzbrojonymi oddziałami policji i lewicowymi bojówkarzami, co przypłacili aresztowaniami. Wskutek nich przejściowo zawieszono powstanie komórki paryskiej LERP, ostatecznie po względnym ustabilizowaniu sytuacji na mieście i wypuszczeniu aresztowanych z powrotem zaczęto montować komórkę paryską, co się udało. Do komórki paryskiej dołączyło kilkunastu doświadczonych w akcji bojowników, co pozwoliło rozwinąć sekcję sportową.

W Organizacji istotnym kryterium oprócz religii jest narodowość. Członkami LERP mogą być jedynie biali Francuzi, choć wyjątkowo dopuszczano białych przedstawicieli innych narodów europejskich. Kierowano się etnopluralizmem, wedle którego każdy naród, kultura, cywilizacja i rasa zostały stworzone przez Pana Boga w określonych miejscach na Ziemi i tam mają się rozwijać. Takie podejście do sprawy w opinii założycieli LERP stanowi jedyną alternatywę dla multikulturalizmu i narastającej fali masowej imigracji spoza kontynentu, szkodliwej nie tylko dla Europejczyków, ale i samych narodów afrykańskich i azjatyckich, z których nieustannie migrują imigranci.

Kluczowym elementem działalności Organizacji LERP jest aktywizm. Jego dewizą są słowa Pierre’a, gdy ten zakładał struktury LERP w Paryżu: „Nie ma wymówki od aktywizmu. Dla każdego aktywisty jest odpowiednia sekcja, zgodna z jego preferencjami i pasjami. Jeśli znalazłeś, to działaj!” Oprócz formacji intelektualnej, wspólnych treningów sportowych, wyjść na nabożeństwa i Msze św. oraz działalności wydawniczej w lokalach Organizacji ważnym elementem aktywizmu jest działalność społeczna – zbiórki odzieży, żywności oraz środków pierwszej potrzeby dla potrzebujących Francuzów, przeprowadzane dwa razy w tygodniu, blokady eksmisji obywateli na bruk, rozdawanie ciepłych posiłków bezdomnym i udzielanie pomocy profilaktycznej młodym ludziom będącym ofiarami uzależnień. Działalność LERP pod tym kątem spotyka się z coraz większym poparciem francuskiej młodzieży, z drugiej strony – ze wzmożoną agresją radykalnej lewicy i represjami służb. Mimo to Organizacja nie poddaje się w walce, a aresztowanym bądź zagrożonym aresztowaniem działaczom oferuje bezpłatną pomoc prawną (udziela jej także obywatelom francuskim na miarę swoich możliwości) oraz wsparcie dla rodzin represjonowanych kolegów i koleżanek.

Jak można zauważyć więc, LERP jest organizacją elitarną, kadrową, fanatycznie oddaną idei Rekonkwisty. Jej mała liczebność członków powodowana jest stawianiem na jakość, a nie na ilość, co dało w wielu akcjach pożądane efekty. Jednocześnie jest owiana aurą tajemniczości, przedmiotem legend ulicznych, rozpowszechnianych przez lewaków i przychylne im media, które to bajki medialne są rozpaczliwą reakcją na skuteczność i popularność Organizacji wśród zwykłych, białych Francuzów, którzy nie zaspokoją podstawowych potrzeb życiowych hasłami i utartymi frazesami o wolności, równości i tolerancji…

…I tak kończy się pierwsza część historii Organizacji. Napisał ją Michel celem formacji nowych działaczy, którzy na fali protestów Żółtych Kamizelek dołączyli do niej…

Nie wolno!

Lyon. Wieczór. Ta pora kończącego się dnia nie zawitała do Marceliny w objęciach jej ukochanej przyjaciółki, Michelle, ani na wykładzie otwartym. Niespełna 21-letnia studentka prawa na uniwersytecie w Lyonie została zatrzymana i przewieziona do aresztu śledczego. Jej winą było… noszenie medalika z Matką Boską Fatimską na szyi. Mijający ją student zwrócił jej uwagę, w odpowiedzi na nią Marcelina nie chciała schować medalika. Dostała go od swojej przyjaciółki na pamiątkę pielgrzymki do Fatimy. Więc odwróciła się i poszła w swoją stronę. Po kilku minutach jednak dogonił ją obcy i złapał za rękę. Marcelina zaczęła głośno krzyczeć, co wzbudziło reakcję przejeżdżającego patrolu. Policjanci wylegitymowali oboje ludzi, agresor został po złożeniu wyjaśnień wypuszczony, dziewczyna z kolei zatrzymana i przewieziona do aresztu.

W celi przebywała sama. Żądała wyjaśnień, protokołu zatrzymania i aktu oskarżenia. Bezskutecznie. Do czasu. Rano została obudzona przez strażnika i wezwana na przesłuchanie. Grozi jej sprawa sądowa za publiczne naruszenie świeckości Francji i ostentacyjne okazywanie swojej wiary. Dowodem zaś był… skonfiskowany w trakcie zatrzymania medalik. Marcelina odmówiła złożenia zeznań i nie chciała podpisać żadnych dokumentów, w związku z czym po kilku minutach od rozpoczęcia przesłuchania została z powrotem odprowadzona do aresztu. Tym razem w celi znajdował się… Polak. Ponad 25-letni, miał na głowie ślady uderzeń pałką i obandażowane lewe oko. Brał udział w proteście na ulicach Paryża. Mimo iż nie zachowywał się początkowo agresywnie, to po biciu przez policjantów odpowiedział im pięściami w obronie koniecznej. Policjanci pobili go i zatrzymali z kilkoma francuskimi manifestantami i tą grupkę rozproszono po różnych więzieniach. Michała przewieziono do aresztu w Lyonie, został tam przesłuchany i grozi mu sprawa sądowa za udział w nielegalnym zgromadzeniu i czynną napaść na policjantów. Mimo iż nagrania jego kolegów wyraźnie pokazały, że to Michał pierwszy został zaatakowany przez funkcjonariuszy systemu i użył siły w obronie koniecznej.

– Hej. Za co siedzisz? – Marcelina zapytała Michała. Bardzo dobrze znała język polski, ponieważ jej przyjaciółka, Michelle, studiowała filologię polską.

– Nie widzisz? – obraźliwym tonem Michał odpowiedział pytaniem na pytanie, palcem pokazując na ślady uderzeń pałką policyjną po głowie.

– Przepraszam. Brałeś udział w protestach Żółtych Kamizelek?

– Tak. Ale kamizelki nie mam, psy ukradły. A Ty za co siedzisz?

– Za medalik z Maryją. – odpowiedziała Marcelina.

– Żartujesz?

– Nie. I za ten medalik grozi mi sąd, bo nie wolno manifestować swojej wiary w tym kraju. Nie wolno!

Nie wolno. Te słowa były jedynymi, które usłyszeli sąsiedzi z innych cel.

– Z Polski? – po chwili roztargnienia zapytała.

– Z Polski.

Rozmowa nie trwała długo. Następnego dnia Michał miał sprawę sądową i ostatecznie – wbrew żądaniom prokuratury i policji – został uniewinniony od zarzutu napaści na policjanta, musiał jednak zapłacić grzywnę w wysokości 1500 euro za udział w proteście. Pieniądze na uiszczenie opłaty otrzymał dzięki pomocy Organizacji, która na wieść o aresztowaniu Polaka natychmiast zorganizowała pomoc. Pomoc była bezinteresowna, co okazał wprost Michel po spotkaniu się z Michałem w sądzie, gdy ten chciał oddać równowartość sumy.

– Michale, kiedyś będę potrzebował Twojej pomocy i to będzie wystarczająca zapłata.

– Dziękuję. – odpowiedział Michał ściskając Michelowi przedramię, tak jak tradycyjnie witają się nacjonaliści.

Marcelina tymczasem siedziała drugi dzień w areszcie i czekała na swój niepewny los. Czas wolny w celi wypełniała Różańcem. W tym samym czasie Maria prowadziła w kaplicy Różaniec, który odmawiano w intencji Marceliny. Dziewczyny z sekcji modlitewnej LERP modliły się dziesiątek po dziesiątku. Modlitwa kolejny raz ujawniła swoją moc, ponieważ po trzech następnych dniach pobytu w areszcie Marcelina została zwolniona z aresztu do domu. Będzie wprawdzie czekał ją proces sądowy, ale sam fakt wyjścia na wolne powietrze od razu pobudził dziewczynę do życia. Niestety, nie odzyskała swojego medalika z Fatimy, został w areszcie, w spisie dowodów do aktu oskarżenia. Kiedy wyszła z aresztu, było już po godzinie 20:00.

Medalik

Medalik z Matką Boską Fatimską ma swoją historię w życiu Marceliny. Był on srebrny, okrągły, przedstawiał Maryję i klęczących przed nią troje dzieci – Franciszka, Hiacyntę i Łucję. Dziewczyna otrzymała go ponad rok temu od Michelle na pamiątkę odbycia pielgrzymki. Pobłogosławiony przez księdza, miał strzec Marcelinę od złych pokus. I strzegł, noszony na szyi, do momentu aresztowania. Teraz był schowany w teczce z aktem oskarżenia, schowanym w szafie z uporządkowaną dokumentacją aresztu śledczego w Lyonie.

Dziewczyna co jakiś czas, odruchowo, masowała dłonią swoją szyję, na której nie było już tego medalika. Kilka razy się rozpłakała. Straciła coś, co było czymś więcej niż pięknym elementem eleganckiej garderoby. Było to widocznym znakiem Wiary. Wychowana w rodzinie katolickiej, o tradycjach patriotycznych (tata Marceliny, Andre, bojownik OAS i weteran wojny w Algierii, mama Emma z kolei działała w Akcji Katolickiej), przywiązywała ogromną wagę do kultywowania rodzinnej tradycji. Teraz bez medalika czuła się, jakby zerwano jej nić łączącą ją z tą tradycją. Zerwał ją nowoczesny świat.

Jedynym śladem po medaliku było miejsce na szyi o lekko jaśniejszej karnacji niż reszta ciała…

Na Zachodzie bez zmian

Michał po powrocie z rozprawy sądowej i opłaceniu grzywny wrócił do mieszkania, w którym się zameldował na czas pobytu w Paryżu. Planował spędzić tydzień, jednak ostatecznie tak spodobała mu się Francja, że postanowił przedłużyć urlop do dwóch tygodni. Nie to, że podobała mu się degeneracja starej córy Kościoła, ale lubił stare kamienice, uliczki i lokale, i ich klimat. Mieszkał u Xaviera, starego przyjaciela z Paryża i byłego aktywisty Groupe Union Defense (obecnie – o czym nie wiedział Michał – działał w LERP i był współzałożycielem komórki paryskiej Organizacji; brał udział w protestach Żółtych Kamizelek, za co również go aresztowano dwa tygodnie temu). Rozmowy Michała z Xavierem były długie i momentami zdawało się, że monotonne, bo o polityce, idei i muzyce, ale za każdym razem inspirowały Michała.

Nie minęło jednak dziesięć minut, a nim współlokator chciał zaparzyć herbatę, włączył telewizor i na kanale France 2 żółty pasek. Informacja o kolejnym zamachu terrorystycznym, jaki miał miejsce na terenie Francji. Zginęły 4 osoby, 1 ranna wskutek ostrzelania z automatu przez algierskiego imigranta. Sprawca ataku uciekł i do tej pory nie został odnaleziony przez służby. Można powiedzieć, na Zachodzie bez zmian.

– Nie zdziwię się, jak rząd wykorzysta zamach do zaostrzenia inwigilacji wobec swoich obywateli. – krótko skomentował Xavier gotując wodę w czajniku.

– Zgadza się. – odpowiedział Michał.

Po tej krótkiej rozmowie zamilkli. Bo cóż mogli więcej powiedzieć. Kolejne ofiary idei multikulturowego społeczeństwa. Znów krew niewinnych, białych Europejczyków, spadła na ręce polityków, obrońców praw człowieka spod znaku różnych podejrzanych fundacji oraz sługusów Kapitału ponoszących odpowiedzialność za inwazję imigrantów.

Po chwili milczenia Xavier powiedział Michałowi:

– Jutro nasi umiłowani przywódcy znów wygłoszą oświadczenie o konieczności walki z terroryzmem i tradycyjnie nic nie zrobią, tylko frazesy i frazesy. A każdego, kto stawi temu opór, publicznie napiętnują, wsadzą do więzienia z arabskimi imigrantami w jednej celi albo zabiją.

– To prawda. Na Zachodzie wciąż bez zmian. – odpowiedział krótko Michał.

W tym samym momencie spalił się czajnik, w którym gotowała się woda na herbatę. Chłopaki natychmiast zgasili ogień, przykryli go kocem i odłożyli pod drzwi, po czym się obaj zaśmiali. Ich śmiech był ironią. Steven wziął garnek, nalał do niego wody i nastawił ogień.

– Tylko nie spal garnka tym razem. – z ironicznym uśmieszkiem powiedział Michał.

– Doprawdy, to będzie bombowa herbata.

Po odpowiedzi Xaviera mieszkanie znów opanował śmiech.

LERP, cz. 2

Dzień po spotkaniu Xavier zaprowadził Michała do lokalu LERP, który znajdował się w 10. dzielnicy Paryża, przy rozwidleniu ulic Rue de l’Aqueduc i Rue la Fayette. Z zewnętrznej strony wyglądał jak zwykła kamienica, jednak po wejściu do niego był połączeniem Tradycji z nowoczesnością w sztuce. Przed wejściem Xavier podał hasło, przedstawił towarzysza z Polski i cel jego wizyty. Polak uścisnął ze stojącymi na warcie nacjonalistami ręce na wysokości przedramienia i wszedł za kolegą do lokalu.

Lokal miał parter i dwa piętra. Na parterze znajdowała się kawiarnia, ułożone siedem okrągłych stolików po cztery krzesła. Meble rzeźbione z drewna sosnowego, okryte skromną zastawą w barwach Organizacji (granatowo-złotych). Na ścianach fotografie pokazujące ważne momenty z życia Organizacji – wspólne zdjęcie założycieli LERP, akcje uliczne, nabożeństwa w kaplicy Notre-Dame-de-Consolation i oszklone w ramach urywki z gazet francuskich, które opisywały działania grupy. Na drugiej ścianie grafiki przedstawiające wybitne postaci z historii francuskiego nacjonalizmu w nowoczesnej odsłonie: Charles Maurras, Robert Brasillach, Jean-Marie Le Pen, Francois Duprat i Dominique Venner. Pod ich portretami ustawionymi równo w szeregu zdjęcia Męczenników za Sprawę: Alaina Escoffiera (dokonał samospalenia w proteście przeciw komunizmowi w 1977 r.) i Sebastiena Deyzieu (bojownika GUD, ofiary policyjnego bandytyzmu w trakcie antyamerykańskiej demonstracji w 1994 r.). Z trzeciej strony pięknie, z drewna sosnowego rzeźbione oprawy okien. Na ladzie obok kasy fiskalnej za drobną opłatą można nabyć broszury i materiały propagandowe Organizacji, z czego natychmiast skorzystał Michał. Wsparł również LERP płacąc za herbatę.

Następnie Xavier zaprowadził Michała na pierwsze piętro. Tam przejął go Steven, szef komórki paryskiej LERP. Oprowadził go po pierwszym piętrze, gdzie znajdowały się kolejno klub literacki „Je suis partout”, siłownia, sala koncertowa oraz ściana z wypisanymi sprejem imionami i nazwiskami ważnych postaci historycznych Francji. Za prośbą Michała poszli na siłownię i odbyli wspólny trening boksu. Steven był zawodowym bokserem, którego żaden towarzysz do tej pory nie pokonał w pojedynku na rękawice. Jednak w spontanicznej walce na punkty musiał uznać po trzech rundach minimalną przewagę Polaka, uścisnął tradycyjnie rękę i pogratulował, po czym zaprowadził wzdłuż korytarza w stronę schodów prowadzących na drugie piętro. Uwagę Michała oczywiście przykuł równo ułożony wzdłuż ściany rząd kasków motocyklowych, kominiarek, tarcz, drzewców od flag i pałek teleskopowych.

-To jest nasz sprzęt do obrony lokalu. Używamy go do obstawy lokalu, na patrolowanie jego okolicy i – nie muszę oczywiście tłumaczyć – do dyskusji z lewakami. Wszyscy muszą znać się na walce i regularnie ćwiczą na siłowni, dlatego do tej pory z nikim nie przegraliśmy na ulicy. Wielu z nas ma doświadczenie z poprzednich organizacji w akcji bezpośredniej, więc nie ma problemu. Na razie. – opowiadał Steven.

-Co się znajduje na drugim piętrze? – z ciekawości zapytał Michał.

Doszli obaj do schodów, po nich weszli na drugie piętro.

-Tutaj z kolei jest dziesięć pokojów urządzonych na mieszkania dla potrzebujących francuskich rodzin, które zostały wyrzucone na bruk. Mieszkają tu jak u siebie w domu, my ponosimy koszty finansowe za ich utrzymanie z dobrowolnych składek. Z ich strony jedynym obowiązkiem jest dbanie o porządek i by było czysto.

Gdy przechodzili przez korytarz, spotkali parę młodych Francuzów, którzy na ich widok przywitali się i poszli w stronę kuchni. Michał i Steven z kolei poszli drugą stroną, z powrotem w stronę schodów i zeszli do pierwszego piętra. Tam Michała przejęła Adrienne, szefowa sekcji literackiej Organizacji i koordynatorka „Je suis partout”. Weszli do klubu literackiego:

-Tutaj organizujemy spotkania kulturalne, wykłady o różnorodnej tematyce. Tutaj są spotkania formacyjne dla wszystkich członków naszej komórki, odbywają się dwa razy na tydzień i na nich dyskutujemy o polityce Francji, twórczym przełożeniu ideologii na XXI wiek oraz omawiamy dotychczasowe akcje uliczne.

Później dziewczyna prowadziła Michała dookoła wnętrza sali, pokazując mu zdjęcia ze spotkań, na pomalowanej na granatowo-złoto ścianie wisiały regały z książkami, broszurami i plakatami zapraszającymi na różne wydarzenia organizowane przez LERP. Po dwudziestu minutach od oprowadzania wyszli z sali. Przed drzwiami czekał już Xavier, który przywitał się z Adrienne i zamienił z nią parę słów.

-I jak, Michale, podoba się nasz lokal?

-Bardzo ładny. Wzorujecie się na Casapound, Hogar Social i Czarnych Szczurach w tej dziedzinie?

-Tak. Ta formuła jest, wręcz powinna być dla nas uniwersalna. Mam nadzieję, że to Cię zainspiruje do czegoś twórczego.

– Oby – odpowiedział Michał, po czym poszedł z Xavierem na parter. Tam kupił jeszcze granatową koszulkę z świętą Joanną d’Arc, trzymającą karabin AK-47 i z twarzą zasłoniętą chustą ze złotymi liliami. Na plecach namalowane na biało hasło „A jamais Idealiste”. I po wymianie uprzejmości z dziewczynami prowadzącymi sklep organizacyjny pożegnał się.

– Do zobaczenia. – powiedział Michał żegnając się na odległość.

– Do zobaczenia. – odpowiedziały razem.

Po wizycie Michał wrócił sam do domu. Xavier został w lokalu, miał bowiem dyżur na siłowni. Gdy wrócił, była już godzina 16:00. Za oknem zimno, deszczowo i pochmurno, ale w sercu Michała było bardzo ciepło. Wiedział, że LERP razem z innymi organizacjami we Francji stanowią awangardę Rekonkwisty. Wierzył, że dzięki takim synom i córkom Europa może się odrodzić. I Zmierzch Krzyża może nie nastąpić.

Rozmowa

O tej samej porze, w Metz, leżeli obok siebie Michel i Maria. W przytulnym mieszkaniu, na pościeli łóżka, obok siebie. Wpatrzeni w sufit. Milczeli. Pierwsze minuty, potem kolejne i tak bez końca można by leżeć. I zapomnieć o Bożym świecie. Jednak w końcu cisza musiała zostać przełamana:

– Wiesz, Michel. – powiedziała Maria nie odrywając wzroku od sufitu.

– Tak, Mario? – zapytał Michel.

-Boję się. Marcelina kilka dni temu aresztowana na dwie doby, zabrano jej medalik z Maryją, a dziś ma rozprawę sądową. Słyszałam, że Polaka na strajku w Paryżu żandarmi pobili i aresztowali. Kolejne profanacje, incydenty, a niedawno… też zamach terrorystyczny.

Maria była z charakteru twardą dziewczyną, ale w tym momencie puściły jej śluzy i zaczęły z oczu lecieć łzy jedna za drugą. Za każdym oszkleniem się oczu spływały ze śluzów, później powoli sunęły przez końcówki policzków, by następnie dosięgnąć kącików ust i spaść w dół. Michel widząc to zachmurzył się. Nie wiedział w tej chwili, jak jej odpowiedzieć. Ona zaś kontynuowała:

– Najbardziej się boję tego, co będzie z nami, jak po nas przyjdą. Nie wiem, jak ja się zachowam, a boję się, że przeze mnie komuś coś się stanie.

-Nie martw się, Marysia. Musimy ten czas po prostu przetrwać. Pamiętasz to, o czym ostatnio czytałaś w naszej najnowszej broszurce? Że będą czasy spokojne, co nie znaczy, że będą one spokojne dla nas. Czas Próby może nadejść każdego dnia i musimy być na to dobrze przygotowani. Przygotowani pod każdym względem. Dzisiaj cierpimy, świat nas prześladuje, ale Bóg Najwyższy nam to wynagrodzi. – odpowiedział z przekonaniem Michel.

Dziewczyna nie chciała nic powiedzieć. Wiedziała, że to usłyszy. Czuła się już lepiej, a łzy przestały lecieć z oczu. Po kilku chwilach zaczęła charakterystycznie mrugać. Cóż, to miała być romantyczna rozmowa, a zamiast tego wyszedł romantyczno-fatalistyczno-katastroficzny mezalians.

-Tak, musimy, ale jak ja się zachowam sama? – po chwili powiedziała Maria. Była ona bardzo skora do zadawania pytań, nawet jak słyszała odpowiedzi.

W odpowiedzi Michel zapewnił ją o wsparciu swoim, rodziny i Organizacji.

Minęła już godzina, po czym Maria przypomniała sobie, że musi dzisiejszy wieczór spędzić sama ze sobą. Michel wiedząc o tym pożegnał się czule z dziewczyną i wyszedł z pokoju. Maria została sama, włączyła muzykę relaksującą z radia, rozebrała się do białej, koronkowej bielizny, rozpuściła włosy i położyła się na pościeli. Zamykała i otwierała oczy słodko mrugając. Lubiła taką formę odpoczynku. Pomagało jej to po stresującym tygodniu nauki w liceum, działalności w Organizacji, obowiązków domowych i nerwowych kontaktów z rówieśnicami z tej samej klasy.

Do pokoju chciała wejść mama Marii, jednak widząc to, co się dzieje, zrozumiała, że ma nie przeszkadzać ukochanej córce w odpoczynku. Postawiła na stoliku z drewna sosnowego, blisko drzwi butelkę wody ze szklanką i ciepłą herbatę w filiżance. I ulotniła się patrząc ze wzruszeniem na Marię. Dziewczyna jednak nie zwróciła uwagi na chwilową obecność mamy. Była zatopiona w relaksie, w innym jakby świecie.

Po procesie…

Tego samego dnia z zapartym tchem czekało wiele osób na korytarzu sądowym, na werdykt w sprawie Marceliny. Rodzina Marceliny, nacjonaliści z organizacji LERP, koleżanki z wydziału prawa i wielu nieznanych dziewczynie osób. Dzisiaj odbywała się rozprawa sądowa, na której prokurator żądał kary dwóch lat pozbawienia wolności za naruszenie świeckiego charakteru państwa francuskiego; obrońcy domagali się uniewinnienia i postawienia przed sądem człowieka, który ją zaatakował na lyońskiej ulicy. Miała ona charakter zamknięty, stąd nikogo poza oskarżoną, prokuratorem i adwokatem nie wpuszczono. Wejścia strzegł uzbrojony po zęby patrol prewencji. Naprzeciw nich stało przed wejściem do sali rozpraw kilkadziesiąt osób, zaś przed budynkiem sądu w spontanicznej demonstracji zebrało się około tysiąca osób ze środowisk katolickich, oprócz nich byli również muzułmanie. Wszyscy solidarnie domagali się uniewinnienia.

Na demonstracji przed sądem Lucas, szef lyońskiej komórki Organizacji, przemawiał głośno przez mikrofon, właściwie krzyczał:

-Dzisiaj jesteśmy świadkami tragicznego precedensu. Nasza koleżanka, Marcelina, jest oskarżona o naruszenie świeckości Francji poprzez noszenie na szyi poświęconego przez księdza medalika z Matką Boską Fatimską. System traktuje ją jak terrorystkę, a sprawcy ataku, który rozpoczął ten cały cyrk, bezkarnie chodzą po ulicy. Domagamy się bezwarunkowego uniewinnienia naszej koleżanki. Dzisiaj ją może spotkać trudny los, jutro kogoś z Was!

Przemówienie Lucasa było raz po raz przerywane oklaskami.

-Nie możemy się poddać w naszej walce. Jeśli zamkniemy się w czterech ścianach, to nie zaprzestaną prześladowania za naszą Wiarę. Od wielu lat słyszymy i informujemy o różnych aktach nienawiści do Kościoła i Wiary: dewastacjach kościołów, bluźnierczych spektaklach teatralnych czy wytworach tzw. „sztuki nowoczesnej”, atakach na duchownych, profanacjach Najświętszego Sakramentu czy usuwaniu symboli religijnych z przestrzeni publicznej. Jaka jest reakcja władz na to? Żadna! A dziewczynę noszącą katolicki medalik traktują jak terrorystkę! Prawdopodobnie zaraz zakończy się rozprawa i wszystko się rozstrzygnie. Apeluję wobec tego, nie rozchodźcie się do domów, czekamy!

W sali rozpraw tymczasem nastąpiła przerwa na naradę sędziów przed ogłoszeniem wyroku. Wszyscy czekali z zapartym tchem na werdykt. Po chwili sąd wrócił na salę i zajął z powrotem miejsca. Sędzia prowadząca sprawę odczytała wyrok i jego uzasadnienie. Marcelina odetchnęła z ulgą. Została uniewinniona. Krótko i treściwie. Po uznaniu sprawy za zamkniętą antyterroryści rozkuli Marcelinie ręce z kajdanek, a jeden z nich przyznał się, że sam jest osobą wierzącą i przeprosił dziewczynę. Kilka chwil później, gdy Marcelina wyszła z sali rozpraw, wśród osób zgromadzonych na korytarzu zapanowała euforia. Policjanci musieli szybko się ewakuować z obawy przed potencjalnym odwetem.

Po otrzymaniu informacji o uniewinnieniu Marceliny Hugo, wiceszef komórki, który zwołał zgromadzenie, rozwiązał je. Manifestanci rozeszli się do domów. Hugo i Lucas ze swoją grupą oraz osobami towarzyszącymi dziewczynie na korytarzu sądowym wyruszył do katedry św. Jana Chrzciciela. Tam, dokładniej w kaplicy Burbonów, była już grupa dziewczyn z sekcji modlitewnej. Kilka minut później wysoko do Nieba popłynęła wspólna modlitwa dziękczynna za opiekę nad Marceliną.

Comite d’accueil

Nie minęło jednak dziesięć minut od zakończenia modlitwy, a w odległości niecałych dwóch kilometrów od kaplicy zebrała się dość liczna, bo 200-osobowa demonstracja skrajnej lewicy i szła w stronę miejsca modlitwy. W kolumnie demonstrantów było wielu czarnoskórych imigrantów. Idącą w stronę wyjścia Marię zaalarmował Hugo:

-Nie wychodźcie z kaplicy, antifa i kolorowi właśnie zaraz będą.

– Ilu ich może być i czego chcą? – z przerażeniem zapytała Maria.

-Koło dwustu. Natychmiast przekazałem chłopakom z Paryża, także zaraz będą ze sprzętem. Przekaż dziewczynom ze swojej sekcji, by nie wychodziły na razie. Nie wiem, może będą chcieli wtargnąć do świątyni.

– Dobrze.

Tymczasem na zewnątrz…

Demonstracja była już około kilometra od kaplicy. Czarno-czerwone flagi powiewały na bezchmurnym i słonecznym niebie. Większość uczestników była zamaskowana. Okrzyki skierowane przeciwko Kościołowi, LERP oraz nacjonalizmowi odbijały się donośnym echem od kamienic. Marsz był luźno zabezpieczony przez policję, więc ryzyko ataku na kaplicę było bardzo duże.

W samą porę przyjechało 50 lerpowców. Wszyscy ubrani w stylistyce rodem z GUD. Kaski motocyklowe, eleganckie brązowe lub czarne kurtki lotnicze, dżinsy i buty sportowe. Część miała skórzane rękawiczki wypełnione żwirem. Większość miała w rękach drzewce od flag lub batony. W grupie byli m.in. Louis, Xavier, Adrienne oraz Michał, którzy nigdy nie zmarnowali okazji do dyskusji z lewakami. Druga, 20-osobowa ekipa pod wodzą Stevena, ubezpieczała swój główny lokal w 10. dzielnicy.

– Uff, w samą porę. – odetchnęła z ulgą Maria spoglądając przez uchylone drzwi kaplicy.

Demonstranci, jak przybyli pod kaplicę przekonani, że będą mogli bezkarnie bluźnić przeciwko Wierze, zostali niemiło zaskoczeni. Kaplicę otaczał skierowany w ich stronę 50-osobowy komitet powitalny. W stronę nacjonalistów natychmiast poleciały petardy, butelki z odchodami i jajka. W odpowiedzi część bojowników odrzucała petardy, natomiast większość zachowała zimną krew i nie ulegała emocjom. Dopiero w momencie, gdy setka antyfaszystów wyłamała się z szeregu i postanowiła siłą wtargnąć do kaplicy, w ruch poszły pięści, batony i gaz po obu stronach. Nikt wzajemnie nie dawał sobie pardonu, po odwrocie lewaków w stronę swoich lerpowcy przypuścili kontratak. Kilkunastu kozaków w czarno-czerwonych chustach na twarzach zaliczyło solidny oklep. Po kontrataku natychmiast bojownicy wycofali się przed kaplicę i dalej jej bronili. Dali jasno do zrozumienia, że dzisiaj przeciwna strona przegrała i nigdy nie zniszczą Wiary, i Kościoła. Po pół godzinie wymiany wzajemnych uprzejmości lewicowa demonstracja opuściła okolice kaplicy i pomaszerowała dalej. Została pożegnana przez nacjonalistów prześmiewczymi okrzykami.

Po stronie LERP rannych zostało trzech bojowników, w tym Michał, i jedna dziewczyna – Elizabeth. Michał miał oczy czerwone od rozpylonego gazu. Eli bolał brzuch od uderzenia drzewcem. Natychmiast udzielono im pomocy. Po stronie lewaków i kolorowych – kilkunastu rannych. Kilka minut po akcji obrońcy kaplicy rozjechali się do swoich lokali. Dziewczyny z sekcji modlitewnej wróciły do domów dziesięć minut po swoich kolegach. Alarm w głównym lokalu został zakończony, wszystko wróciło do normy.

W odwecie za przegraną ustawkę późną nocą z niedzieli na poniedziałek kilku paryskich antyfaszystów podjechało samochodem pod kaplicę i na jej murach namazało czarnym sprejem hasła: „śmierć chrześcijanom” i „faszyści do Gułagu”.

Rozmowa z Bogiem

Michał wieczorową porą wrócił do domu. Miał za sobą świeże wspomnienia z ostatniej bitwy z imigrantami i lewackimi bojówkarzami pod kaplicą Notre-Dame-de-Consolation. Oczy przestały już piec od rozpylonego gazu łzawiącego. Na szczęście nie trzeba było leczenia szpitalnego. Tym bardziej, iż Michałowi mogłaby grozić dekonspiracja, a co za tym poszłoby dalej – zainteresowanie policji. Nie chciał zwracać na siebie aż takiej uwagi, gdyż groziłby mu przedwczesny powrót do Polski.

W mieszkaniu nie było Xaviera, który postanowił nocować w lokalu, więc mógł sobie skorzystać ze wszystkiego, czego dusza zapragnie. Postanowił jednak się pomodlić. Tym razem nie wziął brewiarza ani Pisma Świętego do ręki, zdecydował się na modlitwę własnymi słowami. Nad drzwiami jego pokoju wisiał krzyż, największy symbol Wiary. To na krzyżu zawisł Jezus Chrystus, by odkupić grzechy całej ludzkości, i zwyciężył śmierć. Michał ukląkł i kierując oczy w stronę krzyża rozpoczął modlitwę:

-W imię Ojca, i Syna i Ducha Świętego. To znowu ja, słaby grzesznik Michał. Proszę Ciebie, Panie Boże Wszechmogący, który posłałeś swojego Syna na świat, by przyniósł temu światu miecz, zgładził śmierć i zbawił ludzkość z niewoli grzechu pierworodnego, o pomoc w rozeznaniu swojego powołania. Żebym umiał rozeznać to, co dobre, a co złe. Żebym nie ulegał pokusom szatana i dzielnie znosił wszelkie trudy, i przeciwności. Żebym w chwili próby nie wyparł się naszej Wiary…

Podczas modlitwy do Michała zaczął zwracać się jakiś tajemniczy głos z wewnątrz, głos nie z tego świata:

– Po co klękasz? Po co się modlisz? Myślisz, że Bóg, w którego wierzysz, Cię wysłucha? Myślisz, że on Ciebie kocha? Lepiej pójdź za mną i oddaj mi pokłon, a obiecuję Ci, że dam wszystko, czego tylko sobie zażyczysz.

Jednak Michał nieustępliwie klęczał i się modlił. Wyczuł, że odzywa się do niego sam szatan. Też nie był on ustępliwy:

– Wstań.

Mimo powolnego przypływu sił Michał nie chciał wstać i klęczał dalej.

– Wstań! Wstań! Wstań! – po trzykroć zakrzyczał diabeł.

Z każdą minutą Michał zaczął coraz bardziej drżeć, kolana mocniej i mocniej dawały o sobie znać, głowa bolała, a oczy zachodziły półmrokiem.

– No wstawaj, bo inaczej umrzesz! Ja mogę wszystko wobec Ciebie, słaby człowieku!

Im bliżej zaczęło zdawać się Michałowi, że stanie się bolesna, fizyczna krzywda, sięgnął po najbardziej skuteczny egzorcyzm i modlił się nim na głos:

– Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce…

Głos Michała z każdym słowem stawał się coraz bardziej donośny.

– …a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną…

Diabeł nadal nie ustępował i próbował mącić w głowie Michała, by ten nie wymówił modlitwy do końca. Michał czując to zaczął krzyczeć:

– …Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu Niebieskich Zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą…

I w tym momencie diabelski głos krzyczał jak najgłośniej:

– Michał, nie! Nie! Nie! Nie!

– …mocą Bożą strąć do piekła! Amen!

Po tych słowach nieludzkie okrzyki wydawane przez ten sam głos, który chciał kusić modlącego się chłopaka, przez kilka minut odbijały się echem po całym pokoju i zamilkły. Michał po słowach modlitwy przeżegnał się znakiem krzyża i upadł na ziemię. Nogi odmówiły zupełnie posłuszeństwa, ręce jeszcze drżały, z oczu Michała leciały łzy, ale to Bóg zwyciężył dzisiejszego wieczoru. Widział przed sobą – jakby oczyma wyobraźni – Boski Majestat i mocno tym wzruszony zebrał ostatki sił, by wstać z kolan. I spojrzeć na drewniany krzyż, ten sam, do którego był zwrócony w czasie modlitwy.

Gdy skończyła się modlitwa i walka między Bogiem a szatanem o duszę Michała, było już po 21:00. O tej godzinie Michał zazwyczaj albo oglądał film przed snem, albo przeglądał swoje zdjęcia z Francji na laptopie i poddawał je starannej obróbce graficznej celem wsparcia propagandy LERP. To była spłata długu wdzięczności, zaciągniętego u francuskich kolegów za pomoc prawną i finansową w ostatniej sprawie, za którą Michał siedział w lyońskim areszcie. Tego dnia tym razem nie miał siły zająć się czymkolwiek, chciał spać.

Zanim Michał zasnął, minęła już 22:30. Za oknem noc była bardzo piękna, bezchmurna, na niebie niezliczona ilość gwiazd i pierwszy raz Księżyc, którego światło przebijało się przez ciemność mieszkania.

Karolina

Tak na imię miała przyjaciółka Michała, z tego samego miasta i tej samej parafii. Znała się z nim osobiście ponad 9 lat i tylko tyle ich obojga łączyło. Różnili się mocno od siebie, ale jak się mówi, przeciwieństwa się przyciągają. Karolina była piękną chrześcijanką z sąsiedztwa, studentką i blogerką, promowała bardziej ciepłe, otwarte i radosne spojrzenie na Wiarę, pełne szerokiej palety barw tęczy. Michał z kolei był tradycjonalistą, uznawał wieczność teologii i doktryny katolickiej oraz sprzeciwiał się liberalizacji pewnych trendów w Kościele, choć sam kiedyś był związany z subkulturami młodzieżowymi i – za palcem Bożym – wrócił poprzez muzykę do Boga i Kościoła. Był bojownikiem sprzysięgłym walczyć przeciw nowoczesnemu, modernistycznemu światu. Mimo wszystko zawsze mógł liczyć na ciepłe słowo, pocałunek czy modlitwę o Miłosierdzie ze strony ukochanej przyjaciółki.

Wczorajszego dnia przeżył bardzo mocno walkę między Bogiem a szatanem, uwierzył ponownie w moc Modlitwy. Tego dnia postanowił porozmawiać z Karoliną. Wieczorem, po powrocie z manifestacji na Polach Elizejskich, włączył laptopa z kamerą i nieustannie czekał na odpowiedź. Minuty się dłużyły. Jedna, dwie, potem pięć. Dziesięć. Piętnaście. Dwadzieścia. Z każdą upływającą minutą Michał zaczął się irytować, jednak w tej samej chwili przypomniał sobie o cierpliwości. Postanowił poczekać jeszcze dziesięć minut, a potem się rozłączy. Poszedł nalać sobie zimnej herbaty. Równie szybko… udało się połączenie. Godzina 18:00.

Jak tylko Michał ze szklanką herbaty położył się na swoim posłaniu, z laptopem przed sobą, zobaczył na ekranie Karolinę. Usta lekko pomalowane czerwoną szminką, narysowane rzęsy, skrócone długie włosy opadające na koniec szyi (o kolorze kasztanu), smukła twarz, niebieskie oczy. Kochał ją za to. Skromnie, ale przepięknie.

– Dobry wieczór, Karolina. – zaczął.

-No hej, Michał. Opowiadaj, co tam u Ciebie. Jak się żyje w Paryżu? Co tam robisz? Jest bezpiecznie? Jest co zwiedzać? – zaczęła pytać Karolina, jednak przerwała, gdy zobaczyła na szyi Michała świeżą bliznę. Tak, tę samą od uderzenia batonem podczas aresztowania. – O Boże, Michał, kto Cię tak urządził?!

-Jak to kto? Policja. – odparł Michał. – Brałem udział w manifestacji w Paryżu dwa tygodnie temu i żandarmi mnie pobili, aresztowali i chcieli skazać pod fałszywymi zarzutami, ale sąd mnie uniewinnił.

Karolina po tych słowach głośno westchnęła. Znała Michała i jego porywczy charakter, czego świadkiem była na szczęście co najmniej jeden raz. Ten jeden raz, który oboje chcieli jak najszybciej zapomnieć.

-Mogłam się domyślić. Słyszałam o protestach we Francji. Co o tym myślisz? – zapytała zaciekawiona.

-Bardzo dobrze. Francuzi w końcu walczą o swoje już od połowy listopada. Jestem tam między innymi po to, by wesprzeć ich w walce. – odpowiedział z przekonaniem Michał.

Po tej krótkiej pogawędce Michał i Karolina po obu stronach monitora kontynuowali. Rozmawiali, popijali herbatę, śmiali się, by przynajmniej ten raz się nacieszyć. Michał bardzo tęsknił do Karoliny, jej ciepła i miłości do drugiego człowieka (czego jej zazdrościł) oraz jej czułych objęć, z których nie chciałby za żadne skarby się wyrwać nawet na chwilkę. Mijała jedna godzina, druga. Ostatecznie Karolina musiała zakończyć po dwóch godzinach, ponieważ miała zaplanowany babski wieczór.

-Trzymaj się, Michałku, do zobaczenia niedługo. Oby już tym razem w Polsce. Będę się modliła za Ciebie i nas obojga. – zapewniła na pożegnanie Karolina.

– Dzięki, do zobaczenia, Karolcia. – odpowiedział Michał, już nie z radością, ale lekko pochmurną twarzą.

Po odpowiedzi rozłączyli się i, wzdychając z tęsknoty, Michał zamknął laptopa. Znalazł w domu magnetowid, po czym włączył go i wyciągnął z plecaka kasetę. Była to kaseta Intolleranzy „Tutti all’Inferno” z 1995 roku. Dostał ją od Maćka, związanego ze środowiskiem narodowym kolegi ze studiów, w ramach wymiany płyt i kaset z muzyką tożsamościową. Ich ulubionym utworem, jakiego słuchali przed każdą akcją, był kultowy „Come il vento”. Tym razem Michał postanowił posłuchać sobie w domowym zaciszu, póki jeszcze nie ma Xaviera, by powspominać stare czasy. Włączył i później sobie podśpiewywał:

Lata odrętwienia, lata apatii,

Pokolenie bez uczucia.

Nie ma zapału, nie ma już napięcia,

Do walki nie ma już powodu!

Na tym utworze wychowywały się pokolenia nacjonalistów, tożsamościowców oraz młodych aktywistów z całej Europy. Coś w tym utworze jest takiego, co przyciąga. – pomyślał Michał podśpiewując dalej. Po półtorej minuty zaczął głośno śpiewać przedostatnią zwrotkę:

Walki na ulicach z prętami w rękach,

Rewolucjoniści nie polegli na marne!

Ogień rewolucji płonie nadal,

Nadejdzie świt powstania!

I nie usłyszał wchodzącego do mieszkania Xaviera, jednak ten słysząc znajomy utwór, dołączył do polskiego kolegi. Po chwili dwukrotnie zaśpiewali, a właściwie razem wrzasnęli:

Tyrania burżuazji, jeszcze tylko trochę!

Rewolucja wybucha w jednym momencie!

Xavier tuż przed refrenem wyłączył szafę grającą i przekazał Michałowi informację o zbliżającym się Marszu dla Życia w Paryżu. Odbędzie się on za tydzień pod pomnikiem św. Joanny d’Arc i przejdzie ulicami francuskiej stolicy. Obaj zgodnie uznali, że trzeba wziąć w tym udział i Xavier przekazał od Michela informację o planowanym miejscu zbiórki na marsz, a także prośbę o pomoc w przygotowaniach graficznych. Michał natychmiast się zgodził i po dziesięciu minutach dostał mailem od zainteresowanego odpowiednie zdjęcia i szablony do przygotowania plakatu zapraszającego na marsz w kolumnie LERP. Xavier przyjął to za dobrą monetę i, żegnając się z Michałem, wyszedł z domu. Dochodziła 21:00.

Dwie godziny później, w lokalu LERP, Michel otrzymał mailem od Michała gotowy wzór plakatu. Zadowolony zapisał go na laptopie i jutro go wydrukuje wraz z przygotowanym własnym nakładem wzorem ulotek.

Noc pod złotą lilią

Dzisiejsza noc była bardzo ciężka i pracowita. 10. dzielnica Paryża, główny lokal LERP. Dochodziła 23:00, kiedy paryska załoga kończyła malowanie transparentów zapraszających na Marsz dla Życia. W sali „Je suis partout” na drugim piętrze leżały ułożone przez wolontariuszki stosy ulotek propagandowych i zwinięte w rulon, położone tuż obok szafy dwa banery z hasłami i barwami Organizacji, pod którymi francuscy radykałowie wezmą udział w Marszu. Nikt nie ustawał w pracy, bowiem każda ekipa chciała zaprezentować swoje poglądy jak najlepiej. Tym większą motywacją był fakt, iż na Marszu planowane jest zorganizowanie kolumny, w której przejdą delegacje LERP z całej Francji. Dlatego na miejscu organizacją zajmuje się komórka paryska. To nie pierwsza zarwana noc dla Sprawy. Stąd większość aktywistów pracuje o tej porze, a na sen będzie czas za godzinę, może dwie?

Michel, Xavier i Adrienne wraz z dziesięcioma ochotnikami wyszli z lokalu rozwieszać transparenty po różnych częściach Paryża. Ekipa namalowała ich aż trzydzieści, by po jednym czy dwa powiesić we wszystkich dwudziestu dzielnicach metropolii. Nie zwlekając rozdzielili się pod lokalem w kilka samochodów i ruszyli w drogę. Powieszenie transparentów, zrobienie zdjęć, zatarcie śladów rąk i skokiem do samochodu – na każdy transparent mieli pięć minut. Musieli działać szybko, ponieważ w razie wpadki mogła im grozić policja, albo – nie daj Boże – gdyby trafili na imigrantów czy lewaków. Dlatego zawsze na wszelki wypadek brali batony, gaz oraz wypchane żwirem skórzane rękawiczki. W odwodzie zawsze stał Steven z częścią sekcji sportowej w głównym lokalu, gotowy wysłać swoją grupę w razie problemów.

Na szczęście noc sprzyjała francuskim aktywistom. Po niecałej godzinie we wszystkich dzielnicach Paryża widoczne były transparenty zapraszające na Marsz dla Życia. Na białych płótnach widniały podobizny Dziewicy Orleańskiej i Charlesa Maurrasa, oczywiście widoczne na tle granatowym ze złotymi liliami oraz informacją o godzinie i miejscu zbiórki na Marsz (godzina 11:30, pod pomnikiem Joanny d’Arc). Nie było praktycznie śladu żywej duszy o tej porze, co było tylko na korzyść. W związku z czym po godzinnej akcji ekipa wieszająca wróciła do głównego lokalu. Steven odwołał pogotowie swojej ekipy. Michel z Adrienne uruchomili laptopy i opublikowali w Internecie relację z nocnej akcji propagandowej. Xavier odprawił pozostałych ludzi do domów. Michel wysłał mailem opublikowane na Facebooku, Twitterze i stronie LERP relacje z nocnej akcji polskiemu rówieśnikowi, Michałowi, z podziękowaniami za pomoc w graficznym przygotowaniu plakatów i transparentów. Jutro plakatowanie, a potem ulotki. – tak postanowiła Adrienne przed rozejściem się aktywistów.

-Jutro w nocy plakatowanie, a w dzień rozdajemy ulotki na uniwersytetach, w szkołach, jak ktoś idzie na mecz, to też, jak ktoś do pracy, to też weźmie parę ulotek. Jutro możecie się zgłaszać do mnie, to rozdysponuję zależnie od potrzebnej liczby ulotki. A tymczasem życzę Wam dobrej nocy. – powiedziała Adrienne.

-Wzajemnie. Dobranoc. Dobrej nocy. – w różnym odstępie odpowiedzieli zebrani na odprawę przed powrotem do domów, snem i dalszą propagandą następnego dnia.

Upadamy coraz mocniej…

Notre Dame. Któż nie zna tej perły architektury gotyckiej Paryża? Kto nie czytał słynnej powieści Wiktora Hugo „Dzwonnik z Notre Dame”, ten nie będzie wiedział ani czuł piękna tej katedry. Jednak tego dnia nie można było zwiedzić swobodnie paryskiej świątyni, co chcieli uczynić Michel z Marią. Postanowili więc zatrzymać się na krótką modlitwę.

Kiedy tylko weszli do kościoła, przeszli pod organami i spacerowali jedną z pięciu naw chcąc znaleźć wolne miejsca w ławce, ich oczy zabolał przykry widok. Sprawowana była Msza święta. I może wzięli by w niej udział, gdyby nie to, że była sprawowana z okazji Dni Judaizmu i Islamu. Przy Ołtarzu Pańskim modlili się katolicki ksiądz, żydowski rabin i muzułmański mułła. Przed prezbiterium wraz z nimi modliły się setki osób, wyznawców Chrystusa, Allaha i żydowskiego Jahwe. Nie zwlekając natychmiast para opuściła katedrę.

– Upadek. – krótko powiedziała Maria, idąc przed siebie i trzymając Michela za rękę.

– Zgadzam się. – odpowiedział Michel.

– Nie mam na to więcej słów. Oto, do czego doprowadził dialog z naszymi wrogami. Islamiści mordują chrześcijan, żydzi w Izraelu przejmują im własności i szykanują na swoje sposoby. A Kościół chce z nimi dialogować. Nie wierzę…

– Nie zapominaj, Mario, że to nie pierwszy raz.

– Wiem, nie musisz mi stale o tym mówić! – krzyknęła.

Michel miał manierę, że często mówił rzeczy, które są dla innych osób oczywiste, a nawet je powtarzał.

– Przepraszam, nie chciałem. – odfuknął.

– Dobrze. – równie mocno odfuknęła Maria.

To nie był jej dobry dzień. Niezbadana jest kobieca natura, z której rozpoznaniem cały czas Michel miał problemy. Maria była dziewczyną nieprzewidywalną, raz czuła się dobrze i gotowa była żyć pełnią życia, a następnego dnia miała doła z powodu jakiejś błahostki.

– Chodźmy do naszej kaplicy. – zaproponowała po chwili Maria.

Naszej kaplicy, czyli rzecz jasna, Notre-Dame-de-Consolation.

– Dobry pomysł. – odpowiedział Michel, po czym ponownie złapał się z Marią za ręce i poszli zamówić taksówkę.

Zatrzymali pierwszą lepszą taksówkę, złożyli zamówienie, wsiedli i odjechali. I po paru minutach w okolicach Notre Dame nie było po nich śladu…

***

Módlmy się za żydów wiarołomnych,

aby Bóg i Pan nasz zdarł zasłonę z ich serc,

iżby i oni poznali Jezusa Chrystusa, Pana naszego.

Módlmy się:

Wszechmocny, wiekuisty Boże,

który od miłosierdzia Twego nawet żydów wiarołomnych nie odrzucisz:

wysłuchaj modły nasze za ten lud zaślepiony,

aby wreszcie, poznawszy światło prawdy, którym jest Chrystus,

z ciemności swoich został wybawiony.

Przez Tegoż Chrystusa, Pana naszego. Amen!

Akcja

– Wstawaj, Michał! – złapał za ramię i trząsnął nim Xavier.

– Xavier? Daj jeszcze pospać. – sennym głosem odpowiedział Michał.

-Nie ma mowy, musimy zaraz wychodzić. Już dochodzi 11:00. – odpowiedział Francuz patrząc na zegarek.

– Już? Kurwa!

Po tych słowach Michał zerwał się z łóżka. Był w samej białej koszulce i kalesonach. Natychmiast zaczął się ubierać. W międzyczasie Xavier zrobił herbatę na zimno. Po pięciu minutach byli gotowi do wyjścia.

– Co dzisiaj robimy? – zapytał Michał.

-Idziemy do lokalu po ulotki i rozdajemy. Mamy dużo roboty przed Marszem dla Życia, ulotki, klejenie plakatów i… dzisiaj do naszego lokalu przyjeżdża delegacja naszej Organizacji z Marsylii. Trzeba ich ugościć po wszystkim. No, bierz kurtkę i wychodzimy.

Michał złapał za swoją brązową kurtkę lotniczą z charakterystyczną naszywką w stylu casual na lewym rękawie, po czym Xavier oczekujący już w klatce schodowej zamknął drzwi mieszkania. W kieszeniach kurtek dyskretnie schowali sprzęt na wypadek niespodziewanego spotkania się z miłą, postępową młodzieżą czy kolorowymi. Wsiedli w autobus i przejechali trzy przystanki. Wysiadka i do lokalu. Xavier podał obstawie hasło. Odpowiedź. Przywitanie. I do środka. Weszli po schodach na pierwsze piętro i z „Je suis partout” pobrali ulotki.

-No, Michał, nie wiedziałam, że jesteś aż tak uzdolniony graficznie. – z uśmiechem rzekła Adrienne przekazując chłopakom czterysta ulotek. – Dziękujemy od razu za pomoc.

– Nie ma za co. – odpowiedział Xavier w imieniu Michała. Michał był tak wzruszony głosem szefowej sekcji literackiej LERP, że nie był w stanie wydobyć ani słowa pomimo, że znał dobrze francuski.

I tak szybko, jak przyszli po ulotki, tak wyszli. Do Michała i Xaviera dołączyła Anna, Francuzka i działaczka Action Francaise z Marsylii. Tajemnicą nie były wzajemne kontakty między LERP a Action Francaise, jednak były to relacje wyłącznie towarzyskie. Czas pokaże, co z tego wyjdzie. Na razie jest o jedną osobę więcej na spacer, a jak to jeszcze dziewczyna, to czas upłynie tym milej.

– No, i takie towarzystwo na akcję to ja rozumiem. – rzekł Xavier witając się z Anną.

– Tak jak zawsze. – dziewczyna odwzajemniła się gorącym pocałunkiem, po czym z zainteresowaniem spojrzała na już rozdającego ulotki paryżanom Michała. – To ktoś nowy od Was?

– Nie, to mój wieloletni przyjaciel z Polski. Również nacjonalista, katolik, przyjechał tu na dwa tygodnie odpocząć, ale nie widzi problemu, by nam pomagać. Bardzo dobrze się zna na grafice, co nasza koleżanka parę chwil temu doceniła, gdy odbieraliśmy ulotki w lokalu. Zamurowało go dosłownie, wzruszył się mocno i pewnie boi się teraz odezwać. – odrzekł, po czym się głośno zaśmiał.

W międzyczasie Michał rozdawał ulotki zapraszające na Marsz. Brali wszyscy, i starsi ludzie, i młodzi idący do szkoły, i turyści. Uprzejmie dziękującym za ulotkę odwzajemniał się szczerym uśmiechem. Jednak w tym samym momencie Michałowi zgasł uśmiech, gdy zobaczył idących w jego stronę kilku młodych ludzi w czarnych kurtkach lotniczych, ale z… czerwonymi bandanami. Kątem oka dostrzegł u jednego z nich anarchistyczną naszywkę. Natychmiast dał znać gestem Xavierowi i Ani, co się gotuje.

-Dobra. Anna niech chowa ulotki do torebki i udaje, że idzie na spacer, a ty, Michał, ze mną wchodzimy tu, w ślepą uliczkę i tuż u jej wyjścia się chowamy. Ja idę za kontener, a ty przyczaj się jak najbliżej rogu i obserwuj. Może nas miną i dadzą spokój, a jak nie, to gwiżdż do mnie i wybiegamy ich lać.

– Jak wejdą w ślepą? – spytał Michał.

– To tym lepiej będzie dla nas. Wtedy kroimy ich z bandan, parę ciosów i do widzenia.

Ustawili się. Michał obserwował zgodnie z planem, umilając czas drwinami z Xaviera schowanego za kontenerem.

– Żabojad. – pomyślał sobie Michał – Szkoda, że tacy odważni nie byliście w 1939 roku.

Po chwili jednak przerwał myśli, gdy zobaczył, że paryscy antyfaszyści otoczyli Annę i zerwali jej torebkę. Widząc ulotki rzucili się na nią.

– Xavier, biją Annę. Wyskakujemy!

– Tak jest! – z radością odpowiedział Xavier i w ułamku sekundy wybiegli sprintem z ślepego zaułka. Po dziesięciu sekundach biegu przewrócili lewaków kopami na asfalt, zerwali bandany i sprzedali po kilka ciosów pięściami. Anna natychmiast dołączyła do kolegów, kopiąc swoimi pantofelkami jednego z napastników tak długo, aż oddał jej torbę. Po kilku minutach solidnej bijatyki z damskimi bokserami spod znaku postępu i tolerancji Michał, Xavier i Anna szybko zebrali rozrzucone ulotki i ewakuowali się pierwszym autobusem. Lewacy pozbierali się chwilę później i uciekli swoim samochodem do domów. Draka miała miejsce przy Rue du Faubourg Saint Denis, około dwustu metrów przed rogiem tej ulicy i Rue des Petites Ecuries, gdzie znajduje się knajpa nosząca imię Napoleona.

– I się zaczęło. – powiedział po dłuższej chwili Xavier.

– Czy lewacy planują jakąś kontrę w dzień Marszu? – zapytał Michał.

– Nie wiem, prawdopodobnie będą chcieli w jakiś sposób przeszkadzać. Trzeba będzie dać znać Stevenowi, by zebrał jak najwięcej ludzi z ekipy sportowej dla bezpieczeństwa. Jak będzie trzeba, to będziemy walczyć. – odpowiedział, po czym się zamyślił na parę minut, ale chwilę zamyślenia przerwała Anna.

– Ile rozdaliśmy ulotek? Z tego, co pamiętam, to wzięliście 400.

– Na pewno o 150 mniej, bo tyle miałem i rozdałem. – powiedział Michał i słodko puścił oczko do Anny.

– Ja z kolei dałam radę niecałą setkę rozdać, zanim lewacy mnie nie zaczepili.

– No, to rozdaliśmy na pewno ponad połowę. – z nutką zadowolenia rzekł Xavier.

– A ile Ty rozdałeś? – zapytała Anna.

– Około setki, ale niechętnie ode mnie brali. – odrzekł wskazując na swój niedogolony zarost i lekko zamykające się lewe oko.

– Nie dziwię się. – wtrącił się Michał. – z takim zarostem, zamykającym się co chwila okiem i głosem to wyglądasz jak clochard.

Xavier słysząc to słowo stracił humor na resztę dnia. Clochard nie znaczyło nic innego, jak menel.

Zanim się ogarnęli, przejechali pięć przystanków zamiast trzech i musieli wysiąść na następnym. Po czym szybko przejść na Rue la Fayette i szybkim spacerem do rozwidlenia z Rue de l’Aqueduc, gdzie mieścił się lokal. Po dwudziestu minutach byli już na miejscu, a po drodze zdążyli rozdać pozostałą im partię ulotek. Udało się, choć na ten dzień wystarczy już mocnych wrażeń.

Xavier wszedł pierwszy do lokalu nie podając hasła i zamknął drzwi. Obstawa wpuściła Michała i Annę do środka, a po ich wejściu przez chwilę robiła wielkie oczy, po czym wróciła do patrolowania okolicy. Tego dnia Xavierowi nie było do wiwatu, bowiem stał się natychmiast obiektem drwin ze strony swoich kolegów. Od dzisiaj zyskał ksywkę „Clochard”. Tym samym spadło na Michała oprowadzenie nowo poznanej koleżanki z Marsylii po lokalu. Wcześniej zrobili wspólne zdjęcie swoich butów, którymi wycierali skrojone fanty. Doprawdy pięknie to wyglądało, sportowe męskie buty i kobiece pantofelki wycierały bez pardonu bandany. Później doszły jeszcze dwie pary od kolegów z lokalu, i zdjęcia gotowe.

Po zwiedzeniu lokalu Anna oniemiała z zachwytu. Natychmiast to dostrzegli Hugo, Steven, Lucas i przybyli na wizytę Dominique, Pierre i Robert, aktywiści LERP z Marsylii. Próbowali oni adorować młodą rojalistkę, ale ona z szacunkiem odrzucała ich zaloty, znajdując dzisiaj swoje ukojenie w objęciach Michała. Rozumiejąc powagę sytuacji, zrezygnowali z amorów, po czym zaprosili do baru na integrację. Przyjęli Michała, polskiego nacjonalistę, jak swojego brata z Organizacji. Litrom pitego piwa przez jednych, a filiżankom kawy przez innych, wzajemnym śpiewom, śmiechom, opowieściom Michała i amorom do Anny nie było końca…

Idea ideą. Walka walką.

Ale na piwo, amory oraz zabawę też musi być czas. Bo buduje przyjaźń, która da siłę w chwilach zwątpienia.

Miłość

Tuż przed wyjściem z lokalu w 10. dzielnicy Anna dała Michałowi złożoną na cztery kartkę, ozdobioną odciskiem czerwonej szminki ze swoich ust. Michał wziął, podziękował oraz czule się przytulił na pożegnanie. Było tuż przed północą, kiedy opuścił lokal. Tej nocy niebo było bezchmurne, Księżyc świecił jasnym światłem na Rue la Fayette, gdzie kierował się do domu. Jak tylko wszedł do mieszkania, od razu poczuł się lepiej. Nie wypił dużo, trzy piwa mu wystarczyły. Zrobił sobie herbatę. Ulżyło mu, że jest sam, i że Xavier będzie nocował w lokalu, oszczędzi sobie awantury za tego kloszarda.

Po herbacie położył się na łóżku i rozłożył kartkę. Na niej były świeżo pisane piórem słowa Anny, które zaczął czytać z zapartym tchem:

Wiara. Nadzieja. Miłość,

Piękno. Dobro. Prawda.

One nigdy nie dadzą Tobie w kość,

Każda z nich w życiu się nada.

Pierwsze słowa wiersza miłosnego już ujęły Michała i ten liczył na więcej, ale pod tymi słowami nie było już niczego. Krótki wierszyk dla niego. Taka forma wdzięczności za pomoc, wtedy na akcji.

Michał wstał z łóżka i schował do kurtki tą kartkę, po czym rozebrał się do t-shirtu i gaci, i położył się. I tak zasnął…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.