Trzecia Droga

Portal Nacjonalistyczny

Dawid Kaczmarek: Opór (opowiadanie- Orle Pióro #5)

-Uwaga, uwaga! Tu Policja. Ta manifestacja jest nielegalna. Wzywamy do rozejścia się. Wzywamy do rozejścia się- inaczej użyjemy środków przymusu bezpośredniego- zabrzmiał komunikat z megafonów

Dobrze, że chociaż ostrzegają. Pełna kulturka. Tyle zdążyłem powiedzieć sobie w myślach, zanim strumień lodowatej wody z policyjnej armatki przemknął tuż nad moją głową. Kurde, ale jazda! To już wymknęło mi się zupełnie mimochodem. Głupota wiem- boleśnie uświadomił mi to gumowy nabój, który zrobił mi dziurę w nowiutkiej kurtce Lonsdale’a. „Kupiona” na okazyjnej „promocji”. Wielka strata. Ktoś szarpnął mnie od tyłu za rękaw:

Pilnuj się Młody! Zawijka, bo robi się za gorąco!

Mój brat. Był ode mnie starszy. Nieznacznie bo nieznacznie ale cóż- musiałem się posłuchać. Zawsze wkurzało mnie to, że muszę się kogokolwiek słuchać. Nie wiem- może nie tylko mnie. Jak to się mówi? Była to cecha całego naszego pokolenia. Bez wzorów, bez bata, bez żadnej pieczy- dżungla może wychować tylko dzikich. Byliśmy więc dzicy- i ja taki byłem. Nie miałem z tym żadnego problemu. Przynajmniej wtedy.

Brzmi fajnie? Co to za miejsce? To trochę bez znaczenia. Żyliśmy w kraju, którym równie dobrze za parę lat może stać się Twój własny. Władza miała nas gdzieś. Telewizja miała nas gdzieś. Autorytety, które kazano nam czcić- taktowały nas jak robaki. Podrzędne- niegodne uwagi stworzenia niższego rzędu. Co z tym robiliśmy? Czy się buntowaliśmy? Taaa- jasne i to jak! Co tydzień; przeważnie w czwartek lub w piątek. Oczywiście po szkole. Manifestacja, blokada czy małe zamieszki- prawdziwe igrzyska dla ludu. Bunt był za darmo. Bunt był dostępny dla wszystkich. Zalegał nawet na sklepowych witrynach i przywożono go do miasta codziennie z poranną prasą. Bunt był tak cholernie łatwy- dla każdego- tylko nie dla mnie. Czy lubiłem wszystko tak bardzo komplikować?

Teraz patrzę już na to trochę inaczej. Wtedy też? Nie wiem- pamięć trochę mnie teraz zawodzi. Nie zamierzam się przed Tobą usprawiedliwiać. W żadnym wypadku.

Pytasz kim jestem? Daj spokój- nie rozczarowuj mnie tak szybko. To nie ma sensu. Jak chcesz to mogę być nawet Tobą albo Twoją dziewczyna. Kolesiem, którego spotykasz na nudnym wykładzie na do niczego niepotrzebnych Ci studiach. Kobietą, którą ze społecznej powinności przepuszczasz w autobusie. Małym dzieckiem, któremu posłałeś rano uśmiech, bo wtedy nie musiałeś jeszcze udawać. Jeśli tylko za mną w tej opowieści nadążysz- mogę być kim tylko zechcesz. Dlaczego? Bo liczę na to, że łączy nas więcej niż sobie teraz wyobrażasz.

********

Wpadliśmy zziajani do domu. Uff- po raz kolejny się udało. Farcik jak to mówiliśmy w szkole. Teraz szybko i po cichu- pod prysznic i do pokoju zmienić i schować ciuchy zanim skapnie się ojciec. To znaczy- wiecie może i by się skapnął, gdyby tylko czasem tutaj w ogóle wpadał. Ale nie wpadał- wychodził z pracy tylko na obiady- więc nie było się za bardzo czym przejmować.

Czy mam mu to za złe? Nieszczególnie. My w sumie też tego miejsca zbytnio nie traktowaliśmy jak domu. Bardziej jak noclegownie czy darmową kuchnie. Przebywaliśmy tam rzadko i wtedy kiedy tylko było trzeba- tacy byliśmy. To nasza wina? Może- niczego nigdy nie chcieliśmy żałować, ale też nie za bardzo mieliśmy jak to zmienić- bo czy ktokolwiek miał w ogóle wobec nas jakieś oczekiwania? Wątpię. O nas nie dbano to i my obiecaliśmy sobie nie dbać o nic. Kompletnie o nic.

Na obiad zawołała nas mama- aż parsknąłem śmiechem, bo była to scena jak z jakiegoś kiepskiego filmu obyczajowego. Wiecie- chodzi mi o ten rodzaj zacnej kinematografii- gdzie kobieta przez połowę sceny nie wychodzi z kuchni, a jej znaczenie programowe zawęża się jedynie do podania pierwszego i drugiego dania (czasem także deseru- lecz u nas był on tylko w sobotę bo wtedy nie było zamieszek). Był też kochany tata, który nie podnosząc nawet głowy zza gazety powiedział krztusząc się zapalonym od rana papierosem:

Co? Znowu się biliście tak?

Oskarżenie choć trafne- zostało wtedy wypowiedziane w sposób całkowicie retoryczny- głosem osoby, która w sumie nie dbała o to co pyta, robiąc to w taki sposób jakby jedynie wypełniała jakiś pradawny i nikomu niepotrzebny rytuał. On też miał to gdzieś. To było widać:

Ale tato! To była prawdziwa manifestacja! Bunt! Sprzeciw obywateli!– wziął nas w obronę brat. To on zawsze mówił- ja w takich sytuacjach byłem zbyt… nerwowy? Mówiłem wprost to co zazwyczaj piętrami ciążyło mi nie tylko na sercu lecz także na popularnej „wątrobie”. Tworząc w ten sposób nikomu niepotrzebne wojny i rodzinne bitwy- po co one komu?

Dlaczego nic o tym nie wiem?! Mieliście o tym mówić!– przesadzonym do granic tonem ostrego służbisty powiedział ojciec. Nadal nie odkładał gazety.

Cała ta sytuacja- choć nie miała miejsca pierwszy raz w życiu- przypominała mi wtedy jakiś kiepski kabaret. Czy mi się to wydaje? A może to sen? Zacząłem szybko mrugać oczami chcąc przegonić napływające do mnie falami wątpliwości. Kurde- to chyba dzieję się na serio!

Przyjrzałem się dokładnie mojemu ojcu, a raczej gazecie za którą cały czas był ukryty. Mam jakieś 17 lat- ile razy w przeciągu tego czasu w ogóle udało mi się zobaczyć twarz mojego ojca? Zero. Ile razy zwrócił się do mnie bezpośrednio? Chyba tyle samo. Świadczy to źle o mnie czy o nim?

Brat obserwując moje zmagania z trudną i bolesną rzeczywistością wybuchł niekontrolowanym śmiechem.

Co się szczerzysz gówniarzu? Dla mnie możecie chodzić na wszystkie rozróby i protesty w tym mieście! Masz mi tylko o tym mów

W tym samym momencie w kuchni rozległ się dźwięk umyślnie zrzuconej na podłogę patelni, który zagłuszył ten jakże mądry i ciekawie zapowiadający się monolog. Pałeczkę przejęła mama:

Słuchajcie ojca! Jak mówi, że żadnych rozrób to nie i już!

Nie posłuchaliśmy.

********

Bar, w którym przebywaliśmy był miejscem z rodzaju tych klimatycznych miejscówek, które same w sobie, już nawet bez serwowanego masowo taniego alkoholu, stanowiły niezwykle kuszącą alternatywę dla domów takich jak ten, który opisałem powyżej.

Mieścił się w piwnicy. Schodziło się do niego jakiś kawałek po stromych schodach z bardzo nisko zawieszonym sufitem. Ile zaliczyłem tam guzów. Na samo wspomnienie wciąż boli mnie czoło. Był prawie w samym centrum naszego miasta- a jego nazwa zupełnie nie licowała z charakterem tego miejsca- i tyle by wystarczyło za opis- bo możecie mi wierzyć, że klientela nie należała do tej, która miałaby z przesadną dbałością odnosić się do zachowywania pozorów. Czemu ja miałbym być inny?

Przy jednym z bardziej honorowych miejsc siedział mój brat. Przechwalał się z kolegami na temat ostatniej manifestacji ubarwiając opowieści o swojej odwadze jednym, dwoma, trzema – czy kto by to liczył- piwami. Puste butelki- opróżniane w ponad regulaminowej szybkości, układały się przed nimi w pokaźny stos- stanowczo wzmacniający ich własne poczucie męskości i zasłaniający na szczęście ich zapijaczone twarze:

I wtedy, gdy chcieli mnie dorwać. To wiecie no, wiecie zrobiłem zwód i…! Poślizgnęli się na chodniku! Tak ich zrobiłem! Bo mokro było, deszcz padał- łapiecie nie?

Wooooooooow– nad wyraz przesadnie zawyła z podziwu zgromadzona przed nim widownia. Komu to mówił? Kim byli? Czy ich w ogóle znał? Nieważne- ważne, że brawo było bite. Tylko to się dla niego liczyło. Zawsze.

Jak za uderzeniem czarodziejskie różdżki: rozległy się gromkie brawa. Znowu odwróciłem się w ich stronę: siedzieli przed nim jak stado małp- nawet tak wyglądali. Pokręciłem mocno głową, żeby to od siebie odgonić. Przed oczami wciąż przelatywały mi małpy. Czy to mój brat? Cóż- podobieństwo zdaje się nie kłamać. Genów się nie wybiera. Trzeba to przerwać:

Te chłopaki. A może na następnej rozróbie przygotujemy jakieś transparenty? Fajnie byłoby mieć jakiś pomysł. Jak się już bić- to tylko o coś nie?

Transpa… co? A po cholerę Ci to? Daj spokój przecież już jest fajnie nie? To po co to psuć?– odpowiedział brat wydając z siebie przeciągłe beknięcie

Tak! Masz racje! Tak, dobrze gada! Zamówcie mu jeszcze jedno piwo!– zagłuszyli mnie jego koledzy. Jeden mózg na czworo- nic w sumie dziwnego. Świnia. Zawsze tak robił i zawsze miał to gdzieś.

Machnąłem na to ręką, bo nigdy za bardzo nie lubiłem gadać po próżnicy. Jedyne co to coraz bardziej czułem, że bicie dla bicia się z policją czy z kimkolwiek innym nic nie daje. W ogóle. Taki bunt to nie bunt- to jedynie rodzaj wentylu… Takie igrzyska dla biednego ludu! Zdusiłem w sobie tą myśl- uderzając pięścią w ścianę. Nie lubiliśmy za dużo myśleć. Mam to gdzieś- muszę wyjść na zewnątrz zapalić papierosa. Jeśli chcesz wiedzieć- to w tym całym rynsztoku w jakim żyłem- palenie było jedyną rzeczą, której w ogóle się wstydziłem.

Wyszło na to, że słusznie.

********

Wyszedłem powoli na zewnątrz. Nigdzie się nie spieszyłem. Nigdy się nie spieszyliśmy. Oparłem się nogą o ścianę- powoli popalając skręconego wcześniej papierosa z nielegalnej plantacji tytoniu. Mój kolega miał taką w ogródku. Lubiłem to uczucie- kiedy nikotyna docierając do płuc tak jakby ścinała mnie z nóg. Aaaaaach- jak fajnie. Cudowne uczucie- wraz z siłą, dym kompletnie leczniczo pozbawiał mnie myśli, których nie chciałem myśleć. Nic lepszego nie mogło mnie spotkać; dziś jednak było inaczej. Wyszło na to, że papieros ściął mnie ciut za mocno.

Upadłem na chodnik boleśnie waląc głową o beton. No dobra nie przez papierosa- przynajmniej nie do końca. Znienacka dostałem w głowę jakimś tępym narzędziem. Potem jedno kopnięcie w bok i jeszcze jedno. Ciut więcej. Ktoś w sumie kopał mnie tak zajadle jakby brał rozruch przed meczem piłki nożnej.

Człowieku. Ale zbastuj, o co ci chodzi?- wydarłem się w niebyt nie będąc zbyt pewnym co tak naprawdę się dzieje.

Stul pysk! Złapaliśmy dywersanta! Ja go będę kopał, a ty mu załóż kajdanki– super zabawa co nie? Co za różnica co kopiesz. Czy piłkę czy jakieś dziecko. W obu przypadkach wartość i ryzyko było dość zbliżone. Rzeczywistość. Wszystko fajnie tylko jaki dywersant? Na Boga my się tylko bawiliśmy. Nie było w tym ani grama powagi.

Chłopie. Jaki dywersant? Jestem tylko zwykłym dzieciakiem!– próbowałem się obronić. Niby logiczne. Każdy zrobiłby tak samo. Ale wraz z pierwszym uderzeniem zostałem już skazany. W tego typu sprawach- nikogo nie obchodziła prawda.

Ale policjant słysząc to co powiedziałem, na chwilę się zatrzymał i stanął nogą na moim brzuchu skutecznie przytrzymując mnie w miejscu. Zwrócił się do swojego kolegi:

Ty. On faktycznie nie wygląda jak jeden z tych, których mieliśmy rozkaz łapać i doprowadzać do aresztutrzeźwo lecz znacznie za późno zauważył jeden z funkcjonariuszy, z mądrym inaczej spojrzeniem gładząc się po brodzie.

Niby tak. Ale kogo to w sumie obchodzi. To tylko cyfra, która podbije nam statystyki. Dzięki niemu zaniesiesz żonie trochę więcej pieniędzy. Nie chcesz? Bo ja bardzo chętnie.

-W sumie… Masz rację. Jakie to ma znaczenie kim on jest?- mówiąc to uśmiechnął się szeroko- jak hiena, która wyczuła zapach padliny. Zrobił ku mnie krok i perfidnie stanął mi butem na twarz- odbijając na policzku ślad ciężkiego wojskowego obuwia- Patrz. Teraz ciut bardziej ich przypomina, co nie?

Spojrzeli się na siebie i jednoznacznie zgodzili się ze sobą. Jak dobrzy przyjaciele. Robota wykonana, papier podbity, życie złamane. Oni zadowoleni- tylko ja nie byłem już taki sam. Ślad z jego buta wżerał mi się w twarz- tworząc przedziwną ropiejącą ranę, po której do dziś- nie wiem jakim cudem- wciąż mam blizny. Było to piętno, które jak się okazało, miałem mieć już na sobie do końca życia.

********

Głuchy dźwięk zamykających się za mną drzwi policyjnej furgonetki wprawił mnie w istny szał. Powiesiłem się na nich- próbując jakby wyrwać je z zawiasów i zrobić wszystko co tylko możliwe, żeby wyjść na wolność!

Kuuurwa! Wypuśćcie mnie do cholery! Nie mam z tym nic wspólnego!– darłem się jak oszalały

Ale krzyk nie mógł tutaj nic zdziałać. Nikogo nie obchodziło kim jestem i na ile faktycznie mam coś wspólnego z tym, co urzędnicza rubryka kwalifikowała jako: „elementy wywrotowe”. Byłem jedynie i aż dzieckiem. Dzieckiem, które znalazło się w złym miejscu o złym czasie- tylko tyle i aż tyle. Wystarczająco.

Spokojnie młody- położył mi na ramieniu rękę jakiś starszy koleś, którego złapano razem ze mną. Miał w oczach coś takiego dziwnego. Nie strach, nie rezygnacje- lecz… siłę? Spojrzałem na jego czarną bluzę. Na piersi widniał mały wyhaftowany krzyżyk. Nie taki zwykły lecz z okręgiem po środku.

Podążył z uśmiechem za moim zaciekawionym wzrokiem i powiedział:

To nasz znak. Krzyż Celtycki- znak Oporu

Krzyż Celtycki? Opór? W tym momencie otworzyła mi się w głowie jakaś klapka i przypomniałem sobie skąd znam ten symbol. Widywałem już wcześniej wielokrotnie ludzi, którzy pod nim maszerowali. Byli inni niż my. Nie było w nich szczeniackiego buntu i pozerki, była siła i jakaś pewność, która biła z ich oczu. Szli często w pierwszym szeregu i często odbijali nas z rąk policjantów. Byli prawdziwą awangardą.

Co się z nami stanie?- tak przyznaję się bez bicia. Moja odwaga i bunt zniknął bez śladu. Wraz z przekroczeniem granicy furgonetki- chciałem już tylko wrócić na wolność. Nawet do tego przeklętego domu, którego nigdy tak do końca nie mogłem nazwać własnym –Pewnie nic dobrego– zaśmiałem się nerwowo próbując robić dobrą minę do złej gry.

Niestety. Nie można tego do końca wykluczyć… Ale tymczasem; nie ma też co się bez sensu martwić. Jestem Szary– powiedział wyciągając do mnie rękę.

Szary? zapytałem zaciekawiony

Tak. To po to żebym zawsze miał przed oczami to jaki kolor miało moje życie zanim znalazłem w nim właściwą drogę

Niech będzie- podałem mu rękę.

Uśmiechnął się serdecznie-Zachowaj godność, nic ich bardziej nie złości- powiedział, po czym odwrócił się do swoich towarzyszy i zaintonował pieśń, którą od razu podchwyciła też reszta:

Walki na ulicach, z prętami w rękach
rewolucjoniści nie polegli na marne:
ogień rewolucji płonie nadal,
nadejdzie świt powstania!”

I ja wtedy też śpiewałem razem z nimi- czując na serio jak do mojego serca wraca ciepło, a wraz z nim jakaś zbawcza i bliżej niezbadana siła, która niosła za sobą wtedy jeszcze niewypowiedzianą wprost obietnicę zwycięstwa.

********

Więzienie było zimne. Po prostu zimne. Co? Że opis za słaby? Że za mało barwny? Trudno- więzienie nie ma barw- nie ma kolorów. W więzieniu jest tylko smutek. Unosi się w powietrzu, gdzie miesza się ze smrodem i brudem- wracając z powrotem w oparach niosących za sobą desperację.

To było najgorsze. Nie bili nas, nie przesłuchiwali. Nie o to w tym wszystkim chodziło. Nie potrzebowali na nas dowodów- Opór był przestępstwem tej wagi, że nie potrzebował on sprawiedliwego procesu. Tych, którzy trafiali do tego miejsca- otrzymywali mniej praw niż najmniejszy robak. Nie pozwalano nam spać: puszczając w nocy z głośników głośną muzykę, głodzono nas, systematycznie obcinając żywieniowe racje, zmieniano temperaturę, bawiąc się kurkiem od klimatyzacji jak konsolą najnowszej generacji. Mieliśmy wydać innych lub zginąć. Rezultat ostateczny nie miał większego znaczenia i zależał jedynie od widzimisię kierownika na zmianie w katowni.

Tak żyliśmy, a poza tym nie działo się kompletnie nic. Nie wychodziliśmy. Nie było wizyt. Nie było spacerniaka. Tylko ja, Szary i inni. Tylko my wszyscy- razem- złączeni jednym oskarżeniem. Po takim czasie spędzonym w odosobnieniu odniosłem wrażenie, że zaczynaliśmy się stapiać. Trwaliśmy wciąż, bo byliśmy jednym. Cieszyliśmy się swoim towarzystwem; opowiadaliśmy żarty, a śmiech nasz dźwięczał wśród zimnych ścian czysto jak górski kryształ. Czy był on dla nich wyrzutem sumienia? Śpiewaliśmy pieśni: o krwi, o honorze i dawno minionej chwale. O duszach czystych i silnych- przenikających kraty i bariery. Ale pieśni- nawet te najgłośniejsze i najpiękniejsze: nie mogły powstrzymać tego co musiało w końcu nadejść. Nie mogły powstrzymać śmierci.

Gdy z celi wynieśli pierwszego chłopaka, któremu po wielu dniach udręki zatrzymało się serce- zacząłem rozumieć jak będzie musiała zakończyć się ta historia.

Szary spojrzał się na nas ze smutkiem i klęknął przed kratami:

Zalicz go Panie w poczet Twojej anielskiej gwardii!– i zwrócił się już bezpośrednio do nas- Nie smućcie się. Spotkamy go wszyscy jeszcze raz na samym końcu. I będzie stał z nami w jednym szeregu!

Ukryłem twarz w dłoniach.

********

Ile można w ogóle przeżyć bez jedzenia? Mówią, że to zależy od każdego indywidualnie. Ja chyba wolałbym, żeby to wyszło właśnie w ten sposób- przynajmniej śmierć przyszła by szybko i nieodwołalnie. Takie coś jak oni robili; stale krok po kroku zmniejszając nam żywieniowe racje; miało w sobie coś upiornego. Czuliśmy się jak myszy zamknięte w chorym laboratoriom; obserwowane przez kogoś z góry; kto pewnie w tym samym czasie przyjmował między sobą zakłady dotyczące tego kto z nas szybciej się podda lub zginie.

Następny w kolejce byłem chyba ja sam. Choć wcześniej uprawiałem dużo sportów i nie byłem typem domatora- moje młode ciało nie mogło zbyt długo znieść takiej męki. Najpierw pojawiła się gorączka i stale nawracające migreny. Mówię wytrzymam. Nie jestem przecież byle kim. Potem doszło osłabienie, które z godziny na godzinę jedynie postępowało. Jak mi potem powiedziano: zaczynałem niknąć w oczach. Gdy zacząłem mieć już problemy z oddychaniem; a zbyt duże wdechy powodowały u mnie gwałtowną reakcję organizmu- Szary zarządził:

Przepuśćcie go bliżej krat, niech chociaż oddycha w miarę lepszym powietrzem niż my- pomógł mi przenieść koc bliżej wejścia –Połóż się tutaj. Gdybym tylko mógłbym Ci jakoś pomóc… Oddałbym Ci ostatnią kromkę- gdyby nie to, że nie miałem nic w ustach o dobrych paru dni.

Wiem– powiedziałem słabo. Z jakiegoś dziwnego powodu byłem wdzięczny Bogu, że jestem tutaj właśnie z nim. Z osobą poznaną w policyjnej „suce”- nie z bratem, nie z ojcem i z nikim z rodziny- lecz właśnie z nim.

Utkwij wzrok w oddali. Tak jakby między Tobą, a światem zewnętrznym tak naprawdę nie było żadnych krat. I myśl i śnij o tym co mówiliśmy i o czym śpiewaliśmy. Przyniesie Ci to siłę i odprężenie…

Głaskał mnie ręką po głowie dopóki nie usnąłem, lecz wiedziałem, że nie odszedł bo nawet we śnie prowadził mnie jego głos:

Chłopaku, który za symbol masz krzyż z kręgiem,
ty, który nigdy nie zginałeś głowy […],
bo kochasz boga odwagi, nie boga pieniądza”

********

Widziałem osadę. Czasy tak na oko średniowieczne- wokół jedynie drewniane chaty i główny plac tonący w gęstym, ciemnym błocie. Na placu stał zrujnowany Kościół. Miasto sprawiało wrażenie wymarłego. I ja tam byłem. Nie byłem. Czyli. Jednak śniłem?

Było tam też dziecko. Nie wiem kim tak naprawdę było. Całkiem zwyczajne. Kompletnie same. Niczego mu nie brakowało. Miało piłkę albo coś takiego. Tyle mu wystarczyło. Kopało sobie tu i tam. Bez celu. Piłka potoczyła się wzdłuż jednej z ulic. Pobiegło za nią.

Gdy piłka przeleciała koło starej huty, dziecko z ciekawości zajrzało do środka. Widziało tam grupę starszych mężczyzn ubranych w czarne płaszcze przykrywające im zbroje. Jak rycerze. Stali w kręgu. Najstarszy z nich powiedział:

-Dziś powiemy o czasach, których już nie ma.

Dziecko było ciekawe ale do środka nie weszło. Wciąż miało dom, do którego musiało wrócić.

I ja tam byłem- ale to nie byłem ja.

********

Minął jednak czas jakiś i sytuacja uległa zmianie. Dziecku umarł ojciec, a matka z żalu rozpłynęła się w powietrzu. Zostało same i odtąd same sobą musiało się zająć.

I znów bawiło się na tym samym placu. Lecz już bez piłki. To była piłka ojca, którą zabrał ze sobą do grobu. Kucało gdzieś pośrodku niczego, próbując z błota zbudować… błoto? Bo niby jak chcesz wznieść cokolwiek trwałego, skoro nikt nie pokazał Ci jak się stawia fundamenty?

Dziecko szukało jakiegoś dorosłego, szukało oparcia- lecz to nikogo nie obchodziło. Zamykano przed nim drzwi, zatrzaskiwano okiennice. Pluto z góry i wylewano nieczystości. Nikogo nie interesuje ten kto żyje na ulicy. Takim można bez problemu pogardzić. To jest za darmo.

Gdy dziecko tak się tułało- odbijając się jak worek ziemniaków od drzwi do drzwi, po raz kolejny trafiło na zrujnowaną hutę. I po raz kolejny otworzono przed nim drzwi, a najstarszy z rycerzy powiedział:

-Wejdź. Czekaliśmy na Ciebie

Dziecko weszło do środka, bo nie miało innego pomysłu, a głód nie pozwalał mu już dłużej czekać.

I ja tam byłem, lecz to wciąż nie byłem ja.

********

Możesz całe życie o czymś czytać, studiować to i przeglądać wszystkie dostępne informacje na ten temat. Możesz być pewien, że wiesz- a jednak pewności mieć nie możesz. Nazywają to życiem.

Tak było i wtedy. Huta okazała się hutą jedynie z zewnątrz. W środku nie przypominała niczego z czym to dziecko miało wcześniej okazję się spotkać. Weszło do środka z lękiem rozglądając się po ciemnym wnętrzu. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające dawno minione wydarzenia. Bitwy, wojny, śmierć, walkę, krew i chwałę. I Miłość. Miłość też tam była.

W kątach pokoju walały się zbroje i miecze. Pożółkłe mapy i pergaminy. Księgi i antyczne zwoje.

-To mądrość tych co byli i tych co będą. To początek i koniec!

Dziecko patrzyło oniemiałe:

-Jesteśmy przeszłością i przyszłością. Krew z krwi. Duch z ducha. Stoimy na straży!

Dziecko było na miejscu.

I ja tam byłem- lecz to jeszcze nie byłem ja.

********

Jesteśmy jak wyklęci arystokraci. Bez ziemi, bez urzędów i tytułów- lecz wciąż mamy świadomość- powiedział pierwszy rycerz.

Każdy z nas miał swój czas. Swój kraj, swoją epokę i swój cel- powiedział drugi rycerz.

Łączy nas jedno: Walka- powiedział trzeci rycerz.

Walka o Wiarę- powiedział czwarty rycerz.

I Wiara w Walkę- powiedział piąty rycerz.

Mamy obowiązek stać na straży- powiedział szósty rycerz.

-Wyrastamy wprost z serca tej ziemizakończył siódmy rycerz.

Teraz mówili wszyscy razem:

Dawać z siebie wszystko bez wyrachowania. Walczyć dla innych nie dla siebie. Dla sprawy nie dla siebie. Dla kraju nie dla siebie. Mieć serce wiecznie gorące i żywe, przez życie iść z głową utkwioną wysoko w gwiazdach!

Przed szereg znów wyszedł Najstarszy i po raz pierwszy zdjął kaptur. Miał twarz Szarego:

-Rozumiesz?- zapytał

-Rozumiem- odpowiedziało dziecko. Moim głosem.

Ja byłem tym dzieckiem.

********

-Młody, młody- ocknij się!

Dawać z siebie wszystko- bez wyrachowania.

Co tam mamroczesz? Z resztą nieważne. Szary chcę się za nas poświęcić. Jego śmierć ma wykupić nas z więzienia!

Nie ma większej chwały niż oddać życie za przyjaciół swoich.

Musieli mnie podtrzymywać bo ledwo stawiałem kolejne kroki. Biorąc pod uwagę mój stan: nic dziwnego. Co tak naprawdę widziałem? Co to było? Sen czy co? Rzeczywistość brutalnie mieszała mi się z fikcją. W uszach wciąż brzęczały mi słowa Pradawnych Rycerzy. Szary ma umrzeć? Niby jak? Nie do końca to wtedy rozumiałem… Śmierć- jeśli nie mówimy o tej widocznej na filmach- praktycznie do samego końca jest nie do uwierzenia. Nawet jeśli ma dopiero nadejść.

Szliśmy długo. Spojrzałem w bok i zauważyłem, że po bokach nie było już przyjaciół Szarego, lecz teraz podtrzymywały mnie postacie w płaszczach. Rycerze byli wtedy wśród nas. Korytarz. Jeden i drugi. Potem zakręt. Otwierane drzwi. Strażnicy. Schody. Najpierw do góry, potem ostro na dół. Tu się wykonuje egzekucje. Musisz to zobaczyć. Na własne oczy– powiedział drugi rycerz.

Tak- byłem tam. Widziałem Szarego jak z uniesioną głową wchodził powoli wyprostowany na szafot. Nie krzyczał. Nie płakał. Stał spokojnie. Dumny. Uśmiechnięty. Spojrzał na mnie i się rozpromienił. Kat założył mu pętle na szyje. Zanim nacisnął dźwignię ze strony Szarego padły ostatnie słowa:

-Odwagi! Niech żyje Opór!

Śmierć nie jest ładna. W samym akcie nie ma nic heroicznego. Jest brzydka i obrzydza tych, którzy są jej świadkami. Jednak siły, która płynęła za życia z Szarego nie był w stanie wymazać nawet zaciskający się na jego szyi stryczek. Nie wierzgał, nie szarpał się- po prostu był. Z podniesionym czołem ruszył na spotkanie Śmierci. I zachował godność- do samego końca. Tak jak uczył mnie za życia. Zasiał w naszych sercach coś co przetrwa przez pokolenia.

Zajmiesz jego miejsce– szepnął mi do ucha najstarszy rycerz.

********

Kościół. Monumentalna Katedra. Tłum skupionych ludzi klęczących przed Ołtarzem. Ludzie i Bóg, którego obecność dało się wtedy poczuć wszystkimi zmysłami. Ja pośród nich.

Boże- tak bardzo się boje.

Atmosfera była niezwykła. Dało się odczuć, że coś tego dnia ma się wydarzyć. Czuli to wszyscy- choć większość z obecnych tego dnia na Mszy Świętej będzie jedynie biernym obserwatorem pewnych szczególnych wydarzeń.

Boże- dodaj nam siły!

Nie mam już zbyt wiele czasu. Zaraz się zacznie. Gotowy?

Przez ten Znak Krzyża- od nieprzyjaciół naszych wybaw nas Panie!

Oto Tajemnica Wiary!- śpiewnie zaintonował Kapłan

O tak, była w tym wszystkim pewna tajemnica. I to nie jedna, ale zastanowię się nad tym dokładniej już po wszystkim. Przeżegnałem się, spojrzałem znacząco w oczy księdza stojącego pod Krzyżem, dałem dyskretny znak innym. Z kościoła wymaszerowaliśmy w równym szyku: kobiety, mężczyźni; młodzi, starzy- razem, zjednoczeni. Opór wyszedł na ulice.

Szliśmy, a z każdym kolejnym krokiem nasz tłum rósł i przybierał na sile. Dochodzili do nas inni ludzie. Zwykli- nie mający pojęcia o co w tym naprawdę chodzi. Rzucali to co w danej chwili robili. Kończyli rozmowy, wyłączali telewizory i komórki. Szli bo mieli poczucie, że oto właśnie nadszedł ich czas. Czuli, że właśnie tu z nami muszą w tej chwili być.

Z każdym kolejnym krokiem czuliśmy się coraz silniejsi- uczucie to budowało nas wszystkich tak bardzo, że w miejscu policyjnej blokady nie czułem już strachu. W ogóle. Podniosłem w górę zaciśnięta pięść. Opór się zatrzymał. Wyszedłem parę kroków naprzód. Przed szereg. To właśnie znaczy odpowiedzialność. Odwróciłem się do nich i gdy objąłem wzrokiem ludzi, którzy przyszli tam za mną- poczułem dumę. Udało mi się. Spełniłem obietnicę.

Wzniosłem w górę wielki portret Szarego i zawołałem:

SZARY ZAWSZE Z NAMI!

Odpowiedział mi ogłuszający ryk ludzi. Moich ludzi i Twoich. Naszych. Opór wołał o zemstę!

Przeszliśmy.

I tak się właśnie zacznie się nasza rewolucja!

Od Autora: Fragmenty pieśni użytych w tekście pochodzą ze strony Muzyka Włoskiej Prawicy: http://muzykawloskiejprawicy.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.