Kultura
4.3

Dawid Kaczmarek: Z Pamiętnika Szczura #4

Tym razem, już naprawdę długo do Was nie pisałem. I chyba nie mam na to, tak naprawdę żadnego dobrego usprawiedliwienia. Nie chciałbym jednak żebyście pomyśleli sobie, że mi się to wszystko znudziło, że to Wy mi się znudziliście. To nie tak. Zupełnie nie tak. Po prostu czasem, czasem wszyscy mamy wątpliwości. Każdy się łamie. Nawet Szczury. Może i tak. Może faktycznie chciałem się wycofać. Tylko że to wszystko nie jest takie łatwe. Przecież z tego świata nie odchodzi się od tak. Opór musi trwać. Choćby zginął każdy w kogo wierzymy, choćby upadł każdy autorytet i każdy dobry powód dla którego walczymy, my musimy stać na straży. Choćby i w tych kanałach w których teraz żyjemy. Zawsze, niezmiennie, ponad wszystko inne. Nasza warta nie ma końca.

Zacznijmy jednak od samego początku, bo niby skąd macie wiedzieć co się z nami działo. Po aresztowaniu Szczura, o którym pisałem ostatnim razem, System poczuł się bezkarny. I nawet nasz odwet tego nie zmienił. Po prostu byliśmy przekonani, że wystarczy im to że zepchnęli nas do kanałów. Oni tymczasem żywili się nienawiścią do nas. Czerpali z niej siłę i inspiracje. Chorą inspiracje do zniszczenia wszystkiego co było nam drogie. Tak więc pod pretekstem walki z „ekstremizmem” ogłoszono stan wojenny. Na ulicę wjechały czołgi. Wojsko przejęło kontrolę nad wszystkimi zakładami pracy i firmami. Na ulicach ustawiono militarne „check-pointy”. Wszystkie służby uzyskały broń i niczym nieograniczone uprawnienia do kontrolowania i zatrzymywania ludzi. Non-stop pracowały kamery i drony, nagrywając dosłownie wszystko, co tylko było dla nich przydatne. Starano się nas na wszelkie sposoby zastraszyć. Często zamykano przypadkowych ludzi, Ci mniej przypadkowi znikali od razu w niewyjaśnionych okolicznościach. Staliśmy się wrogiem publicznym numer 1, winnym wszystkiemu co się wtedy działo. I choć oficjalna narracja władz, mówiąc delikatnie nie trzymała się kupy, ludziom to wystarczyło. Nie raz już zadawałem sobie pytanie: dlaczego nikt nie stanął w naszej obronie? Bo co? Bo się bali? Bo mieli bliskich? Rodziny? Dzieci? Też się bałem do jasnej cholery, każdego dnia coraz bardziej, a jednak musiałem żyć! Musiałem stać na straży i walczyć.

Przede wszystkim chciałem być wzorem dla innych. Tak było odkąd pamiętam. Chciałem wtedy pokazać innym co należy robić. Chciałem ich poprowadzić. Pierwszą decyzją jaką wtedy podjąłem było czasowe ograniczenie kontaktów z moimi ludźmi. Nie chciałem nikogo narażać. Mieli zachowywać się tak jak zawsze, żyć normalnie nie wzbudzając podejrzeń. To miało uchronić nas od niebezpieczeństwa, przynajmniej na początku, dając tak bardzo potrzebny nam czas do działania. Plan był może i dobry, ale jego najistotniejszą wadą było to, że nie miał on zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. W końcu władze zwróciły swój wzrok także i na mnie, a pętla Systemu zaczęła się coraz bardziej zaciskać. Śledzono mnie- tego byłem pewien. Robiono mi zdjęcia- o tym też wiem bo pojawiały się one w Internecie, na różnych, często szemranych stronach. Włamywano mi się do domu, podrzucano anonimy, niszczono autobusy w których jechałem, samochody moje i moich znajomych. Straszono przyjaciół, utrudniano mi studiowanie. Chciano  przede wszystkim pokazać jak wiele oni mogą i jak bardzo są bezkarni. Wiedziałem o tym doskonale, nie musieli mnie długo przekonywać! „Zimna głowa” cały czas to sobie powtarzałem; „Wygrają tylko Ci co zachowają zimną głowę”, miałem nadzieje, że te słowa okażą się prorocze. To była moja mantra, credo z którego uczyniłem tarczę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak nie wiele trzeba było by rozpadła się ona na kawałki.

Byłem wtedy na Uniwersytecie. Czekałem razem ze znajomymi. Jak zawsze, na wykład. Na pewien bardzo nudny wykład. Przedmiot ten był prowadzony przez starszego, skądinąd bardzo miłego człowieka. Wyjątkowo w tym dniu, nieznacznie spóźnił się z kluczem. Pięć lub może siedem minut. Sam już nie wiem. W każdym razie nie zdarzyło mu się to nigdy. Wśród ludzi Starego Świata punktualność była cnotą obowiązkową. Nadrzędną w stosunku do innych. Nie przeczuwałem jednak niczego złego. Profesor ustawił nas w szeregu, spojrzał się ostatni raz jakoś tak dziwnie, niepewnie i wprowadził do klasy. Zasiedliśmy w ławkach. Dopiero wtedy zauważyłem co było nie tak. Na podwyższeniu, tuż koło biurka i mikrofonu, na tle ekranu stali jacyś ludzie. Czarne kurtki, takie jakby wojskowe, podobny wzrost, broń i ten sam zimny i zdecydowany wzrok. Pustka. Wykładowca, wyraźnie zdenerwowany zaczął: „Mamy dziś przyjemność gościć przedstawicieli najjaśniejszego aparatu władzy, członków bohaterskiej Służby Bezpieczeństwa, która na co dzień chroni nas przed wichrzycielami, buntownikami, rewolucjonistami, faszystami…- wymieniał by tak pewnie jeszcze jakiś czas, założyłbym się wtedy że robił to specjalnie, bo na jego twarzy zagościł mały, niewyraźny uśmiech. Jednak tą litanię przerwał mu jeden z niespodziewanych gości mówiąc: „Starczy już, w zasadzie przyszliśmy tylko po jedno. Po jedno nazwisko, niech wstanie K.”. Na początku nie wiedziałem czy dobrze usłyszałem. Potem gdy doszło już to do mnie, to świat się zatrzymał. W jednej chwili. Ucieszyłem się, bo nie chodziło o mnie, zamarłem bo tak nazywał się chłopak który siedział tuż koło mnie. Niewinny Kowalski, patentowana pierdoła o nieskomplikowanym umyśle, która miała problemy nawet z wchodzeniem po schodach. To ten typ, który jakby chciał się zbuntować to musiałby najpierw zapytać o pozwolenie rodziców. Teraz był zupełnie blady, skuty i pobity. Został wyprowadzony z sali. Więc jednak chodziło o mnie. Kolba karabinu miała pomóc mi zrozumieć i zapamiętać to co właśnie się stało: „To przez Ciebie śmieciu! Rozumiesz? Jak się nie poddasz, to zginie każdy Szczur, któremu podasz rękę”. Tak. To właśnie wtedy znaleźli mój słaby punkt.

Mój dom. Południe. Wieczór. Sam nie wiem. Równie dobrze mógł być już wtedy środek nocy. Nie za bardzo wiedziałem, bo zasłoniłem okna i pogasiłem światła. Siedziałem w fotelu i patrzyłem w sufit. Cały czas. Bez słowa. Przed oczami miałem tylko jedno: oczy K. Jego strach. Nigdy nie chciałem by ktoś cierpiał przeze mnie. Nigdy nie chciałem by moja walka ściągnęła na kogoś niebezpieczeństwo. Moja samotność była moim własnym wyborem i miała chronić bliskie mi osoby. Bliscy? No właśnie bliscy. Co się z nimi wtedy działo? Myśli płynęły. W zawrotnym tempie. W różnych, naprawdę dziwnych kierunkach. Płynęłyby tak cały czas, gdyby nie telefon. Zadzwoniła do mnie siostra; za jej pośrednictwem rodzice chcieli mi powiedzieć żebym się wycofał: „Lepiej się wycofać synu, niż potem całe życie wstydzić się przed innymi”. Co? Że niby ja? Ja miałem się wstydzić? Oni nie widzieli niczego złego w tym, że stawali przeciwko swojemu synowi. Właśni rodzice zaczęli dawać wiarę temu co przeciwko mnie mówiły gazety i rządowe szczekaczki. Nie wsparli mnie. Odszedłem od nich żeby uniknąć takich rozmów i takich dylematów. Jak widać to nie wystarczyło. Czas płynął dalej. Próbowałem zająć w jakiś sposób myśli, ale nic nie pomagało. Nie mogło. Zaczynałem widzieć zmiany w swoim zachowaniu. Czułem ucisk w sercu. Nie ustępował. W ogóle, ani trochę. Na drugi dzień pierwszy raz od wprowadzenia Stanu Wojennego nie wyszedłem z domu. To był strach? A może wstyd? Nie byłem pewien. Pierwszy raz nie mogłem znaleźć odpowiedzi na trapiące mnie pytania.

Ile można siedzieć bezczynnie w fotelu? Nie wiecie? Nigdy nie próbowaliście, tak? To pewnie byście się mocno zdziwili. Siedziałem sparaliżowany. Wiele, naprawdę wiele godzin. Siedziałem i katowałem się. Sam siebie. Starannie i metodycznie. Katowałem się myślami o  K. i o moich rodzicach.  Obrazy z tych wydarzeń pojawiały się cały czas w mojej głowie i zlewały w jedną całość. W jedną, karykaturalną całość. Rozległ się dzwonek do drzwi. Zerwałem się na równe nogi. I wiecie co? Z początku to chyba nawet mi ulżyło.  Byłem pewien że ta cała historia, której ciężaru nie mogłem już dłużej dźwigać, zaraz się skończy. Dziwna myśl, nigdy w życiu wcześniej takiej nie miałem.  Jednak potem wszystko zwolniło. Do mojego mieszkania wpadły Szczury, czterech chłopaków, których jako tako kojarzyłem. Wciągnęli coś do środka. Jakiś worek? Nie… To było ciało. Kobieta? Chyba tak. Bardzo mocno zmasakrowana. Tylko dlaczego do mnie? Dlaczego zaciągnęli ją tutaj? Podszedłem bliżej, pochyliłem się, odgarnąłem jej włosy z twarzy. I wtedy ją poznałem. To była moja siostra. Skatowana. Nieprzytomna. Do jej płaszcza ktoś przypiął kartkę z napisem: „Widzę, że nie zrozumiałeś naszego ostrzeżenia. Skończ z tym albo następnym razem nie zdążysz jej uratować”. Obłęd. Totalny obłęd. To wtedy spełniły się moje najgorsze koszmary. Moja siostra. Kochana siostrzyczka z którą chodziłem na spacery, której pokazywałem świat, która była moim jedynym, prawdziwym światłem na tym świecie. Pewnie biegła tu do mnie żeby mnie pocieszyć, żebym nie martwił się rodzicami. A teraz leżała tu u mnie. Ledwo żywa. Przeze mnie. Rozumiecie? Wstałem, spojrzałem im w oczy. Wiedzieli o co mi chodzi. Rozumieli. Albo i nie. Tak naprawdę wtedy to było mi już wszystko jedno. „Zajmijcie się nią. Proszę”- wybiegłem z domu. Spytacie dlaczego przy niej nie zostałem? A co miałbym jej wtedy powiedzieć? Ja, byłem zdecydowany. Ujawnić się i poddać. Było mi już wszystko jedno.

Autobus. Brudny, szary, taki jak w filmach. Tych tragicznych bez dobrego zakończenia. Jedzie. Silnik rzęzi i przerywa. Staje co jakiś czas. Nie podnoszę głowy. Z resztą nie wiem czy byłbym wtedy w stanie kogokolwiek w ogóle dojrzeć. Zauważyć. Byłem skupiony tylko na sobie. Schowany za zasłoną bólu, strachu i wstydu. Ginęły przeze mnie niewinne osoby, odwróciła się ode mnie rodzina, a najbliższa mi osoba leżała nieprzytomna, zawieszona pomiędzy życiem a śmiercią. Droga. To bardzo filozoficzne. Całe życie poświęciłem walce o kraj, o bliskich, o ludzi jakich znałem. Teraz to wszystko powoli zaczynało się zacierać. Znikać. Blaknąć. Przestawało mieć znaczenie. Ja, Szczury– wszystko wydawało się już wtedy śmieszne. I bez sensu. Najwyższe stadium strachu i wstydu. Egoizm. Zbliżałem się do celu. Przesunąłem się bliżej wyjścia. Powoli i niemrawo zmierzałem do końca. Co się zmieniło? Usłyszałem głos, pochodzący od zgarbionej, brudnej staruszki. „Młody! Ja pamiętam Stary Świat, dobrze że o niego walczysz. Jest o co! Zaufaj mi!”. Zwykłe słowa prawda? Zastanawialiście się kiedyś, ile takich słów minęło Was o centymetry? Bo to były przełomowe słowa. Choć sytuacja nie była łatwa, pierwszy raz od wielu dni otworzyłem oczy. Podniosłem głowę. Znów zmusiłem się do myślenia. Znów żyłem! Żyłem i oddychałem! Nawet jeśli istniał tylko cień szansy, należało walczyć. Nie wysiadłem na tym przystanku, poczekałem trochę dużej i wróciłem do domu. Całą noc spędziłem opiekując się siostrą. Już wiedziałem co robić.

Tysiące osób. W tych samych maskach i w tych samych ubraniach. Zjednoczeni. Jednym duchem, jedną myślą i jedną ideą. Razem. W równym, miarowym szeregu. Zwartym, silnym. Niesamowitym. To Dzień Woli. 20 lat temu Szczury zeszły
do kanałów, śpiewając w swoich pieśniach że to jeszcze nie koniec, że wkrótce powrócą. I wrócili. I ja tam byłem razem z nimi. Byłem tego świadkiem. Czułem jak młode serca rwą się do góry. I się nie boją. I wtedy pierwszy raz od 20 lat, wojsko cofnęło się przed Narodem. Pierwszy raz od dawna System nie wiedział co zrobić. My wiedzieliśmy. Rzuciliśmy im w twarz, z całym żalem i wściekłością na jaką było nas wtedy stać: „Jesteśmy tu. Żyjemy. Opór nigdy się nie skończy!”. To był dzień, w którym coś się zmieniło. Bezpowrotnie.

Niektórzy mówią, że na początku było słowo. To prawda. Na początku faktycznie było słowo i to właśnie to słowo zasiało burzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.