Dawid Kaczmarek: Z Pamiętnika Szczura #6

Cały czas czujesz że coś jest nie tak. Ten dziwny rodzaj stresu. Jakbyś wiedział. Jakbyś czuł że coś się dzieje. Właśnie teraz. W tym momencie. Denerwujesz się. Przewracasz z boku na bok. Nie możesz spać. To pewne. Już nie zaśniesz. Dlaczego? Nie wiesz. Nie masz pojęcia. Po prostu wiesz że coś zaraz się wydarzy. Coś złego. I nic nie możesz z tym zrobić. Nagle wszystko się zmienia. Ręka w czarnej, skórzanej rękawiczce zatyka Ci buzię. Świat przyspiesza. Znacznie przyspiesza. Zaczynasz widzieć wszystko wyraźniej, ale nic nie możesz zrobić. Nie możesz oddychać, nie możesz krzyczeć. Całkowity paraliż. Obce ręce wyciągają Cię z łózka. Bez słowa. Bez wyjaśnienia. Ciągną Cię po schodach. Nikt nawet nie zareaguje. Żaden sąsiad. Nikt nie pomoże. Żadne drzwi się nie otworzą. Wczoraj jeszcze z każdym z nich się witałeś- teraz nikt już Cię nie zna. Tchórze? Może i tak. Teraz to już bez znaczenia. Jest środek nocy ale twoich oprawców nie obchodzi to jaka jest pora. Pada śnieg. W innych okolicznościach powiedziałbyś że jest całkiem pięknie. Ale nie teraz. Teraz próbujesz zrozumieć to co się dzieje. Coś zrobić. Cokolwiek. Nawet spojrzeć im w twarz. Nie możesz. Bose stopy pokaleczyły się o chodnik. Zero szans. Nie zdążysz. To właśnie ten ułamek sekundy w którym wiesz jak to się musi skończyć. I się z tym godzisz. Pada cios. Mocne i zdecydowane uderzenie w tył głowy. Koniec. Padasz na ziemie, wszystko powoli odchodzi. I wiesz co? To była naprawdę piękna noc. Powoli przestajesz czuć zimno. Już nawet przestajesz czuć ból. Wszystko zniknęło.

Spokojnie. To był tylko sen. Mój sen. Nie pierwszy raz. Koszmar? Faktycznie. Może by to było lepsze słowo. Nie mniej jednak, wśród Szczurów mówi się że wszystkie nasze noce wyglądają tak samo. Każdy z nas ma takie sny. Im dłużej w tym jesteś tym bardziej się denerwujesz. Im dłużej w tym jesteś tym częściej powtarza się ten sam scenariusz. Dokonałem wyboru. Dawno temu. Nie mogę się uskarżać. Powoli wstaję. Narzucam na siebie zwykłą szarą bluzę. Obowiązkowo z kapturem. Proste środki są najlepsze. Zakładam stare, znoszone, czarne adidasy. Wychodzę pobiegać. Jak już pisałem: tej nocy ze snu już nic nie będzie.

Co by nie mówić: lubię noce bo nikogo wtedy nie ma obok mnie. Puste ulice. Puste parki i osiedla. Jestem tylko ja. Sam na sam ze sobą. Ze swoimi myślami i słabościami. Ze swoim bólem i ze swoim wysiłkiem. Perfekcja chwili. Czas staje wtedy dla mnie. Świat zatrzymuje się i skupia na mnie całą swoją uwagę. Biegłem długo a obok mijałem tak znajome mi ścieżki. Miejsca pośród których byłem od zawsze. Gdzie się wychowywałem. Gdzie wzrastałem i uczyłem się zasad. Gdzie uczono mnie życia. Nie raz mocno i brutalnie. Teraz to bez znaczenia. To część mnie. Moja ziemia. Mój własny kawałek szczęścia w środku całkowicie wrogiego świata. Ale tylko na chwilę. Tylko dopóki trwa ta noc. Dopóki jest ciemno możemy być wolni. Zwolniłem. A wraz ze mną zwolnił cały świat. I wszystko dookoła. Wszedłem na wiadukt. No co? Nic nie poradzę że to akurat wiadukt jest najwyższym punktem w całej okolicy. Dlaczego w ogóle zostałem Szczurem? Mówią że za dużo myślę. Co zadecydowało o tym że to właśnie Opór stał się całym moim życiem? Jeśli oczekiwaliście teraz ode mnie czegoś odkrywczego to pewnie się zawiedziecie. Tak to czasem jest, że z pozoru najłatwiejsze pytania mają zawsze najtrudniejsze odpowiedzi. Usiadłem. Nogi zwisały mi przez barierkę. Rozejrzałem się dookoła. W innym czasie, w innym momencie zobaczyłbym tu betonową dżunglę. Dziesiątki takich samych szarych bloków. Zimnych i ponurych. Wypaloną przez przemysł ziemię. Chore zwierzęta i karłowate drzewa. Zdegradowane i zaburzone środowisko naturalne. I tych tak bardzo pustych w środku ludzi. Żywe trupy, zaprogramowane żywe trupy, którym ledwo starcza mózgu na to by udawać że żyją. Trupy które nie mają pojęcia o prawdziwych uczuciach i emocjach. Minimum prawdy, maksimum przyjemności. Minimum sztuki, maksimum chłamu. Stare cywilizacje pozostawiły po sobie bogate dziedzictwo, człowiek nowego wspaniałego świata zostawi po sobie jedynie pełną michę, której i tak nawet nie ma na własność. W innym czasie właśnie to bym zobaczył. Bo taka byłaby w sumie prawda. Ale nie teraz. Teraz liczyło się co innego. Spojrzałem jeszcze raz i zobaczyłem stary zabytkowy dom. Schowany gdzieś na uboczu. Ale istniał. W starych czasach żył tam ponoć wielki człowiek, artysta malarz, który swoimi pracami inspirował innych. Nie wiem jak udało mu się utrzymać tyle lat pomimo tych wszystkich niepokojów. Ale dom stał nadal. Zniszczony bo zniszczony, ale niewzruszony. Może to kwestia fundamentów? Widziałem rodzące się nowe drzewa, które zrodziła sama Natura. Bez niczyjej pomocy. Przez góry przechodziły watahy młodych wilków. Były jeszcze małe i w większości słabe, ale żyły i to pomimo tego że ludzie już dawno mieli wszystkie wybić. Wśród zimnych bloków zauważyłem słabe lecz wciąż jeszcze ciepłe i bijące serca. Ze wszech miar prawdziwe. Widziałem małe dziecko, które spało mocnym snem i śniło o swoich rodzicach; największych bohaterach, o mamie i tacie. Czyli tak jak to powinno wyglądać. Podniosłem głowę. Kto inny by tego nie zauważył. W inny dzień pewnie sam bym tego nie zauważył. Ale teraz widziałem to wszystko i zrozumiałem. Poznałem odpowiedź na moje pytania. A wy? Już wiecie dlaczego zostałem Szczurem?

Wróciłem do domu. Zaczynał się nowy dzień. Miałem jeszcze trochę czasu dla siebie. Szybka kawa i odpoczynek. Chwila wyciszenia. Ale to jeszcze nie koniec. Szczury mają dzisiaj coś do zrobienia.

Centrum. Godziny szczytu. Wokół masa ludzi. Samochody, rowery, tramwaje i wszystko co byś sobie mógł tam jeszcze w tym miejscu wyobrazić. Wieczny wyścig. Wieczny bałagan. Zdechłe ryby płyną z prądem, nie bardzo wiedząc po co, gdzie i w jakim celu. W samym środku tego całego zamieszania jestem ja. Czy się jakoś wyróżniam? Pewnie nie. W tłumie jestem taki sam jak inny. To teraz bez znaczenia. Muszę powiedzieć że za każdym razem kiedy mamy coś do zrobienia: boję się tak samo. Po prostu. Zawsze odczuwam ten sam strach. Nie sposób tego wymazać. Nie sposób nic z tym zrobić. Tryumf woli jaki ma miejsce za każdym razem gdy robię to co do mnie należy, wciąż pomimo upływu lat, jest dla mnie taką samą tajemnicą i zagadką jak za pierwszym razem. Spotykam swoich ludzi. Taki kawał czasu działamy razem. Każdego z nich znam po imieniu. Znam ich sytuacje i ich rodziny. Ich problemy są moimi, dzielę z nimi zarówno porażki jak i zwycięstwa. Spotykają się nasze spojrzenia. Parę dyskretnych uśmiechów, szybki uścisk rąk. Mocny. Zero słów. Dodają mi otuchy. Z taką rodziną można zrobić wszystko. Do samego końca.

Nieopodal odbywało się zebranie Partii. Jeden z wielu wieców na których omawiano projekty które nie istniały, podkreślano sukcesy które nigdy nie miały miejsca i nadawano nagrody za wymyślone zasługi. Ale zawsze były tam tłumy ludzi. Za udział- profit. Podpisujesz listę w pracy, godzina stania i klaskania, a w zamian dostajesz talony, ulgi albo coś w tym stylu. Ile trzeba żeby dać się sprzedać? Albo lepsze pytanie: jaka jest cena człowieka? Nie chciałem ich oceniać. Starałem się tego nie robić. Ale tu i teraz, jak można było zauważyć, była ona bardzo niska. Zbyt niska. Na dach budynku nieopodal, dostaliśmy się w sumie bez problemu. Gdy jesteś zbyt pewny siebie; przestajesz zwracać uwagi na swoich wrogów. Rzadko kiedy mieści Ci się to w głowie że ktoś może spróbować Cię podejść. W tym tkwiła siła Szczurów. Na tym zasadzał się nasz Opór. Wiec już trwał. Na dole było wiele ludzi, stali w równych rzędach naprzeciwko sceny. Na scenie politycy. Jeden ważniejszy od drugiego. Wszyscy tak samo żałośni. Po kolei omawiano wszystkie plany. Podsumowywano postępy. Raz za razem rozbrzmiewały brawa. Zaprogramowane. W pełni reżyserowane. Spojrzałem za siebie. Byliśmy gotowi. –Masz pięć minut. Nie więcej-. Czas zaczynać.

Powoli podszedłem do krawędzi dachu. Stanąłem i wyprostowałem się tak bym był dokładnie widoczny na tle świecącego słońca. Uniosłem rękę i nacisnąłem sygnalizator. Wiecie jak głośno daje znak ludziom nadjeżdżający pociąg? Wtedy było jeszcze głośniej. Ludzie zatkali uszy i padli na kolana. Gdy minął pierwszy szok, wszyscy próbowali dowiedzieć się skąd dochodził ten dźwięk. Kiedy mnie zauważyli dało się słyszeć krzyki. Tak brzmiał strach. I dobrze. Należało im się. W tym samym momencie zrzuciliśmy na dół ogromny transparent z hasłem: „Partia kłamie. Dołączcie do Oporu”. Reszta zrzucała ulotki. Setki ulotek które zawierały prawdę. Czy do kogoś ona dotrze? Nie wiem. Czy ktoś ją zrozumie? Pewnie nie wielu. Albo i nikt. Jednak robiliśmy to co trzeba. Robiliśmy to co właściwe. To było pewne. Rozejrzałem się spokojnie wokoło i zawołałem:

Partia kłamie. Opamiętajcie się póki jeszcze macie czas. Kto żyje jak pies, skończy jak pies. I nie będzie żadnej taryfy ulgowej. Nie będzie wybaczenia”

I tyle. Więcej słów nie było potrzebnych. Odwróciliśmy się i znikliśmy. Po prostu. Nawet gdyby próbowali to i tak nie udało by im się nas znaleźć. Wciąż istnieją drogi które znamy tylko my. Wciąż istnieją trasy którymi chodzą tylko Szczury. Wszystko nam się udało, ale nie było już takich uśmiechów jak wcześniej. Nie było już tak radośnie. Bo ilu ludzi tam w dole należało do naszych biologicznych rodzin? Ilu było tam naszych przyjaciół i bliskich do których nie mieliśmy jak dotrzeć? Do których nie potrafiliśmy z różnych względów dotrzeć? Wybraliśmy Opór i straciliśmy wszystko. Mieliśmy tylko siebie nawzajem. Razem tworzyliśmy lepszy świat. W swoich myślach i swoich działaniach. W swoich sercach i głowach. Nasz mały idealny świat, lepsza wersja rodzin i życia jakim pragnęliśmy żyć. I żyliśmy wykorzystując w pełni każdą z danych nam chwil. Byliśmy jak rozwijające się kwiaty. Cieszę się że mam ich obok siebie. Oby nasze braterstwo trwało dłużej niż wszystko inne.

Razem jesteśmy silni. Stanowimy broń której boją się nasi wrogowie. Ufajcie tylko sobie. Bądźcie wierni tylko sobie. Trzymajcie się blisko siebie. Zawsze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.