Kultura
4.2

Dawid Kaczmarek: Z Pamiętnika Szczura #7

Nie wiem czy znacie to uczucie kiedy się budzicie, ale wcale nie chcecie jeszcze zwlekać się z łóżka. Człowiek próbuje wtedy desperacko złapać w ręce ostatnie cząstki uciekającego snu. Nagle i zazwyczaj bez konkretnego wyjaśnienia, zostajemy wyrwani z miejsca, w którym sami raczej wolelibyśmy zostać. Przynajmniej ja bym wolał. Zwłaszcza teraz. Sen jest często lepszy od rzeczywistości. Ale to co chcemy, przeważnie rzadko kiedy się liczy, no nie? No umówmy się że raczej nie ma to znaczenia. Ja sam zresztą mam przez całe życie wrażenie że to nie ja decyduje o tym co robię i co się wokół mnie dzieje. Coś mi każe wstać. Co? Na tym etapie jeszcze nie jestem za bardzo pewny. Otwieram oko. Najpierw jedno. Potem drugie. Bardzo powoli. Wciąż mam nadzieję, że to przejdzie. Może będę mógł wrócić. Ale nie przechodzi. W żaden sposób. Słyszę dźwięk. Nie umiem go jednak zidentyfikować. Ciągły i ostry. Wwierca mi się w głowę. Powoli. Kawałek po kawałku. I nie chce jej opuścić. Nie chce odpuścić. Robi w niej ogromne spustoszenie. No dobra. Nie będę się już dużej opierać. Co to jest? Dzwonek do drzwi? Nie za bardzo. Nie planowałem dzisiaj żadnego spotkania w swoim domu tak wcześnie rano. Budzik? O nie. To na pewno nie to. Nie zwykłem robić aż takich głupot. Więc co? Jest jeszcze za wcześnie by przedstawić rozwiązanie tej zagadki na sto procent. Muszę wstać. Odważna decyzja.

Zwlekam się z łóżka. Tak. Zwlekam się- to dobre słowo. Zastanawiałem się czy nie będzie za mało eleganckie, ale nie. Bardzo dobrze oddaje to jak się wtedy czułem. A więc. Zwlekam się. Wciąż tego nie chce. Zakładam klapki. Wrócić do łóżka? Staję na nogi. Rozglądam się. Dookoła. Próbuje eliminować najmniej prawdopodobne źródła hałasu. Trochę to trwa. Przepraszam Was za to. Ale też nie ma co przecież przesadzać. Chyba Was nie nudzę co? Mija chwila. No dobra trochę dłużej niż chwila i nagle następuje moment olśnienia. Przychodzi znikąd. Ale to już nieistotne. Ważniejsze jest tu rozwiązanie. Ja już wiem. To telefon. Zwykły, zwyczajny telefon. Komórka której używam do normalnego życia. Dawno jej nie używałem. Dawno nikt nie dzwonił. No cóż. Zawiedzeni? Że niby niepotrzebne napięcie? Albo za długi wstęp? No nie chciałem. S e r i o. Przepraszam za kłopot.

Podnoszę telefon z półki i patrzę na wyświetlacz. Znam to nazwisko. Imię zresztą też. To Szczur. Tak jak ja. I to w dodatku jeden z moich własnych ludzi. Dość zaufanych. Będący dość blisko mnie. Tylko po jaką cholerę dzwoni na mój prywatny numer? Rażące naruszenie zasad. Nigdy ich tego nie nauczę. No ale dobra, odbieram. Zobaczymy co ma mi do powiedzenia. Zaczyna się dość dziwnie: „Stary. Co tam u Ciebie? Żyjesz po wczorajszym? Trzymasz się?”. Po wczorajszym? Co to znaczy? Chwila zastanowienia. Nie wiem o co może chodzić. Co wczoraj robiłem? Gorączkowa gonitwa myśli. Byłem z chłopakami? Gdzie? „Słyszysz mnie? Halo?”. No tak tak. Jasne że Cię słyszę. W miarę tego im bardziej natarczywy był głos w słuchawce, tym więcej szczegółów z dnia poprzedniego zaczęło do mnie powracać. Byłem z nimi. Tak, tego mogłem być pewien. Było tam jakieś ogrodzenie. Ktoś z nas zaczepił rękawem o drut kolczasty. Rozdarł rękaw kurtki. Wszystko takie zamazane… Kompletnie niewyraźne. Ktoś nas chyba nakrył, albo i nie? I wybuch. Wybuch też był. Naprawdę spory. Czułem jak ziemia trzęsła się pod nogami. Sporo było też stresu. Pamiętam drżenie. Tylko dlaczego mam takie białe plamy? Dlaczego nie zostały żadne szczegóły? To przerażające. Odrobinę:

Ta. Czuję się dobrze. Tylko czemu budzisz mnie tak wcześnie? I po co dzwonisz na tą komórkę? Nie pamiętasz jakie ustalaliśmy zasady?– Po pierwsze nie okazywać słabości. Ci ludzie zawierzyli mi swoje życie, więc nie mogli mieć co do mnie żadnych wątpliwości. Szef z amnezją nie brzmi dobrze. Wybrakowany szef też. Po drugie: zawsze mówić bez emocji. To z kolei, raz że wiąże się z tym pierwszym, a dwa że zwyczajnie ułatwia mi życie. Pomaga zachowywać równowagę. Wewnętrzny spokój. To istotne. Domyślcie się jak trudno mi było jednak w tym momencie się powstrzymywać.

Nie przesadzaj. To zwyczajna sprawa prywatna. Wybaczam Ci to że o mnie zapomniałeś. W końcu wszyscy wiemy jak ostatnio masz sporo na głowie. Wczoraj miałem urodziny. Dwudzieste. Wieczorem zapraszam na imprezę. Będziemy świętować całą noc w „Hydrze”– Impreza? Na początku zabrzmiało to trochę dziwnie. Kiedy ostatni raz gdzieś byłem? Kiedy wyszedłem z domu, żeby po prostu od tak od tego wszystkiego odpocząć? Nie mogłem być na niego zły. Możecie mi wierzyć lub mnie, ale my Szczury mimo wszystko próbowaliśmy żyć normalnie. Pomimo tego całego syfu który nas otaczał i nigdy nie przestawał o sobie dawać znać. Próbowaliśmy żyć jak typowi młodzi ludzie. Jaka ta cała śmietanka towarzyska w moim wieku. Nawet jeśli mi to się nie za bardzo udawało, to przecież to jeszcze nie oznacza, że inni nie mogą próbować, że on nie może. W każdym razie nigdy nie dostał od nikogo takiego zakaz. I dlatego nie miałem serca prawić mu teraz morałów i psuć jego wspaniałego nastroju, jaki dało się wyczuć przez słuchawkę.

Jasne. Jasne że będę. Możesz na mnie liczyć. Do zobaczenia wieczorem– Rozłączyłem się.

Mam przed sobą teraz całkiem ciężką sprawę. Wieczór. Impreza. Trzeba się jakoś przygotować. Jakiś prezent kupić albo coś. Tak się chyba robi co nie? Z resztą to mój obowiązek. Taka rola. Trzeba dbać o ludzi. Zwłaszcza o swoich własnych. No co? Nie rozumiecie? Nic mnie to nie obchodzi. Jak chcecie to właśnie teraz jest ten moment. Ten w którym możecie się zacząć śmiać. Ze mnie. Bez obaw i bez ograniczeń. Luz. Droga wolna.

Wy się śmiejecie. A ja mam poważny problem. I może przesadzam. Może faktycznie przywiązuje zbyt dużą wagę do szczegółów. Może faktycznie wygląda to jak jakaś mniejsza lub większa paranoja. Mam być szczery? Tak przejmuje się. Bardzo. Zbyt bardzo. Tak więc najpierw biorę prysznic. Myję głowę. Układam włosy. Potem garderoba. Zaczynam od butów. Właśnie to zawsze powtarzał mi mój ojciec. „Synu. Buty są najważniejsze. Ludzie mogą mieć wszystko gdzieś. Ale jeśli zechcą Cię ocenić, to zaczną właśnie od butów”. Dlatego trzeba je długo i dokładnie pastować. Potem jeszcze tylko koszula. Czarna. Prosta. To zawsze robi na ludziach dobre wrażenie. I okulary. Czarna koszulka i czarne okulary. Moda i względy bezpieczeństwa w jednym. Pewnych nawyków nie da się zmienić. Nawet jeśli planujesz spędzić wieczór „normalnego życia”. To już nie zachowujesz się tak jak inni. A przynajmniej nie do końca. Po jakimś czasie powrót staję się nie możliwy. To boli? Tak. Ale tylko na początku. Potem jakoś to idzie. Człowiek się przyzwyczaja. Naprawdę zdziwiłbyś się do jakich rzecz można się w życiu przyzwyczaić. Wsiadłem do autobusu. Jechałem zrobić coś dla siebie. W końcu. Szykował się naprawdę miły wieczór. Postaram się żeby wszystko poszło dobrze.

Widzę to wszystko tak naprawdę trochę z boku. Grupa chłopaków. Wszyscy w maskach. To my. Jak jeden organizm. Chwila poruszenia i drut kolczasty przestaje być problemem. Druga chwila i jesteśmy już w środku. Co to za budynek? Wszystko jest takie niewyraźne…

Wysiadłem całkiem niedaleko „Hydry” i miejsca gdzie mieliśmy się spotkać. Chłopaki były już na miejscu. Prawie wszyscy prócz naszego solenizanta. Przywitałem się. Odpowiedziały mi szerokie uśmiechy i sztywne skinięcia głową. Znaczące skinięcia. Wszyscy byli przygotowani tak jak powinni. Każdy coś trzymał w ręku. Czy to torbę z prezentem. Większym lub mniejszym. Czy to butelkę jakiegoś lepszego alkoholu. Nikt nie zawiódł. Każdy ubrany elegancko, choć oczywiście bez zbytniej przesady. W sam raz na taki dzień i taką okazję. Jesteśmy zgraną grupą. Szanujemy się nawzajem. Wyjątkowo mi się to udało. Ta myśl wprawiła mnie jakoś w dobry nastrój. Byłem z tego dumny. Byłem dumny z nich wszystkich. Bardziej niż kiedykolwiek. Z zamyślenia wyrwał mnie warkot silnika. Do uliczki w której staliśmy, wjechał samochód. Ciemne szyby. Nie widziałem tego kto kierował. Auta też nie poznawałem. Instynktownie sięgnąłem ręką do kieszeni. Inni też na chwilę zamarli i przygotowywali się do tego samego co ja. Przygotowywali się na to że radosny wieczór skończy się zanim na dobre się rozpoczął, że zaraz trzeba będzie znowu się bić, walczyć, znowu uciekać. Ciężkie trochę to nasze życie. Co nie?

Spokojnie panowie. Spokojnie bez zbytniej brawury. Ja będę gadał. Reszta ma się trzymać z tyłu– powiedziałem stanowczo i przesunąłem się w kierunku samochodu. Powoli i spokojnie. Krok za krokiem. Sprawiałem wrażenie opanowanego ale w środku cały się trząsłem. Strach i adrenalina. Podekscytowanie. Istny wulkan, który tylko czekał na właściwy moment żeby wybuchnąć. Kierowca widząc to znacznie zwolnił i w końcu całkowicie się zatrzymał. Drzwi otworzyły się z dość dużym impetem, a z samochodu wysiadł. No kto wysiadł? Nikt inny jak tylko nasz jubilat. Był to niski chłopak, z ciemnymi włosami i wiecznie rozbieganymi oczami. Śmiał się często, lecz należał do tego typu ludzi, którzy śmiali się jedynie oczami, które u niego zawsze miały wyjątkowy blask. Dziś bił on mocniej niż zwykle. Już zapomniałem jak bardzo uwielbiał żartować ze wszystkiego i ze wszystkich przy każdej okazji. Nic dziwnego że go nie poznałem. Samochód w sumie też pojawił się znikąd. Zapomniałem jak bardzo uwielbiał żartować ze wszystkiego i ze wszystkich przy każdej możliwe okazji. To że teraz mogło się to dla niego skończyć o wiele gorzej to inna sprawa. No cóż.

Hej. No co macie takie miny co? Chyba Was nie przestraszyłem, nie?– zapytał z szerokim uśmiechem. Dobrze wiedział co robi. I całkiem dobrze się przy tym bawił widząc nasze zmieszanie i zaniepokojenie.

No co Ty w życiu– powiedziałem to takim specjalnym tonem, który zawierał w sobie zarówno ulgę jak i groźbę- Co Ty masz na sobie? Nigdy nie nosiłeś czegoś takiego.

I rzeczywiście. Nasz kolega ubrany był w trochę dłuższy granatowy płaszcz wykonany z porządnego materiału. Naprawdę porządnego. To był płaszcz tego typu z wysoko postawionym kołnierzem i guzikami błyszczącymi z daleka. Krój ten widywało się tylko w sklepach dla bogaczy, na podświetlonych i wyeksponowanych wystawach. Musiał naprawdę sporo za niego zapłacić. Wyglądał nieźle. Dostojnie. Jakby zaczął się zajmować czymś niezłym. Korzystnym. Albo jakby zmienił towarzystwo. To wszystko było dla mnie jakieś dziwne. Nie trzymało się kupy. Coś zdecydowanie uległo zmianie, bo on nigdy się w taki sposób nie ubierał, nie różniąc się w tym względzie za bardzo od innych.

Klasa co nie? Pomyślałem że dwudzieste urodziny ma się tylko raz. No i wyglądam jak z Ojca Chrzestnego a to już nie byle co- mówił bardzo szybko. Wyraźnie rozentuzjazmowany. Włożył ręce do kieszeni, rozłożył je szeroko i zakręcił się w kółko na jednej nodze. Był pobudzony. Cieszył się jak dziecko. Czy coś się stało?

Dobry gust. Serio. Szacuneczek. Chodźmy już do klubu bo zaraz nam zamkną bramki– otwarta przestrzeń bardzo mnie denerwowała. Zbyt długo w jednym miejscu, w większej grupie, to w naszym przypadku ryzyko. Zbędne ryzyko, które może mieć nieprzewidywalne skutki.

Klub był już o tej porze co prawda prawie pełny, wokół bawiło się dziesiątki, jak nie setki ludzi w różnym wieku. Od małolatów szukających pierwszych przygód przez trochę starszych chłopaków w naszym wieku, aż do tych jakby z innej epoki, których do klubu ściągnęły jakieś interesy czy tego typu sprawy. Tak przynajmniej wyglądali. Tam gdzie System nie może, tam układa się z takimi jak oni. Z gangsterami, mętami, szulerami i dilerami, którzy będą pracować z tym kto da więcej. Kto zapewni im większy zysk, więcej pieniędzy i kto wykosi konkurencję. To nie dla nas. Szczury są ponad tym, ale nie jest łatwo, bo granica która przebiega w tym miejscu jest bardzo cienka. Czasem bardzo ledwie widoczna. Mieliśmy zarezerwowaną oddzielną lożę. Była trochę na uboczu, schowana za rzędami mniejszych stolików i siedzeń. Taka w stylu VIP; z oddzielnymi drzwiami, wygodnymi kanapami i szklanym stołem pośrodku. Mieliśmy bawić się tak by zatrzymał się czas. I faktycznie stanął w miejscu. Specjalnie dla nas. Chcieliśmy zapomnieć o wszystkim co ciążyło na naszych barkach. I zapomnieliśmy. Mieliśmy wszystko. Wszystko dla siebie. Razem, nasze braterstwo i przyjaźń. Rozmawialiśmy o dziewczynach, o samochodach i drogich zabawkach. Gdyby nie ten świat, gdyby nie to że nie mogliśmy żyć inaczej… to czy tak właśnie mogłoby wyglądać nasze życie? Nie na co dzień, ale choć trochę częściej? Urodziny miał doskonałe.

Jestem w jakimś korytarzu. Pośrodku transformatorów. Więc to elektrownia tak? Słyszę że ktoś idzie. Chowam się. Szybkie spojrzenie i kolega z przodu daje mi znak. Jeden szybki ruch, trochę zamieszania. I co? Teraz strażnik przestał być problemem?

Chodźcie tańczyć– krzyknął niespodziewanie Solenizant i wyrwał mnie z tego transu. Potem spojrzał już bezpośrednio na mnie i powiedział a raczej zapytał: Idziesz? Nie poszedłem. Kiedyś bardzo dobrze tańczyłem i niezwykle to lubiłem. Ale po tym wszystkim? Odwykłem. I uprzedzając Wasze pytania: nie nie chce do tego wrócić. Trzeba mieć świadomość tego co się robi i jakie to ma skutki. Siedziałem w loży i obserwowałem parkiet oraz moich ludzi zza uchylonych drzwi. Był spory. Sto? Dwieście osób naraz? A mimo tego było wystarczająco miejsca wokół by spokojnie się bawić. Błyskały stroboskopy. Ciemno-jasno, ciemno-jasno, jasno-ciemno, jasno-ciemno. Jak ludzie tutaj nie dostają od tego wszystkiego padaczki? Ciemno-jasno, jasno-ciemno, ciemno-jasno? Więc to my wczoraj wysadziliśmy tą elektrownię? Tą o której słuchałem w Wiadomościach jak prasowałem koszulę? Tak, to może brzmieć niezwykle i dziwić Was powinno dlaczego dedukuje to sobie z takim spokojem. Zadanie było ważne, ale zdarzały nam się już trudniejsze. I bardziej widowiskowe. I raczej bez rozlewu krwi. Więc to chodziło o to. To była odpowiedź na to dlaczego tak to przeżyłem? Więc co? Jednak nie jestem niezniszczalny. To nie zbyt dobrze.

Jesteśmy z powrotem!– chłopaki wrócili z parkietu. A wraz z nimi jakieś trzy dziewczyny-Przyprowadziliśmy koleżanki, były bardzo ciekawe jak tak się bawią królowie naszego miasta!

To chyba było o nas. Na pierwszy rzut oka dziewczyny nie wyróżniały się jakoś szczególnie od reszty uczestników tamtejszej zabawy. Jedna z nich, która najbardziej mi się podobała, trochę nadłożyła drogi i usiadła obok mnie. Specjalnie obok mnie. Była wyjątkowa. Choć podobnie jak koleżanki niczym się nie wyróżniała to i tak to wiedziałem. Miała oczy które się błyszczały, oczy które miały w sobie życie. Co było dość rzadkie. Na tym świecie i w tych czasach. Była bardzo chuda, ale urodziwa, miała długie włosy. Wyprostowane przed samym wyjściem. Czarna sukienka. Standardowo. Ale czarna koszula i czarna sukienka? To już coś wyjątkowego! Spokojnie; to taki żart. A może nie? Przysunęła się bliżej i powiedziała:

Hej jestem Dominika– wraz ze słowami powitał mnie bardzo miły uśmiech. Miała jednak pecha. Ja swój humor zgubiłem dawno temu. Gdzie? Tego nie wiem.

Fajnie– no to się nagadałem nie ma co. „Fajnie”. Nie mogłem wymyślić czegoś lepszego? Wystarczyło się odrobinę postarać. Kiedyś w takich sytuacjach nie zamykała mi się gęba. A teraz? Mówiłem już coś o tym dzisiaj jak bardzo zmieniają się tacy ludzie jak my.

Co robisz na co dzień Dominika?– próbowałem ratować swoją wcześniejszą wpadkę. Umiejętnie? Sami oceńcie. Może faktycznie trochę wyszedłem z wprawy.

Jestem tancerką. Tańczę od 7 roku życia. Wszystko co tylko można. Solo i w zespole. Mam za sobą dużo mistrzostw, zawodów…– Tancerka? Widać było. Zwłaszcza po figurze. Ale chyba trafiłem. Temat ją kręcił i kochała to co robi. Fajnie. Rzadko kiedy widuje się dzisiaj ludzi z pasją- A ty? Co robisz?

Ja? – zapytałem trochę zdziwiony. Czy to aż tak widać że jej nie słucham? Zanim zdążyła to podchwycić, wypaliłem: Ja jestem królem– No tylko nie mówcie że to było tandetne.

Królem? Czego?– udawała zaciekawienie, ale wiedziała już o co mi chodzi.

Też pytanie. Wszystkiego. Nie wierzysz? Pokaże Ci!– uśmiechnąłem się. Pierwszy raz od bardzo dawna. To chyba w sumie dobrze co nie? Ona też wyglądała na szczęśliwą. Może więc… Może da się to połączyć. Może da się być Szczurem … i żyć? Chociaż trochę tak samo jak inni? Spojrzałem na nią: byłoby cudownie. Chyba.

Siedzieliśmy i tak gadaliśmy. Razem. A czas jak stał dla nas w miejscu tak stał dla nas nadal. Jeśli kiedykolwiek w życiu chciałbym zrezygnować z moich obowiązków i z mojej walki to mógłbym zrobić to w chwilach takich jak ta. Gdy jestem z ludźmi którzy znaczą dla mnie więcej niż wszystko i gdy mamy w swoich rękach wszystko o czym marzyliśmy. I w dodatku Dominika. Znajomość która miała może mniej niż dwie godziny, już stała się czymś czego nie chciałem tak łatwo porzucić. Jednak z drugiej strony; jeśli Was jeszcze nie zanudziłem swoją gadaniną to powinniście pamiętać jak wspominałem o tym, że nie sposób już, gdy się jest w takiej sytuacji, wrócić do normalnego życia. I choć wtedy chcieliśmy to nie mogliśmy i nie powinniśmy o tym zapominać. Mieliśmy w bolesny sposób się o tym przekonać. Trochę po północy, Solenizant zerwał się z miejsca i opuścił nas, mówiąc że ma dla nas jeszcze jedną niespodziankę. Od której na chwilę zatrzyma się klub i wszyscy będą patrzeć tylko na nas, na naszą ekipę. Wyszedł i po paru minutach faktycznie wyłączyła się muzyka i zgasły stroboskopy. Zrobiło się jasno. Ludzie byli zdezorientowani ale spokojni. Rozglądali się dookoła i przede wszystkim chcieli wiedzieć o co chodzi. Ciekawość okazała się silniejsza od alkoholu, zabawy i szczęścia. A ja znów wpadłem w swój mały trans…

Więc to była elektrownia tak? Staliśmy w całym składzie i podkładaliśmy ładunki. No prócz Solenizanta, on trzymał związanego strażnika. Strażnik był podejrzanie spokojny. Nagle chwila zamieszania i świat zwalnia. Strażnik jakimś cudem sięga do broni zdziwionego kolegi i… zdecydowany ruch, strzał, ale to pada on nie ja. Chowam pistolet za pas. Nawet nie mrugnąłem. Czysty instynkt. Zero wątpliwości.

Hej! Co ty śpisz?– Dominika wciąż tu była. Śmiała się. Nie wiem. Pewnie myślała że serio przysnąłem, albo co- No no. Twój przyjaciel jest chyba potężniejszym królem od Ciebie- powiedziała. Zalotnie, z przekorą. Niesamowite. Wtedy byliśmy ludźmi, którzy bez wątpienia byli do siebie tak dopasowani, że aż normalnie prawie przeznaczeni. Tylko los rzadko kiedy patrzy na to czego chcemy. Wtedy też miał to gdzieś. –Nie. On to bardziej czarodziej– Spojrzałem na nią, zbliżyłem się i gdy byłem już na tyle blisko że czułem jej perfumy i widziałem z bliska błyszczące od szczęścia oczy; wtedy… Padł strzał. A w zasadzie dwa, albo i trzy. Nie wiem. Wszystko działo się zbyt szybko. Znowu jak jeden organizm zerwaliśmy i zrzuciliśmy koleżanki na podłogę –Nie podnoście głów!– W tej samej chwili zerwaliśmy się do wyjścia. W biegu wyciągnąłem pistolet. Biegłem i byłem gotowy; ale jeśli to nie był przypadek to już było za późno. Biegłem, a wraz ze mną biegło wtedy poczucie bezradności. I żal który za sobą przyniósł łzy. Przed klubem leżało tylko jedno ciało. W pięknym granatowym płaszczu. Nie dano mu żadnych szans. Jego oczy zapamiętam na zawsze; wciąż były wtedy tak samo żywe jakby wciąż był z nami na sali. Dostałem smsa, na prywatną komórkę, tej której jak wiecie rzadko kiedy używałem: „Śmierć za śmierć- Śmieciu!”.

Rzuciłem nią ze złością o chodnik, upadłem na kolana i objąłem jego ciało. Płakałem. Straciłem człowieka za którego byłem odpowiedzialny. Wokół mnie gęstniał tłum ludzi, a Szczury stały obok bojąc się do mnie podchodzić. Nikt nie chciał być tym który jako pierwszy powiedziałby mi, że musimy uciekać. Ktoś koło mnie ukląkł, to ta dziewczyna z klubu. Dominika. Też płakała i próbowała jakoś mnie pocieszyć. Czy to w ogóle możliwe by dziewczyna, którą znam może trochę więcej niż dwie godziny była w stanie tak mocno przejąć się tym co się stało? Dlatego to zupełnie bez sensu. Czysta fikcja w którą chcemy wierzyć. Ale ile można udawać? Takie wyjścia jak to; niebezpiecznie jest się łudzić, że nasza walka będzie miała kiedyś koniec. Wstałem się i otrzepałem się z kurzu.

-Idziemy- powiedziałem. Tylko tyle. Nic więcej. To wystarczyło. Wyszło polecenie i Szczury oddaliły się. Rozpłynęły się w mrokach nocy, zostawiając za sobą wszystko to co jeszcze paręnaście minut wcześniej było dla nich czymś dlaczego warto byłoby wyrzec się własnego życia.

Nasza Walka jest wieczna. Szczurem jesteś na zawsze. Nigdy o tym nie zapomnij.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.