Dawid Kaczmarek: Z Pamiętnika Szczura #8

Od Redakcji: Ósme opowiadanie z cyklu „Z Pamiętnika Szczura” jest wyjątkowo długie i w sposób bezpośredni łączy się ono z jego poprzednim odcinkiem. Więc jeśli go jeszcze nie przeczytałeś/aś to zapraszamy także tutaj: http://3droga.pl/kultura/dawid-kaczmarek-z-pamietnika-szczura-7/ . Miłej lektury!

Tik-tak-tik-tak; zegar tyka, a ja zastanawiam się czym tak właściwie jest czas. Jaka jest jego istota? Co o niej tak naprawdę decyduje? Co się na nią składa? Tik-tak-tik-tak; wracam myślami do odległych czasów gimnazjum, gdy pani powiedziała, że przepuści mnie do następnej klasy z fizyki, pod warunkiem że podam jej na kartce wyczerpującą definicję czasu. To były dobre czasy. Pełne spokoju. Bardzo mi ich teraz brakuje. Tik-tak-tik-tak; zegar tyka, a czas mija. Sekunda po sekundzie, minuta po minucie. Niekończące się pasmo wydarzeń. Jeden ciąg, jedna rzeczywistość. Czarno-biała. A może po prostu zwyczajnie szara? Niewyraźna? Leżę na łóżku, wpatrzony w sufit. Próbuje wstać, albo chociaż przekręcić się na bok. Jakoś nie mogę. A może nie chce. Sam już nie wiem. Tik-tak-tik-tak; ciekawe ile tak już w zasadzie tutaj leżę… Godzinę? Dwie? Cały dzień? A może nawet więcej, co? Upływają kolejne minuty. Są bez znaczenia. Leżę i patrzę w górę. W takich chwilach nawet biały sufit może być cudownym obrazem. Patrzysz w coś co niby jest po prostu białe, a po minucie widzisz, że nawet będące tam plamy mogą układać się w konkretne wzory. Niezwykłe. Leżę spokojnie, patrzę i podziwiam. Nie chcę myśleć. Nie po tym co stało się ostatnim razem. Wyszliśmy tylko na głupią imprezę w klubie, a skończyło się trupem. Ciałem w kałuży krwi. I to nie byle jakim bo ciałem mojego kolegi; Szczura, jednego z nas. Byłem za niego odpowiedzialny i zawiodłem. Nie pierwszy raz.

Przewracam się na bok i sięgam po butelkę. Teoretycznie wszystko jest bardzo proste. Co? O co Wam chodzi? Miałem nie pić? No tak, ale teraz to tylko raz w drodze wyjątku. Nie chodzi o to żeby poradzić sobie ze smutkiem. Nie chcę zapijać bólu. Chodzi o to żeby uczcić pamięć. Pamięć o moim przyjacielu, który już nie raz stał przy mnie w jednym szeregu. On stał przy mnie zawsze, a mnie przy nim nie było, kiedy tego naprawdę potrzebował. A teraz go już nie ma. I nie wiem co mam z tym zrobić i chyba nie za bardzo umiem sobie teraz poradzić. Otwieram butelkę Burbona. Toast. Trunek rozgrzewa mnie i przywraca skupienie. Przynajmniej odrobinę. Chwilę później czuje się już lepiej. Dzwoni telefon. Numer zupełnie nieznany:

No wreszcie!– to chyba ta dziewczyna z klubu. Wspomnienia są takie niewyraźne. Dominika czy jakoś tak- Dzwoniłam do Ciebie parę razy. Martwiłam się, co się z Tobą dzieje?– odsuwam słuchawkę od ucha, powiedzieć jej czy nie? Porozmawiać z nią? Nie chce mi się tłumaczyć…

Halo? Halo?! No powiedz coś! Jesteś tam?– nie, nie mam siły. Wyłączam się. Będę to musiał chyba jakoś w końcu załatwić. Wypadałoby co nie? Ale to później. Swoją drogą myślałem że po tym co się stało w klubie, wszystko między nami jest już jasne. Jak widać nie do końca. Nie lubię takich rozmów; od jakiegoś czasu coraz gorzej mi z nimi idzie. Chyba serio dzieje się ze mną coś niedobrego.

Wstaje. Wreszcie się udało. Rozprostowuje nogi. Powoli. Kawałek po kawałku. Krok za krokiem. Nie jest łatwo. Czuje się jakbym miał zaraz eksplodować. Chyba każda część mojego ciała wołała o pomoc i zlitowanie. Raaaatuuuunku! Przydałoby się coś do jedzenia. Czas na  śniadanie. Albo raczej na obiad lub coś pomiędzy. Rozglądam się po kuchni, albo raczej po czymś co w normalnym mieszkaniu z powodzeniem mogło by pełnić rolę kuchni. Nie mam za wiele. Lodówka pusta, szafki w zasadzie też. To nie tak, że Szczury nie robią zakupów, może po prostu w pewnym sensie to taki znak firmowy naszego trybu życia? Dobra niech będą jajka. Sadzone. Dobre na kaca. Zarówno na tego fizycznego jak i moralnego. Czyli jak na dzisiejszy dzień- propozycja wprost idealna. Patelnia, olej; trochę oczekiwania, trochę krzątania się, temperatura, dużo tłuszczu i skwierczenia. Gotowe. Chwilę później siedzę już w fotelu przed telewizorem. Bezmyślnie skaczę po kanałach. Kreskówki, seriale, głupie reality-show, filmy akcji, szpiegowskie i kryminalne. Telewizja powstała po to, żeby oddzielać ludzi od prawdziwego życia. Żeby wyrywać im duszę i oddawać w zamian co najwyżej nikłą lecz wystarczającą do wegetacji namiastkę wolności: myślenia, wyboru, wyobraźni. Przerzucam kolejne programy. Trwa to już dłuższą chwilę, a ja jeszcze nie znalazłem niczego dla siebie. Strata czasu. Jeszcze chwila, jeszcze minuta albo i dwie. Trafiam na kanał z wiadomościami. Akurat leciał dziennik ze skrótem ostatnich wydarzeń. Zły moment; stanąłem przed tym od czego jak najdłużej chciałem trzymać się jak najdalej: „Strzelanina przed znanym klubem Hydra…„- Strzelanina? To była przecież egzekucja! Zwyczajnie zaplanowana- „Śmierć poniosła jedna osoba. Policja zidentyfikowała ofiarę jako członka jednej z miejskich organizacji terrorystycznych, a całe to wydarzenie na tym etapie śledztwa, wiąże z porachunkami lokalnych grup przestępczych„. Terrorysta? Grupy przestępcze? Niby byłem przyzwyczajony do tego, że dziennikarze wypełniają polityczne zlecenia z rządu, ale tym razem było inaczej. O wiele bardziej ohydnie. Kamera pokazywała właśnie klub w którym byliśmy parę dni temu. Salę na której się bawiliśmy, stoliki przy których siedzieliśmy. Wszystko zaczynało do mnie wracać. Nasz śmiech, błyszczące oczy pełne życia i jego piękny płaszcz, który stał się atrakcją wieczoru. Nasza przyjaźń i gorące serca, które chciały zmieniać świat. Ujęcie się zmieniło, a na ekranie telewizora pojawiło się ciało naszego Solenizanta. Nie wyglądało jak ciało po śmiertelnym postrzale. To nie było to same ciało, które zostawiłem na ulicy. W telewizji on wyglądał jakby, sam nie wiem, przejechał go samochód i to parę razy… Zbezczeszczono je. I to całkowicie umyślnie. Zrobiono to bo był Szczurem! W ramach ostrzeżenia albo pokazu siły. Bezmyślnej siły. Jak doszło to do mnie, poczułem się słabo. Co oni zrobili? Co oni z nim zrobili? Świat zawirował mi przed oczami. Przechyliłem się przez oparcie fotela i zwymiotowałem. Potem była już tylko ciemność. Odpłynąłem. Całkowicie.

Obudziłem się na podłodze. Musiało minąć dobrych parę godzin, bo za oknem zaczynało się już powoli ściemniać. Mam dzisiaj spotkanie. Jestem już spóźniony? Sięgam po zegarek. Chwila skupienia, zastanawiam się; nie, jak się teraz ruszę to jeszcze zdążę. Ubieram buty i zbiegam po schodach. Dobrze, że mam jeszcze jakieś trochę bardziej konkretne obowiązki, nie wiem co by się ze mną działo, gdybym ktoś by mnie ich pozbawił. To całkiem śmieszne, że to co buduje mnie jako człowieka, jest mnie w stanie jednocześnie zniszczyć. Paradoks?

Zmierzałem do jednej z naszych lepszych miejscówek. Przedmieścia. Gąszcz starych zabudowań. Chyba przedwojennych. Niczym niewyróżniający się budynek. Oficjalnie, przynajmniej na pierwszym piętrze mieściła się tam pralnia, ogólnie dostępna dla klientów. Często odwiedzali ją różni ludzie z okolicy. Dość popularne miejsce. Świadczyło dobre i solidne usługi, co było niezwykłą rzadkością w tych czasach. Lecz mało kto miał świadomość tego czym były jego piwnice. A tam znajdował się bar, do którego można było wejść znając tylko właściwe hasło. Hasło to często ulegało zmianie i prawie zawsze wiązało się ze specyficznie wyrażaną „miłością” do władzy i policji. Była to taka typowa jaskinia hazardu, jakich w naszym mieście było wiele. Drobna melina, w której szulerzy, złodzieje, pomniejsi przestępcy i „chłopaki z miasta” mogli w spokoju załatwiać swoje sprawy. Pełna kultura. Przynajmniej według ich pokrętnego rozumienia.  Wykolejonego. To co jest dla nas w tym momencie ważniejsze,  to to że wiążący się z tym miejscem cień, sprawiał że Szczury mogły tam się spokojnie spotykać i dyskutować; przynajmniej teoretycznie schodząc z pola widzenia wszechmocnego Systemu i jego ludzi. Lubiłem to miejsce. Może nie było dla nas odpowiednie, ale musieliśmy sobie jakoś radzić. Rzadko kiedy mogliśmy sobie w takiej sytuacji pozwolić na luksus wyboru. W środku przywitałem się z ekspedientką. Uśmiechnąłem się, gdy zobaczyłem jak bardzo przejęta była konspiracyjnym zadaniem jakie przypadło jej w udziale. Zszedłem po schodach, stanąłem przy stalowych drzwiach z kratką u góry i wypowiedziałem hasło. Przejście się otworzyło, a do środka wprowadził mnie jakiś osiłek. W środku było bardzo tłoczno i gwarno. Podniesione głosy i krzyki, zlewały się w jedno ze szczękiem szklanek i ciągle donoszonych butelek. Tak. Byłem na miejscu. Bez dwóch zdań. Pod ścianą, przy jednym ze stolików, czekała na mnie moja ekipa i ktoś kogo jeszcze nie znałem.

Kto to jest co? Do jasnej cholery!– jakim cudem na spotkanie ze mną, wzięli ze sobą kogoś kogo nie znałem i o kim nie miałem pojęcia?

Spokojnie– włączył się do rozmowy nieznajomy- Jestem komendantem obwodów podmiejskich naszej skromnej organizacji. Jestem tu po to żeby przedyskutować z Wami sprawę pogrzebu Twojego człowieka.

­-Co to znaczy? Co Wam do tego?– zacząłem się zastanawiać dlaczego jestem wobec niego aż tak agresywny. To chyba była przesada co?

O ile wiem. Udało nam się przejąć jego ciało z kostnicy. Tutaj oficjalnie go nie pochowacie. Kontrola rządu w miastach, a zwłaszcza tutaj jest jeszcze wciąż zbyt silna. Ale przedmieścia to co innego. Organizacja chce urządzić oficjalny pogrzeb. Ludzie są wzburzeni, będą manifestować. To może być dzień dobry dla wszystkich. Potrzebna jest jedynie Twoja zgoda.

Będziemy mogli normalnie przyjść? W biały dzień? Otwarcie?

Tak. Dokładnie

Normalny pogrzeb. Z księdzem, z żałobnymi pieśniami, z rodziną. W godnej, podniosłej atmosferze. Matki naszych bojowników zbyt często nie mogły ostatni raz pożegnać się z tymi którzy odeszli, a ojcowie nie często mieli okazje spojrzeć w oczy tym których zabrała służba dla nas. To co proponował komendant brzmiało dobrze. Aż za dobrze. Jednak jeśli on mógł mieć normalny pogrzeb; to tak właśnie powinno być. Skoro go nie ochroniłem, to przynajmniej tyle mogę dla niego teraz zrobić.

Macie moją zgodę

Świetnie! Wszystkim się zajmiemy; niczym nie musicie się martwić. Oczekujcie od nas wiadomości, a tym czasem muszę się z Wami pożegnać. Wszystkiego dobrego Panowie!– mówiąc to nieznajomy komendant wstał od stołu, ukłonił się i wyszedł.

Zapaliłem papierosa. Starałem się przemyśleć to co właśnie usłyszałem. Prawdziwy pogrzeb. Otwarty i w biały dzień. Piękna sprawa. Jednak skoro Dowództwo zgodziło się na coś takiego; to musi chodzić o coś więcej. Coś się chyba zaczyna dziać. Coś wyjątkowego. Z rozmyślania wyrwał mnie głos jednego z moich Szczurów:

Szefie…?

­-Tak?

­-Ta dziewczyna. Ta z klubu; ciągle szuka z Tobą kontaktu. Może warto…

Nie– przerwałem mu. Może znowu trochę zbyt ostro- Nie chce o tym słyszeć. Przynajmniej na razie. Ale dzięki, naprawdę to doceniam

Uśmiechnęli się wszyscy. Razem. Oni mnie rozumieli. Wiedzieli o co chodzi. Tak wiem. Zdaje sobie z tego sprawę że się powtarzam, ale ja serio cieszę się że mogę mieć przy sobie tak niezwykłych ludzi. Siedzieliśmy jeszcze długo razem i gadaliśmy o czym tylko byliśmy w stanie. Potrzebowaliśmy tego zwłaszcza po tym co stało się ostatnim razem. Przetrwamy tylko pod warunkiem, że będziemy razem. Tylko razem jesteśmy silni.

Wieczorem byłem już u siebie w domu. To nie był łatwy dzień. To chyba nie będzie powodem do wstydu, jeśli przyznam się Wam tutaj że mocno przeżyłem śmierć naszego Solenizanta. Wyrzucałem sobie że nie zrobiłem niczego, żeby go uratować, że puściłem go wtedy samego na ulicę, że nie przewidziałem tego, że coś mu może się stać. Takich powodów mógłbym wymienić całą masę. Wielka niekończąca się lista. Czy prawdziwa? Może jednak sporo przesadzałem? Być może. Co nie zmienia faktu, że to ja jestem Dowódcą swoich ludzi, to ja jestem za nich odpowiedzialny i to ja jestem tarczą, która powinna bronić ich od świata przeciwko któremu walczymy. Jeśli tarcza zawodzi; to zastrzeżenia można mieć wtedy tylko do mnie. Pokręciłem mocno głową; chcąc odgonić myśli, które zaczynały się już niebezpiecznie kłębić. Zbyt mocno. Wstałem, podszedłem do okna. Zapaliłem papierosa. Lubię patrzyć na ludzi z góry. Obserwować ich. Łatwiej mi myśleć. Godzinę temu dostałem wiadomość z przedmieść; wszystko na nas czekało. Dostaliśmy adres. Ludzie ponoć byli gotowi i mieli masowo przyjść i towarzyszyć w ostatniej drodze „młodemu człowiekowi skatowanemu przez policjantów”. Jakkolwiek słabo by to nie brzmiało; ohydne nagranie w telewizji zdawało się obracać przeciwko naszym wrogom. Nie mniej jednak daleko było mi wtedy od pełnego spokoju. Znacie takie coś jak podświadomie czujecie, że następnego dnia coś się wydarzy, ale nie wiecie dokładnie co? I nic nie możecie zrobić? Tak właśnie czułem się teraz. Pozostało mi tylko być gotowym. Na wszystko.

Rano wstałem i czułem się trochę lepiej niż wcześniej. Być może czas, a także silne poczucie obowiązku związane z pogrzebem, pozwalało mi na to żeby w jakimś stopniu się uspokoić i ogarnąć swoje myśli. Zrezygnowałem z robienia sobie śniadania. Nie chciało mi się tracić czasu. Zamiast tego wstawiłem wodę na kawę i poszedłem do pokoju po garnitur. Nie lubiłem się tak ubierać, ale czasem po prostu trzeba. To była właśnie taka sytuacja. Przyniosłem sobie kawę i zacząłem ją pić w biegu. Poszedłem po krawat. Czerwony. Założyłem. Sięgnąłem po papierosy i jednocześnie uśmiechnąłem się do swojego odbicia w lustrze: co by powiedziała moja mama jakby zobaczyła jak się odżywiam? Ciekawe ale mało istotne. Zwłaszcza teraz. Na zewnątrz byłem gotowy, lecz w środku nie byłem pewien ani trochę tego jak się zachowam i czy zdołam się zachować tak jak powinienem. Jednak musiałem być silny; jeśli nie dla siebie, to dla ludzi którzy we mnie wierzyli i na mnie czekali. Zadzwonił dzwonek; umówiony wcześniej sygnał. Szczury podstawiły samochód.

Większość drogi pokonaliśmy zupełnie bez słowa. Tak jakby żaden z nas nie był do końca pewien tego co ma czuć w związku z tym wszystkim. Jak zachować się w takim dniu. Siedziałem pogrążony w zadumie i patrzyłem przez przyciemnione szyby na rozmazujące się w oddali miasto. Trasa była prosta, a my nie byliśmy dodatkowo niepokojeni. Wszystko szło dobrze. Prosto. „Aż za prosto” pomyślałem i zaraz potem skarciłem się w myślach: „To normalne, że jest mi ciężko. Nie ma jednak powodu do obaw„. Chciałem w to wierzyć. Kiedy minęliśmy starą i dawno już nieużywaną fabrykę, skręciliśmy w lewo  i opuściliśmy już ostatnie typowo miejskie zabudowania. Zaczynała się ziemia niczyja. Mocno zniszczona wojną, biedna i pozostawiona sama sobie. Jeśli wierzyć słowom naszego gościa w barze; kontrolę tu sprawowała nasza Organizacja. Jednak i tak poleciłem ekipie zachować wzmożoną czujność. Jakiś kilometr albo dwa przed cmentarzem trafiliśmy na pierwszych żałobników. Z metra na metr ich tłum stawał się coraz bardziej gęstszy. Byłem serio pod wrażeniem. Zresztą nie tylko ja, siedzący z tyłu Szczur szturchnął mnie w ramię i powiedział:

Szefie niby wszystko rozumiem, ale czy to nie przesada? Z tego pogrzebu wyszła jakaś manifestacja. Większość z nich przecież nawet go nie znała– był zirytowany. Miał prawo? Miał. Ale oprócz tego miał też konkretne obowiązki. Ja też je miałem. I musieliśmy je dzisiaj przedłożyć ponad to co sami czuliśmy gdzieś tam w głębi serca.

-Daj spokój. Ludzie mają prawo oddać mu cześć– na pewno? Skoro sam nie  byłem przekonany to jak mogłem przekonać ich? To jednak musiało im wtedy wystarczyć. Musiało wystarczyć też mi.

Umowa była taka, że wszyscy ludzie którzy chcieli wziąć udział w ceremonii pogrzebowej, zgromadzą się przed bramą cmentarza, a do środka zostanie wpuszczona jedynie rodzina i samochody należące do ludzi z naszej Organizacji. Całość obstawiały Szczury. Wszędzie widziałem naszych ludzi, lub powiązanych z nimi ochroniarzy. To był dla mnie niezwykły widok i chyba nie tylko dla mnie. Ludzie którzy byli razem z nami, czuli że uczestniczą w czymś wyjątkowym, choć pewnie nie do końca to rozumieli. Zagubiona była także rodzina zmarłego, jednak godzili się na to wszystko. Widocznie musieli wcześniej wszystko uzgodnić z naszymi ludźmi. Powoli torowaliśmy sobie drogę, cicho trąbiąc i systematycznie przedzierając się przez tłum ludzi, powitano nas skinieniem głowy i otworzono nam bramę. W centralnym miejscu cmentarza zbudowano piękny ołtarz z zadaszeniem. Na schodach do niego prowadzących, stała piękna dębowa trumna, a w niej ciało naszego kolegi.

Stańmy z tyłu. Chyba nie powinniśmy podchodzić bliżej– no bo co może myśleć matka o ludziach przez którego straciła swojego jedynego syna? Jakie może mieć zdanie ojciec o człowieku, przez którego zgasło światło, mające stanowić dla niej oparcie i pocieszenie na starość? To że nie mieliśmy prawa podejść od razu; wydawało mi się co najmniej oczywiste.

Podeszliśmy na chwilę do trumny. Żeby się przywitać? Bo tak trzeba? Po czym stanęliśmy pod murem, prawie kompletnie na uboczu. Ceremonia się powoli zaczynała. Przybył ksiądz wraz z orszakiem towarzyszących mu ministrantów. Zaczęło się od pieśni:

Ja jestem Zmartwychwstanie i życie. Kto wierzy we mnie, choćby i umarł, żyć będzie, a każdy kto żyje i we mnie wierzy, nie umrze na wieki.

Piękne słowa. Zacząłem wpadać w dziwny nastrój. –Spotykamy się tutaj by towarzyszyć w ostatniej drodze temu niezwykłemu młodemu człowiekowi. Był naszym znajomym, był synem, bratem a także wiernym przyjacielem i niestrudzonym bojownikiem o lepsze jutro; nie dla niego samego lecz dla innych. Taki był i właśnie takim go zapamiętamy!

Wraz z ostatnim słowem księdza rozległ się potężny szloch. Jakaś kobieta ubrana cała na czarno, chyba jego matka padła na kolana. Chcieli ją postawić z powrotem na nogi, lecz dostała wtedy jakiejś nadludzkiej siły, bo nie dała się rozdzielić z synem, tylko jeszcze mocniej przywarła do położonej na schodach trumny. Obejmowała ją tak jakby miała nadzieję, że może zatrzymać syna i nie pozwolić mu odejść. Ksiądz był niezwykły; wiedział co mówił, choć byłem pewien że go nawet nie znał. Mówił dokładnie tak jak było i trafiał prosto w serce. Skąd wiedział? Może kto inny wtedy mówił, a on tylko poruszał ustami?

Panie! Spójrz na nas z nieba! Jest tu tak jak napisano w Księdze: „Depczą Twój lud Panie i gnębią Twoje dziedzictwo. Mordują wdowy i przybysza, zabijają sieroty. Zrozumcie, nierozumni wśród ludu! A wy głupcy kiedy zmądrzejecie?”. Wiecie do kogo teraz wołam. Spójrzcie z wysokich gmachów i szklanych wieżowców. Niech spojrzą na nas i na ciało tego młodzieńca. Niech wiedzą, że z jego krwi wyrośnie Opór jakiego jeszcze nie widzieli. Opór oparty nie na zemście, lecz na pragnieniu sprawiedliwości!

Miał rację. Mówił to co czułem od dłuższego czasu. Mówił to co czuli wszyscy. Nadszedł już chyba czas. Nawet Ci zwykli ludzie; mogli być już wtedy pewni że to w czym uczestniczą jest czymś niezwykłym. Przełomowym. Przedstawiciele rodziny rozglądali się lekko zdezorientowani, ale wdzięczni. Jeśli cokolwiek może nadać sens tak bezsensownej śmierci- to będzie to tylko takie postawienie sprawy. Widziałem jak Komendant się uśmiechał. Wszystko szło dokładnie tak jak to sobie zaplanował. Ksiądz zaczerpnął trochę powietrza. Tym razem zwrócił się już bezpośrednio do nas:

A Wy co? Doskonale wiem, kto dzisiaj pomaga tutaj w organizacji tego pogrzebu. Wiem do kogo mam tutaj w większości mówię. Co z tym zrobicie? Jak długo pozwolicie się mordować?– odpowiedziały mu gniewne okrzyki i wzniesione w górę pięści- Szczury muszą wyjść z ukrycia! Ten jeden ostatni raz!

Rozległ się grzmot i zaczął padać deszcz. W jednym momencie rozłożono setki czarnych parasoli. Z tłumu wyłoniła się wybrana wcześniej delegacja, podniosła trumnę do góry i oparła ją na ramionach. Rozpoczęła się ostatnia droga. Ostatnia podróż mojego kochanego kolegi. Na chwilę przystanąłem.

Przybądźcie z nieba na głos naszych modlitw,
mieszkańcy chwały wszyscy święci Boży;
Z obłoków jasnych zejdźcie aniołowie, 
Z rzeszą zbawionych spieszcie na spotkanie. 

Anielski orszak niech twą duszę przyjmie, 
Uniesie z ziemi ku wyżynom nieba,
A pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi, 
Aż przed oblicze Boga Najwyższego.

Ukryłem twarz w dłoniach:

Idźcie już! Zaraz przyjdę. No idźcie już do cholery!

Złapałem się za głowę i zacząłem szarpać się za włosy. Momentalnie się skuliłem. Cała samokontrola, którą miałem jeszcze minutę wcześniej, ulotniła się. Nie istniała. Wszystko zaczęło wracać. Ja go bardzo lubiłem. Był czymś więcej niż moim człowiekiem, był moim serdecznym przyjacielem. Wszystkie te piękne wydarzenia, całe wspólne życie przebiegło mi teraz przed oczami. Jego błyszczące oczy; które w trudnych chwilach dawały spokój a w łatwych przypominały o ich wyjątkowości. Przyjaźń która miała przetrwać wszystko już nie istniała- nie udało mi się jej obronić. Zacząłem płakać. Powinienem się wstydzić? Wszystko mi jedno; ludzie przechodzili obok mnie i mijali mnie nie zwracając uwagi. Potok idących powoli i kołyszących się ludzi. Ostatnia droga. Ostatnia podróż. Muszę wstać. Powinienem. Przecież jestem mu to winien.

Znalazłam Cię…– głos znajomy. Znowu. Podniosłem głowę. To ta dziewczyna z klubu. Dominika. Miała piękne rude włosy. Prawie ogniste. Wcześniej zupełnie nie zwróciłem na nie uwagi. Rude włosy i błyszczące oczy, które teraz wołały mnie z powrotem. Z powrotem do życia.

Przepraszam. Naprawdę prze…

Nie teraz. Chodź– Wzięła mnie pod rękę i pomogła wstać- Dołączmy do reszty- Ona chyba jednak rozumiała. Chyba wszystko rozumiała. Nareszcie.

Niech cię przygarnie Chrystus uwielbiony, 
On wezwał ciebie do królestwa światła.
Niech na spotkanie w progach Ojca domu 
Po ciebie wyjdzie litościwa Matka.

Szliśmy jakiś czas. Powoli miarowym krokiem. Sekundy zamieniały się w minuty. Minuty w godziny? Nie, to chyba przesada. Znowu zacząłem myśleć o tym czym jest czas. Czas który mija. Czas którego nie można odzyskać. Czas, którego mój kolega już nie ma. Ile ja mam jeszcze swojego czasu? Ile mi go jeszcze zostało? Czas jest względny. Nie wiele znaczy. Szedłem z moimi przyjaciółmi i z Dominiką. Wszystko na miejscu? Tak jak powinno być? Prawie. Już prawie koniec. Dziura w ziemi przygotowana na trumnę wszystkich zmroziła. Na tym etapie mało komu udawało się już zachować zimną krew. Trudno się dziwić. Kapłan podszedł do trumny po raz ostatni się nad nią modląc. Potem były pożegnania. Członkowie rodziny, przyjaciele, nauczyciele ze szkoły. Z zamyślenia po raz kolejny wyrwał mnie mój człowiek:

Szefie. Teraz czas na Ciebie. No dalej, rodzina wyraziła zgodę

Oniemiałem. Nie spodziewałem się tego że ktokolwiek pozwoli mi przyjść, a co dopiero że będę musiał tutaj przemawiać. Co im powiedzieć? Jak powiedzieć? Zachwiałem się. Niepewnie postawiłem pierwszy krok.

Spokojnie. Pomogę Ci. Pójdę z Tobą– Dominika po raz kolejny się uśmiechnęła i wzięła mnie pod rękę. Byłem wdzięczny. Naprawdę. Mam wobec niej dług.

Podeszliśmy powoli do mikrofonu. Powiedz  po prostu to co czujesz– zdążyła mi jeszcze szepnąć na ucho Dominika. Uśmiechnąłem się; łatwo powiedzieć, ale miała rację: tak należy. Do dzieła.

Nie oczekiwałem tego, że będę miał okazję tutaj przed Wami przemawiać. Co mogę powiedzieć? Znałem go tak długo jak każdego z moich ludzi i tak samo co dnia walczyłem o jego los i starałem się bronić go przed złem tego świata. Nie udało mi się. Przyznaje to tutaj otwarcie przed Wami drodzy Rodzice i proszę o przebaczenie. Obiecuje, że przelana krew nie pozostanie bez odpowiedzi; znajdziecie sprawiedliwość. Zadbam o to osobiście!

Rozległy się brawa. Ludzie kiwali głową z uznaniem. I ze zrozumieniem. Gdzieniegdzie leciały łzy, ze strony rodziny odebrałem całą gamę różnych uczuć. Lecz była pośród nich także wdzięczność. Tego mogłem być pewien. Zagrały trąby. Trumna została podniesiona. Zaśpiewano ostatnią zwrotkę niezwykłej pieśni:

Promienny Chryste, Boski Zbawicielu,
jedyne światło, które nie zna zmierzchu,
bądź dla tej duszy wiecznym odpocznieniem,
pozwól oglądać chwały Twej majestat.

Trumna została złożona w grobie. Zaległa nieprzenikniona cisza. Po kolei, pojedynczo podchodzili tam różni ludzie i wrzucali tam róże. Piękne czerwone róże, które tego dnia mogły symbolizować bardzo wiele różnych rzeczy. Równie pięknych. Podeszliśmy też my. Ostatnie pożegnanie. Ostatni hołd. Gorzki żal. Będzie mi go bardzo brakowało. Odeszliśmy. Ta część uroczystości z uwagi na ilość osób trwała dłuższy czas. Potem przyszedł czas na kondolencje. Do najbliższej rodziny ustawił się długi rząd ludzi. My stanęliśmy na końcu. Jak spojrzę im w oczy? Co powiem? Chyba nie powinienem. Spuściłem głowę. Czekałem. Powoli przesuwaliśmy się do przodu. Powoli, krok po kroku tłum się zmniejszał, a my staliśmy coraz bliżej rodziny naszego przyjaciela. Gdy pomiędzy nami nie było już nikogo, a nasze spojrzenia wreszcie bez przeszkód się spotkały, poczułem jakby czas się zatrzymał. Niekończąca się chwila. Zawieszone bicie serc. Pętla czasu. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Jego rodzice na nas spojrzeli i to oni podeszli do nas.

Nic nie mów! Nic nie musisz mówić– zaczęła stanowczo jakaś kobieta. To musiała być jego matka

Wiemy kim jesteś– podjął wypowiedź jego ojciec- wiemy ile dla Ciebie znaczył. Te kondolencje należą się Tobie tak samo jak nam, bo byłeś dla niego ojcem tam gdzie ja nim być nie mogłem. Towarzyszyłeś mu tam gdzie mnie nie było i byłeś z nim na dobre i na złe. Byliście dla niego rodziną kiedy my już nie mogliśmy. To nie jest bez znaczenia… Nigdy nie było– powiedział patrząc mi prosto w oczy

Ktoś szarpnął mnie delikatnie za rękę, spojrzałem się na dół, to była jego młodsza siostra:

Obiecaj mi że jego imię nigdy nie zginie. Obiecaj mi że Szczury wezmą go na swoje sztandary. Obiecaj mi że go pomścicie. Nie czekamy na puste słowa, to właśnie takich kondolencji chcemy od Ciebie

Obiecuje– odpowiedziałem

Ludzie zadziwieni tym wydarzeniem, przystanęli na chwilę, a potem zaczęli podchodzić też do nas, gdzie składali nam kondolencje jako druhom i towarzyszom broni zmarłego. Składali kondolencje Szczurom. A my ich słuchaliśmy i dziękowaliśmy im,  często ze spuszczonymi głowami. Stała przy nas także Dominika, stała przy mnie, a ja cieszyłem się z jej wsparcia i wierzyłem wtedy jak nigdy dotąd, że pomimo trudnych okoliczności, wszystko było w końcu na swoim miejscu. Tak to był wyjątkowy dzień. Zdecydowanie.

Wracając, zostawiliśmy samochód na przedmieściach tak żeby zatrzeć wszystkie ślady i żeby nikt nie mógł nas powiązać z pogrzebem i tym co się na nim działo. Zwyczajne środki bezpieczeństwa. Resztę drogi przeszliśmy na piechotę korzystając z dobrej pogody i ciepła. Szliśmy jak grupa dobrych przyjaciół, z boku nikt nie byłby w stanie nas rozpoznać. Nikt nie powiedziałby z kim ma do czynienia. Wszystko zwyczajnie. A przynajmniej z pozoru. Weszliśmy do metra. Będzie trochę szybciej i wygodniej. Śmiech, wygłupy. Cały czas trzymałem ją za rękę. Było mi dobrze. Wszystko całkiem spoko. Trzy stacje. Z resztą linia w tym mieście wiele więcej nie miała. Cud że zdołali wybudować choć tyle. Wyszliśmy na powierzchnie po długich, typowych schodach. Przeszliśmy przez plac z wieżą zegarową, który kiedyś pełnił rolę rynku, a dziś był miejscem spotkań dzieci i skateów jeżdżących na rolkach i na deskach. Jednak gdy go minęliśmy coś się zmieniło. Niby niezauważalnie, lecz istotnie. Na początku sądziłem, że ten czarny samochód który za nami jechał to przypadek. Jednak z minuty na minutę coraz bardziej umacniałem się w przekonaniu, że tak nie jest. Coś było ewidentnie nie tak. Szczury też już to zrozumiały. Wystarczyło szybkie spojrzenie; krótkie lecz znaczące skinienie głową.

Wiecie co? Muszę jeszcze coś przemyśleć i załatwić. Pójdę dalej sam. Proszę odprowadźcie ją razem pod same drzwi– powiedziałem starając się przy tym brzmieć jak najbardziej zwyczajnie.

Jak to!? Co się stało?– zapytała ewidentnie przestraszona  Dominika. Jakim cudem ona zawsze potrafiła w mig zrozumieć co mam na myśli? I to co staram się ukryć?

Niee, nic. Wszystko okej. On tak czasem ma. Chodź odprowadzimy Cię– starał się uspokoić ją jeden ze Szczurów

Tak, naprawdę nie ma się czym przejmować. Zobaczymy się jutro. Obiecuje!– uśmiechnąłem się i nie czekając na jej odpowiedź, poszedłem szybko zupełnie w drugą stronę. Ani razu się nie obejrzałem. Oby zrobili to o co ich poprosiłem.

Już po parunastu minutach zrozumiałem że całkiem trafnie oceniłem sytuacje. Ten sam samochód wciąż za mną jechał. Z tym że teraz reszta była bezpieczna. Przynajmniej taką miałem nadzieję. Czy uda mi się go zgubić? Marne szanse. Jeśli to akcja służb to z całą pewnością ktoś czeka też pod moim domem. Mogłem mieć tylko nadzieje. I nie chodzi tu o nadzieję dotyczącą tego że uda mi się uciec, chodziło o nadzieję dotyczącą tego że moi ludzie i Dominika będą bezpieczni. Tak, właśnie o to mi chodziło. To było dla mnie kluczowe. Czas się zrehabilitować; jako dowódca i jako przyjaciel. Myśl o tym przywołała uśmiech na mojej twarzy. Odrobinę spokoju. Byłem już niedaleko domu. Musiałem coś zrobić, żeby ich ludzie stracili zainteresowanie moimi i skupili się już tylko na mnie. Musiałem zmienić plan operacji. Wprowadzić niespodziewaną zmienną. Zmusić ich do odkrycia kart. Udałem że muszę zawiązać buta. Kucnąłem. Odetchnąłem. Jeden oddech, może dwa. Przeżegnałem się w myślach. Teraz albo nigdy. Wstałem, wyprostowałem się, po czym odwróciłem się i rzuciłem kamieniem w szybę śledzącego mnie auta. Podziałało. Samochód gwałtownie się zatrzymał, wpadając w mały poślizg. Usłyszałem przekleństwa. Wiele przekleństw. W tej samej chwili otworzyły się drzwi innych samochodów stojących pod domem. Zrozumiałem, że już nie mam wyjścia. Ucieknę do domu i tam spróbuje się zabarykadować. Nie dam się łatwo.

Usłyszałem strzał. Lecz mało wprawny. Oddany pod wpływem emocji. Gdzieś ponad mną. Może koło ucha. Stłumiony krzyk. Dopadłem do klatki. Skakałem co dwa, nawet co cztery schodki. Musiałem. Musiałem zdążyć. Jeszcze dwa piętra. Jeszcze jedno. Znikąd nie można liczyć na pomoc. Tylko moje mieszkanie. Tylko tam mam szanse. Ostatni zakręt. Drzwi. Są już drzwi. Złapałem za klamkę i… Nie zdążyłem jej przekręcić. Mocne i zdecydowane uderzenie w twarz. Zbyt szybkie żebym coś zobaczył, wystarczające za to by je poczuć i zalać się krwią. To było coś metalowego. Jakiś teleskop albo coś takiego. Upadłem na podłogę. Zacząłem tracić obraz. Wszystko zaczęło falować. Usłyszałem jeszcze tylko zdecydowany rozkaz

Zabierzcie go! Szybko. Mamy pół minuty i znikamy

Potem była już tylko ciemność.

Nigdy nie trać czujności

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.