Dawid Kaczmarek: Z Pamiętnika Szczura #9

Ból. Ostry ból. Przy każdym nawet najdrobniejszym i najmniej skomplikowanym ruchu. Czułem się trochę tak jakby mnie całego z wielką precyzją połamano i zapomniano później poskładać. Odrobinę przerażające. A może bardzo, co? Ruch głową czy nawet palcem- to było w tamtej chwili niemożliwe. Po prostu. Taka sytuacja. Próbowałem otworzyć oczy. Ciemność. Na pewno je otworzyłem? Chyba tak. Mimo tego przed oczami wciąż miałem to samo. Korowód ciemnych plam. Małych i dużych. Ciemne plany tworzące wzory. Nieregularne. Piękne. Niezwykłe. Senne koszmary? Czy jednak rzeczywistość? Gdzie leży różnica? Starałem się poruszyć. Ruch-ból-ruch-ból. Jednak im bardziej się starałem tym bardziej czułem się… żywy? Paradoks? Nawet jeśli wciąż bolało, to powoli wracały do mnie także szczegóły. Detale. Chociaż to może zbyt duże słowo. Wracały do mnie poszarpane i pocięte obrazy, a raczej ich strzępki. Z poprzedniego dnia? Wieczora? Paru ostatnich godzin czy minut? Nie wiem. Przecież wokół była tylko ciemność.

Ciemność no i dźwięk. Z początku cichy i niezauważalny, lecz z minuty na minutę stający się coraz to bardziej wyraźny. Warkot silnika. A więc samochód! Jestem w bagażniku? Próbuje się rozejrzeć. Jeśli to co widzę jest wystarczające, to albo bagażnik albo paka jakiegoś dużego auta. W środku cisza. Jestem sam? Ja i Ciemność. Myśl! Myśl jak tu się znalazłeś! Gdybym tylko mógł ruszać teraz rękami, to złapałbym się za głowę próbując zmusić się do myślenia. Pogrzeb… Byłem na pogrzebie. Wielka mowa. Nie panikuj! Podniosły nastrój. Setki ludzi. Szczury wyszły z ukrycia. Natchniony kapłan który wzywał nas do powstania. Powstaliśmy? Coś z tego wyszło? Jakaś rewolucja? Nie jestem pewien. Rodzice. Kondolencje. Potem był powrót. Czuliśmy się dobrze. Razem. Metro. Ktoś mnie tam trzymał cały czas za rękę. Jakby się bał, że mnie straci. Jakby się bał, że ta historia może się w każdej chwili skończyć. Dominika? Pamiętam! Ktoś nas śledził. Samochód. Słyszałem strzał i przekleństwa. Pamiętam ucieczkę i ból. Obezwładniający. Ból który nie zwraca na nic uwagi. Nie pyta o pozwolenie. Przychodzi i nie znika. Zostaje na zawsze. Czyli zostałem porwany? To chyba mało prawdopodobne. Nie byłem przecież zwykłym człowiekiem. Takich jak ja się nie porywa. Więc w grę wchodziło raczej jedynie aresztowanie. Metody, to jak to zrobiono i jakie zaangażowano w to środki…- to było albo wojsko, albo tajne służby. Tak czy siak; miałem marne szanse.

Leżałem spokojnie. Z resztą co innego mogłem wtedy zrobić. Samochód cały czas jechał prosto. Przynajmniej tak mi się wydawało. Praktycznie nie skręcał. Co najwyżej raz na jakiś czas podskakiwał na nierównościach. Klasyka. Nasłuchuje. Wytężam słuch. No, przynajmniej próbuje. Zapamiętuje. Liczę zakręty, odmierzam mijające sekundy… Jak byłem mały, lubiłem oglądać filmy akcji. Wiecie no, takie ze strzałami, pościgami i awanturami. Moja babcia mówiła na nie: „filmy z rodzaju tych co go zabili i uciekł”. Śmieszne. Przynajmniej trochę. Czy już wtedy mogłem wiedzieć, że moje dalsze życie nada się na scenariusz do jednego z takich filmów? Albo do tego typu książki? Próbuje w myślach wyznaczyć trasę jaką pokonaliśmy. Z całych sił próbuje zapamiętać wszystkie szczegóły jakie tylko są w zasięgu mojego wzroku. Tylko ile można zapamiętać jeśli wokół jest ciemność? Jak na filmach. Zaraz pewnie jakimś cudem ktoś do mnie zadzwoni, a ja podam mu trasę. I znajdą mnie, uratują! Był tylko jeden szczegół. Ten z rodzaju tych, które zawsze psują nawet najbardziej misterne układanki. Psują układanki, które mają poprawiać nastrój. Fałszować rzeczywistość. Jeśli to były faktycznie służby to już nie wrócę. Od nich już nikt nie wraca. Szczury tu giną. W tych samochodach, w tych więzieniach i mordowniach. I wiecie co? To w sumie nawet trochę śmieszne. Brak nadziei chyba faktycznie czyni człowieka naprawdę wolnym. Postanowiłem czekać. Czekać na to co wydawało się nieuniknione.  Mimo wszystko naprawdę miałem w tamtej chwili nadzieję, że moja historia będzie mieć pozytywne zakończenie…

Kiedy siedzisz w ciemności i nie możesz się ruszyć, myśli płyną we wszystkich możliwych kierunkach. Płyną i nie można ich zatrzymać. Nawet nie próbuj tego zrobić. Nie warto. Płyną do dalekich miejsc i próbują ochronić tego od kogo pochodzą. Ale tutaj myśli nie pomogą. Nie mogą. Nie tym razem. Wszystko zwalania. Nagle i niespodziewanie. To trochę brutalne. Bagażnik się otwiera. Wyciągają mnie. Ręce. Przejście z ciemności do światła. W sumie powinienem się cieszyć. Tylko co z tego? Tam byłem przynajmniej bezpieczny, a tu? Złapali mnie za ręce. Wywlekli jak psa. Znikąd pomocy. Znikąd nadziei. Ten kto to widział nie zareagował. Każdy odwrócił wzrok. Zamknęli oczy i zatkali uszy. Zasłonili okna. To takie łatwe. Zwłaszcza dzisiaj.  Powszechne. Gdzie teraz? Dokąd mnie prowadzą?

Duży budynek cały ze szkła. Pałac z ogromnym podwórzem. Ogrodem? Podświetlony. Błyszczący majestat na tle ciemnego nieba. Reflektory sięgające gwiazd. Wszechobecne. Monumentalne. Olbrzymie sztandary z logiem rządzącej partii. Motto: „Zjednoczeni w sprawiedliwości”. Co za ironia. Setki schodów. Setki marmurowych schodów. Brama. Szare mundury. Broń. Klatka schodowa. I kolejna i kolejna. Kraty. Jedne, drugie. Następne. Posterunek strażników. Kolejne kraty. Szczęk kluczy. Zamek. Coś jest nie tak. Zamek się zaciął? Zły klucz? Mam chwilę, żeby odsapnąć. Rozejrzeć się. Ocenić sytuację. Próbuje podnieść głowę. Tylko chwila wysiłku. No dalej. Podnieś się. Przecież muszę wiedzieć. Chwila. Chwila która ciągnęła się w nieskończoność. Tak, coś już widzę. Szary mundur. Naszywka na rękawie. Bardzo charakterystyczna. Gdzieś ją już widziałem. Chwila olśnienia; a potem ból. Znowu. Proste uderzenie w twarz. Znikąd. Upadłem na podłogę. Kopnięcie w bok. Dwa, a może trzy lub nawet więcej. Wierz mi, po którymś razie to przestaje mieć znaczenie. Otworzyły się jakieś drzwi. A może i nie? Wciągnęli mnie do środka. Wyszli. Drzwi się zamknęły. Trzask i zaraz potem głucha cisza. Byłem w Kwaterze Głównej Służby Bezpieczeństwa. Zacząłem się naprawdę bać. Tak po ludzku. Ciemność przyszła nagle. Jak zwykle.

Jak sądzisz: ile można wytrzymać w takim miejscu? Dni? Godziny? No co ty, niżej chyba nie zejdziemy nie? Ale powiedz mi, proszę: co ty byś zrobił na moim miejscu? Dałbyś radę? Żyjemy w czasach, w których wszystko podlega łatwej ocenie. Zbyt łatwej. Zbyt często oceniamy, nie mając pojęcia o czym mówimy. W tej celi nie było kompletnie niczego. Rozumiesz? Szare ściany. Zimna i brudna podłoga. Pełna śmieci i wszelkiego syfu. Żadnego łóżka. Żadnego materaca. Dziurawe okno na sporej wysokości przez które wdzierał się tylko wiatr i deszcz. Mieli to gdzieś czy przeżyje. Więc o co im chodziło? Co chcieli osiągnąć? Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Stukot ciężkich butów, szare mundury i ręce. Zasłonili mi oczy czarną przepaską i wszystko zaczęło się od początku. Tylko teraz; z góry na dół. Setki schodów. Każdy kolejny wyczuwałem nogami bezwładnymi z bólu i zmęczenia. Przywlekli mnie do jakiegoś pokoju. Posadzili na metalowym fotelu. Przywiązali mi do niego nogi i ręce. Bolało. Potem głowa. Nie mogłem się nawet obrócić. Unieruchomiony w pozycji półleżącej. Kurde to prawie jak w filmach science-fiction. Co? W sensie że to nie miejsce na taki humor? Taki los wisielca. Jak prawdziwy skazaniec. Zdjęli mi opaskę. Próbowałem się rozejrzeć. Ale wokół znowu była tylko ciemność. Po prawdzie zaczynałem się już z nią powoli zaprzyjaźniać. Wydawało mi się nawet, że siedzę w powietrzu. Nie widziałem ani podłogi ani żadnego innego punktu w przestrzeni, na którym mógłbym skupić wzrok. Nigdzie nie było oparcia. Nigdzie nie było ratunku. Do rąk miałem przypięte jakieś kable. Do głowy chyba też. Co to za ustrojstwo? O co w tym chodzi? Aaaał. Ból. Tak po prostu. Ból który wziął się znikąd. Rażą mnie prądem? Znooowu. To samo. Usłyszałem stanowczy głos:

Nie opieraj się. To nie ma żadnego sensu!

Nie widziałem nikogo. Nie widziałem kto do mnie mówił. Gdzie są…? Ból. Po raz kolejny. Zacząłem płakać. Bezsilność? Beznadzieja? Jak mogę sobie z tym poradzić? Jak mogę poradzić sobie z nimi?!

Nie możesz. Wiemy kim jesteś. Nie masz żadnych szans. To proste. Powiesz to co chcemy usłyszeć, a potem już nigdy więcej nie będzie boleć. Obiecuje…

-Wal się! Pokaż się! No poka…- przerwał mi kolejny impuls, a w ślad zanim przyszedł ból. Tym razem był inny, nie tylko w głowie lecz przeszedł już przez całe ciało. Rozchodził się w każdym możliwym nerwie, żyle i tętnicy. Tak jakbym…? Płonął? Jak to możliwe? Spojrzałem się na siebie. Przecież wciąż byłem w jednym kawałku. Przynajmniej teoretycznie. Nie działo się nic złego, więc jak…?

To najbardziej idealny rodzaj bólu. Mogę Ci zadać cierpienie na sto różnych sposób i nawet się nie zmęczę. Mało tego będę się przy tym całkiem dobrze bawić- głos brzmiał tak jakby mówił do mnie komputer. Tylko że… To nie była cholerna gra. To działo się naprawdę!

Ja nic nie wiem. Jestem tylko zwykłym chłopaki…- i znowu ból. Ile razy to się powtórzy? Jak długo to będzie trwało?

Przecież mówiłem. Mogę tak w nieskończoność. Umówmy się w ten sposób: ty nie kłamiesz, a ja w zamian… Nie w sumie to wiesz co? Ból będzie i tak. Daj mi coś! Daj mi coś jak chcesz żebym zmienił zdanie. Imiona, nazwiska, miejsca spotkań, skrzynki kontaktowe. GADAJ!

-Nic nie wiem. To tak nie działa…

-No właśnie. O to mi chodzi; powiedz mi jak to działa. Powiedz mi wszystko!

Co byś zrobił w takiej sytuacji? Dałbyś radę? Na ile starczyłoby Twojej odwagi? Co byś mu odpowiedział? Nigdy o tym nie myślałeś? Może najwyższy czas. Choć starali się, żebym nie miał ani chwili czasu na to by się zastanowić nad odpowiedzią, ból przynosił ze sobą też coś czego chyba nie brali pod uwagę. Im więcej było bezsensownego bólu tym bardziej moje ciało zaczynało się do niego przyzwyczajać. A myśli? Myśli znowu zaczynały płynąć. Gdzieś daleko. Ponad ten pokój i całe to więzienie. Szybowały wysoko w chmurach, a ja wraz z nimi. Byłem bezpieczny. Tu nie mogli mi nic zrobić…

Cholera odleciał! Sprowadź go! Nie mamy czasu!

Ból. Trzy lub cztery impulsy następujące po sobie. Na różne sposoby i w różnych miejscach. Udało im się. Wróciłem. Ale nie zamierzałem odpuszczać. Nie teraz. Muszę dać radę.

Pierdol się!

Posłuchaj mnie- głos tak jakby trochę się zmienił. Inna osoba? Czy tylko mi się to wydaje? Ilu ich tam jest? –To naprawdę nie ma sensu. Pomyśl o tym ile masz do stracenia­- w tym momencie tak kompletnie znikąd, przed oczami pojawiło mi się coś w rodzaju ekranu- Twoi rodzice– pojawiła się na nim scena przedstawiająca starszego mężczyznę i kobietę w ciężkim stanie, leżących w jakiejś celi podobnej do mojej- Tak. Mamy ich tutaj. Całkiem niedaleko Ciebie. Załamaliśmy ich bardzo szybko!– To nie możliwe. Oni mieli być bezpieczni. Obiecano mi to. Szczury miały to załatwić!

Kłamstwo! Moi rodzice nie żyją. Już parę lat jak ich pochowałem…

Błąd. Z tego co wiemy to oni pochowali Ciebie. Serio myślałeś że jeśli Organizacja da Ci nowe życie to ochronisz ich przed naszą zemstą? My jesteśmy wszędzie. Przecież wiesz…- następna scena i „moi rodzice” zamienili się w moją siostrę. Spała spokojnie w swoim pokoju. Kamera była dosłownie parę metrów od jej twarzy. To już wyglądało o wiele bardziej realnie. Niestety. Poznawałem pewne szczegóły. Detale. To był faktycznie jej pokój. Wyglądała dokładnie tak samo jak wtedy, gdy widziałem ją po raz ostatni ­-Póki co ona tylko śpi. Ale wierz mi lub nie. Wystarczy że nacisnę ten mały przycisk którym mam tutaj przed sobą. Ekipa która tam wpadnie przyprowadzi ją tutaj. Przecież już raz ją dorwaliśmy. Wiesz że możemy to zrobić znowu. Tylko teraz nie skończy się tylko na siniakach. Będzie przy tym więcej zabawy…- czy człowiek jest w stanie usłyszeć czyjś uśmiech? Bo ja wtedy byłem prawie pewien, że osoba po drugiej stronie perfidnie się uśmiecha, widząc jak udało jej się znaleźć mój czuły punkt. Zadowolona z siebie. Przecież Szczury nie spuszczały z oka mojej siostry. Była ukryta daleko stąd. Więc jak? Skąd wiedzieli? Jakim cudem mogli mi tutaj puścić pieprzoną transmisję live z jej pokoju?

Myślisz że już znalazłem Twój czuły punkt? Myślisz, że to koniec? To popatrz na to. To na pewno Cię przekona- miejsce mojej siostry zajęła jakaś inna dziewczyna. Rude włosy, błyszczące oczy. Dominika! Po paru sekundach na jej twarzy pojawiły się sińce. Usłyszałem strzał. Jeden, drugi. Na jej ciele pojawiły się rany. Popłynęła krew. Gęsty strumień krwi. Mój Boże! Nie! Przecież ona jest niewinna. Ona nic o nas nie wiedziała. Nie miała z tym wszystkim nic wspólnego…- Patrz! Patrz debilu i nie zamykaj oczu. Nie wolno Ci! To się stanie rozumiesz? Stanie się i to przez Ciebie jak mi nic nie powiesz!

Mój Boże. Dominika. Niewinna osoba z zupełnie innego świata. Miła i mądra dziewczyna. Lepsza od nas wszystkich. Lepsza ode mnie. Anioł który nie miał z tym wszystkim nic wspólnego. Ze mną też nie powinna mieć. Nigdy nie powinniśmy się spotkać. Naraziłem ją. Naraziłem ją na niebezpieczeństwo. To będzie moja wina. Boże chroń ją. Przebacz mi. Ty też mi przebacz. Przebaczcie mi wszyscy!

Nic nie powiem. Musisz… Musisz się bardziej postarać!

-Kurwa!- ból. Znacznie mocniejszy niż przedtem- Głupi szczeniaku! Czy ty myślisz że to zabawa?– Ból. Dlaczego on nie mija?- Dorwę je! Rozumiesz? Dorwę je wszystkie!- Kolejny impuls– Przyprowadzę je tu. Zgwałcą je na Twoich oczach. A potem zabiją. I to będzie Twoja wina!

Ból-ból-ból. Musiały mu puścić hamulce. Dostałem naraz więcej impulsów tego świństwa niż kiedykolwiek wcześniej. Co sekundę, co minutę, każda myśl która pojawiała się w mojej głowie, była poprzedzona pasmem bólu o niespotykanej dotąd sile. Tego nie da się wytrzymać. Dostałem drgawek. Szalonych drgawek, które sprawiły że dotychczas silnie krępujące mnie więzy, zaczęły się niebezpiecznie naprężać. Rozluźniać? Jestem jeszcze tu? Jak się nazywam? Czy mnie nie ma? Kim jestem? Niczym. Świadomość zaczynała mi gdzieś uciekać. Nie uciekaj. A może jednak? Tak będzie lepiej. Dokąd? Drgawki. Śmiertelne konwulsje. To koniec? Gdzieś daleko. Myśli płyną. Ból. Jestem wysoko. Nie tutaj. Wcale nie tutaj. Ponad tym wszystkim. Ból. Nawet on nie jest już w stanie sprowadzić mnie z powrotem. Co się ze mną dzieje. Kim jesteeem? Jak się zaczęła ta historia? Co się dzieje? Co tu robie? Świadomość; w kawałkach. Przecież czegoś takiego nie da się wytrzymać. Dziwisz się mi? Trudno. Zaczynało mi być wszystko jedno. Osunąłem się bezwładnie jak lalka.

Dość! Zabierzcie tego śmiecia. Nie mogę na niego patrzeć!

Zdjęli mnie z fotela i zabrali z powrotem do celi. Wiesz co? Kiedy tak celowo obijali mnie o ściany i schody, kiedy mieli gdzieś to co się ze mną stanie. Kiedy nie widzieli we mnie człowieka, lecz coś mniejszego i brudnego. Kiedy zaczynali widzieć we mnie zwykłego Szczura. Wtedy na chwilę przestałem czuć ból. Była już tylko ciemność. Po raz kolejny.

Ocknąłem się chwilę później, na podłodze w celi, w tym samym miejscu, z którego zabrali mnie na pierwsze przesłuchanie. Nadal miałem drgawki. Próbowałem trochę się skulić, żeby było mi cieplej. Przyciągnąć kolana do klatki piersiowej. Nie bardzo mi to wyszło. Kto mnie ochroni? Boże. Nigdy nie byłem idealny. Rzadko kiedy mogłeś być ze mnie dumny. Panie mój: pierwsza i ostatnia Tarczo która broni człowieka. Nie dam rady. To Ty musisz dodać mi siły. Obroń mnie przed nimi.

Dlaczego ludzie są bohaterami? Jak się nimi stają? Ilu z nich ma szlachetne i szczere motywacje? Ilu pragnie tylko zaspokoić własną dumę i próżność? A ty? Jak daleko się posuniesz? Ile wytrwasz? Jak mocna będzie Twoja odwaga, gdy nie dostaniesz za nią pomnika? Jak nie będzie nagród? Co zrobisz dla innych, gdy nikt nie dowie się o Twojej szlachetności? No. Odpowiedz sobie. Teraz. Ile z tego co zrobiłeś w życiu było tylko pustym czynem dla pustych oklasków i nic nie wartych podziękowań? No dalej. Odpowiedz sobie na te pytania zanim ocenisz moją postawę. Wiemy o sobie tylko tyle na ile nas sprawdzono. Mnie właśnie teraz sprawdzano. Bardzo boleśnie i drobiazgowo. Chcesz mnie ocenić? Sam w sumie zaczynałem to robić. Kiedy pęknę? Ile wytrzymam? Gdy otworzyłem oczy, zdałem sobie sprawę z tego, że musiało minąć więcej czasu niż poprzednio. Dano mi więcej spokoju. Pozwolono na odpoczynek. Czemu? Rozejrzałem się po pokoju. O dziwo udało mi się to zrobić stosunkowo łatwo. Ból nie odszedł, ale zmalał. Znacząco. Obok postawiono mi tacę z jedzeniem. Miłosierdzie? Opatrzono mi też rany. Tu już nieprzyjemne ukłucie strachu. Tak gdzieś w okolicach żołądka. Takie coś nie było przecież w ich stylu. Przyjdą po mnie. Przyjdą po mnie znowu. Muszę być gotowy. Muszę walczyć. Walka? O czym ja mówię! Dałbyś radę? Wszystkie niezwykłe wydarzenia w dziejach świata, zaczynały się właśnie od takiego momentu jak ten, kiedy to jednostka z bliżej nieznanych sobie powodów, pod wpływem niezbadanego impulsu, decyduje się stawić czoło wrogom i wrogim okolicznościom. Kiedy decyduje się walczyć.

Chodziłem w kółko po celi. Kulałem. Piętnaście razy w prawo, potem zmiana kierunku. I tak ciągle. Chodziłem i myślałem. Starałem się czymś zająć. Zająć czymś skołowane myśli. Zrobić coś żeby uspokoić trzęsące się ręce. Żeby do ciała powróciła siła i ta nierozeznana jeszcze dotąd przeze mnie iskra, która przez lata rozpalała mnie i chroniła jako Szczura. Powróci? Przecież jestem w miejscu, w którym mam zginąć. Czy człowiek sprowadzony do poziomu brudu może jeszcze w ogóle na nowo rozbudzić w sobie wielkość? Może sobie przypomnieć samego siebie? A może siła i wyjątkowość tworzy się właśnie w takich warunkach? Może tylko tak dorastamy do spełnienia swojego przeznaczenia? Drzwi do celi rozwarły się z hukiem. Wkroczyło dwóch strażników w szarych mundurach z charakterystycznymi naszywkami. Chcieli mnie zabrać. Podeszli bliżej, cofnąłem się odrobinę:

Sam pójdę. Proszę tylko o tyle…- Poprosiłem ich. Poprosiłem swoich oprawców o to by pozwolili mi zachować odrobinę własnej godności. Marne szanse żeby zadziałało? Ale zadziałało. Założyli mi tylko kajdanki i poprowadzili do wyjścia. Moje pierwsze małe zwycięstwo. Jedyne?

Co planowałem? Ile przesłuchań podobnych do poprzedniego będę w stanie wytrzymać? Gdzie jest granica mojej tolerancji na ból? Mojej wytrzymałości? Jeśli pęknę, narażę na niebezpieczeństwo innych: bliskich, Szczurów i całą Organizacje. Nie mogę do tego dopuścić. Będę więc walczyć. Jeśli chcą mnie zaprowadzić do tego samego pokoju, z dziwacznym fotelem skąpanym w ciemności, będziemy musieli zejść na dół. Im będziemy niżej, tym bliżej będę wyjścia. To szansa. Potrzebna jest tylko odrobina szczęścia. Miej otwarte oczy. Bądź czujny. Zawsze. Schody. Setka schodów w dół. Klatka schodowa. Posterunek strażników. Wymiana dokumentów. Jakieś pieczątki. Wydane pół głosem polecenia. Coś tu nie pasuje. Chyba jednak jest jakiś problem. Żołnierz skłonił głowę na znak zgody. I udał się w boczny korytarz. Rozumiecie? W bok! Nie na dół. Prowadzą mnie gdzieindziej. Nie dam rady dzisiaj uciec! Chwila trwająca całą wieczność. Czas zwolnił. Przypływ adrenaliny. Podejmij decyzje. Teraz albo nigdy. Uderzyłem głową jednego ze strażników, a drugiemu na szyję zarzuciłem kajdanki. Dusił się. Pułapka się zatrzasnęła. Udało mi się. Nie spodziewali się tego, a ja zyskałem swoją tarczę. Żywą tarczę.

Nie podchodzić! Zabije go, zabije!– to mogło ich przekonać? Czy brzmiało jedynie jak kwestia ze słabego filmu akcji? Jak dla mnie: bardzo słabego, dałbym mu takie mocne 2 na 10.

Powoli przesuwałem się coraz niżej. Piętro po piętrze. Schodek po schodku. Za mną schodziła grupa mierzących do mnie żołnierzy. Ludzi czy bestii? Potwory. Zostawcie mnie! Schodzili, stawiali kolejne kroki, stopa za stopą. Obserwowali mnie, ale nie robili nic ponad to. Celowali do mnie. Miałem przewagę? Tak wtedy myślałem. Jeszcze chyba dwa piętra. Jedno poszło gładko, nikt nie był w stanie mi przeszkodzić. I nagle stop. Drogę odcięła mi podobna grupa idącą na mnie od dołu. Nie przewidziałem tego? A może nie chciałem tego do siebie dopuścić? Nawet nie miałem jak logicznie pomyśleć. Było ich za dużo. Nie ma szans. Żadnych. Zderzyłem się ze ścianą. Zaczynałem tracić  czujność. Opanowanie. Plan upadł. Co teraz? Może wcale nie mam tego przeżyć? A jeśli to już koniec? Tu i teraz? W taki sposób. Mogłem tylko co najwyżej zachować twarz. Patrząc śmierci w oczy, jedyne co można zrobić to zachować taką godność, która sprawi że nawet wrogowie będą pisać o Tobie pieśni. Godność, która budzi w sercach strach- żywy na wieki.

Jesteś głupi- znikąd rozległ się głos. Ciarki. Ten sam, który torturował mnie wcześniej. Gdzie jest teraz? W jaki sposób cały czas go słyszę, a oni nawet nie zwracają na niego uwagi?

Jesteś głupi jeśli sądzisz, że życie tego człowieka którego porwałeś, ma dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Zabić go!- strzał. Prosty i beznamiętny. Instynktownie zasłoniłem się rękami, lecz to nie moje ciało padło bezwładnie na podłogę, a ciało żołnierza którego wziąłem za swojego zakładnika. Jak z nimi walczyć? Jak walczyć z ludźmi, którzy nie dbają nawet o życie swoich własnych żołnierzy? Przecież to był czyjś brat, syn, kolega. Bezduszni. Nie mieli żadnych zasad. Nie pozwolono mi nawet osunąć się bezwładnie na podłogę, żołnierze dopadli do mnie w przeciągu paru sekund. Bicie i kopanie. Dziesiątki, setki uderzeń. Ból. Po raz kolejny. Teraz ciemność. Czekam, dzięki niej będzie łatwiej. Ale ta historia nie ma łatwych zwrotów akcji. Nie tutaj. Nie tym razem. Zostanę przytomny. Ciemność nie nadeszła.

Zabierzcie go do góry!- padł rozkaz

I znowu. Setki schodów w górę. Teraz dla odmiany widziałem sufit. Sufit i dziesiątki kryształowych żyrandoli. Katowano mnie w pałacu! Powinienem to traktować jako wyróżnienie? Cudownie! Zaniesiono mnie do jakiejś hali na poddaszu. Rozebrano. Związano mi nogi i za ręce powieszono pod sufitem. Za pierwszym razem próbowano mnie zastraszyć. Potem użyto tylko bólu. Tylko albo aż. Teraz do bólu miało dojść także upokorzenie. Ból
i upokorzenie. Wytrzymałbyś? Brakowało mi czasu na przemyślenia. Do sali weszło dwóch żołnierzy z jakimiś pałkami w rękach. Zaczęło się. Już po pierwszym uderzeniu w żebra, poczułem trzask. Szybka powtórka z anatomii: ile mam żeber? Czemu pytam? Chciałem wiedzieć ile razy usłyszę ten sam dźwięk. Bo przecież nie zatrzymają się tylko na jednym. Nie zatrzymali się. Poczułem następne. Ból. Lubli to. Cios-Cios-Cios. Dla nich to była sztuka. Wyuczona, finezyjna, trochę jak taniec. Dla mnie: walka o przeżycie. Z tej katowni nie mogłem wyjść bez szwanku.

Nie da się! I nie wyjdziesz z tego cało!– ten sam głos. Znowu. Jakim cudem tak szybko się przemieszcza? Skąd wie co myślę?

Moi ludzie mnie znajdą… Znajdą mnie a potem pójdę tam i powieszę Cię w taki sam sposób!- byłem hardy. Bez sensu? Zachowaj godność. Nawet w obliczu największego bólu i strachu. Zawsze zachowuj godność. W takiej sytuacji świadczysz nie tylko o sobie, lecz o powadze całej idei którą reprezentujesz. Stoją za Tobą setki męczenników, którzy byli w takich miejscach przed Tobą. Zawiedziesz ich? Nie możesz. Nie masz prawa. To większe od Ciebie i ode mnie. Od nas wszystkich; razem wziętych.

Szukają Cię! To jasne. Musieliśmy ewakuować z dziesięć okolicznych komisariatów i aresztów. Tylko to na nic. Jak zaatakują jeszcze parę i tam Cię nie znajdą to zrozumieją, że jesteś tutaj. A stąd… Stąd nie są w stanie Cię odbić. Nikt Cię nie uratuje!

Był pewny siebie. Pomimo tego że znowu go nie widziałem, pomimo tego że trudem mogłem nabrać powietrza, czułem na sobie jego uśmiech. Po raz kolejny oczami wyobraźni zobaczyłem jego perfidny uśmiech, który wyrażał tylko radość, radość z tego że znalazłem się w pułapce, z której już nie mogłem uciec. Udało mu się.

Zacznij mówić! Zacznij mówić bo to co zrobiliśmy Ci do tej pory to naprawdę tylko początek! Odciąć go!

Z ciemności wyłoniła się ręka. W niej po chwili pojawił się ostry nóż. Chwila walki ze sznurem i bolesny upadek. Kontakt z podłogą. Jeśli coś mogło być gorszego od ciągłego, perfidnie zadawanego mi bólu, to był to sposób w jaki mnie traktowano. Kopnięto mnie w głowę. Wojskowym butem. Domyśl się co to dla mnie oznaczało. Tak od niechcenia. Tak samo jak kopie się śmieci. Byłem śmieciem. Bez dwóch zdań: miałem tu zginąć.

Zawieście go teraz do góry nogami

Chwila szamotaniny i znowu wisiałem pod sufitem. Z głowy na posadzkę ciekła mi cienka strużka krwi. Aż dziw bierze, że po takich torturach, miałem jeszcze w ogóle czym krwawić.

Wymianę wiedzy uznaję osobiście za jedną z największych zalet globalizacji. W taki sposób kiedyś Japończycy torturowali chrześcijan. Robisz komuś płytką ranę w głowie i wieszasz go do góry nogami. Nie potrzebujesz niczego więcej. Wszyscy pękają. Pękają bo po paru godzinach umiera każdy i to nie jest łatwa śmierć. My zrobiliśmy Ci dzisiaj trochę więcej niż jedną ranę- masz może pół godziny! Gadaj!

A więc umrę? Na serio? I to w jaki sposób! Jak męczennicy w dawnych czasach. Czy sposób śmierci może dodać człowiekowi otuchy? A może dodawała mi jej świadomość istnienia pewnego rodzaju łączności; pomiędzy mną i setkami czy nawet tysiącami ludzi, którzy oddali życie za te same wartości. Którzy ginęli w takich miejscach jak te, w którym i mi przyjdzie zakończyć życie. To nieuniknione. Choćbym nie wiem jak się starał, nie mogę powstrzymać wycieku krwi. Czas miał tutaj znaczenie. Niebagatelne. Każda minuta miała. Słabłem. Ciemność nie przychodziła kiedy była potrzebna. Dla odmiany teraz po prostu traciłem obraz. Ostrość. Trochę tak jakbym się wyłączał. Żołnierz, jeden z tych którzy mnie bili, kopnął ze złości stojący obok stołek, sięgnął do kieszeni i wyjął papierosa. Papierosy. Przeleciały mi przed oczami obrazy z dawnych czasów, kiedy siadałem z innymi Szczurami w barze. Śmialiśmy się i omawialiśmy nasze sprawy. Przyjaźń silniejsza od naszych wrogów. Ponadczasowe braterstwo, które jednak mimo wszystko w ostatecznym rozrachunku miało przegrać ze śmiercią. Tak skończy się ta historia. Kiedy dym z papierosa dotarł do mnie wzdrygnąłem się. Co oni palą. Jakieś świństwo! Zrobiło mi się niedobrze. Zwymiotowałem. Głównie krwią. To przyspieszyło nieuniknione; było już naprawdę źle. Nie byłem pewien co widzę. Wszystko zaczynało się rozmazywać. Oddalać. Widziałem jakieś inne kształty. Co to było? Przecież nie żołnierze. A właśnie: może im powiem co? W sumie co mi szkodzi… Byłem już tym wszystkim naprawdę zmęczony. To czego dokonałem i kim byłem wcześniej nie miało już żadnego znaczenia:

Jestem Szczurem. Decyzję o rozpoczęciu walki z rządem podjąłem 5 lat temu. Organizacja dała mi nowe życie. Nową rodzinę i obowiązki które zacząłem wypełniać…– zacząłem powoli, ledwo przedzierając się przez zwały zlegającej mi w ustach krwi

Co? Co on mówi? Podstawcie mikrofony. Wszystko notować!

A więc mikrofony? Stąd ten głos. Czyli nie zwariowałem, a oni nie byli wszechpotężni. Nawet taką bitwę, w tak beznadziejnej sytuacji można nie tyle co wygrać, lecz dokończyć ją na własnych warunkach.

Żadnego z moich ludzi nigdy nie udało się złapać. Jedynego człowieka zabito mi na parkingu przed klubem Hydra. Kiedy obchodziliśmy jego urodziny i nie sądziliśmy, że ktoś może nas zaatakować…

-Chuj z nim! Nie mów o tym co już wiemy. Jaką pozycję zajmowałeś w hierarchii? Szef miasta? Szef okręgu?– nawet najlepszy syntezator mowy w zasobach Służby Bezpieczeństwa nie mógł ukryć zniecierpliwienia w głosie śledczego, który miał chyba nadzieję, że już niedługo ze mną skończy i będzie mógł odebrać spodziewaną nagrodę.

Tylko coś mi tu nie pasowało. Mały zgrzyt. Szef miasta? Szef okręgu? Mieli o mnie wiedzieć wszystko. Mieli dokładnie rozpracowane moje życie osobiste, a jednak!  Jednak wciąż nie wiedzieli niczego o Szczurach. Nie mieli żadnych konkretów. Nie mieli zielonego pojęcia o Oporze. Tak więc za tymi torturami stała nie złość, lecz bezradność. Słabość. Brali mnie za kogoś ważnego, liczyli na to, zorganizowali takie wielkie polowanie; użyte środki, nadzór elektroniczny, ekipy agentów, tortury i to wszystko na nic. Całkowicie nietrafione. Organizacja odcinała nas od informacji. Tak było zawsze. Nigdy nie wiedziałem więcej niż powinienem. Nigdy nie określono jasno mojej pozycji. Nie znałem swoich przełożonych. Nie miałem przyjemności ich spotkać. Więc nawet jakbym chciał to nie mogę im dać tego co ode mnie chcą. Błądzili we mgle, a ja… wcale nie przegram. Mogę im jeszcze pokazać. Ten ostatni raz. Potrzebuję tylko chwili skupienia, ostatniego już naprawdę ostatniego przypływu siły. Uniosłem delikatnie głowę. I zacząłem się śmiać. Śmiałem się tak głośno jak tylko mogłem. Ze wszystkich sił. Jak wygląda taki śmiech? Jak wygląda śmiech człowieka tak okropnie poniżonego i zamęczonego? Nie wiecie? Ja też nie wiem. Chwilę później nie widziałem już niczego. To chyba był już koniec. Miałem tylko nadzieję, że powiedzą o mnie że byłem człowiekiem który faktycznie śmiał się śmierci w twarz i do samego końca nie dał się złamać.

Cóż to nie do końca było takie nic i chyba daleko jeszcze było do końca tego wszystkiego. Ciężko to w sumie tak naprawdę do końca opisać. Żadne słowa nie są w stanie oddać tego tak dokładnie. Byłem przekonany, że po prostu po raz kolejny straciłem przytomność. Tak jak już z resztą miało to miejsce wielokrotnie, w czasie mojego pobytu tutaj. To było jednak tym czasem bardziej podobne do mrugnięcia oka. Powieka w dół- ciemność- powieka w górę- jasność. Jasność. Znalazłem się w samym środku niezwykłego światła. Nie wróciłem już na przesłuchanie. O nie… Nie byłem już nawet w areszcie. Ulga? Udało mi się? Ale jak? Jakim cudem opuściłem tą katownie? Jak to możliwe? Stałem na własnych nogach, a jeszcze przed chwilą wypluwałem płuca, okładany metalowymi pałkami przez strażników. Musieli mnie nieść lub wlec, żeby dostarczyć na przesłuchanie, a teraz mogłem chodzić. Normalnie. Jak przedtem. Czułem się dobrze. Niezwykle dobrze. Lekko. Tak jakbym nie miał ciała, lecz jak… duch? A więc to tak? Koniec? Tak to wygląda?

Coś mnie przesunęło. Po prostu. Jak figurę na szachownicy, bo ja sam na pewno nie miałem nad tym kontroli. Trochę tak jakby zmieniła się klatka w filmie. Następna scena. Znalazłem się na jakiejś plaży. Aresztowanie, cela, tortury a potem plaża? Co to ma wszystko znaczyć? Spostrzegłem jakieś małżeństwo i małe dziecko. Ci ludzie byli chyba jego rodzicami. Dziecko wyglądało zwyczajnie. Miało może pięć czy sześć lat. Chłopiec z burzą czarnych włosów i z małym szczególnym znamieniem na lewym ramieniu. Zaraz… coś mi to przypomina. Czy to możliwe? To chyba ja… Tak! Widziałem siebie. Pamiętam to. Spędzaliśmy wakacje nad morzem. Jeszcze zanim urodziła się moja siostra. Byłem z rodzicami. Rodzice. Wszyscy jeszcze żyli. Piękne czasy- kiedyś to wszystko wyglądało inaczej. Lepiej. Co wtedy robiłem? Kopałem w piasku? No tak, bardzo to lubiłem. Budowałem duże i okazałe jak na swój wiek zamki. Tak było też teraz. Nagle coś jednak się zmieniło. Ciężko powiedzieć co. Może takie przeczucie albo nie wiem sam. Chłopczyk na moich oczach wstał i ruszył w kierunku wody. Wchodził coraz głębiej i coraz głębiej. O nie? Co on robi? Co ja robie? Dlaczego nikt nie reaguje. Czemu rodzice nie zwracają na to uwagi? Mamo! Próbowałem ich zainteresować. Krzyczałem, ale z moich ust nie dochodził żaden głos. Machałem rękami, ale rodzice zachowywali się jak zombie, patrząc pustymi oczami gdzieś niewiadomo gdzie. Ja tym czasem byłem już naprawdę głęboko. Woda zaczynała mnie zakrywać. Zalewała mnie. Topiłem się. Czułem to na sobie. Zaczęło mi zalewać gardło. Nie mogę załapać tchu. Co…? Co się dzieje? Ratunku! Scena znowu się zmieniła i teraz nie tylko ten chłopiec, lecz także ja znalazłem się pod wodą. Strach, panika. Nic nie mogłem zrobić.

Otworzyłem oczy. I znowu byłem w celi. Zawód? Leżałem w kałuży krwi wymieszanej z wymiotami. Teraz dla odmiany; zamiast deszczu i wiatru, było niezwykle gorąco. Upalnie. Ekskrementy mieszały się z potem. Możecie sobie wyobrazić ile musiałem tak leżeć skoro czułem… jakbym gnił? Wróciłem. To było pewne. Ale czy do życia? Czy to w ogóle można nazwać w ten sposób. Leżałem i nie mogłem się ruszyć. Leżałem i choć miałem otwarte oczy, niczego nie widziałem. Straciłem wzrok? Jezu… Byłem przecież taki młody. Co oni mi zrobili? Gdybym miał tylko siłę płakać, zrobiłbym to. Ale co? Wstyd? Nie powinienem płakać? Trudno. Ciekawe jakbyś sam zareagował. Jakbyś zmierzył się z czymś takim. No. Słucham!

W pewnym momencie ktoś wszedł do celi. Nie widziałem kto:

Ale syf! Co to za smród? Co wyście z nim zrobili? Jak on umrze- zawiśniecie za to! Wszyscy!

Ktoś podszedł do mnie i lekko trącił mnie butem:

Przyprowadzić mi tutaj lekarza. W tej chwili!

Lekarz? Ale jak to? Dlaczego chcieli mnie ratować, skoro przed chwila, wisiałem do góry nogami czekając na śmierć? Dlaczego zaczęli się mną przejmować? Kto przyszedł i dlaczego mu na mnie zależało? To musi być podstęp. Na pewno. Bądź gotowy. Przecież nie da się tego inaczej wytłumaczyć. Trzeba czekać. Trochę musiało minąć- znowu ktoś przyszedł. Chyba dwie, albo trzy osoby. Widziałem rąbek białego fartucha i w sumie nic więcej.

O matko. Jakim cudem on żyje? Włóżcie go na nosze. Zaniesiemy go do ambulatorium

On był miły. Czułem to. Przejmował się. Podszedł do mnie i schylił się. Gdy był niedaleko mojego ucha szepnął:

Młody. Nie wiem czy mnie słyszysz. Jeśli przeżyłeś już  tak wiele, to z tego też wyjdziesz. Uda Ci się Młody. Bądź spokojny

Byłem wdzięczny. Mimo wszystko, mimo całej swojej podejrzliwości, ucieszyłem się. Po raz pierwszym w tym piekle, pojawiło się jakieś światło. Ktoś komu chyba na serio zależało na mnie. Kto był po mojej stronie. Gdy próbowali mnie przełożyć na nosze, znowu odpłynąłem. Była już tylko ciemność. Tym razem to była lepsza ciemność. Szły za nią inne uczucia niż wcześniej.

Obudziłem się potem już tylko na chwilę. Leżałem na czymś co w sumie na serio przypominało szpitalne łóżko. Byłem podpięty, tym razem nie do kabli, które miały zadać mi ból lecz do kroplówki. Czułem się trochę lepiej. Mogłem w miarę bez przeszkód oddychać, widziałem już na oczy, choć wciąż jeszcze bardzo niewyraźnie. Żyłem, a to było najważniejsze. Żyłem, choć oni już dawno skazali mnie na śmierć. Wygrałem? Chyba było za wcześnie by o tym przesądzać. Byłem ranny ale wciąż w grze. Muszę tylko przetrwać. Przetrwać i odzyskać siły. Koło mojego łóżka stał lekarz, który mnie tu przyniósł, jego pielęgniarka, oraz człowiek, którego dokładnie nie widziałem. Był chyba w mundurze. Mówił szybko i trochę chaotycznie. Był zdenerwowany?

Za ile stanie na nogi? Potrzebuję go właśnie teraz. Za parę dni będzie za późno!– powiedział człowiek w mundurze

-Co mnie to obchodzi co? Po tym co mu zrobiliście powinien umrzeć. To cud że wciąż tu leży i oddycha. Pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć- tłumaczył się lekarz. Zaimponowało mi to jak się do niego zwracał. Bądź co bądź stał na przeciwko wojskowego, takiego samego jak ci którzy znęcali się nade mną przez ten cały czas. On zachowywał odwagę. Jako jedyny w tym przeklętym miejscu.

Posłuchaj mnie. Nie dawałem im takiego rozkazu. Jeśli nie postawisz go na nogi, nie uda mi się tego wszystkiego naprawić!– jak to? On chciał mnie uratować? Niby po co? Nie. Nie wierzę w to, że w samym sercu zbrodniczego Systemu, że wśród jego najwierniejszych sług, mógłbym znaleźć kogokolwiek chętnego na to by mi pomóc. Na to by się za mną stawić.

Dobrze panie generale– a więc to był generał? Pofatygowała się do mnie szycha z samej góry. Ciekawe jak dużo miał za uszami i jak wiele złego zrobił. A jednak: był tutaj. Stał teraz przede mną i wyglądał na innego niż reszta. Co to miało znaczyć?

Pielęgniarka wydawała się jedyną, której z jakichś powodów nie zajmowała ta rozmowa. Trzymała się cały czas na uboczu. Aż tak była skupiona na swojej pracy? Podeszła do mnie, ze strzykawką w ręce, pochyliła się smutna;

Po tym zaśniesz. Musisz wrócić do życia….

I faktycznie zasnąłem. Po raz pierwszy spotkała mnie nie ciemność; lecz normalny, zdrowy sen. Sen w czasie którego śniłem o pięknych rzeczach. Jakich? Tego już niestety nie pamiętam.

Musiałem się obudzić po dobrych paru dniach. Na to przynajmniej wyglądało. I czułem się lepiej. Znacznie lepiej. Choć wciąż byłem osłabiony, a złamane kości ciągle sie jeszcze zrastały. Miałem opatrunki na żebrach. Nie mogłem nabrać do końca powietrza. Czułem blizny na twarzy i na rękach. Jednak żyłem. Mimo wszystko to miało znaczenie. Spore. Tylko trudno było mi w to uwierzyć, że to wszystko od tak samo się zaraz skończy. Trudno było mi uwierzyć w to, że po tych torturach puszczą mnie wolno. Postanowiłem nie myśleć za dużo. To jedyny przypadek w całej tej historii kiedy udało mi się powstrzymać myśli. Postawić dla nich szlaban. Byłem bliski śmierci, ba nawet sądzę że przynajmniej jedną nogą byłem już na tamtym świecie. Czułem to. A jednak żyje i jestem tutaj. I wracam do życia. Chwyciłem się tej myśli i trzymałem się jej ze wszystkich sił. To brzmiało jak rozsądny pomysł i było jedynym dobrym pomysłem jaki w tamtej chwili miałem. Z zamyślenia wyrwał mnie lekarz, który w sali pojawił się dosłownie od tak znikąd:

-Jak się czujesz? Dasz radę wstać i się ubrać?

-Ubrać się? Po co? Czy to znowu…? To znowu ma się zacząć? Od początku?

Nie… Przynajmniej z tego co mi wiadomo. Jest tutaj generał. On tym wszystkim zawiaduje. Chce Cie widzieć, dlatego kazał mi się Tobą zaopiekować

-Czego chce?

-Nie wiem. Ubierz się to zobaczysz. Już i tak za dużo Ci powiedziałem

W rozmowę wtrąciła się pielęgniarka, która do tej pory, wciąż po raz kolejny pozostawała cicho:

Przyniosłam Twoje ubrania. Próbowaliśmy je trochę ogarnąć. Są trochę czystsze i pachną lepiej, ale krwi nie da się tak łatwo domyć… Tu masz kule, będzie ci trochę łatwiej się poruszać. Strażnik zaprowadzi Cię do gabinetu. Nie będzie już kajdanek.

Dziękuje

Czy powinienem im zaufać? A ona? Czy jej można było wierzyć? Jak sądzicie? Niczego nie mogłem być pewien. Musiałem być gotowy na wszystko. Jak wiele siły jest w stanie przywołać obolałe i ta bardzo okaleczone ciało? Ile może w nim być jeszcze pewności siebie i woli życia? Byłem gotów stawić czoło temu co mnie czeka, ale nie wiedziałem co będzie dalej. Powoli wstałem i ubrałem się. Nie było łatwo, ale się udało. Wsparłem się na kulach, a strażnik pomógł mi zrobić pierwszy krok.

W razie problemów oprzyj się na mnie. Mam rozkaz doprowadzić Cię do gabinetu generała w jednym kawałku

Dobrze

Czy on był jednym z tych, którzy jeszcze parę dni temu bili mnie i kopali traktując jak śmiecia? Miał przecież ten sam mundur. Pochodził z tej samej jednostki. Jeszcze nie tak dawno byli moimi oprawcami, a dziś dbali nawet o to żebym się nie potknął. Czemu? Dzięki Bogu nie musieliśmy schodzić czy wchodzić po schodach. Mieliśmy do pokonania tylko parę długich korytarzy. Gdy minęliśmy ostatnią wartę żołnierzy, prowadzący mnie strażnik wskazał palcem na duże, obite czarną skórą drzwi i powiedział:

To tutaj. Jesteśmy na miejscu

Podszedłem powoli, niewprawnie opierając się na pożyczonych mi kulach. Trochę się bałem. Nie będę udawał że było inaczej. Co mnie tam spotka? Tam za tymi drzwiami? Co mu powiem? Bądź co bądź był to generał, a ja byłem tylko młodym Szczurem. Powinienem zapukać? Czy może jednak nie? Wrogom należy się szacunek, zwłaszcza w takiej sytuacji jak ta. Nawet w tak drobnych sprawach i okolicznościach jak ta można pokazać coś więcej. Można pokazać że jest się kimś lepszym od nich. Zapukałem.

Wejść!

Bez wątpienia był to głos człowieka, który rozkazał wezwać do mnie lekarza. Więc może będzie wszystko dobrze, co? Otworzyłem powoli drzwi i wszedłem do środka.

Za ciężkim biurkiem wykonanym z jakiegoś ciemnego drewna, siedział już trochę starszy człowiek w mundurze z generalskimi insygniami. Miał dużą złotą lampę i stos dokumentów przed sobą, które przerzucał i wnikliwie studiował. Gdy mnie usłyszał, podniósł na chwilę głowę i się uśmiechnął. Trochę dziwne co nie? Ale on naprawdę się uśmiechnął. Tak ciepło. Miło. Przypominał Świętego Mikołaja z reklam. Popatrzył mi chwilę w oczy, po czym skinął głową. Wszystko o czym teraz Wam tutaj napisałem rozegrało się praktycznie w ciągu sekundy, a w ciągu następnej znowu zupełnie znikąd pojawiły się ręce, tym razem w białych rękawiczkach. Złapało mnie dwóch żołnierzy. Daleko im było od delikatności. Nie zwracali uwagi na rany. Znowu byłem dla nich śmieciem. Byłem głupi. Jak mogłem w to uwierzyć? Jak mogłem uwierzyć w ich dobre intencje? Krzyknąłem. Ale tylko tyle zdążyłem zrobić bo zaraz potem jedna ręka zatkała mi usta, a w drugiej równie szybko pojawiła się strzykawka. Zrobili mi zastrzyk prosto w szyje. Nie bolało, wręcz przeciwnie. Po ciele rozlał mi się spokój. Obezwładniający spokój. Postępował. Zaczynały rozluźniać mi się mięśnie. Usadzili mnie na krześle przed generałem i cofnęli się parę kroków. Zapytałem:

Co…? Co to ma znaczyć?!

Ten zastrzyk tak? A przepraszam. Strasznie nie lubię kajdanek i bicia. Nie mamy czasu do stracenia, a muszę mieć pewność że wysłuchasz mnie w spokoju. Dlatego zdecydowałem się na środek farmakologiczny- mówił cały czas w jednym tempie. Jakby odtwarzał z góry przygotowaną wcześniej taśmę. A może mi się tak tylko wydawało? Co mi podali? Co to był za środek? Wyglądał okropnie. Teraz widziałem to w pełni. Był człowiekiem, którego każde słowo było wypowiadane w jakimś celu, dla osiągnięcia jakiejś konkretnej korzyści, ociekało wzgardą i zimnym wyrachowaniem. Nie generał a żmija. Prawdziwa żmija albo prędzej jakiś padalec.

Czego ode mnie chcesz?

Ja? Już w sumie niczego. Wszystko co było nam potrzebne. A raczej wszystko co było potrzebne mi już od Ciebie dostałem…

Ode mnie? Łżesz. Niczego nie powiedziałem!

Nie powiedziałeś, nie powiedziałeś. Prawda. Za to twoja współpraca z nami okazała się o wiele bardziej opłacalna niż przypuszczałem.

To kłamstwo!

Dość szczeniaku! Nie mam na Ciebie całego dnia. Słuchaj mnie! Słuchaj uważnie tego co się teraz stanie– czar prysł co nie? Mogłem to przewidzieć. Ze spokojnego, przyjaznego „świętego Mikołaja” wyszedł zimny, wyrachowany psychopata. W sumie jakoś musiał piąć się wyżej w hierarchii służb. W ich szeregach nie było przecież zbyt wielu normalnych osób. Nie wielu takich też dawało radę wytrzymywać obciążenie i stopień bestialstwa jakiego dopuszczali się na co dzień nawet szeregowi funkcjonariusze tej formacji –Wszystko się zmienia. Sam przecież wiesz. Świat jest w ciągłym ruchu. Stary Porządek ustępuje miejsca Nowemu. I tak w kółko. A wiesz co jest w tym najważniejsze? Znaleźć dla siebie odpowiednie miejsce! W nowej rzeczywistości!

Co to znaczy?– było ze mną co raz gorzej. Ten środek co mi go podali… Jakieś silne halucynogeny. Czułem jakby cały pokój był zadymiony, chociaż w pokoju nie było nawet kominka, ani nikt tu nie palił. Żołnierze w pokoju zmieniali swoje formy. Raz się rozmazywali, a raz wręcz przeciwnie. Na twarzy generała co jakiś czas pojawiała się, a potem znikała maska. Taka jak u Wikingów, albo coś w tym stylu. Maska, która budziła strach. Trochę mnie to paraliżowało. Nie mogłem nic zrobić. Nie mogłem skupić uwagi. Może o to mu właśnie chodziło?

Sam niedługo zobaczysz. Nie zapomnij o tym co dzisiaj dla Ciebie zrobiłem. Masz wobec mnie dług. Znowu pojawię się w Twoim życiu, żeby go odebrać. Za niedługo. Zrobię to! Możesz być pewny słyszysz?! I będziemy wtedy razem współpracować. Jak teraz. Wsadzimy Cię do konwoju. Oficjalnie: przeniesienie, nieoficjalnie: zostaniesz odbity i wrócisz do swoich. Czy to nie o to Ci chodziło?

Nie… Nie pozwolę na to…

Słuchaj to bez znaczenia. Widzisz tego tutaj? Tego żołnierza? No spróbuj się jeszcze ostatni raz skupić. To jeden z moich najlepszych ludzi. Fanatycznie oddany. Lubi sprawiać ból i zrobi dla mnie wszystko. Nawet umrze. On dopilnuje żeby wszystko poszło tak jak należy… W imię wyższego dobra oczywiście!

Żołnierz, którego wskazał palcem faktycznie był jakiś dziwny. Może to wszystko przez ten środek, który mi wcześniej podali. A może nie? Wyglądał jaki taki typowy czarny charakter z horrorów. Był łysy i gruby. Twarz mi jak buldog. Bardzo zniszczoną. Całą w bliznach i szramach. Spojrzał na mnie i wykrzywił usta w okropnym grymasie odsłaniając zęby. Dla niego mogła być to próba szerokiego uśmiechu, dla mnie wyglądał wtedy jak pies. Pies któremu pan właśnie rzucił największą możliwą kość. Najbardziej smakowity kąsek w całym jego parszywym życiu. Cieszył się. Sprawiał mu przyjemność ból i strach ofiar, które dręczył. Podszedł do mnie. I tak po prostu. Jakby robił to codziennie w ramach normalnych obowiązków. Dziennej rutyny. Uderzył mnie prosto w twarz. Wraz z krzesłem upadłem na podłogę. Huknąłem głową o podłogę. Zwykłe i proste uderzenie wycelowane w nos. Czułem jak zalewa mnie świeża krew spływająca powoli do ust… Zakasłałem. Schylił się nade mną, a w jego ręku pojawiła się nowa strzykawka. Ile będzie jeszcze tego wszystkiego? To tylko chwila. Nie bój się. Musisz wytrwać do końca. Do samego końca. Drobne ukłucie. Parę sekund i koniec. Zasnąłem.

Znowu była ze mną tylko ciemność. Ciemność no i dźwięk. Z początku cichy i niezauważalny. Lecz w miarę tego jak zaczynałem mocniej i równiej oddychać, stawał się on coraz to bardziej jasny i wyraźny. Byłem w aucie. Znowu. Jak na samym początku. Słyszałem mocny warkot silnika. Związany i zakneblowany. Leżałem na podłodze. Na jakichś noszach. Zacząłem się szarpać. Dostałem mocne kopnięcie w bok. Ostrzeżenie. Zdjęto mi z oczu opaskę. Obok mnie siedziało parunastu żołnierzy. To chyba jakaś większa furgonetka. Wszyscy z bronią. Wszyscy w kominiarkach. Żołnierze Służby Bezpieczeństwa. Jeden z nich spojrzał się na mnie i zdjął maskę. To był ten sam człowiek. Ten sam człowiek, który uderzył mnie w gabinecie Generała. Ta ohydna twarz… i zęby. Pies. Buldog. Człowiek z głową zwierzęcia… Co się ze mną dzieje? Środek jeszcze działał? A może zaczynałem już z tego wszystkiego wariować. Dziwisz mi się? Znowu się nade mną nachylił. Zacisnąłem usta. Czekałem na ból. Przecież on właśnie po to żył i taka jest oto jego rola w tej historii:

Nie śpisz już? Dobrze, dobrze… To już niedługo. Musi być realistycznie. Tylko nie płacz. Wszyscy płaczą– uśmiechnął się. Niezła zabawa co? Tak samo jak w gabinecie. Albo może i gorzej. Ohyda. Zachowywał się trochę jakby był niespełna rozumu. W jakiś sposób upośledzony. Czyniło to z niego taką marionetkę. Wygodną dla tego kto z jej korzysta. Ślepo posłuszne rozkazom narzędzie. Wszystkim rozkazom. Przekręcił się trochę i sięgnął po coś co miał przypięte z tyłu kamizelki. Wyjął duży nóż. Taki wojskowy. Ostry. Wiecie co się zaraz wydarzy? Stanął na nogi i popatrzył się na mnie z góry. Wygrał. Widać było że w jakiś chory sposób sprawia mu to przyjemność. Napawał się tym swoim zwycięstwem. Powoli się zbliżał. Delektował się strachem jaki wywoływał. Zbliżył ostrze do mojej twarzy. Ta krótka chwila. Krótka chwila tuż przed tym jak ma się wydarzyć coś złego. Coś czego nie możesz powstrzymać. W takich chwilach poznaje się ludzi. Poznajesz samego siebie. Co ja wtedy w sobie odkryłem?

Nic na to nie poradzę. No. Naprawdę. To nie moja wina. Nie bądź na mnie zły, dobrze? Musi być realistycznie, realistycznie. R E A L I S T Y C Z N I E!

Oprawcy. Nikt normalny nie działa w ten sposób. Nikt normalny nie delektuje się bólem, który zadaje słabszym. Szanowaliśmy każdego żołnierza, który dostawał się w nasze ręce. Mieliśmy zasady. A oni? To bestie. Bestie w ludzkich skórach. I takie to właśnie potwory na swoich usługach miał System z którym walczyliśmy. Rozumiecie już? Rozumiecie czemu nie mieliśmy innego wyjścia? Zbliżył się do mnie i… Wbił mi nóż w twarz. Przeciągnął  go jakoś tak z góry na dół. Rozciął mi policzek. Szok. Okaleczył mnie. Specjalnie. Żebym zapamiętał go. Na zawsze. Będę nosił jego piętno. Zacząłem krwawić. Ból. Myślicie że wiecie coś na jego temat? O nie. To był taki ból który przewyższał wszystko co moglibyście sobie na jego temat wyobrazić. Byłem tak poraniony że nie mogłem się ruszyć, a wtedy wprost wiłem się z bólu. Jakim cudem? Więzy wciąż mimo wszystko mocno mnie trzymały. Ale gdyby nie one! Chciałem w końcu się z tego wyrwać. Zagryzłbym go własnymi zębami! Ta cienka granica pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Ból. Zaraz po nim pojawia się panika. Szaleństwo? We wszystko wątpisz. W to co widzisz, w to co czujesz i w to co Cię otacza. O Boże! Nie wyjdę z tego. Bo niby jak, co? Pobity. Zbrukali nie tylko moje ciało, ale zranili też moją duszę. Miałem połamane kości i blizny na rękach. Lecz to rany w głowie. One się przecież nigdy nie zagoją. Jak tak można? Jak tak można żyć? Ile jest człowieka w tak skatowanym ciele? Kto by wrócił do siebie po czymś takim?

Cii… już naprawdę niedługo

I wtedy to usłyszałem. Wybuch. Rzuciło nim o sufit auta. Wszystko zaczęło się kołysać. Wierzcie mi lub nie. Świat w takich sytuacjach po prostu zwalnia. Wtedy też zwolnił. Furgonetka, którą mnie przewozili wpadła w poślizg. Kierowca próbował jakoś ustabilizować tor jazdy, ale nie miał żadnych szans. Padł pierwszy strzał. Uderzył bezwładny głową o kierownice. Koniec jazdy. I wszystko nagle puściło. Całość dalej potoczyła się już bardzo szybko. Kolejne strzały. Żołnierze próbowali się bronić, ale nie mieli szans. Dzisiaj nikt z nich nie przeżyje. Sprawiedliwość? Potem był dym. Jakiś granat z gazem albo coś. Strażnicy padli martwi. Praktycznie tam gdzie siedzieli. Kimkolwiek byli napastnicy działali precyzyjnie; dokładnie wiedzieli na co natrafią i z czym przyjdzie im się tutaj zmierzyć. Drzwi się otworzyły. Dwie osoby. Ubrane na czarno. W kominiarkach. Z uniesionymi pistoletami, gotowymi do strzału:

To on! Dajcie mu coś żeby przestał tak wariować. Mamy tylko parę minut!

Jeden z nich zbliżył się do mnie. Kto to? Kim jesteś? Kolejna strzykawka. Nie! Nie mogę. Nie pozwalam. Nie wolno Wam. Boże!

Nie! Zostawcie mnie! Uciekajcie stąd!

Cholera jasna. Bredzi. Musieli mu coś podać. Nie wstrzykuj mu tego. Nie wiadomo jak na to zareaguje. Zarzućcie mu coś na głowę i dawajcie do samochodu. Szybko!

Zostawcie mnie. Zostawcie mnie w spokoju. Nie chciałem ich pomocy. Już nie? Nie chciałem od nich niczego. Znowu kominiarki, broń i granaty. Kolejne strzykawki i medyczne środki. Mam tego dość. Mam Was dość! Nawet nie wiedziałem kim są. A może to jakiś podstęp? W nic nie wierz! Nie ufaj nikomu. Może to kolejne tortury? Co wtedy zrobię? A jak to gra?

Przetnijcie mu więzy i zarzućcie mu to na głowę. Tylko ostrożnie. Wygląda na nieźle połamanego– po czym nachylił się już bezpośrednio do mnie –Spokojnie. Jesteś wśród swoich. Nie poddawaj się!

Zarzucili mi na głowę jakiś czarny worek. Rozcięli więzy i podnieśli do góry. Powoli. Stanąłem na własnych nogach. Ledwo bo ledwo ale trzymałem się w pionie. Chwycili mnie pod ręce i zaczęli ciągnąć. Dokąd? Dokąd teraz? Zacząłem panikować. Przepraszam. Nie miałem nad tym żadnej kontroli. Znów drgawki. Jakiś szok. Taki sam jak na przesłuchaniu. Byłem tam znowu. Przypięty do fotela i rażony prądem. Boże! Musiał podejść ktoś jeszcze żeby mnie przytrzymać. Nie chce. Oprawcy! Zacząłem się zapierać nogami. Nie chce. Nie chce kolejnych tortur. Zostawcie mnie tu. Czy byłem jeszcze Szczurem? A jeśli nie to co mi zostało? Co to za życie bez walki? Nie chciałem być inwalidą. Nie chciałem stać się ciężarem. Zginąć tu i teraz! Teraz!

Zostawcie mnie!

Ale nie posłuchali. A może powinni, co? Zamiast tego po chwili przystanęli i otworzyli drzwi do auta. Wrzucili mnie do środka. Zacząłem wariować. Wić się i szarpać na tyle na ile  tylko pozwalało mi poranione ciało. Płakać i krzyczeć. Wpadłem w jakiś szał. Miałem dość. Miałem dość tego wszystkiego. Byłem zły. Słaby. Traktowali mnie jak śmiecia. Może po prostu nie wytrzymałem? Otworzyły mi się rany. Znowu zacząłem krwawić. Dusiłem się krwią i łzami. Zwymiotowałem. Ból. Stres. Wszystko naraz:

Cii… spokojnie. Jesteś już bezpieczny. To koniec. Wyjdziesz z tego– po czym zwróciła się do kierowców- Chłopaki. Trzeba go ogarnąć. On zaraz zrobi sobie krzywdę!

Zdejmij mu worek z głowy!

Wróciło światło. Znowu byłem w jakiejś furgonetce. Leżałem na noszach, a obok mnie siedziała jakaś dziewczyna. Zacząłem odpływać. Obraz mi się gubił. Cały czas pulsował. Kto to? Kimkolwiek była czułem się przy niej dobrze. Widziałem strach. Czułem to jak się boi. Jak się boi o to co będzie ze mną. Kim ona jest? Rude włosy, błyszczące oczy… Dominika? To ona. Chyba tak. Żyje!

Ale…?Jak to? Dominika? To na pewno ty?

Tak, tak… Leż spokojnie, wszystko będzie dobrze- mówiła powoli. Uważnie ważyła każde słowo przełykając łzy.

Zawiodłem Cię. Zawiodłem Was wszystkich. Przepraszam

Tym razem na to już nic nie odpowiedziała. Momentalnie pochmurniała, a jej oczy zrobiły się puste. Puste, błękitne oczy, w których można było się na serio utopić. Jak dalej pokaże ta historia, miałem je zapamiętać. Ich obraz, wspomnienie tego dnia miało mi towarzyszyć do samego końca.

Możesz się wahać i mieć wątpliwości. Ale nie możesz się poddać. Porażka nie wchodzi w grę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.