Dominik Stępień: Kiedy wszystko zrozumiesz (opowiadanie- Orle Pióro #1, 2050)

Knajpa była prawie pusta. Oprócz nich dwóch i barmana, przy stoliku obok wejścia siedział tylko jeden facet w średnim wieku, ale nie zwracali na niego uwagi. Dopiero dochodziło południe, a już sączyli trzecie piwo, byle tylko nie dopuścić do siebie kaca.
– Stary, no było ich ze czterdziestu, tak bez wciskania kitu. Banerek, flagi, standard. Wysiadłem z fury, pokręciłem się w okolicy i popatrzyłem. Stali przed kościołem, całe to narodowo-katolickie pierdolenie, wiesz. No cyrk. Wokół psiarnia jak zwykle, więc nie było mowy o bezpośrednim starciu pod stodołą. Z resztą nas było pięciu, więc i tak chuj – Placek pociągnął łapczywie z kufla. Jego znajomi słyszeli o wszystkich jego bójkach – wygranych i „remisowych” – po kilka razy, a mimo to wciąż opowiadał je z takim samym pomieszaniem dumy i szaleństwa, wybałuszając przy tym oczy w bardzo dziwny sposób. Antifa to jego sposób na życie. W byciu antyfaszystą odnalazł swoje powołanie.
– A nie widziałeś gdzieś tam może Miecia? – Łorker był kolegą Placka, ale nie obchodziły go sprawy polityczne. Kolegów miał po obu stronach barykady i wysłuchiwał co prawda ze spokojem historii takich, jak ta, ale zdecydowanie wolał lżejsze tematy.
– Stał tam, führer pierdolony. Po całej szopce zaczęli zwijać flagi, no i wtedy zobaczyliśmy, że dwóch kolesi odłącza się od całej ekipy. Jeden wyglądał raczej na normalnego typa, ale drugi w zielonym bomberze, białe bele, celtyk na rękawie. Nikt z nas go nie kojarzył, więc pomyśleliśmy, że może jakiś nowy w klimacie, a takiemu najprędzej się wybije ze łba naziolstwo. Podjechaliśmy za nimi kilka przecznic i wyjazd z samochodu, na buty nazików. Właściwie to dostali teleskopami, więc bach-bach i po sprawie. Patrz co przy okazji temu skinowi skroiłem.
Placek sięgnął do kieszeni i wyjął nóż w skórzanej pochwie. Obnażył jego ostrze i położył na blacie. Głownia miała jakieś piętnaście centymetrów długości, a drewnianą rękojeść zdobił metalowy krzyż celtycki.
– No, niezły majcher – zerknął Łorker. Wolał nie dotykać takich rzeczy. Za bardzo cenił sobie wolność, aby zostawiać swoje odciski palców na cudzych nożach.
– Wypadł mu z kurtki, kiedy ten się wyłożył na ziemi – zaśmiał się Placek. – Szybka akcja i spierdalamy. Oczywiście Kuba znów wziął od matki tico, więc ucieczka nie była zbyt widowiskowa, ale daliśmy radę.
Łorker nie za bardzo wiedział jak zareagować. Pobicie dwóch dzieciaków pałkami teleskopowymi w pięć osób nie wydawało mu się zbyt ciekawą historią. Opróżnił kufel z resztek piwa i zerknął na zegarek nie zwracając nawet uwagi na godzinę.
– Dobra stary, ja się będę zbierał. Chciałem jeszcze do rodziców zajrzeć.
– Spoko, ja też lecę. Do Magdy miał dzisiaj wpaść Simon, ten student z Kamerunu. Magda daje mu korepetycje i mówiła mi, że podobno kołuje dobre jaranie. Przejadę się i zagadam, może bym coś u niego zamówił.
Łorker spojrzał na Placka spode łba.
– Wyluzuj, chłopie – Placek wiedział, co jego kumpel sądzi o narkotykach, więc zmienił temat. – To już jutro wylatujesz na Wyspy?
– Taaa… Był urlop i się urlop kończy. Skurwysyny z góry mi powiedzieli, że na Boże Narodzenie mi nie dadzą, więc teraz przyjechałem.
– Załóż sobie konto na fejsie, bo tak to żadnego kontaktu z tobą nie ma.
– Wiesz, że nie siedzę w takich wynalazkach. Ale pomyślę.
– To trzymaj się. Dobrze że na siebie trafiliśmy.
– No no, dobra sobota była. Narka, stary.
Placek ruszył w stronę przystanku. Listopadowa aura nie była zbyt przyjazna, więc schronił się pod wiatą odpalając papierosa. Lekko pijany odganiał myśli o jutrzejszym dniu w pracy. Nikt chyba nie lubił poniedziałków, a szczególnie gorzko smakowały przy linii produkcyjnej.
Autobus przyjechał po dziesięciu minutach. Placek zajął pojedyncze siedzenie i założył słuchawki. Wyjął telefon, włączył playlistę Los Fastidios i obserwował przesuwające się za szybą obrazy ulicy. Nie miał pomysłu na dzisiejszy dzień. Pewnie posiedzi u Magdy do wieczora, wypije jeszcze za dwa piwa i tyle. W każdym razie popołudnie zapowiadało się bez fajerwerków.

Wysiadł z autobusu podążając w stronę bloku Magdy. Nie spodziewała się go, ale chciał jej zrobić niespodziankę. Pomyślał, że jak dobrze pójdzie, to ten Simon załatwi mu coś i wieczór może być nawet przyjemny. Magda zawsze lubiła seks po trawce.

Dotarł pod klatkę i wystukawszy kod na domofonie otworzył drzwi. Wszedł po schodach i wskoczył do windy naciskając czwórkę. Dźwig wlókł się w leniwym tempie aż w końcu zatrzymał się na właściwym piętrze. Wychodząc na korytarz Placek usłyszał, że zza drzwi Magdy dobiega głośna muzyka. Zdziwiony, czym prędzej wyjął klucze z kieszeni. Dostał je od Magdy, bo bardzo często u niej nocował. Jej rodzice i tak każdy weekend spędzali na działce, więc chyba nawet o tym nie wiedzieli. W zasadzie mieli tam wykończony domek jednorodzinny, ale nie chcieli się na stałe wyprowadzić, póki Magda nie wyjdzie za mąż. Placek nigdy nawet tego nie skomentował.

Zamek trzasnął, a drzwi stanęły otworem. Rozejrzał się podejrzliwie po przedpokoju i wszedł do środka. Muzyka dochodziła z pokoju jej rodziców. Zawsze uważał, że Magda słucha gównianej muzyki, ale takiego badziewia przy nim jeszcze nie puszczała.
Szedł powoli i stanął w otwartych drzwiach do pokoju. Jego wnętrze rozdarły na wskroś emocje. Oczy wyszły mu z orbit, a pięści zacisnęły się automatycznie. Czuł, jakby pędząca nienawiść promieniowała z każdej cząsteczki jego ciała i rozrywała go na kawałki. I czuł straszny ból.

Magda, zobaczywszy go, natychmiast przykryła się kołdrą, a w jej spojrzeniu pojawił się strach. Simon przez ułamek sekundy nie wiedział o co chodzi, ale kiedy się odwrócił, zrozumiał. Zeskoczył z łóżka jak oparzony i schylił się by podciągnąć spodnie. W tym momencie Placek kopnął go w twarz. Simon upadł, łapiąc się za złamany nos. Wiedział, że czas uciekać. Mimo ogromnego bólu zerwał się na równe nogi, złapał kryształową wazę stojącą na kredensie i cisnął nią w Placka. Ten uchylił się w bok, a Simon wykorzystał chwilę i wybiegł z pokoju.
Na korytarzu rozległ się tupot i krzyki. Wszyscy sąsiedzi już stali przy wizjerkach.
– Chodź tu, kurwa! Już nie żyjesz! Słyszysz, jebany czarnuchu?! – Placek nawet nie udawał, że panuje nad sobą. Emocje niosły go po schodach chęcią zemsty, a w ustach czuł smak czystej nienawiści.
Simon biegł szybko, ale między drugim a pierwszym piętrem jego bose stopy zawiodły go. Potknął się i upadł, lecąc ze schodów prosto na twarz. Placek skoczył na niego, przygniatając go do podłogi. W ruch poszły pięści, ale Simon wciąż próbował się bronić. Wyprowadził cios w twarz Placka. To rozsierdziło go jeszcze bardziej. Namacał podłużny kształt w kieszeni kurtki, wyciągnął i… Odpłynął gdzieś daleko.

Później wiele razy całkiem poważnie zastanawiał się, czy faktycznie on to zrobił. Nie pamiętał zbyt wiele z całego zajścia. Nie raz zdarzyło mu się brać udział w bójkach, ale o coś takiego nigdy by siebie nie podejrzewał. Pierwsze wspomnienie po wszystkim, jakie mógł przywołać, to zapłakana twarz Magdy, kiedy mijał ją prowadzony przez dwóch obcych facetów. Czuł wtedy jak cała złość ulatuje z niego, by zrobić miejsce ciężarowi poczucia winy, mającemu nadejść, kiedy wszystko zrozumie.

Teraz już zrozumiał.
***

Łorker siedział w swoim pokoju i kończył odgrzany kebab, zapijając go polskim piwem. Codzienny relaks po całym dniu harówki w angielskiej fabryce. Pani Basia, współlokatorka z pokoju obok, miała akurat wolne i siedziała w kuchni paląc fajki z nadzieją, że pobiadoli komuś z domu o swoim ciężkim życiu. Zaopatrzył się więc zawczasu u Pakistańczyków, bo gotowanie w takim towarzystwie odpadało.
Mieląc zębami kawałek baraniny, zerknął na ekran swojego laptopa. Strona startowa przeglądarki internetowej, czyli jeden z polskich serwisów informacyjnych, skrywała się gdzieś za folderem z plikami muzycznymi. Nie miał szczególnej ochoty na czytanie wiadomości z ojczyzny, dopóki kątem oka nie wypatrzył w tytule jednego z artykułów nazwy rodzinnego miasta: Rasistowski mord w Białymstoku – nowe fakty.
Kliknął w link, lekko uśmiechając się na widok zdjęcia grupy skinheadów z Lublina, wśród których stał jego znajomy, Kaczor. Zdjęcie musiało być dla mediów wyjątkowo atrakcyjne, bo połowa artykułów dotyczących „zagrożenia nacjonalizmem” opatrywana była wciąż tą samą fotografią, chociaż wykonano ją jakieś pięć lat wcześniej.
Łorker przebiegł wzrokiem cały artykuł, z góry odpuszczając sobie pierwszy i dwa ostatnie akapity, które najwyraźniej miały zbudować napięcie dramatycznym wprowadzeniem i podsumowaniem rasistowskich incydentów na przestrzeni ostatniej dekady. Ale środek tekstu go zaciekawił.

Prokuratura postawiła zarzuty mężczyźnie zatrzymanemu za zabójstwo obywatela Kamerunu, Simona K. Podejrzany to Mariusz P., wstępnie powiązany przez policję ze środowiskiem skrajnej prawicy. Widziany był między innymi podczas tegorocznych obchodów Święta Niepodległości w Białymstoku. Świadkowie zdarzenia twierdzą, że podczas ataku napastnik wznosił rasistowskie okrzyki. Policja zidentyfikowała również narzędzie zbrodni. Jest to nóż ozdobiony krzyżem celtowym – międzynarodowym symbolem supremacji białej rasy. Przypomnijmy: zdarzenie miało miejsce 16 listopada br. na jednym z białostockich blokowisk. Simon K. zmarł na miejscu. Zadano mu 61 ciosów nożem. Mariuszowi P. za ten czyn grozi dożywocie.

Łorker oczywiście stwierdził w myślach, że to paskudna sprawa, ale w głębi duszy nie za bardzo go to ruszyło. Codziennie ludzie się gdzieś zabijają, więc gdyby miał się tym wszystkim przejmować, to już dawno by zwariował. Coś jednak zwróciło jego uwagę w całej sprawie.
– Mariusz P. – zaśmiał się. – W dodatku z Białegostoku. Gość prawie nazywa się jak Placek. Pewnie chłopaki mu teraz ciągle dosrywają.

Łorker wziął łyk piwa i kropla potu pojawiła się na jego czole. Przypomniał sobie coś. Kameruńczyk… Simon. Nóż z celtykiem? Kurwa, że niby Placek?
Myślał chwilę, po czym otrząsnął się z krzywym uśmiechem.
– Niezły zbieg okoliczności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.