Guido Giraudo: W jego imię- wspomnienie o Carlo Venturino w 32 rocznicę śmierci

Ludzkie życie jest jak błyskawica: lecz tak, jak są krótkie błyski pojawiające się na niebie, niezdolne nawet do wydania dźwięku, tak są też potężne pioruny, które oślepiają, poruszają powietrze, wypełniają je ozonem, wstrząsają ziemią, wzniecają pożary. Właśnie jak taki piorun było życie Carlo: krótkie, olśniewające, silne, bogate, oczyszczające, płomienne, błyskotliwe… jednym słowem: wspaniałe. I tak, jak piorun spada na ziemię pozostawiając po swoim potężnym uderzeniu ogromną ciszę, tak też Carlo zakończył swoje krótkie życie upadając na ziemię i pozostawiając po sobie, w tamten grudniowy dzień, tylko milczenie bardziej lodowate niż jakakolwiek zima.

„Dwadzieścia lat to za mało, żeby dać sobie rozbić głowę…” śpiewał Carlo w jednej ze swoich pierwszych piosenek, lecz także trzydzieści lat to za mało, żeby „rozbić sobie głowę” w jakimś absurdalnym motocyklowym wypadku. Trzydzieści lat: punkt kulminacyjny, szczyt intensywnego życia, życia „młodości lat dobrze spędzonych na wypełnianiu sensu i powołania” (jak zaśpiewa o nim jego brat Marco). Żeby wyjaśnić sens tego jego (naszego) życia nie może być nic lepszego, niż słowa jednej z jego najpiękniejszych piosenek:

I bez hipokryzji umiemy także grzeszyć,
lecz potem nie opowiadamy bzdur, żeby nam wybaczono!
Nie jesteśmy bohaterami ani świętymi, niesiemy nasz krzyż,
ale zmienimy jutro świata głos.
Ze wściekłością między zębami zdajemy się bez serca,
ale Wierność nazywa się nasz Honor.
A wierność to znaczy: przysięgać bez oszustw
i nie zdradzić nigdy przez tysiąc lat,
śpiewać o młodości, o czasie, który płynie i umiera
mieć zawsze marzenie w sercu!

Przyjaciel

Powiedzieć że Carlo był bratem, towarzyszem, drugim tobą w którym mogłeś zawsze zobaczyć siebie nie wystarczy. Nie są także wystarczające słowa piosenki „Camerata Richared”, starej wojennej piosenki, którą kochaliśmy właśnie dlatego, że opisywała prawdziwe braterstwo, które w tamtych czasach wytworzyło się między nami, działaczami prawicy: „tych, którzy dzielą chleb i śmierć nikt nie rozdzieli”. Może można by spróbować opowiedzieć jakiś epizod? Ale który, spośród tak wielu? Z pewnością wśród najpiękniejszych są długie podróże w samochodzie, w pociągu albo na motorze przez cały kraj i pół Europy na występy Amici del Vento. Wspomnienie tych godzin jest wśród najwspanialszych i najszczęśliwszych wspomnień naszego życia. Rozmawialiśmy i żartowaliśmy o wszystkim, śpiewaliśmy, śmialiśmy się, dyskutowaliśmy bez końca. A potem (choć trudno to wyjaśnić), gdy wracaliśmy do domu, czuliśmy się bardziej „bogaci”, więksi, bardziej prawdziwi. […]

Piękne obrazy, które kontrastują, rozdzierając serce, z tamtymi wstrząsającymi obrazami z wieczora, w którym Carlo zginął.

Oto nagle całe życie się wali, rozbija się o mur bezsensu. Nasze radości, wspomnienia, rozczarowania, cierpienia, myśli, dyskusje, czyny, beztroski, kłótnie, śmiech, piosenki, żarty, żale, iluzje, nadzieje, gorycze, uniesienia, poniżenia, zabawy, hulanka, żale, miłości, przekleństwa, hymny, marzenia… wszystko… wszystko znika i zostaje tylko pustka płaczu.

Lekarz

Zostanie lekarzem to wybór. Przez lata i dla wielu syneczków tatusiów to może był wybór wygodny, dla innych wybór ekonomiczny, by wejść w zakamarki zawodu które, z daleka od szpitali i codziennego cierpienia, gwarantują solidne zarobki.

Natomiast dla Carlo to był wybór poświęcenia. Przede wszystkim zapisanie się na Wydział Medycyny na Uniwersytecie Państwowym w Mediolanie, w latach 70., było dla niego, jak dla wielu działaczy naszego obszaru politycznego, prawie samobójstwem. To były lata żaru i walki, lecz także ślepej i bezkarnej przemocy, i nawet zbliżenie się do wydziału medycyny, zajmowanego dzień i noc przez uzbrojone grupy komunistów, było ryzykowaniem skóry. Chodzenie tam regularnie było niemożliwe, lecz nawet zdawanie egzaminów było trudne i niebezpieczne.

Skończenie studiów nie otworzyło mu, z pewnością, drzwi prostego zawodu: nie odziedziczył gabinetu taty anie nie miał odpowiedniej legitymacji żeby łatwo otrzymać posadę lekarza rodzinnego, jak to się zdarzało niektórym jego „kolegom” wprawionym w terroryzmie. Nie zapominajmy że właśnie w tych latach i na wydziale Carlo, obroniło się także ośmiu zabójców Sergio Ramellego, a wszyscy w momencie zatrzymania, dziesięć lat później, zajmowali właśnie wygodne posady w szpitalu lub jako lekarze rodzinni.

Poza tym Carlo wybrał, jako swoje powołanie, najdłuższą i najtrudniejszą specjalizację, która jednocześnie była najbardziej angażująca i najmniej rentowna: chirurgię ratunkową. Pamiętam dobrze, jak w pierwszych latach ciężkiego wolontariatu, gdy przygotowywał się do specjalizacji i wykańczał się na godzinach na ostrym dyżurze, przychodził do mnie na kawę, rozmowę, czy po prostu żeby trochę wypocząć. Słuchając jego opowieści miałem ochotę rwać sobie włosy z głowy, słysząc o chronicznych dysfunkcjach naszej służby zdrowia. Ale gdy mówił o rozwiązanym przypadku czy o uratowanym rannym błyszczały mu oczy, podkrążone ze zmęczenia, i rozumiałem, ile pasji kryje się za jego narzekaniami.

Carlo zdecydował się zostać lekarzem przez tą potrzebę „dawania się”, która była dla niego typowa: zarówno w polityce jak i w muzyce, w przyjaźni i w miłości. We wszystko, co robił, wkładał poczucie człowieczeństwa, wrażliwość, uczciwość i tę swoją czystość, tę świeżą wierność i to bogactwo duszy, które charakteryzowało jego osobowość. […]

Działacz

O latach siedemdziesiątych dużo się mówiło. My, którzy doświadczyliśmy ich na własnej skórze mamy ich wspomnienie wyraźne, dramatyczne, niezatarte… a czasami wręcz szczęśliwe. Może to dlatego, że byliśmy młodzi i podobała nam się walka, podobało nam się rzucanie wyzwania naszym obawom, a może dlatego, że były to lata tak różne od ciasnej szarości, w której teraz żyjemy.

Gdy opowiada się dzisiaj o tych dniach utkanych z ryzyka i nauki, z obaw i wyzwań, z rozdawania ulotek i z ucieczek, z manifestacji i gazu łzawiącego, z rozklejania plakatów i z bójek, wydaje się, jakby się mówiło o innym świecie, o innej epoce. A tymczasem tak właśnie było. Wiele razy byliśmy atakowani i ryzykowaliśmy śmierć (21 naszych kolegów zostało w tamtych latach zabitych) z niewiarygodną łatwością i z ogólną beztroską, gdy nasza bezsilna wściekłość nie mogła znaleźć ujścia wobec aroganckiej, komunistycznej przemocy i wobec współwinnego temu tchórzostwa autorytetów, sądów i prasy.

Carlo w tamtych latach był odpowiedzialny za nasz mały krąg kulturalny „Alternativa nazionale” („Alternatywa narodowa”), pisał do wydawanego przez nas miesięcznika, zajmował się organizacją konferencji dla najmłodszych, przewodził naszym „nieśmiałym” próbom rozdawania ulotek na ulicy Torino. Przede wszystkim jednak grał i układał muzykę do napisanych przez siebie tekstów. Piosenki pełne wściekłości, pragnienia zwycięstwa, lecz także wzruszające wiersze, w których nasze idee przejawiały się przez filtr najdawniejszych i najczystszych uczuć ludzkości.

Tak powstają Amici del Vento, zespół muzyczny, który oprócz Carlo, tworzył jego brat Marco, narzeczona Cristina Constantinescu i Guido Giraudo. Był rok 1976, kiedy na Obozie Hobbit Amici del Vento mieli swój prawdziwy chrzest, w pewną magiczną noc, wobec setkami wzniesionych rąk młodych prawicowców, którzy przybyli z całych Włoch.

O czym opowiadały piosenki Amici del Vento? O wszystkim! Od społecznych problemów Włoch (narkotyki, aborcja) do problemów polityki zagranicznej (Vietnam, Afganistan), wskazując palcem, często z ironią, na łajdaków, którzy byli „dziennikarzami reżimu” albo socjalistycznymi złodziejami. Przede wszystkim piosenki Amici del Vento opowiadały historię pokolenia wyniszczonego w nigdy nie wypowiedzianej domowej wojnie, pokolenia bez munduru, ale z fascynującą odwagą i wiernością. Pokolenia, którego nikt – może – nie napisze historii… nikt, oprócz Amici del Vento:

Jeśli tysiąc jest historii, które wiatr porywa
to nasza jest historia, to moje pokolenie.
Przybywszy z piekła z ogniem w żyłach
wzniesiemy do nieba nasze łańcuchy!
 

Tekst został opublikowany dzięki uprzejmości strony Muzyka Włoskiej Prawicy. Serdecznie dziękujemy, a wszystkich naszych czytelników, zapraszamy do śledzenia jej w wersji na Facebooku lub w wersji tradycyjnej TUTAJ.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.