Kazimierz Wybranowski (Roman Dmowski): Grabarze ludzkości (opowiadanie)

-Teraz już nic nie rozumiem -mówił profesor Piętka. -Kozieniecki przyszedł do mnie dziś po południu specjalnie po to, ażeby mi powiedzieć, iż cała historia o panu i pani Brzozowskiej jest zmyśloną. Prosił mnie o wszystko, żeby kłamstwa nikomu nie powtarzać. Co to może znaczyć? Czyżby się grabarze pogodzili z panem?

Twardowski się roześmiał.
-Nie. Panie, oni się ze inna nie pogodzili; tylko Kozieniecki się przestał z nimi godzić. Składa dowód, że jest naprawdę człowiekiem honorowym.
Piętka widocznie jeszcze nie rozumiał. Słuchał zdziwiony i czekał na wyjaśnienie.
-Kozieniecki -mówił dalej Twardowski -grabarzem nie jest. On tylko się z nimi przyjaźnił. Dowiedziawszy się zaś o ich bezeceństwach, postanowił tę przyjaźń zerwać. Oburzyło go, że przez nich stal się mimowolnym oszczercą i jako człowiek honorowy postanowił odwołać oszczerstwo u wszystkich, którym je powtarzał.
Piętka był pod silnym wrażeniem tego, co usłyszał.
-To rzeczywiście bardzo uczciwie z jego strony. I to byłoby dowodem, że nie należy do grabarzy. A myśmy byli pewni tego…
-Dobrze panowie zrobią, jeżeli go będą traktowali życzliwie. To nie jest bohater, ale to człowiek uczciwy. Nie można oczekiwać od niego wielkich poświęceń, ale przy jego zdolnościach może być z niego duży pożytek.
-Pan zna się na ludziach.
-Chciałbym się znać lepiej. To przecież mój zawód. Drzwi gabinetu uchyliły się i ukazał się Michał.
-Chodźmy coś zjeść -rzekł Twardowski -a potem pogadamy. Chce dziś pomówić z panem o ważnych rzeczach.Przy stole Piętka opowiadał mu o stosunkach uniwersyteckich. Charakteryzował profesorów, zatrzymywał się dłużej nad tymi, których nazywał „naszymi” i wyliczali niewątpliwych grabarzy. Mówił szeroko i bardzo przyjaźnie o młodzieży:
-Z tych grabarze nie będą mieli pociechy. Ogromna większość młodzieży idzie z nami. Porządne chłopaki! Niestety, mało się garną do pracy naukowej. Zdaje się, panie, że idziemy do ogromnego obniżenia umysłowości.
-To się widzi nie tylko w Polsce i w tym tkwi ogromne niebezpieczeństwo dla przyszłości. Wszędzie się odbywa fabrykowanie ludzi sprytnych a powierzchownych, którzy wobec trudniejszych położeń są bezradni.
-Boje się -rzekł profesor -że nasza Polska z takimi ludźmi daleko nie ujedzie. Ale co na to poradzić?
-Trzeba wałczyć, wałczyć z ciemnotą, pewną siebie, blagującą, zamazującą trudności, wystawiającą okazale fronty, poza którymi się kryje słabość i nędza. Trzeba wśród piasku szukać ziarenek szlachetnego kruszcu: lepszemu materiałowi na ludzi nie trzeba dać utonąć w zalewającej go miernocie.

Rozgadali się na ten temat. Twardowskiemu profesor coraz bardziej się podobał. Gdy wrócili do gabinetu, od razu przystąpił do rzeczy:
-Postanowiłem, a właściwie muszę, choćbym nie chciał, prowadzić walkę z działalnością związku grabarzy. Taka walka niemożliwa jest w pojedynkę. Organizacji trzeba przeciwstawić organizację.
-My mamy organizacje -rzekł Piętka. -Mówię to panu, bo mam do pana zaufanie i spodziewam się, że pan będzie jednym z naszych.
Twardowski oczekiwał podobnej odpowiedzi. Niemniej ucieszył się, gdy ją usłyszał.
-Dobrze –odrzekł -pójdę z wami z całą gotowością. Ale uprzedzam, że będziecie mieli ze mną kłopot.
-Dlaczego?
-Dam z siebie dużo, ale będę dużo od was wymagał. Nie rozumiem walki nierozegranej, walki która jest niekończącą się nigdy kłótnią. Jeżeli się walczy, trzeba iść do zwycięstwa. Nie wolno szczędzić wysiłków i ofiar, ażeby walkę ostatecznie rozegrać. Kłótnie rozkładają tylko siły narodu, rozegrane walki, choćby najokrutniejsze, robią go potężnym.

Piętka otworzyli szeroko usta.
-Jak pan myśli szybko powalić takiego silnego przeciwnika? -zapytał.
-Przez to, że będziemy od niego silniejsi. Sam pan mówił, że nie jesteście słabi,a młode pokolenie idzie z wami. To najważniejsze.
-Tak, ale do ostatecznej walki potrzebni są nie tylko ludzie. Nam brak środków materialnych. Pan nie zna Polski, nie wie pan, jak tu trudno grosz na najważniejsze cele wydobyć…
Po chwili dodał z goryczą:
-Pod tym względem Polacy są wprost wstrętni.
-Nie wierzę -rzekł z mocą Twardowski.
-Nie wierzę, żeby silna organizacja nie umiała zdobyć sobie środków. Jeżeli jest ich pozbawiona, to jej wina. Zresztą na początek ja środków dostarczę.
-Skąd? -spytał Piętka, widocznie zaniepokojony.
-Niech się pan nie boi; źródło czyste. Będzie nim moja własna kieszeń.
-Pańska kieszeń? Przecież pan nie jest człowiekiem bogatym?
-Słyszał pan to z moich ust, kiedy rozmawiałem z Topolińskim u Osieckiego.
Później grabarze panu powiedzieli, że jestem bankrutem. Z przyjemnością panu komunikuje, że jestem naprawdę bogaty, że mój zmarły stryj nie strącił ani grosza ze swego majątku i wszystko mi zostawił. Tylko staram się, żeby oni o tym nie wie-dzieli. Dlatego okłamałem Topolińskiego, widzę, że skutecznie.
-Zdębiałem -rzekł otwarcie Piętka, na którym słowa Twardowskiego wywarły potężne wrażenie.
-Dostać takiego człowieka, jak pan i to jeszcze bogatego, i nie tylko bogatego, ale chcącego dać pieniądze…

Zamyślił się.
-Nie byłem -rzekł -przygotowany na taki wynik naszej rozmowy. Sam nie dogadam się z panem. Nie czuje się do tego na silach i nie mam prawa więcej mówić. Poznam pana z ludźmi ważniejszymi ode mnie.
-Dobrze. Chce się dowiedzieć, co i jak robicie. Obawiam się, że wiele ustępujecie swoim przeciwnikom nie tylko w środkach, ale i w sposobach walki.
-My nie możemy się posługiwać takimi łajdackimi metodami, jak tamci.
-Słusznie. Ale tym więcej trzeba energii i przejęcia się sprawą. Są wszakże metody, które można od nich przejąć. Dam panu przykład. Dziś otrzymałem list z Paryża od jednego z moich przyjaciół, który mi donosi, że tam w kołach moich znajomych naraz zainteresowano się niezwykle moją osobą. Pewni ludzie prowadzą formalne śledztwo, wypytują o moja przeszłość, o moje zwyczaje i nałogi, o stosunki itd. Wie pan, co to znaczy? To, że tutejsi grabarze, rozpocząwszy walkę ze mną i wiedząc, że dotychczas przebywałem głównie w Paryżu, tam szukają materiału do niej. Może uda się wykryć jakiś skandal, może nawet jakieś przestępstwo, słowem, jakiś środek szantażu, przy którego pomocy można by mnie obezwładnić. Szantaż -to jedna z najnikczemniejszych broni. Ale wiedzieć o przeciwniku i jego sprawkach, zwłaszcza, gdy jest on nikczemnikiem, a uchodzi za uosobienie cnoty, to rzecz niezbędna. Wy zaś bodaj nie wiecie nawet, z kim walczycie. Pan, na przykład, nie domyśla się kto kieruje waszymi uniwersyteckimi grabarzami?
-Myślę, że Topoliński.
-To tylko pachołek. Czy słyszał pan o mecenasie Henryku Culmerze?
-Mecenasie Culmerze? Tyle wiem, że to jakaś bardzo poważna osobistość. Ma podobno jakieś wielkie zasługi, o których zresztą nic nie wiem.
-Ot, widzi pan. Jest to jeden z największych łotrów, a przy tym głowa grabarzy, z którymi ma pan do czynienia w życiu uniwersyteckim.
-Co pan mówi -zawołał z niedowierzaniem Piętka.
-O prawdzie słów moich przekona się pan niebawem. Jakże można skutecznie walczyć, orientując się tak słabo?
-Ale skąd pan to wie?
-Niech panu na razie wystarczy, że wiem. Nie dość uderzać w pachołków. Dlatego chciałbym, żebyście mi pomogli dobrać się do Culmera. Tymczasem niech pan o nim nie mówi z nikim.
-Dlaczego? Trzeba łotra demaskować.
-Trzeba, ale ze skutkiem. Co przyjdzie z pańskiego demaskowania, gdy nikt nie uwierzy? Im większy łotr, tym umiejętniej trzeba z nim wałczyć. Przy pomocy nieprawdopodobnej wprost obłudy wyrobił on sobie pozycję zacnego człowieka. Trzeba mądrej i wytrwałej pracy, żeby tę pozycje zniszczyć.

Piętka z podziwem przyglądał się Twardowskiemu.
-Wie pan -rzekł -u nas takich, jak pan, ludzi nie ma. U nas nie robi się planów na długi dystans, ale działa się na gorąco.
-Żartuje pan -rzekł Twardowski. -Gdyby było prawdą to, co pan mówi, zawsze musielibyśmy być bici.
-Może trochę przesądziłem, ale nie jestem daleki od prawdy. Zdaje się, że nasi ludzie czegoś się od pana naucza.

Po wyjściu profesora Twardowski myślał długo.
Niezawodnie przez Piętkę zetknie się z ludźmi, których szukał. Piętka wszakże nie był zbytnim optymista. Czy w tych ludziach znajdzie wiele, oprócz dobrych chęci? Do czego są zdatni?… Jeśli grzeszą tylko nieumiejętnością czy będą umieli wiele się nauczyć? Jednakże sam Piętka, choć jak mówi, nie odgrywa wśród nich pierwszej roli, Przedstawia się do-brze. Sądząc po nim, to są ludzie mocnych zasad i zdolni. W stosunku do sprawy, której służą, maja coś, czego nie spotykał na Zachodzie. Jakiś stosunek nieosobisty, chwytający za serce. Od nich można dużo oczekiwać…
-A jeżeli tak -rzekł do siebie -to się zabawimy, panie Culmer.
Nazajutrz rano Twardowski stawił się o wyznaczonej mu godzinie w gabinecie mecenasa. Zastał go, siedzącego przy biurku, poważnego i godnego, z miną wyczekującą. W milczeniu wskazał miejsce naprzeciw siebie. Twardowski usiadł i nie śpieszył się z zaczęciem rozmowy. Spokojnie mierzył mecenasa. wzrokiem.
-Cóż pana do mnie sprowadza, panie Twardowski? -ten zapytał, cedząc wyraz po wyrazie.
-Zaraz panu to powiem, panie Kulmer.

Mecenas udał, że nie słyszał zmienionej pronuncjacji jego nazwiska, tylko z twarzy jego znikł olimpijski spokój.
-Od niedawnego czasu -rzekł Twardowski -rozchodzą się po Warszawie potworne o mnie wieści. Nie będę panu powtarzał,co mówią: pan to wie najlepiej, gdyż zawsze jest pan dobrze poinformowany. Jak pan myśli, czy to długo będzie trwało?
-Co?
-Ta kampania oszczercza.
-Cóż mnie to obchodzi?
-Jak widzę, ma pan zwyczaj odpowiadać zapytania pytaniami. To zwyczaj żydowski.
-Niech pan powie od razu, z czym pan przyszedł. Nie mam czasu na słuchanie dowcipów.
-To się nie da tak w paru słowach powiedzieć. Zacznę od mego zmarłego stryja, którego życie jest mi dobrze znane bardzo dobrze, panie mecenasie. Otóż ten, jak pan mówił, pański przyjaciel „drogi Alfred”, był zajadle prześladowany, a główną bronią, przeciw niemu używaną, był cały system nikczemnych oszczerstw. Pan, jego taki bliski przyjaciel, ma się rozumieć wie, co było tego przyczyną?

Culmer widział, że komedia, którą grał na początku, była chybiona, że młody Twardowski więcej wiedział, niż okazywał. Z musu stał się bardziej otwartym.
-Pański stryj ukradł rzecz, która mu była powierzona i zdradził ludzi, którzy mu zaufali.
-Panie Kulmer, niech wyrazy, których pan użył, mówiąc o moim zacnym stryju, więcej z ust pańskich nie wyjdą. Jeżeli za nie pana w tej chwili nie ukarałem, jak należy, to tylko dlatego, że nie chce jeszcze kończyć naszej rozmowy. Zresztą, mam gorsze względem pana zamiary.

Culmer zbladł. Nie odpowiedział ani słowa.
-Ja wiem –ciągnął Twardowski -co stryj wam zabrał. Ten dokument na równi z innymi jest w moim posiadaniu.Tu mówił nieprawdę; miał tylko słabą nadzieję, że dokument odnajdzie wśród papierów stryja.
-Spodziewał się pan zdobyć go przyporządkowaniu papierów w Turowie. Dlatego się pan tak po przyjacielsku ofiarował do tej nudnej pracy. Niestety, wizyta, po której pana wyrzucono za kołnierz z turowskiego domu, była ostatnią.
Bolesne wspomnienie nie pomogło Culmerowi do zachowania spokoju.
-Po coś pan przyszedł?
-Po to, by panu powiedzieć, iż walkę, która mi wypowiedzieliście, przyjmuje. Postanowiliście zniszczyć mnie oszczerstwami, za to, że do was nie przystałem, tak jak zniszczyliście mego stryja za to, że was opuścił. Ja was będę niszczył, odsłaniając wasza nikczemność.
-Pan nas będzie niszczył… -cedził Culmer szyderczo. -Kto pan jesteś? Co pan znaczysz?… Pojedynczy człowiek, bez stosunków, bez pozycji, bez majątku… Przeciw komu śmiesz pan rękę podnosić?..
-Niech pan nie myśli, panie Kulmer, że się porywam na wroga, którego nie znam. Ja cośkolwiek o was wiem. Przede wszystkim znam wasza wiedzę tajemną; studiowałem ją przez lat dziesięć. Tak, to były moje studia. Cóż to za wiedza?…Po ludach starożytnych, które poznawały zjawiska droga empirii, bez rozumienia ich przyczyn, pozostało trochę ochłapów ich wiedzy, przechowywanych w tajnych organizacjach, złożonych z ciemnych półbarbarzynców. Wyście te ochłapy odziedziczyli i niezdarnie ich używacie do imponowania ciemnym, choć pozornie wykształconym adeptom, do sugestionowania ich, hipnotyzowania w waszych inicjacjach, do robienia z nich swoich biernych narzędzi, nie tylko w czy-nach, ale i w myślach, do przerabiania ludzi na bydlęta. Ale to się wkrótce skończy. Za niedługo z popularnych książek ludzie będą dowiadywali się więcej, niż wyście kiedykolwiek wiedzieli…

Culmer słuchał, coraz szerzej otwierając oczy.
-Macie ludzi wielkich? -mówił dalej Twardowski. -Nie, wy staracie się niszczyć, łamać tych, co przerastają was głowami. a na ich miejsce podstawiacie miernoty. które wydymacie droga bezwstydnej reklamy. Od tych wydętych miernot świat dzisiaj się roi. Za waszą protekcję służą wam tak, jak im ich mizerne zdolności pozwalają. z zaparciem się swojego sumienia, honoru i godności ludzkiej. Ale miewacie wśród siebie wielkich łotrów. którzy używają tej potęgi. Jaką jest tajna organizacja, do swoich osobistych, nikczemnych celów. Są tam jeszcze więksi od pana.

Culmer się zerwał.
Twardowski spokojnie powstał z miejsca.
-Jak pan widzi, znam was nieźle. Wiem dużo. bardzo dużo faktów, nad którymi się tu rozwodzę. Zużytkuję je w walce z wami. Do widzenia. Jeszcze się pewnie zobaczymy.
-Wątpię -odrzekł nieuprzejmy gospodarz.
-Jeszcze słowo -rzekł Twardowski. -Niepotrzebnie tracicie czas, prowadząc dochodzenia o mnie w Paryżu. Nic nie znajdziecie, żadnego skandalu, żadnego najdrobniejszego nawet występku. Jestem człowiekiem. który nic ze swej prze-szłości nie ma do ukrycia. I to moja wielka siła, którą pan odczuje, panie Kulmer.

Tekst jest fragmentem książki Romana Dmowskiego, piszącego pod pseudonimem Kazimierz Wybranowski pt. Dziedzictwo. Tytuł pochodzi od redakcji 3droga.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.