Konrad Rekoj: Jaskinia Próżności (opowiadanie)

  • Kokos! Kurwa! Pamiętaj, przysięgam, że zawsze możesz na mnie liczyć!

Słowa kompletnie pijanego Sławka, obecnie będącego Panem Sławomirem Tomczakiem, a wtedy będącym jeszcze po prostu „Grzywą” pobrzmiewały teraz w głowie Grzegorza. Spojrzał na siebie. Kontrast był, aż nadto widoczny i można było odnieść wrażenie graniczące z pewnością, że umyślny. On ubrany w podkoszulek polo mający niejako imitować elegancję, z powodu braku lepszej koszuli, zbyt duże brązowe, bo wyblakłe spodnie i rozklejone buty, które zmuszały Grzegorza Kokosińskiego do wymuszonego długiego, lecz szybko lądującego na ziemi kroku, by nikt nie zauważył rzucającą się w oczy zwykłą biedotę lub zaniedbanie. Oczywistym jest, że dla większości ludzi, a dla pracowników tego budynku w szczególności obuwie, wygląd, prezencja, wiecznie biały i szeroki uśmiech, odpowiednio skomponowany styl bycia mający na celu wprowadzić swojego współpracownika, będącego de facto swoim klonem, w poczucie luzu, a jednocześnie szacunku wobec rozmówcy. Ich wygląd współgrał z zachowaniem, zachowanie z uśmiechem, a wszystko to pięknie komponowało się z korytarzem urzędu. Sufit ulokowany tak wysoko, jakby chodziły tam nie tylko olbrzymie egoizmy, pycha i chciwość, ale prawdziwe stwory stojące nad ludźmi kilka pięter wyżej. Pewnie tak lubili myśleć o tym przechadzający się szybkim i wiecznie zajętym krokiem, zawsze z teczką ulokowaną na przegubie, gotowi, by otworzyć i zaprezentować swoje dzieło w każdej chwili. Oni, mieszkańcy tej jaskini pychy. Na ścianach ogromne obrazy przedstawiające wielkich ludzi i wielkie wydarzenia, sugerując niejako jakby majestat tej pieczary próżności miał z automatu legitymacje do prezentacji ich. Tak jak tysiące identycznych miejsc i ludzi, tysiące polskich urzędów tak i ten uważał siebie za wyjątkowy, tak jak setki tysięcy innych urzędników, tak i tutaj wszyscy myśleli o sobie jako o najinteligentniejszych, najsprytniejszych, a jednocześnie mających najwięcej prawa do podłości wobec innych. Podłoga, a więc nierówne małe płytki, jasno dawały sygnał o bilionach kroków wielu pokoleń, systemów, marzeń i celów. Wypolerowana i dająca niesamowity posłuch, idących z dala kroków podłoga, była jednocześnie zimna i piękna. Kroki. Uwaga. Zbliża się niebezpieczeństwo. Zaraz ktoś przyjdzie i sprowadzi cie na twój poziom. Nie myśl, że należysz do tego budynku, nie myśl, że jesteś mieszkańcem tej jaskini.

Grzegorz zdał sobie sprawę, że przyszedł 15 minut temu, a jest skrajnie wyczerpany przepychem, swoim wstydem, a także, a może i nawet przede wszystkim niewygodnym krzesłem, zdecydowanie nie należącym do tego korytarza, rzuconym niejako jego mało szanownym gościom, by nie przeszkadzali i nie czuli się zbyt duży. Właśnie myślał o tym, jak to możliwe, że czuł się zmuszony usiąść na nim i czekać, jakby niewidzialna siła trzymała go kurczowo za ramiona, by nigdy nie zapominał kim jest. Jest najgorszą kategorią gościa jaskinii. Jest petentem.

Nie zdążył pomysleć, że ostatecznie jest nim w urzędzie istniejącym w założeniu, by mu służyć, ani o tym, że spotka tam zaraz swojego druha, pamiętającego go jeszcze z pięknych czasów, tworząc je razem z nim. Owszem minęło sporo czasu i wydarzeń, ale…

  • Pan Kokosiński, tak? – wyrwał go głos znikąd, nie czekający na odpowiedź, gdyż prawdopodobnie znający wszystkie odpowiedzi świata- Pan Dyrektor prosi.

Piękna młoda blondyncka, o ustach wymalowanych tak gorącą czerwoną szminką, że nawet w słabo oświetlonych korytarzach urzędu świeciła się, jakby właśnie pocałowała diabła. Wysokie obcasy, elegancka wyprostowana spódnica i biała koszula musiały wzbudzać tutaj na pewno zachwyt wszystkich kilkunastu Dyrektorów, Kierowników i innych wielkich ludzi rządzących naszym światem zza murów Jaskinii. Oczywiście w ustach jego sekretarki, trzymającej kilka papierów w ręku, choć przecież odeszła od biurka tylko niewiele ponad 3 metry, „Pan Kokosiński”, był grzecznościowym zwrotem, tak jak zawsze używają go ludzie mający poczucie ogromnej wyższości, tak dużej, że dającą pewność, iż mogą poudawać równość wobec innych. „Pan Dyrektor” brzmiał natomiast zupełnie inaczej. Pan Dyrektor musiał być kimś. Delikatny uśmiech na twarzy Grzegorza mimowolnie pojawiający się na myśl o tym, że miał on z pewnością ogromny wpływ na swoich pracowników i nie miałby problemu z ustawieniem dodatkowych szkoleń dla swojej sekretarki, musiał zostać przez niego zwalczony. Postanowił, że powstrzyma się od lubieżnego żartu, który dwa lata temu oboje z „Grzywą” uznali by za konieczność. Dziś nie wiedział, czy przywita go „Grzywa”, czy „Pan Dyrektor”.

  • Ho! Ho! Ho! – niczym Święty Mikołaj wstał zza biurka Dyrektor Tomczak i wystawiając ręke na powitanie z końca dużego gabinetu podszedł do swojego gościa- Kupe lat, co Bracie? Pani Gosiu dwie kawy będą – wykrzyknął, klepiąc mocno Grzegorza po plecach nie czekając zresztą z zamówieniem kawy na abrobate gościa, jakby chciał podkreślić swoje przyjazne zamiary lub pokazać swoją pewność siebie i dominacje w danym pomieszczeniu i w danym społeczeństwie.
  • Właściwie to ostatni raz widzieliśmy się prawie równo dwa lata temu.
  • Ach, tak. Świetna impreza, co? Ah, gdybym mógł czasem dalej tak poszaleć. – Grzywa opowiadał o tym, jakby minęła od tamtejszych wydarzeń co najmniej dekada, jakby usilnie chciał oddzielić tamten okres grubą kreską. – No dobra, Grzesiu, mów, z czym tam do mnie przychodzisz.

Petenta urzędu- Grzegorza Kokosińskiego- posadzono naprzeciw jego byłego przyjaciela Dyrektora Sławomira Tomczaka w gabinecie pełnym starych obrazów i antycznych mebli, budzących podziw i poczucie, iż tu właśnie mieści się Król Jaskinii. Pani Gosia przyniosła kawy, zapominając zupełnie o swojej zewnętrznej pozie, mającej pokazać jej prace jako ważną dla swojej jaskinii. Nie trzymała już papierów pod pachą, nie zadzierała nosa. Nie. W tym gabinecie, w decyzyjnym gnieździe mogła być sobą, a więc dziewczyną, która ma zapewnić Królowi Jaskinii, dobrą kawę, dobry seks i dobre samopoczucie pompując jeszcze bardziej jego ego. Grzegorz starał się streścić wszystko w kilku zdaniach:

    • Jestem w ogromnych trudnościach życiowych, a nie mam się już do kogo zwrócić. Z kamienicy, w której jak pamiętasz mieszkam właściciel chce zrobić hotel. Prawnie nie do końca może nas stamtąd wyrzucić z uwagi na socjalne kwestie, ale stosuję swoje żydowskie sztuczki próbując mnie i córkę, a także wszystkich innych mieszkańców wypieprzyć z mieszkania przez podnoszenie czynszu do granic absurdu. Wiesz, że mam rentę po śmierci Julii, poza tym jeszcze pracuję ile tylko mogę, ale nie wystarcza na opłacenie rachunków i czynszu, a co dopiero na godne życie dla Iwonki. Wiem, że jesteś blisko Prezydenta Miasta, przecież dlatego postawiłeś dwa lata temu wszystko na jedną kartę, ta karta okazała się być dla ciebie szczęśliwą. Pomyślałem, że mógłbyś zainterweniować.

Pan Dyrektor Sławomir Tomczak, a z pewnością w tej chwili był Panem Dyrektorem, oparł dwie ciężkie dłonie na swoim biurku i nabierając powietrze popatrzył spode łba na swojego rozmówce, niczym byk gotowy do startu na swoją bezbronną ofiarę:

    • A więc, jednak się nie myliłem. Przyszedłeś zaszantażować. – byk zbierał siły i nikt kto byłby w tym momencie w jego gabinecie nie miałby wątpliwości: zaraz nastąpi atak
    • Nie, przyszedłem, bo jestem w kłopocie. Mimo twoich ostatnich zachowań wobec mnie myślałem, że jednak nadal jesteśmy kolegami. Nie przyszedłem szantażować, nie przyszedłem wypominać ci mojej ówczesnej pomocy, zrobiłem to, bo uważałem cie za przyja…
    • Zamknij się! Zamknij się, kurwa! Myślisz, że nie pamiętam już twojej pomocy? Oczywiście, że wiem jak wtedy tego potrzebowałem. Dwa lata temu, gdy świętowaliśmy sukces, nie dodałem jednego: to był mój sukces. Pieniądze, które pomogłeś mi zdobyć, były zbyt duże, a ryzyko jednak istniało. Byłeś mi potrzebny, ale plan był mój. Kontakty również, praktycznie cała realizacja również. To był mój sukces. Prezydent wygrał, ale tak naprawdę to wygrałem ja. I to będzie nas Kokos zawsze różniło. Ty marzysz, ja realizuje marzenia. Popatrz na mnie, gdzie ja kurwa teraz jestem, a gdzie jesteś Ty. Żebrający dureń w łachmanach. I ty mówisz do mnie o koleżeństwie, długach wdzięczności. Jesteś kamieniem u nogi każdego, kto chce osiągnąć prawdziwy sukces. Mógłbym cie zgnieść jak robaka, gdybym myślał, że wykorzystasz informacje, które masz przeciwko mnie. Ale nawet na to jesteś za słaby. A ten świat należy do silnych, pewnych siebie i odważnych ludzi. Chcesz pomocy? Udzielę ci jej. Dostaniesz mieszkanie socjalne od miasta z dala ode mnie, bym nie widział ciebie i twojego pieprzonego bachora, gdy jadę do pracy. Gardzę tobą, bo przez lata zatrzymywałeś mnie i mój rozwój, ale poznaj moją dobrą wolę, bierz to mieszkanie, żyj tam z podobnymi do siebie i nigdy więcej tu nie przychodź i nie żebraj, rozumiesz?

Upokorzenie zaciskały dłonie Grzegorzowi. Król Jaskini Próżności zdecydowanie rozniósł go na kawałki. Pogarda, którą odczuwał do Tomczaka, z względu na jego pychę i karierowiczostwo, zamieniła się w strach i nienawiść. Dziwne połączenie, a jednak tak częste w kontaktach między ludzkich. „Pieprzony bachor”. Na okrągło w głowie kołatało mu to wyrażenie. Byk patrzył na niego prosto w oczy, wyprostowany i wyraźnie zadowolony z swojej tyrady. Grzegorz Kokosiński nie był w stanie wytrzymć jego wzroku, a przede wszystkim nie był w stanie wytrzymać swojego wstydu. Ukarać go za obrażenie swojego dziecka, czy ratować to dziecko ostatnią deską ratunku przed całkowitą nędzą? Duma, honor, godność i ludzka sprawiedliwość nie zawsze w takich sytuacjach mają szansę przed pragmatyzmem, tych którzy rządzą w swoich przyciemnianych jaskiniach popijając małą czarną od Pani Gosi.

    • Rozumiem…

Zwycięstwo tej bitwy należało zdecydowanie do Pana Dyrektora Tomczaka. Wiedział o tym i bardzo dobrze się z tym czuł. Wygrał i zastanawiał się czy nie upokorzyć go jeszcze wymuszeniem podziękowań, ale porzucił ten pomysł z względu na niepoczytalność ruchów jego byłego kolegi, więc chcąc szybko wrócić do swoich Ogromnie Ważnych Zajęć rzucił tylko na odchodne już cichszym głosem.

– No, to wypieprzaj z mojego biura…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.