MRO: Dramat „Historii Roja” (recenzja)

„Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać” to film przedstawiający postać Mieczysława Dziemieszkiewicza, żołnierza Narodowych Sił Zbrojnych. Udając się na seans, czułem dumę, że historia nie tylko „Żołnierzy Wyklętych”, co znienawidzonego przez komunistów NSZ, trafiła do kin.

Obraz trwający 150 minut niestety nie napawał mnie dumą i podziwem dla kunsztu reżyserskiego. Wręcz odwrotnie, największym atutem tego obrazu była walka jaką stoczyli producenci i twórcy filmu, gdyż okres zdjęciowy trwał od grudnia 2009 roku do czerwca 2010, natomiast premiera miała miejsce 4 marca 2016 roku. Po drodze TVP wycofała się z koprodukcji, Instytut Sztuki Filmowej odstąpił od umowy dotacyjnej dla filmu, a aktorzy i sam reżyser spotykali się z wrogością środowiska „twórców”.

Pomimo podziwu dla walki jaką stoczyli autorzy „Historii Roja” to film, delikatnie rzecz ujmując, odbiegał od wysokiej klasy dzieła filmowego. Obraz jaki pojawił się przed moimi oczami, to słaby montaż, źle zmontowany dźwięk, a przede wszystkim dialogi, które momentami na siłę były przesadnie patetyczne, a miejscami miałem wrażenie, że zostały wyjęte z groteskowych paradokumentów emitowanych w stacjach komercyjnych popołudniami.

Reżyser postawił sobie bardzo wysoko poprzeczkę, kręcąc pierwszy film o „Żołnierzach Wyklętych”, niestety mam wrażenie, że nie udało mu się jej przeskoczyć. Usilne streszczenie historii od 1945 do 1951 roku, było chaotyczne i przeciętny widz, mógł się w niej nie odnaleźć. Statyści i cześć postaci drugoplanowych to gra aktorska poniżej wszelkiego poziomu.

Abstrahując od nie do końca udanego aspektu technicznego filmu, gdyż zdaję sobie sprawę z ograniczeń finansowych przed jakimi stanęli producenci, to jednak walory artystyczne także odbiegały od wielkich dzieł kinowych. Żadna z postaci, a zwłaszcza główny bohater, nie została odpowiednio zbudowana i przedstawiona w filmie, mimo iż widać było duże starania reżysera.

Dużym fiaskiem zakończyła się  próba ukazania dylematów przed jakimi stanęli nasi przodkowie i ukazania postaci „Żołnierzy Wyklętych”, jako ludzi z krwi i kości, którzy mieli wątpliwości, a momentami powątpiewali w sens dalszej wali.

W obrazie Jerzego Zalewskiego najbardziej zabrakło mi miejsca dla widza, dla jego przemyśleń, zmuszenia do refleksji nad historią, dylematami i słabościami jakimi byli targani żołnierze NSZ. Wychodząc z kina ciężko mi było poczuć klimat tamtych czasów, dramat setek tysięcy młodych ludzi, którzy postanowili walczyć do końca o niepodległość Polski. Obraz był tak przepełniony sztucznym patosem, źle dobranymi punktami ciężkości czy chaotycznością, że sceny, które powinny robić wrażenie i zmuszać do stawienia czoła bestialstwu, spowodowały odwrotną reakcję widza.

Mimo wielu gorzkich słów jakie padły pod adresem twórców „Historii Roja”, polecam wybranie się do kina na ten film i wyrobienie sobie własnej opinii. Jestem pełen podziwu dla próby udźwignięcia jednej z najbardziej zafałszowanych historii przez komunistów oraz głęboko zakorzenionej w wielu warstwach społecznych, jaką jest bez wątpienia historia walki i  dziedzictwo „Żołnierzy Wyklętych”. Doceniam pracę jaką wykonała cała ekipa filmowa i chylę czoła za doprowadzenie filmu na ekrany kinowe.

Jednak czy jest to wystarczający powód, aby bezkrytycznie podchodzić do powyższego obrazu? Czy pamięć o Niezłomnych Bohaterach, musi być przedstawiona miernie, ale wiernie? Czy może zasługuje na kino z najwyższej półki?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.