Paweł Naskręt: Szczęśliwie ocalony (opowiadanie- Orle Pióro #2)

Mocarne ramię uniosło się w górę i uzbrojona w kastet, zaciśnięta pięść, z impetem rąbnęła w szczękę. Głowa aresztanta momentalnie odchyliła się do tyłu, a z ust uleciał strumień krwi. Siła uderzenia była tak duża, że taboret, do którego przykuty był mężczyzna, przewrócił się na betonową posadzkę, ciągnąc za sobą omdlałe ciało.
– Ocucić! – zarządził major i od parzącego już w palce niedopałka odpalił kolejnego papierosa.
Barczysty szeregowiec chwycił żelazne wiadro z lodowato zimną wodą i polał obficie leżącego na posadzce człowieka. Przesłuchiwany zakrztusił się i zakasłał.
– Podnieść! – zakomenderował bezpieczniak. Towarzyszący mu osiłek chwycił swoją ofiarę pod pachy i z łatwością, jakby podnosił dziecko, ustawił w pionowej pozycji.
– Pytam po raz ostatni! – krzyknął przesłuchujący. – Nazwisko, pseudonim i stopień dowódcy! Stan osobowy bandy i plan marszruty!
Więzień uniósł wzrok, nie podnosząc jednak do góry głowy i łypnął na ubeka bezczelnym spojrzeniem spod gęstych brwi. Aby spotęgować wrażenie uśmiechnął się przy tym arogancko, obnażając dziurę po wybitej przed chwilą jedynce. Następnie, mieszanką śliny i krwi, splunął obok wyglansowanych oficerek i wyseplenił:
– Pieldol się czelwona swinio.
Tego już było za wiele, nawet dla przeszkolonego w Kujbyszewie funkcjonariusza. Nie dość, że ten reakcyjny faszystowski śmieć zmarnował mu cały dzień, nie przekazując żadnych istotnych informacji, to dodatkowo śmiał z niego drwić!
Kiwnięciem głowy dał znak czekającemu w pogotowiu podwładnemu, który zamachnął się drewnianą lagą i z całej siły przyłożył w brzuch zatrzymanego. Uderzony w przeponę wydał z siebie ciche rzężenie i pod wpływem potwornego bólu próbował się odruchowo skulić. Jednak spętane kajdankami oraz przytroczone do mebla ręce i nogi skutecznie krępowały wszelki ruch.
– Ty chyba nie za bardzo rozumiesz w jakiej się znalazłeś sytuacji. – Ubowiec zgasił peta w szykownej popielniczce z rżniętego szkła. Takie rarytasy nie stanowiły standardowego wyposażenia urzędów i zazwyczaj były trofiejnego pochodzenia. Postanowił zmienić taktykę.
– Janku, albo jak wolisz „Jodła”, wojna już dawno się skończyła – kontynuował major – zapanował pokój i dobrobyt, nastał socjalizm, a wy jak obłąkani dalej ganiacie z bronią po lasach. I ja się pytam: dla czego i po co? – Zrobił teatralną pauzę, ale widząc, że interlokutor nie przejawia chęci do rozmowy, odpowiedział sam sobie na zadane pytanie. – Bo jesteście manipulowaniu przez zdrajców siedzących sobie bezpiecznie w Londynie, którzy za pomocą załganych podszeptów i amerykańskich dolarów chcą zniweczyć trud klasy pracującej miast i wsi – wyrecytował wyuczoną formułkę. – Ale my nie jesteśmy mściwi, o nie! Dajemy wam szansę na przyłączenie się dzieła odbudowy Ojczyzny. Przecież o nią walczycie? O Polskę! – Ubek rozłożył ręce w przyjacielskim geście. – Tylko po złej stronie. My jednak wybaczamy. To jak będzie?
– Nic nie wiem – wyszeptał jeniec wpatrując się w podłogę.
– Jak tam sobie chcesz. – Major poklepał się po udzie niewielkim nahajem. – Nabierzesz rozumu w karcerze. – Niespodziewanie zdzielił pejczem po udach zatrzymanego, aż chłopak stęknął boleśnie. Następnie ściągnął z wieszaka wojskową czapkę z orzełkiem bez korony, nałożył czarny skórzany płaszcz i wyszedł z pokoju przesłuchań.
Więźnia po chwili wyprowadziło dwóch uzbrojonych strażników. Po krętych kamiennych schodach zeszli do wilgotnej piwnicy. Na końcu wąskiego korytarza, w którym musieli iść jeden za drugim, znajdowały się niewielkie metalowe drzwi osadzone na skrzypiących zardzewiałych zawiasach.
– Do środka! – nakazał jeden z konwojentów. Gdy więzień przekraczał wysoki próg, strażnik niepostrzeżenie wsadził do kieszeni jego marynarki kawałek bochenka chleba i zatrzasnął odrzwia.
Pomieszczenie było całkiem ciemne i tak niskie, że Janek nie mógł się nawet wyprostować. Potarł dłonią o spuchnięty policzek. O siadaniu także nie mogło być mowy, bo podłoga zalana była śmierdzącą kałem breją, która sięgała do kostek. Do fetoru dało się jednak przyzwyczaić, bo po kilku godzinach udało mu się opanować torsje żołądka i przełknąć kawałek podarowanego skrycie pieczywa. Prawdziwą torturą było przezwyciężenie bólu zmarzniętych stóp i zesztywniałego kręgosłupa.
Wrześniowy wieczór był ciepły, ale porywy chłodnego wiaterku przypominały, że lato ma się ku końcowi. Major Józef Germann, wyszedł z gmachu Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa i skierował się w stronę służbowego mieszkania ulokowanego na piętrze kamienicy przy rynku. W mieścinie leżącej w środkowej części kraju bawił od maja. Kiedy po zakończeniu wojny skierowano go do zwalczania operujących w okolicznych lasach band i awansowano na majora, szczerze się ucieszył. Miał w końcu szansę się wykazać i zażyć trochę luksusu.
Po ucieczce z pacyfikowanego getta, błąkał się po lasach, żebrząc o kawałek chleba od polskich kmieci. Ostatni rok wojny przesiedział w niewielkim oddziale Armii Ludowej, którego dowódca nie kwapił się do walki z Niemcami. Od czasu do czasu napadli i ograbili jakiś pański dwór, czekając na przybycie posiłków w postaci jednostek Armii Czerwonej i NKWD.
Dochodząc do gwarnej o tej porze knajpy, postanowił wstąpić na setkę czystej. Przed lokalem nadział się na wielkiego jak góra mężczyznę, który łypał na niego nieprzychylnie. Gdy stanął w progu rozejrzał się po pełnej sali. Rozgadany dotąd tłum klientów ucichł nagle, jak porażony prądem, a z za gęstego papierosowego dymu, wlepiło się w bezpieczniaka kilkadziesiąt par oczu. Germann, zmieszany zainteresowaniem, które wzbudził wśród podpitej ciżby, po krótkiej jak mrugnięcie okiem chwili, stracił definitywnie ochotę na głębszego i postanowił wycofać się na ulicę.
Taka zbieranina wiecznie pijanych Polaczków powodowała, że wzbierała w nim szczera odraza. Od dziecka uczono go, począwszy od synagogi, do której prowadzano go w dzieciństwie, że ten agresywny narodek, nie jest wart więcej, niż zdoła się z niego wycisnąć kopiejek. Natomiast przeznaczeniem goi, w niedalekiej przyszłość, miała być służba narodowi wybranemu. Taka postawa wrosła w jego umysł głębokim korzeniem i nie potrafił się jej wyzbyć, mimo internacjonalistycznego światopoglądu.
W drzwiach zderzył się jeszcze z, próbującą go minąć, dziewczyną. Z rąk potrąconej wypadł pakunek owinięty w „Głos Ludu”. Major schylił się szybko, podniósł zawiniątko i oddał młodej kobiecie przepraszając.

***

– A ten tu czego? – prychnął szeregowy „Słowik”, gdy w drzwiach lokalu stanął wysoki rangą ubek. – Wszedł jak do siebie, a do tego wygląda jak gestapowiec. Aż ręce same spluwy szukają.
– Pewnie przyszedł się bratać z przedstawicielami klasy pracującej – zadrwił plutonowy „Sambor” i wychylił ostatni łyk rozcieńczonego i smakującego jak szczochy piwa.
– Panowie, tylko spokojnie – odezwał się rotmistrz „Wicher”, uspakajając wzburzenie podkomendnych i patrząc wymownie na, siedzącego naprzeciw niego, starszego szeregowego „Wilgę”. Chłopak rozluźnił palce na trzymanym kurczowo pod blatem pistolecie. – Bez zbędnej brawury – dodał przełożony.
Ubek zniknął szybciej niż się pojawił. Do stolika podeszła dziewczyna i bezceremonialnie usiadła na jedynym wolnym krześle.
– Widzieliście tego ubowca? – zapytała retorycznie i gwizdnęła spod nosa „Słowika” szklankę z niedopitym trunkiem, którą natychmiast opróżniła. Mężczyźni zgodnie przytaknęli wydając z siebie nieartykułowane pomruki.
– Masz plan budynku? – spytał „Wicher”.
– Tak, tutaj, zawinięty w gazetę. – Uniosła trzymany rulon.
– O „Jodle” coś się dowiedziałaś? – wtrącił najstarszy wiekiem, ale niecierpliwy „Sambor”.
– Przechodzi ciężkie śledztwo. Tak przekazał mi nasz informator – odparła gorzko kapral „Sarna”. – Bynajmniej się z nim nie patyczkują. Zamknęli go w izolatce w piwnicy. Najważniejsze, że nic im nie powiedział.
– Jak do tej pory – burknął „Sambor”.
– Chłopak się trzyma, to jest najważniejsze! – Odparł stanowczo „Wicher”, tłumiąc w zarodku wszelkie insynuacje. – Na nas już czas. – Dowódca wstał od stołu. W jego ślad poszła reszta. Na ulicy dołączył do nich, stojący na czatach, barczysty „Tur”.
– Nie mogłeś jakoś zadziałać z tym ubekiem? – zagaił go „Słowik”.
– A co niby miałem zrobić? – „Tur” wzruszył ramionami.
– A chociaż mu przyfasolić w ten marksistowski czerep.

– Przedstawiam wam kapitana „Rysia” – powiedział „Wicher”. – Pan kapitan wraz ze swoim oddziałem przedarł się niedawno zza Buga i tymczasowo operuje w okolicy. – Żołnierz w brązowej skórzanej kurtce kiwnął na powitanie głową. Nosił krótko przystrzyżoną brodę, która w połączeniu z szacownymi rysami twarzy i łagodnym spojrzeniem upodobniała go do profesora wyższej uczelni.
– Jak tam jest? – wyrwał się „Wilga”.
– Tak samo jak tutaj, tylko gorzej – odparł wymijająco gość. Wyraźnie nie miał ochoty wnikać w szczegóły. Żaden ze zgromadzonych przy ognisku partyzantów nie odważył się już podnieść tej kwestii. Każdy z nich domyślał się jak wyglądała sytuacja na wschodzie. Wszyscy, prócz „Wichra”, pochodzili z Kresów i odczuwali przemożną tęsknotę za porzuconą ziemią ojczystą. Wielu z nich wciąż żywiło nadzieję, że dzięki prowadzonej walce będą mieli okazję wytrwać i w końcu wygnać znienawidzonego okupanta, aby powrócić w rodzinne strony. Nieliczni, myślący bardziej racjonalnie, wyzbyli się już wszelkich nadziei i pogodzili się ze straceńczym charakterem prowadzonej krucjaty. W lesie trzymał ich tylko oportunizm wobec instalowanego w Polsce systemu oraz lojalność wobec kolegów.
„Ryś” patrzyła po zebranych nieobecnym wzrokiem. Wyglądał na człowieka zamyślonego lub zatroskanego. Trzymanym w ręku kijem grzebał bezcelowo w żarze. Gdyby nie poręczenie „Wichra”, nikt w oddziale nie dałby wiary, że ma przed sobą żołnierza, a nie niespełnionego poetę. Ciężko było uwierzyć, że ten zmęczony życiem mężczyzna, dowodził jednostką, która od kilku miesięcy skutecznie umykała przed niekończącym się pościgiem, zasadzkami i obławami NKWD.
– Sierżanta „Grudę” z NSZ znacie.
Obok „Rysia” siedział mężczyzna w wieku około czterdziestu lat, lekko szpakowaty o wesołkowatym wyrazie twarzy, sprawiający wrażenie towarzyskiego i otwartego. Pozory skutecznie jednak zwodziły, co do prawdziwej natury tego człowieka. Sierżant „Gruda” pałał wręcz zwierzęcą nienawiścią do komunistów zarówno w wersji importowej z ZSRR jak ich polskojęzycznych pomagierów. Wraz ze swoim oddziałem Pogotowia Akcji Specjalnej likwidował z zimną krwią szczególnie aktywnych na polu utrwalania nowej władzy. Na dźwięk jego imienia ubecy odruchowo chwytali za pistolet, a funkcyjni partyjniacy zaczynali rozglądać się za kryjówką. Gdy któryś z nich wpadł w ręce sierżanta i jego ludzi, nie było dla niego litości – kończył z przestrzeloną czaszką gdzieś w przydrożnym rowie.
– Do rzeczy. – Dowódca przerwał posępną ciszę. – Dzięki pomocy oddziału pana kapitana nasze siły wzrosną kilkukrotnie. Z tego powodu, że jego ludzie nie znają jeszcze zbyt dobrze terenu, każdą sekcją będzie dowodzić jeden od nas. Zaś oddział pana sierżanta stanowić będzie trzon grupy uderzeniowej. Nie muszę chyba podkreślać, że szansę na powodzenie upatruję w elemencie zaskoczenia oraz jak najszybszym osiągnięciu założonych celów. Akcję musimy zwinąć zanim do miasta dojadą posiłki stacjonującego niedaleko pułku Armii Czerwonej. Szczegółowe instrukcje i przydziały otrzymacie jutro, z samego rana.

***

Po kilkunastogodzinnym pobycie w karcerze „Jodła” czuł się tak, jakby jego ciało należy do kogoś innego. Otępiały z braku snu, stracił władzę nad członkami. Brutalnie wyciągnięty z ciemnej i mokrej nory, został zawleczony bezpośrednio do pokoju przesłuchań. – Witam i o zdrowie pytam! – przywitał go German z udawaną życzliwością. „Jodła” padł ciężko na podsunięty taboret i nie zaszczycił gospodarza nawet spojrzeniem.
– Widzę, że w nie najlepszym nastroju dzisiaj jesteśmy, ale zaraz humorek się poprawi. – German podszedł do okna i wpatrywał się w coś przez chwilę.
– Podejdźcie – Ubowiec zwrócił się do więźnia. „Jodła” nie poruszył się. Po krótkim spacerku, krew zaczynała krążyć szybciej w zastanych mięśniach, które przy najmniejszej próbie ruchu piekły żywym ogniem. – Żwawo! – ponaglił ubowiec. Jego pomocnik, jednym szarpnięciem podniósł więźnia na nogi i popchnął w kierunku przełożonego. Chłopak zacisnął zęby, ale zrobił kilka kroków w stronę oprawcy.
– Popatrz – German wskazał na okno – kto postanowił cię odwiedzić. – „Jodła” wyjrzał na dziedziniec urzędu. Pod oknem stała jego mama i młodsza siostra. Na widok syna i brata, obie uniosły ręce. Siostra machała żywiołowo, szczerze uradowana widokiem. Matka natomiast, stała wyprostowana i nie zdradzała żadnych uczuć, choć Janek wiedział, że wewnątrz aż gotowała się z emocji. Po chwili strażnicy odciągnęli je z pola widzenia partyzanta.
– „Skurwysyn” – „Jodła” zmełł w ustach przekleństwo.
Po raz pierwszy był pod wrażeniem długich rąk bezpieki. Sam wpadł w jej łapy całkowicie z własnej winy, bo pomimo ostrzeżeń rotmistrza, postanowił odwiedzić daleką rodzinę. Przy pierwszej kontroli dokumentów okazało się, że nie posiadał żadnych ważnych papierów i został przewieziony na lokalną komendę MO. W przepełnionej celi natrafił na starego towarzysza broni, który okazał się być szpiclem i przekazał jego tożsamość swoim nowym zwierzchnikom. Nie mógł jednak pojąć jakim cudem ubecja zdołała wyłuskać z transportów, wiozących ludzi z Kresów na Ziemie Odzyskane, jego rodzinę? Nie to było jednak teraz ważne. Najistotniejsze było ich bezpieczeństwo. Nic więcej się nie liczyło.
– To jak, pogadamy w końcu? – Major ponowił propozycję.

***

Pochodząca z rewizji ciężarówka podjechała pod bramę prowadzącą na podwórko przed budynkiem PUB. Z szoferki wyskoczył, przebrany w zdobyczny mundur KBW, „Wicher”. Kapral „Sarna” musiała się mocno natrudzić, aby wywabić plamy krwi poprzedniego właściciela. Załatane dziury po kulach udało się zasłonić paskiem koalicyjki. Rotmistrz podszedł do wartowników i wrzeszcząc na nich mieszanką rosyjskich i polskich przekleństw, kazał otworzyć bramę. Przyzwyczajeni do niezapowiedzianych inspekcji strażnicy, wykonali rozkaz i wpuścili pojazd na plac przed frontem.
W tym samy czasie, kilkuosobowe komando, dowodzone przez „Słowika”, zajęło budynek poczty. Ubrani po cywilnemu partyzanci, jak gdyby nigdy nic, tuż przed zamknięciem, weszli do środka i zaryglowali za sobą drzwi. Wystraszonym pracownicom i kilku petentom nakazali usiąść na podłodze pod jedną ze ścian. Następnie przecięli wszystkie przewody telefoniczne zrywając łączność miasteczka ze światem i uniemożliwiając tym samym wezwanie posiłków. Ulokowawszy się w oknach, za którymi zorganizowali stanowiska strzeleckie, mieli doskonały widok na komendę Milicji Obywatelskiej. Gdyby do głów milicjantów wpadła myśl o przyjściu z odsieczą, mieli ich przyszpilić ogniem i zatrzymać w budynku.
Kolejna grupa osłonowa, prowadzona przez „Tura”, ulokowała się na skraju niewielkiego parku, zabezpieczając przeciwległy kraniec ulicy dolotowej pod siedzibę UB. Zadaniem ich było zabezpieczać akcję przed atakiem, stacjonujących pod miasteczkiem, jednostek Armii Czerwonej. Przydzieleni „Turowi” partyzanci nie mogli wyjść z podziwu, gdy zobaczyli swojego tymczasowego dowódcę niosącego w rękach RKM i z zawieszoną na szyi taśmą z nabojami. Z miejsca zdobył sobie ich uznanie i podziw.
Po rozsunięciu plandeki, z ciężarówki wyskoczyła kilkunastoosobowa grupa szturmowa. Zaskoczeni odźwierni nie zdążyli nawet unieść swych karabinów, o celowaniu nie wspominając. Jeden został skoszony przez „Grudę” krótką serią z pepeszy, a jego kompan dostał kulkę prosto w czoło od stojącego przy nim „Wichra”. Wystrzały zaalarmowały znajdujących się wewnątrz budynku ubowców i kilku „doradców” z NKWD. Z okna na piętrze padł strzał. Jeden ze znajdujących się na placu ludzi z PAS padł i zajęczał boleśnie. Natychmiast został odciągnięty przez kolegów za ciężarówkę.
Przy pomocy zaimprowizowanych ładunków wybuchowych, partyzanci wysadzili, zamknięte, masywne drzwi wejściowe. W wyniku eksplozji, która wstrząsnęła budynkiem, większość okien poszła w drobny mak. Przez powstałe otwory natychmiast wrzucono granaty. Kilka kolejnych detonacji spowiło parter gęstym, gryzącym dymem i skutecznie zniechęciło ulokowanych tam obrońców do odgryzania się napastnikom.
Oddział wkroczył ostrożnie do wnętrza gmachu. Po oczyszczeniu parteru z kilku, próbujących stawiać opór, ubeków, grupa rozdzieliła się na dwie sekcje. Jedna z nich weszła do piwnicy, pełniącej rolę więzienia. Otwieranie cel poszło nad wyraz sprawnie, bo jeden ze strażników od dawna współpracował z podziemiem. Oswobodzeni więźniowie zostali natychmiast załadowani na ciężarówkę.
Druga grupa obsadziła klatkę schodową uniemożliwiając, znajdującym się na piętrze ubowcom, zakłócenie akcji ewakuacyjnej. Początkowo czerwoni nie byli zbyt aktywni, bo celny ogień partyzantów skutecznie udaremniał im wszelkie działania. Dopiero użycie przez nich granatów zachwiało linią leśnych, raniąc jednego z nich wielkimi drzazgami, które oderwały się ze, zniszczonych wybuchem, drewnianych stopni. Akcja ta okazała się jednak obusieczna, ponieważ roztrzaskane schody zamknęły drogę na dół i uwięziły na piętrze obrońców.
Zaalarmowani odgłosem niedalekiej strzelaniny milicjanci, próbowali wybiec z komendy, ale gdy tylko pierwszy z nich wychylił głowę zza węgła, w jego stronę poleciał grad pocisków wypuszczony z okien poczty przez ludzi „Słowika”. Zlękniony posterunkowy poślizgnął się na kostce, którą wybrukowano główną ulicę miasteczka i, porzuciwszy karabin, zrejterował na czworaka do swoich.
Niezdarna próba przebicia się milicjantów do więzienia UB, uaktywniła znajdującego się na poczcie klienta, który okazał się być funkcjonariuszem atakowanego urzędu. Trzęsącą się dłonią wyciągnął zza pazuchy służbowy pistolet, ale zanim wycelował w plecy rebeliantów, został kopnięty w rękę przez jedną z pracownic. „Słowik” kątem oka dostrzegł poruszenie wśród zakładników. Odwrócił się i bez namysłu wypalił pomiędzy przestraszone oczy radzieckiego pachołka. Stojący obok „Ryś” zdumiał się bezpardonową reakcją żołnierza.
Początek akcji upłynął grupie „Tura” spokojnie. W oczekiwaniu na ruch przeciwnika, oddział okopał się solidnie wśród drzew. Początkowy bezruch okazał się jednak przysłowiową „ciszą przez burzą”. Zrządzeniem losy, obozujący niedaleko enkawudziści, postanowili zwiedzić polskie miasteczko i przy okazji ponieść w niedawno wyzwolony, ale wciąż nieuświadomiony klasowo lud, kaganek radzieckiej maniery. Do tego celu postanowili wykorzystać kilka napotkanych po drodze dziewcząt. Rozochoceni alkoholem, otoczyli swoje ofiary i zaczęli niedwuznacznie je nagabywać. Zlęknione kobiety próbowały wyrywać się oprawcom, ale nie dały rady sforsować bariery w postaci szpaleru nachalnych grubych łapsk.
Pijani bojcy nie byli świadomi tego, że przez całą drogę, ich sylwetki znajdowały się na wprost szczerbinek kilkudziesięciu karabinowych luf. Rozkaz do otwarcia ognie nie padła, do chwili, aż molestowanym dziewczynom nie udało się szczęśliwie odbiec na wystarczającą odległość, aby zejść z drogi wystrzelonych znienacka pocisków.
Rubaszne śmiechy i sprośne żarty ucichły, zastąpione chórem przedśmiertelnych jęknięć. Kilkunastu czerwonoarmistów padło bez życia, niczym lalki, których niewidzialny właściciel puścił trzymane sznurki, znudzony niewyszukaną rozrywką. Pozostali próbowali odpowiedzieć ogniem. Byli chyba jednak zbyt zamroczeni, bo kilka chaotycznych serii poszło wysoko nad głowami Polaków. Po chwili bezmyślni strzelcy dołączyli do nieżywych kolegów.

***
Odgłosy dobiegających z zewnątrz wystrzałów, wyrwały Germanna z lektury świeżo spisanych przez „Jodłę” zeznań. Major, energicznym ruchem ściągnął nogi z biurka i podbiegł do okna. Plac przed budynkiem, roił się od uzbrojonych ludzi. Na bruku leżały ciała strażników.
– Swołocz! – zasyczał z nienawiści i wyszarpał z kabury nagan. Przymierzył do jednego ze znajdujących się na dole ludzi i wystrzelił. Bandyta padł na bruk, ale wciąż żył. Major próbował poprawić, ale w odpowiedzi pomknęła ku niemu krótka seria z automatu. Pociski roztrzaskały szybę okienną, której drobne odłamki posypały się na leżącego już i osłaniającego rękoma głowę, ubeka. Po chwili, budynek zadrżał pod wpływem silnej eksplozji, po której nastąpiło kilka mniejszych detonacji. Wojowniczemu do tej pory oficerowi bezpieki, przeszła ochota do dalszej walki.
– Po ciebie przyszli?! – krzyknął do kryjącego się pod biurkiem aresztanta. „Jodła” patrzył na oprawcę obojętnym wzrokiem. W głębi duszy zaczynał żałować, że z każdym wystrzelonym nabojem i z każdym martwym ubekiem, oddalała się perspektywa zdradzieckiej kuli posłanej w tył głowy w ciemnej piwnicy. Wszystko zapowiadało koniec o wiele bardziej haniebny. Stanąć naprzeciw plutonu egzekucyjnego złożonego z towarzyszy broni, z kompanów i braci, z którymi składało się przysięgę na wierność i posłuszeństwo, z którymi dzieliło się ostatnią konserwą, którzy gotowi byli oddać za ciebie życie, napawało lękiem o wiele większym.
Mimo to, „Jodła” nie znalazł w sobie dość siły. W tej krytycznej sytuacji zabrakło w nim odwagi, aby zakończyć ten pełen poniżenia spektakl. Nie zdobył się na odegranie ostatniego aktu, w którym to on dyktowałby warunki. Zamiast rzucić się na Germanna i wbić mu kciuki w oczodoły, aż po nadgarstki, czekał tylko biernie na rozwój wydarzeń. Został aktorem, który musi odgrywać scenariusz napisany przez kogoś innego. Wybrał zdradę za mglistą obietnicę złożoną przez zawodowych kłamców.
– Słyszysz mnie? – Germann warknął ponownie. „Jodła” z wysiłkiem zdołał skupić myśli. – Co tak siedzisz? Leć do swoich i pamiętaj kogo mam pod swoją opieką! Zgodnie z umową, raport jak najszybciej, bo… – Jego słowa zagłuszył jazgot strzelaniny. Janek wstał i wybiegł na korytarz.

***

– Panie rotmistrzu! Melduję, że wszyscy więźniowie zostali oswobodzeni! Najciężej skatowanych zabraliśmy ciężarówką, resztę ucieka o własnych siłach! – zameldował „Gruda”.
– Jesteś pewny, że to wszyscy? Jeden z moich ludzi powinien być tu trzymany.
– Wszystkie cele są puste.
Rozprzestrzeniający się pożar uwięził na piętrze niedobitki obrońców. Kilku ubowców wyskoczyło z okien, wygonieni przez szalejące w biurach płomienie. Zaraz po twardym lądowaniu na nierównym bruku wyłożonym z polnych kamieni, byli bezlitośnie dobijani przez ludzi sierżanta.
– Wstrzymać ogień! To jeden z naszych! – „Wicher” wykazał się niemałym refleksem, kiedy egzekutorzy wymierzyli w „Jodłę”, gotowi po raz kolejny wcielić w życie jedną ze swoich dewiz – żadnych jeńców. Chłopak wynurzył się z trawionej pożogą kamienicy niczym diabeł z piekła. Twarz miał osmoloną, ubranie porwane i ledwo trzymał się na nogach i człapał chwiejnym krokiem.
– To „Jodła”! – potwierdził „Sambor”.
– Panie rotmistrzu! Meldują powrót do oddziału! – zasalutował szczęśliwie ocalony.

Powyższe opowiadanie zwyciężyło drugą edycję konkursu „Orle Pióro- Nacjonalistyczna strona kultury”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.