Kultura
3.7

Paweł Naskręt: Widok przez koślawe, różowe okulary (opowiadanie- Orle Pióro #4)

Zjechałem z drogi na wielki szutrowy plac na przedmieściach Zgorzelca. Mimo wczesnej pory, stało tam już kilkadziesiąt samochodów, w tym kilka elektrycznych Maluchów. Jak mówił wujek Ziutek: „Na giełdzie najlepsze interesy robiło się przed śniadaniem”.
Gdy tylko wysiadłem z mojego wysłużonego Poloneza 2001 podbiegł do mnie około dziesięcioletni chłopak. Zbyt długa grzywka kruczoczarnych włosów opadała mu na twarz o śniadej karnacji i co chwilę musiał poprawiać niesforny kosmyk.
– Tanie fajki – wyszeptał z wyraźnym akcentem. – Dobre, oryginalne, z Al–Berlin – dodał pośpiesznie.
– Dziękuję, nie palę – odparłem stanowczo. – Spadaj. – Odgoniłem niedbałym ruchem ręki domorosłego handlarza przemycanych z za Odry papierosów.
Za dzieckiem kroczył ubrany w sportowy dres dorosły mężczyzna o podobnej, bliskowschodniej urodzie. Z miną znawcy zerkał na mijane pojazdy. W końcu zatrzymał się przed moim „poldkiem” i podrapał się po równo przyciętej, czarnej jak smoła brodzie.
– Jaki przebieg? – zapytał jakby od niechcenia.
– Niecałe dwieście – odpowiedziałem z podobną dezynwolturą.
– Gdzie bity?
– Nigdzie! – fuknąłem, bo małej stłuczki parkingowej nie brałem pod uwagę.
Arab albo Turek podszedł bliżej, kopnął w oponę i rzucił:
– Pięć tysięcy.
– W życiu! – Pomachałem przeczącą rękoma. – Dycha.
– Zderzak z tyłu pęknięty, rysy na drzwiach od pasażera i łyse kapcie. Siedem.
Zrobiłem minę jakbym się mocno zastanawiał nad ofertą, bo przyjeżdżając pod granicę nie sądziłem, że dostanę za niego choćby sześć tysięcy złotych.
– Zgoda! – Wyciągnąłem przed siebie prawą dłoń, którą najemca od razu uścisnął, jakby nie chciał, aby transakcja mu umknęła.
– Tu jest umowa. – Położył na masce wygniecioną kartkę i podał mi długopis. Zerknąłem przelotnie na druk.
– Ale tu jest wpisany jakiś Helmut Kohl!
– Alles gut. – Kupiec podłożył mi pod nos dowód osobisty. Zdjęcie pasowało do facjaty handlarza, a pod nim widniało nazwisko: Helmut Ahmed Kohl.
Przeliczyłem gotówkę. Mój samochód jako jeden z dziesiątków jeszcze tego samego dnia wyjechał do Niemiec. Po upadku tamtejszego przemysłu motoryzacyjnego sprowadzane lawetami używane samochody polskiej produkcji cieszyły się niesłabnącym wzięciem. Ceniono je zwłaszcza za niezawodność, co mnie osobiście dziwiło, bo dotykowy ekran w moim Polonezie co chwilę się zawieszał, a na nadkolach zaczynały pojawiać się już rdzawe wykwity.
Do Wrocławia musiałem wrócić więc koleją. Szklano-betonowa, obła bryła zgorzeleckiego dworca była widoczna z daleka i kierując się w stronę migoczącej odbijanymi promieniami słońca kopuły można było bez problemu dotrzeć do niej na piechotę. Mając jednak w kieszeni tak spora gotówkę postanowiłem wezwać taksówkę. Wyciągnąłem z kieszeni zeszłoroczny model wielofunkcyjnego telefonu marki RWT (Radomskiej Wytwórni Telefonów) i kilkoma ruchami kciuka zamówiłem podwózkę w ogólnopolskiej korporacji. Po chwili stanęła przede mną kanarkowożółta Warszawa. Automatyczne drzwi otworzyły się i usiadłem na wytartej kanapie.
– Na dworzec kolejowy – rzuciłem niepotrzebnie, bo kierowca znał destynację z centrali.
– Z giełdy? – zagaił chropowatym akcentem. We wstecznym lusterku zobaczyłem odbicie niebieskich oczu i siwych, krzaczastych brwi.
– Tak – potwierdziłem skinieniem głowy.
– Pamiętam czasy gdy sytuacja była całkowicie odwrotna – powiedział rozrzewnionym głosem.
– Jest pan Niemcem? – zapytałem dla potwierdzenia swoich przypuszczeń.
– Urodziłem się w Katowicach, ale całe życie spędziłem w Niemczech, a teraz mam polskie obywatelstwo tymczasowe – odparł staruszek z dumą w głosie. – Chichot historii polega na tym, że moja rodzina w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku wyjeżdżając z Górnego Śląska do RFN udowadniała niemieckie korzenie. Pięćdziesiąt lat później ja szukałem z powrotem polskich.
– Czyli można uznać, że syn marnotrawny powrócił?
– A co miałem zrobić? – W głosie kierowcy wyraźnie przebijała się oskarżycielska intonacja. Pożałowałem, że podtrzymałem rozmowę i nieumyślnie poruszyłem drażliwy temat.– Obroniłem doktorat z fizyki, – kontynuował podniesionym tonem i uderzył dłonią w koło kierownicy – wykładałem na uniwersytetach, a po ich redukcji wylądowałem na ulicy. Żeby nie głodować musiałem zbierać butelki, bo rozbuchany państwowy socjal dla uchodźców pożarł nawet fundusze emerytalne! – grzmiał i zamiast skupić się na prowadzeniu, całą uwagę skoncentrował na lamentowaniu i jak na mój gust zbyt często puszczał kierownice i oglądał się w moją stronę. Na szczęście pojazd był autonomiczny i dzięki masie czujników w dużej mierze wyręczał kierowcę z jego obowiązków, bo niechybnie wylądowalibyśmy na pierwszej ledowej latarni.

Słuchałem zwierzeń starszego człowieka w ciszy, bez słowa komentarza. Zrobiło mi się go szczerze żal. Moje kłopoty finansowe wynikły z moich własnych decyzji, a on został oszukany i okradziony przez system. Pozbawiony pracy i perspektyw na spokojną starość znalazł się na marginesie, a swoją „ziemię obiecaną” odnalazł w starej ojczyźnie, która sama borykając się z wieloma problemami pozwoliła zachować mu resztki godności.
Z drugiej jednak strony pomyślałem, co odpowiedział by mu wujek Ziutek: „Trzeba było wracać z podkulonym ogonem jak miliony innych, gdy wszystko dopiero zaczynało się trząść w posadach. A na kogo się głosowało? Czy przypadkiem nie płynęło się głównym nurtem przyklaskując wraz z tłumem baranów rojeniom wariatów o multikulti?”. Tak by powiedział wujek Ziutek. Postanowiłem jednak nie znęcać się nad przegranym człowiekiem.
Po drodze mijaliśmy bojowe wozy piechoty, nieustannie patrolujące zachodnie pogranicze od Szczecina po Bogatynię. Jechaliśmy wzdłuż Nysy. Jej wschodni brzeg zabezpieczony był betonowymi zaporami i zasiekami z drutu kolczastego. Na moście staromiejskim ustawiono ufortyfikowane przejście graniczne dla pieszych. Po drugiej stronie ciągnęła się długa kolejka gastarbajterów, czekających na szczegółową odprawę.
Bilet nabyłem w automatycznej kasie i po ruchomych schodach wjechałem na peron. Pociąg nadjechał zgodnie z rozkładem. Długa, obła konstrukcja wiła się po torach jak wielki wąż boa. W przedniej części opływowej karoserii lokomotywy widniało wielkie logo krajowego producenta z Bydgoszczy. Drzwi przedziału pasażerskiego rozsunęły się z cichym sykiem i wszedłem do środka. Klimatyzacja chłodziła przyjemnie, a ekrany personalnych tabletów wyświetlały zaplątaną reklamę jednej ze spółdzielni mleczarskich.
Skład ruszył delikatnie, bez szarpnięć. Bardzo szybko nabrał dużej prędkości. Panoramiczne szyby przyciemniały się automatycznie w miarę wzrostu jasności promieni słonecznych. Cały kraj pokryto siecią magnetycznych torów, więc podróż ze Zgorzelca do Wrocławia zająć miała niespełna trzy kwadranse. Przez chwilę tępo wpatrywałem się w przelatujący za szybą wiejski krajobraz. Biegnącą równolegle czteropasmową autostradą przemierzały najnowsze modele sportowych Syren i luksusowych Warszaw.
Poklepałem po kurtce na wysokości klatki piersiowej. Zwitek banknotów spoczywał bezpieczny w wewnętrznej kieszeni. Choć część długów mogła zostać spłacona. Nieudane inwestycje spowodowały, że znalazłem się na skraju bankructwa, a banki, mimo, że w pełni zrepolonizowane, coraz głośniej domagały się zwrotu wierzytelności i nie chciały już słyszeć o odroczeniu kolejnych rat. Teza, że pieniądz nie ma przynależności narodowej, już dawno została obalona, ale system funkcjonowania sektora bankowego ani trochę nie uległ zmianom. Hasła solidarności i pomocniczości były dla niego tak samo obce, jak wielkoduszność, choć próżno szukać duszy w tabelkach i wykresach. Liczył się przede wszystkim zysk, już nie między–, a tylko narodowych korporacji.

***

Dworzec we Wrocławiu przywitał mnie swojskim, chaotycznym gwarem i zapachem spalonego tłuszczu. Bezpośrednie połączenie z systemem miejskiej kolejki podziemnej pozwalało zejść do metra bez potrzeby wychodzenia na zewnątrz. Pracownik obsługi technicznej właśnie zamalowywał białą farbą siermiężne grafiti przedstawiające ukraiński tryzub.
Peron był jak zwykle zatłoczony. Chciałem przepchać się na jego skraj, bo właśnie nadjeżdżał mój pociąg, ale odbiłem się od szerokich pleców wciśniętych w garnitur wielkości małego namiotu. Miałem zamiar ponowić próbę i przedrzeć się bokiem, ale ktoś chwycił mnie za ramię żelaznym uściskiem i obrócił w swoją stronę.
– Pan Mariusz Peszko? – Mężczyzna o twarzy kwadratowej, jakby wyciosanej z granitu, zapytał tonem nie czekającym na odpowiedź.
Dwóch podobnych mu drabów złapało mnie w tym czasie pod łokcie i pchnęło ku wyjściu.
– Co wy…. – Próbowałem protestować, ale poczułem ukłucie w boku szyi i po chwili pokorny jak baranek dałem się odprowadzić. Po drodze straciłem przytomność, bo ostatnim co zapamiętałem, to pisk hamującego pociągu.
Przebudzałem się, siedząc na krześle. Głowa pulsowała tępym bólem, a gdy tylko próbowałem nieśmiało otworzyć oczy, zamazany obraz wirował, powodując mdłości.
– Panie Peszko… – Gdzieś z oddali dobiegał do mnie tubalny głos. Poczułem jak z ust zwisa mi gęsta strużka śliny. Próbowałem ją wytrzeć rękawem, ale ruch ręki był tak nieporadny, że tylko trafiłem się w ucho.
– Zróbcie z tym coś. – Ponownie usłyszałem męski głos i poczułem identyczne ukłucie w szyję. W jednej chwili błędnik przestał wariować, a wzrok wyostrzył się. Przed sobą zobaczyłem włączony komputer.
– Słyszy mnie Pan? – Sylwetka pytającego spowita była w cieniu. Za jego plecami stał reflektor, którego ostry snop światła skierowany był wprost w moją stronę.
– Kim wy…? Gdzie ja jestem? – Chciałem się podnieść, ale na barku spoczęła mi wielka dłoń i przytrzymała w pozycji siedzącej.
– Proszę zdiagnozować błąd w kodzie źródłowym. – Od razu odniosłem wrażenie, że prośba była słabo zawoalowanym rozkazem.
Zerknąłem na ekran i ciągi migających liczb. Z oporem, ale zabrałem się do pracy i w mig ukończyłem banalnie proste zadanie. Po nim nastąpiło jeszcze kilka, bardziej skomplikowanych testów, które również zaliczyłem. Na sam koniec reflektor zgasł i pomieszczenie rozświetliło się światłem podwieszonej pod sufitem jarzeniówki. Oprócz niej, stołu i dwóch krzeseł w pokoju nie było innych sprzętów, a ściany pokryto tylko szarym tynkiem.
Przed sobą ujrzałem wojskowego w średnim wieku ubranego w polowy mundur moro bez dystynkcji. Przez chwilę lustrował mnie uważnym spojrzeniem i w końcu odrzekł:
– Gratuluję. Przeszedł Pan pomyślnie próbę.
– Kim pan jest?
– Wojsko Polskie! – krzyknął rozbawiony. – Porucznik Węgliński. Przepraszam za ten cały teatrzyk, ale środki ostrożności były konieczne. Wie pan, tajemnica wojskowa, bezpieczeństwo kraju i tak dalej. – Odchylił się wyluzowany. – Wybraliśmy Pana z licznej grupy potencjalnych kandydatów ze względu na profesjonalizm – powiedział bardziej poważnie.
– Jestem wdzięczny za okazane zaufanie – odparłem mocno zmieszany, ale też poirytowany. – Ale po co to wszystko? – Moja lewa dłoń powędrowała do kieszeni z pieniędzmi.
– Spokojnie, zabezpieczyliśmy pańskie fundusze. Wracając do meritum, tak wygląda nowy program rekrutacji do Samodzielnej Kompani Informatycznej. Proponujemy panu etat w stopniu starszego szeregowego.
– Mnie? Do wojska? – Cała sytuacja w mojej opinii stawała się coraz bardziej groteskowa. – Gdzie są ukryte kamery? – parsknąłem prześmiewczo.
– W odpowiednich miejscach. A propozycja jest całkowicie poważna. – Położył na blacie kontrakt.
– Ale ja mam kategorię „D” – broniłem się.
Porucznik otworzył teczkę i przewertował kilka kartek.
– Ze względu na wadę wzroku, zgadza się. Ale w dokumentacji z NFZ stoi, że dwa lata temu dokonał pan laserowej korekcji i z wyników badań wygląda na to, że jest pan całkowicie zdolny do służby wojskowej.
Zaniemówiłem. Nie miałem stosownych argumentów i jedynym ratunkiem wyrwania się z zastawionych przez Węglińskiego sideł pozostała stanowcza odmowa na zasadzie „nie, bo nie”.
– Proszę zerknąć na treść kontraktu w części dotyczącej żołdu – dodał wojskowy. Tu mnie miał. Wydrukowana pogrubioną czcionką liczba zrobiła na mnie duże wrażenie.
– Warunek jest taki, że nie będę musiał taplać się w błocie po poligonach. – Decyzja zapadła, ale chciałem wynegocjować dla siebie jak najlepsze warunki dodatkowe.
– Myślę, że w przypadku pańskiej specjalności podstawowy kurs na strzelnicy wystarczy. – Węgliński wyciągnął nad stołem dłoń. Uścisnąłem ją i podpisałem umowę.
– Wciąż mamy w pamięci pańskiego ojca, który wielce zasłużył się dla Ojczyzny – dodał na odchodne oficer. Bezceremonialnie dał znać, jaka jeszcze kwestia była brana pod uwagę przy wyborze mojej osoby. W duchu postanowiłem pokazać tym ignorantom z armii, że sam potrafię zapracować na własne nazwisko jakością mojej pracy. – Nie muszę powtarzać, że szczegóły umowy objęte są klauzulą najwyższej tajemnicy? – podkreślił formalnie.
– Ku chwale Ojczyzny! – chlapnąłem pierwsze co ślina przyniosła mi na język. Okazało się jednak, że porucznik nie podzielał mojego poczucia humoru. Jego nienaganne maniery pozwoliły mu tylko na nerwowe podkręcenie staromodnego wąsa i wymowne nadęcie policzków.
Do domu odwieziono mnie cywilną terenówką marki Tarpan. Gdy wjechaliśmy na ulicę Kazimierza Wielkiego, wokół nas rozgrywały się sceny niczym z drugiego Majdanu. Nad głowami zbitego w zwartą masę przez oddziały prewencji tłumu powiewał las niebiesko-żółtych i czerwono-czarnych flag, zaś czoło pochodu prowadziło regularną bitwę z policją. Szklane elewacje biurowców i sklepowe witryny było porozbijane lub w najlepszym wypadku nosiły ślady uderzeń od wyrwanej z chodnika kostki brukowej. Ktoś przytaszczył z zaplecza jednej z pobliskich restauracji kubeł na śmieci, który płonął teraz, a czarny dym mieszał się z białym gazem łzawiącym.
Kierowca włączył koguta i próbował ominąć zadymę. Nagłym manewrem, wymuszonym przez grupkę zagradzającą przejazd, skręcił w ulicę Krupniczą. Gdy mijaliśmy Forum Muzyki, o pojazd roztrzaskała się butelka z benzyną. Ogień momentalnie objął przednią szybę i maskę. Włączyły się automatyczne wycieraczki i spryskiwacze. Do wnętrza zaczęły po chwili wpełzać płomienie. Kierowca w ostatniej chwili próbował ominąć radiowóz. Pisk opon i rozrywanego metalu został przytłumiony przez wycie policyjnych syren.

***

Na ostatnim posiedzeniu Krajowej Korporacji Elektro-Mechanicznej, zrzeszającej właścicieli i pracowników tego sektora gospodarki, spotkałem starego przyjaciela.
– Mariusz, na litość boską! Co ci się stało? – jęknął Fabian, widząc siniaki na mojej twarzy i gorset na szyi. Zajmował się on produkcją ekranów ciekłokrystalicznych w odkupionych od upadłego koreańskiego koncernu zakładach pod Wrocławiem. Jego firma była największą tego typu w tej części Europy.
– Mały wypadek, nic poważnego. – Z wiadomych względów nie chciałem wchodzić w szczegóły ostatnich wydarzeń.
– Skoro tak twierdzisz – odrzekł wyraźnie zawiedziony. – Jak tam twoje poszukiwania pracy? – Na szczęście Fabian miał dar do szybkiej zmiany tematów rozmów. – Pamiętaj, że moja oferta jest wciąż aktualna.
– Dzięki za pamięć, ale już sobie coś znalazłem.
– O! Naprawdę? – zrobił zdziwiona minę. – Gdzie?
– Powiedzmy, że sfera budżetowa – odpowiedziałem niepewnie, nie mając zamiaru patrzeć rozmówcy w oczy.
– Mam przynajmniej nadzieję, że dobrze ci tam płacą.
– Nie narzekam.
– A słyszałeś o tym ostrzelanym pod Przemyślem busie na ukraińskich blachach? Mam pewne znajomości w Straży Granicznej i dowiedziałem się, że cały wypełniony był materiałami wybuchowymi. Wiesz co by się stało gdyby został zdetonowany w środku miasta? Do tego przy zabitych znaleziono rosyjskie paszporty.
– Coś słyszałem – odparłem odruchowo.
Od podpisania kontraktu nie miałem zbytnio czasu na śledzenie najnowszych wydarzeń. Okazało się, że moja praca polegać miała na programowaniu aplikacji według szczegółowych wytycznych oraz administrowaniu wdrożonych przeze mnie rozwiązań. Wbrew pozorom było to zajęcie mocno angażujące. Początkowo spory dyskomfort powodowało to, że nie miałem pojęcia o późniejszym praktycznym wykorzystaniu tworzonego przeze mnie softu, ale praca pochłonęła mnie do reszty.
Włączyłem komputer i poprzez szyfrowane połączenie zalogowałem się do systemu. Przesłałem na wojskowe serwery kolejna porcję kodu. Fabianowi nie zamykały się usta. Opowiadał mi o planowanych inwestycjach jego przedsiębiorstwa, ale w tym momencie moja uwaga skupiała się na fali komunikatów wysyłanych przez stworzone przeze mnie oprogramowanie. Poszczególne segmenty softu wykazywały krytyczny poziom przeciążenia, a niektóre z nich po prostu wariowały! Czoło zrosiły mi kropelki potu, a po plecach spłynęła lodowata strużka, gdy wyobraziłem sobie minę porucznika Węglińskiego wygłaszającego swoje rozczarowanie gdy zamykał mnie w celi.
Przystąpiłem do natychmiastowego działania. Palce stukały w klawiaturę z taką zawziętością, że kilku delegatów popatrzyło na mnie urażonych, a któryś syknął coś niezrozumiale.
Zlokalizowałem źródło infekcji – pochodziła z serwerów znajdujących się gdzieś na Syberii. Zupgrejdowałem zapory i przepuściłem kontratak w postaci wpuszczenia w sieć własnej wersji wirusa. System się ustabilizował. Zamknąłem laptopa i odetchnąłem z ulgą.
– Na zakończenie obrad – zadudnił głos przewodniczącego – pragnę oddać głos jego ekscelencji biskupowi Marianowi Matuszkiewiczowi, dyrektorowi Caritas Polska.
– Drodzy rodacy! – Duchowny wstał, podpierając się laską. – Przychodzę do was z wielka prośbą. – Mimo podeszłego wieku, kapłan emanował energią, której nie powstydził by się niejeden kleryk. – Dotyczy ona zbiórki charytatywnej prowadzonej przez Caritas na rzecz uchodźców ze Szwecji. Jak wszyscy wiemy, kryzys humanitarny i powstanie kalifatu w Skandynawii przyczyniło się do masowej emigracji rdzennej ludności. Codziennie do bałtyckich plaż przybijają dziesiątki tratw z setkami uciekinierów. Obozy dla azylantów są przepełnione, brakuje podstawowych artykułów i lekarstw. – Zgromadzeni słuchali charyzmatycznego duszpasterza z wielka atencją. – Dlatego proszę was, otwórzcie swoje serc i portfele, albowiem jak powiedział Pan Jezus: „Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu.”
Apel biskupa odniósł niebywały efekt. Puszki wręcz pękały pod naporem wciskanych w nie na siłę banknotów o dużych nominałach.

***

Kolejne pojawienie się Węglińskiego, choć miałem wątpliwości, czy to było jego prawdziwe nazwisko, bo w sieci nie znalazłem żadnych informacji na jego temat, okazało się wstępem do decyzji, która wywróciła mój świat do góry nogami. Ale jak można odmówić, gdy złożona propozycja należy do tych z rodzaju „nie do odrzucenia”?
– Panie Mariuszu, Ministerstwo Spraw Wojskowych jest bardzo zadowolone z dotychczasowej współpracy. – Awansowany na rotmistrza Węgliński poklepał mnie przyjacielsko po ramieniu. – W pojedynkę wygrał Pan jedną z największych bitew od czasu Stalingradu.
– Ja? Kiedy? – Moje zdumienie sięgnęło zenitu. Miałem jednak spore wątpliwości czy Węglińskiemu chodzi o moją ostatnią sieciową rozgrywkę w popularną strzelankę.
– Samodzielnie odparł Pan atak na nasze systemy!
Oświecenie spadło na mnie niczym cios obuchem w głowę.
– Czyli ostatnie… problemy – odchrząknąłem – były atakiem? Ale kto za tym stał?
– Stawiamy na Rosjan, ale nie wykluczamy też Chińczyków lub jakiejś cyberanarchistycznej grupy. Należą się Panu szczere gratulacje!
– Ja… nie wiem czy… – Mimo, że nie potrafiłem w tej chwili wydusić z siebie ani słowa, to duma rozpierała mnie tak bardzo, że prawie fizycznie poczułem, jak w jednym momencie zyskuję kilka zbędnych kilogramów próżności.
– Na medale i zaszczyty przyjdzie jeszcze czas, bo to tylko jedna z bitew. Moje najście ma także inne, bardziej prozaiczne powody – dodał już bardziej formalnie i wbił we mnie uważne spojrzenie, upewniając się, czy zrozumiałem powagę sytuacji.
– Oczywiście, jak wszystko – odpowiedziałem uszczypliwie. Wojskowy miał niesamowity dar łechtania czyjegoś ego, aby po chwili, bez litości sprowadzić rozmówcę na ziemię.
– To dla Pana. – Rotmistrz wręczył mi beżową kopertę zalakowaną czerwoną kroplą wosku, w której odciśnięto orła w koronie trzymającego w szponach berło i krzyż – herb Korony. Wewnątrz znajdowała się kartka kredowego papieru, na której zamaszystą czcionką wypisano zaproszenie na czwartkowy podwieczorek do Belwederu. Pod wydrukowaną laserowo formułką widniał jednak odręczny podpis króla Stanisława III.
Po przejściu przez bramkę, która dosłownie prześwietliła mnie do szpiku kości, znalazłem się na placu przed Belwederem. Odźwierny w białej peruce z kitką uwiązaną czarną wstążką i ubrany w strój wyciągnięty chyba z muzeum i stylizowany z osiemnastowieczny, zaprowadził mnie do sporego gabinetu. Wyłożony ciemnym drewnem prezentował się bardzo przytulnie. Wrażenie psuł tylko olbrzymi, pewnie stucalowy ekran wiszący na jednej ze ścian. Nie licząc stojącego przy drzwiach i wyprostowanego jak struna kamerdynera w równie historycznym przebraniu, w pomieszczeniu na chwilę zostałem sam. Miałem jednak nieodparte wrażenie, że jestem obserwowany przez więcej niż jedna parę oczu i to nie koniecznie organicznych. Sieć monitoringu musiała być tu tak gęsta, że dyżurujący w tej chwili przed monitorami w swej pakamerze strażnicy, mogli sprawdzić, czy mam czyste uszy.
Usiadłem na sofie, której skórzana tapicerka skrzypnęła, próbując dostosować się do kanciastego kształtu moich pośladków. Stylizowany na rokoko barowy stolik podjechał do mnie i wyświetlił dotykowy panel z listą drinków. Wybrałem wodę, niegazowaną.
Stojący do tej pory nieruchomo lokaj otworzył drzwi i próg przekroczył dumnie rotmistrz Węgliński w paradnym mundurze i szablą przy boku. Pod pachą wetkniętą miał zaś rogatywkę z wpiętym srebrnym orzełkiem, błyszczącym wyraziście niczym Syriusz na nocnym niebie. Tuż za nim podążała nieśpiesznie gromadka siwiejących i łysiejących mężczyzn w skrojonych na miarę frakach i mundurach z generalskimi epoletami. Popatrzyłem na swój najlepszy garnitur i zadałem sobie pytanie – dlaczego do tej pory nie dostałem własnego munduru? Przecież w końcu nie byłem już cywilem, a żołnierzem.
Na widok pozostałych gości wstałem odruchowo i zapiąłem guziki marynarki. Węgliński wyszczerzył się w swoim najbardziej teatralnym uśmiechu, podszedł do mnie i zamaszystym ruchem poklepał po plecach.
– Jak dobrze, że Pan już jest! – krzyknął radośnie rotmistrz. Następnie zaczął przedstawiać mnie pozostałym uczestnikom spotkania, wśród których znajdował się Minister Spraw Wojskowych, człowiek o przenikliwym spojrzeniu i spiczastej bródce, która nadawała jego twarzy wyrazu drapieżnego jastrzębia. Na krok nie opuszczał go przedstawiciel armii amerykańskiej, nie tak dawno przecież, światowego mocarstwa, dziś ledwie jednego z wielu równorzędnych graczy na arenie międzynarodowej. Krótko ostrzyżony, milczący olbrzym w galowym mundurze marines, którego szeroka prawa pierś prawie w całości pokryta była kolorowymi baretkami, na lewej zaś wisiało kilka medali, przywitał mnie tak machinalnie, jakby w ogóle mnie nie zauważył. Szef polskiego Naczelnego Dowództwa okazał się natomiast towarzyskim pulchnym wesołkiem, z którego nalanej twarzy ani na chwilę nie schodził szeroki uśmiech, a żartami, anegdotami i bon motami rzucał na zawołanie, bardziej przypominając komika niż dowódcę największej armii na zachód od Bugu.
Pokój szybko wypełnił się gwarem rozmów, cygarowym dymem oraz brzękiem szklanek napełnianych whiskey. Poczułem się nieswojo stłamszony antykwarycznym wystrojem i otoczony pseudo arystokratycznym towarzystwem. Zatęskniłem do mojej ascetycznej kawalerki na szóstym piętrze bloku na wrocławskim „Gaju”.
– Przepraszam, można? – Wypowiedziane angielskim akcentem pytanie, wyrwało mnie z zamyślenia.
– Tak, proszę – potwierdziłem odruchowo i przesunąłem się na skraj kanapy, robiąc miejsce obok siebie.
– Nazywam się doktor McMilan – przedstawił się szpakowaty jegomość. Ubrany w znoszoną brązową sztruksową marynarkę z łatami na łokciach, który czasy świetności, miał już dawno za sobą sprawił, że poczułem małą ulgę. W końcu znalazł się ktoś, kto jeszcze bardziej nie trafił ze strojem. – Serdecznie gratuluję ostatniego sukcesu.
Plotka o mojej ostatniej batalii widocznie rozniosła się tak szybko, jak ptasia grypa w Japonii sprzed dziesięciu laty, która prawie zdepopulowała ten wyspiarski kraj.
– Serdecznie dziękuję – odpowiedziałem beznamiętnie.
– Jestem nowym wiceszefem Narodowego Programu Kosmicznego.
– W takim razie również powinienem panu pogratulować.
– Ja natomiast odczuwam nieodpartą potrzebę podziękowań każdemu napotkanemu Polakowi. Po ostatnim wielkim kryzysie finansowym, tylko Polska, jako jedyna, nie zrezygnowała z eksploracji kosmosu. Zasługuje to na uznanie i daje dowód na to, że wasz naród stworzony jest do wielkich rzeczy. – Z wytartej skórzanej teczki wyciągnął kolorowy folder i podał mi. Zdjęcie z pierwszej strony przedstawiało biały, podobny do cygara obły kształt, wynurzający się z kłębów białego dymu. Pod namalowaną na burcie biało-czerwoną kratownicą widniał pionowy napis TWARDOWSKI 5.
– Od czasu rozwiązania NASA – kontynuował słowotok – przez dziesięć lat aplikowałem do pracy u was, a gdy w końcu mi się udało, to od razu wskoczyłem prawie na najwyższe stanowisko. Wypijmy za to! – Uniósł do góry szklankę z rodzimym ciemnobrązowym płynem i jednym haustem wypił zawartość do dna, krzywiąc się po tym zabawnie. Jego nieporadność w celebrowaniu polskich zwyczajów była wręcz komiczna i poczułem do Amerykanina nutkę sympatii.
Jeden z lokai otworzył kolejne dwudrzwiowe drzwi i zostaliśmy sproszeni do kolejnej, tym razem skromnie urządzonej i najpewniej zabezpieczonej przed podsłuchami sali, której centralnym elementem był długi stół i ustawione wzdłuż niego krzesła. Zasiedliśmy na wyznaczonych miejscach. Po chwili jednak jeden z bardziej strojnych służących stanął na baczność i z wielką emfazą zadeklamował:
– Jego Królewska Mość Stanisław III, z łaski Boga, przenajświętszej Maryi Dziewicy oraz Narodu Król Rzeczpospolitej Polskiej!
Zebrani przy stole wstali prawie w jednym momencie, a od nieumeblowanych białych ścian poniósł się nieznośny zgrzyt odsuwanych krzeseł.
Nie wiem do końca, czego się spodziewałem. Może ciężkiej, wysadzanej szlachetnymi kamieniami korony, szkarłatnego, obszytego sobolimi futerkami płaszcza i berła w dłoni, którym bez problemu można rozłupać człowiekowi czaszkę? Jednak widok szczupłego mężczyzny, w podobnym do mojego wieku około trzydziestu lat, w skromnym, ale eleganckim czarnym garniturem zrobił na mnie nie mniejsze wrażenie. Od Króla biła wręcz namacalna aura charyzmy, która sprawiała, że nawet podstarzali generałowie, pamiętający czasy nieboszczki NATO, wypinali się przed nim jak struny i nie czynili tego bynajmniej tylko dlatego, że tak wypada.
Gdy wszyscy ponownie usiedli, podwieszone pod sufitem kryształowe żyrandole przygasły, ciężkie zewnętrzne żaluzje szczelnie zasłoniły okna, a nad stołem wyświetlił się trójwymiarowy hologram z herbem RP. Następnie przed oczami mignął nam krótki montaż prezentujący stan polskich sił zbrojnych. Przegląd zakończył się na samotnej, stworzonej z fotonów obracającej się figurze robota o mocno humanoidalnej formie. Obłożony czarnymi płytami, prawdopodobnie pancerza, prezentował się jak z filmów sci-fi. Dolne masywne kończyny przypominały kangurze, ale poruszały się w bardzo ludzki sposób. Górne kończyny, wzorowano na ludzkich, dzierżyły jakiś rodzaj ciężkiego karabinu maszynowego, z placów zaś wystawała w górę rura, prawdopodobnie granatnika. Każdy w skupieniu przypatrywał się wizualizacji, niektórzy wskazywali palcami i szeptali coś do siebie. W końcu lektor przemówił:
– Pierwszy polski, w pełni funkcjonalny robot bojowy Huzar-1.
Światło rozbłysło z powrotem, jednak stalowe okienne kurtyny pozostały na miejscach. Pośród oniemiałych notabli rozszedł się cichy gwar spekulacji i komentarzy, który, gdyby nie obecność monarchy, niechybnie przeobraziłby się w niekontrolowany rozgardiasz. Sam byłem zdziwiony tym pokazem. Zaciekawiło mnie na jakim etapie znajdował się projekt i w końcu dlaczego znalazłem się w tak elitarnym gronie, któremu zdecydowanano się uchylić rąbka tajemnicy?
Na twarzy Węglińskiego, siedzącego po przeciwnej stronie stołu wykwitł pod wąsem uśmieszek, a cała sytuacja i reakcja widzów bardzo go bawiła. W końcu podniósł się, skinął głową królowi i powiedział:
– Szanowni Państwo! – Zrobił pauzę, czekając aż wszyscy, tak jak lubił, skupią na nim swoją uwagę. – Widzę, że ten mały wstęp spełnił pokładane w nim nadzieje, a mianowicie wasza ciekawość została rozbudzona. Chciałbym w takim razie przejść do konkretów. W tym celu zapraszam do siebie starszego szeregowego Mariusza Peszko.
Spoczęło na mnie kilkanaście par oczu. Zdębiałem. Jak na mój gust praca dla Węglińskiego wiązała się ze zbyt dużym natężeniem tajemnic i niespodzianek. Wstałem jednak i podszedłem do rotmistrza. Ten puścił do mnie oko i poprowadził dalej w kierunku niepozornej szafy z ciemnego drewna. Otworzył drzwiczki i moim oczom ukazała się niewielka plastikowa skrzynka z czerwonym światełkiem lasera skierowanym wprost na mnie. Węgliński podniósł hełm przypominający te używane przez pilotów myśliwców i nałożył na moją głowę. W dłonie wsadził kontroler, podobny do tych z popularnych konsol do gier wideo. Pierwsza myśl, która mi zaświtała, to czy on chciał, abym zagrał w jakąś grę?
– Starszy szeregowy Peszko przywdział teraz bezprzewodowy moduł sterujący. – Dochodziły do mnie tylko strzępki wyjaśnień Węglińskiego, bo hełm tłumił dobrze dźwięki i nie przepuszczał światła, toteż przed oczami miałem tylko czarną pustkę. – Za pośrednictwem umieszczonego na ziemskiej orbicie satelity „Swaróg”, za chwilę połączy się ze znajdującym w bazie w Bieszczadach egzemplarzem testowym.
Ekran przed moimi oczami rozświetlił się uruchamianym interfejsem. Musiała minąć chwila zanim załapałem, że w dużej części składa się ze stworzonych przeze mnie aplikacji! Kolejna niespodzianka Węglińskiego! I kolejne objawienie – moja obecność na spotkaniu stała się wręcz oczywista.
Ujrzałem przed sobą ścieżkę wijącą się po trawiastym stromym zboczu. Obraz mogłem oglądać w kilku trybach, w tym w podczerwieni i noktowizji oraz dowolnie przybliżać lub oddalać perspektywę. Ruch mechem do przodu i do tyłu odbywał się za pomocą analogowych gałek na sterowniku. Wyłapujący moje ruchy czujnik również przenosił na robota. Byłem z siebie zadowolony. Kontroli mógł nauczyć się każdy dzieciak, a co dopiero mówić o wojskowych specjalistach. Gdzieś z tyłu głowy pojawił mi się obraz uroczystości, na której zostaję odznaczony jakimś medalem.
Tymczasem ruszyłem dróżką przed siebie. Automatyczny celownik pozostawał w gotowości czekając na najmniejszy zarejestrowany ruch. Pięćdziesiąt metrów po prawej stronie z trawy wyrosła tarcza strzelnicza. Uchwyciwszy cel, rozprułem ją za pomocą trochę zbyt długiej serii z obu automatycznych karabinów maszynowych kalibru 7,62 mm podczepionych do moich nowych „rąk”. Nadlatujące drony zestrzeliłem o wiele bardziej profesjonalnie. Z odległości półtora kilometra każdy został strącony przez jeden precyzyjny strzał.
Dalej było już trudniej. Przed moim nosem wystrzeliły w jednym momencie gejzery ziemi i skał. Cofnąłem się kilka kroków i w mgnieniu oka zlokalizowałem pozycję dział. Wykrywszy drgania powietrza spowodowane lotem kolejnych pocisków w mgnieniu oka znalazłem schronienie za wielkim głazem. Musiałem przyznać, że przyciężkawa maszyna okazała się nad wyraz zwinna. Granatnik na plecach posłał w stronę pobliskiego zbocza precyzyjnie mierzone pociski. Trzy postępujące jedna po drugiej detonacje załatwiły sprawę.
Ekran zgasł, zdjąłem z głowy hełm i znalazłem się na powrót w Belwederze. Państwowa wierchuszka z królem na czele biła żywiołowe brawa. Węgliński z duma poklepał mnie po plecach. Mokra od potu koszula lepiła się do skóry.
– Wody?
Nagle szafa zabłysła czerwonymi kontrolkami i wydała z siebie, świdrujący uszy pisk. Rotmistrz zerknął na ekran pozostawionego na stole komputera. Owacje ucichły.
– Mariusz! Wracaj do Huzara! Coś się tam dzieje niedobrego! – krzyknął wyraźnie przejęty. Doskoczyłem do przyrządów i sądziłem, że znów znajdę się na nienazwanym wzgórzu w Bieszczadach, jednak połączenie zostało zerwane.

***

– Króla nie będzie. Pojechał na nadzwyczajne spotkanie państw międzymorza – oznajmił Węgliński, gdy na drugi dzień wezwał mnie do swojego gabinetu. Prócz nas był tam Minister Spraw Wojskowych Bogusz, zasępiony jeszcze bardziej niż zwykle, oraz generał Sieczkowski szef Naczelnego Dowództwa, tym razem siedział nad wyraz cicho i z dużym zapałem delektował się cygarem.
– Co z robotem? – zapytał ten pierwszy.
– Sygnał GPS straciliśmy w okolicach Boryni – powiedział Węgliński.
– A gdzie to jest?
– W linii prostej około siedmiu kilometrów na wschód od granicy.
– Na Ukrainie? Przecież to w naszej strefie? Nikt ich po drodze nie przechwycił? – wysyczał poirytowany minister w kierunku generała.
– Większość wojsk stacjonuje w okolicy Lwowa. – Sieczkowski wypuścił w górę gęstą chmurę dymu.
W wyniku przegranej wojny z Rosją, wschodnia część Ukrainy dostała się pod okupację Rosyjską. Po zakończeniu walk, masy zdemobilizowanych weteranów z batalionów Azow i Ajdar zaczęły siać zamęt i terror w pozostałych rejonach, spychając kraj na skraj wojny domowej. Zgodnie z mandatem ONZ, w celu zapobieżenia eskalacji konfliktu, wysłano międzynarodową misję stabilizacyjną. Błękitne hełmy założyli żołnierze z Polski, Węgier, Rumuni, Słowacji i Białorusi, czyli państw graniczących z Ukrainą, a jednocześnie wchodzących w skład Unii Międzymorza, organizacji utworzonej z inspiracji Króla Stanisława III po rozpadzie Unii Europejskiej. Polsce przydzielono największą strefę, która pokrywała się z grubsza z terenami należącymi przed wojną do II Rzeczpospolitej.
– Transport półtoratonowego i trzymetrowego robota, to nie przemyt sztangi fajek! – Coraz bardziej irytował się Bogusz. – A co więcej ma do powiedzenia kontrwywiad, prócz tego, że zgubił sygnał? – przerzucił swoja wściekłość na Węglińskiego.
– Namierzamy ich. To tylko kwestia czasu. Prawdopodobnie spróbują przedostać się przez strefę rumuńską – gdybał niepewnie rotmistrz.
– Od początku im nie ufałem – sarknął Boryń. – Trzeba było iść za radą Węgrów, ale król się uparł – westchnął ciężko.
– Panie generale, mamy za mało ludzi w terenie. Potrzebujemy wsparcia przy ewentualnym przechwyceniu. Może oddelegowałby Pan kogoś z „Gromu”? Albo z innych jednostek specjalnych?
– Nie da rady – odparł stanowczo grubas. – Wszyscy są zaangażowani w akcję przeciwpartyzancką. Nie uszczuplę swoich sił, bo pod nosem mam zarzewie buntu.
– Oglądałem w telewizji, że nasze wojska były tam witane kwiatami, więc co się zmieniło? – zapytałem.
– A i były – sapnął generał. – Większość ludności miała dość anarchii i po cichu mówili, że „jak przyjdzie Polak”, to zrobi porządek. Po czasie części się odwidziało i zaczęli popierać banderowskie bandy. Ot, taka Ukraińska lojalność. W czterdziestym pierwszym też witali Wermacht kwiatami. Zresztą jak się nie ma ustalonej jednej linii politycznej i skacze się od koncepcji do koncepcji, to tak się dzieje – zerknął wymownie na ministra.
– Sugeruje pan coś, generale? – Bogusz wyszczerzył zęby gotowy skoczyć wojskowemu do gardła.
– Niby jest koalicja rządowa Endeków i Narodowych Radykałów, a nie potraficie się ze sobą dogadać, choć tak dużo znowu was nie dzieli.
– Opozycja cały czas absorbuje naszą uwagę od spraw ważnych, a koalicja ma się dobrze.
– Opozycja? Stetryczałe dziadki z Odrodzonej Sanacji nie są chyba poważnym przeciwnikiem dla młodzieży. Sport, zdrowie, nacjonalizm! – szydził generał.
– Mam pomysł! – przerwałem słowne przepychanki. – Panie rotmistrzu, czy są jeszcze jakieś Huzary?
– Około dziesięciu. Jednak prócz nas dwóch nie ma kadry, która mogłaby je obsłużyć. Wyszkolenie zajmie…
– To żaden problem! Znam jeszcze z tuzin osób, które bez problemu poradzą sobie z obsługą.
– Kogo ma pan na myśli, szeregowy? – Węgliński wyglądał na zaskoczonego moją inicjatywą.
– „Cyber Wojownicy”. Zajęliśmy wicemistrzostwo Europy w „Electro War VIII” – odpowiedziałem z uśmiechem na twarzy.
– Pan chyba żartuje? – żachnął się minister. – Chce Pan, aby banda pryszczatych, uzależnionych od gier i internetu dzieciaków wykonała tajną wojskową misję? Boże, widzisz i nie grzmisz?! – W teatralnym geście wzniósł oczy i ręce.
– Mam kilku takich w sztabie i nie narzekam – skontrował Sieczkowski. Zauważyłem, że nie przepuszczał żadnej okazji, aby dopiec cywilnemu zwierzchnikowi. Mimo tego nie wyczułem miedzy oboma mężczyznami zawiści czy wrogości. Ich stosunki można było określić jako szorstką przyjaźń, bo obaj byli świadomi, że grają w jednej drużynie.
– Pytanie, czy są godni zaufania? – zamyślił się Węgliński, rozważając moja propozycję.
– Ręczę słowem.
– W takim razie proszę o listę nazwisk. Sprowadzimy ich.
– Oczywiście. Z tym, że z jednym będę musiał porozmawiać osobiście.

***

Dawno niekoszone trawniki, targane wiatrem plastikowe reklamówki i zardzewiałe huśtawki na placu zabaw sprawiały wrażenie post-apokaliptycznej scenerii i na pierwszy rzut oka wydawało się, że blokowisko jest opuszczone. Domysły potwierdzał widok zabitych deskami i dyktą otworów okiennych mieszkań na parterze. Jednak wypatrzona wśród wysokiej trawy wydeptana ścieżka i donice z kolorowymi kwiatami na niektórych balkonach informowały tego, kto tu nieopatrznie zawędrował, że nie trafił na ziemię niczyją. Podniosłem wzrok na wyższe kondygnacje, bo nabrałem pewności, że strzegący swych tajemnic i prywatności mieszkańcy obserwują mnie zza szarych firanek.
Tak poczułem się, gdy wszedłem na teren jednego z „ruskich osiedli”. Swoją nazwę wzięły od lokatorów, którzy zamieszkali w nich kilka dekad temu. W sytuacji pilnej potrzeby sprowadzenia jak największej ilości rąk do pracy, społeczną aprobatę otrzymał jedynie program repatriacji potomków Polaków zesłanych w głąb Rosji, który w pewnym momencie przybrał wręcz masową skalę. W czasach ostatniego kryzysu gospodarczego, wznoszone jak najmniejszym kosztem osiedla zaczęły podupadać i zamieniać się w zamknięte enklawy pełne przemocy i występku.
– Ty, czto tu zdes’? – Z jednej z bram wyszło trzech wyrostków. Ten, który się odezwał na pierwszy rzut oka wykazywał bliższe pokrewieństwo do Czyngis-chana niż Sienkiewicz i mimo, że był drugim lub trzecim osiadłym tu pokoleniem, nie posiadł umiejętności władania językiem polskim.
– Nurżan, daj se siana. – Jego towarzysz o bardziej europejskiej urodzie, pociągnął kolegę za rękaw i wskazał na moją eskortę stojącą przy samochodzie.
– Politsyja, padayem – zawyrokował kolejny i cała trójka zniknęła w bramie.
Naparłem ramieniem na ciężkie, zakute w blachę drzwi. Wszedłem do wąskiej klatki schodowej starego wielkopłytowca, nos podrażnił zapach kociego moczu. Poszukałem włącznika, ale niestety lampy nie reagowały na nerwowe pstrykanie. Zaświeciłem więc latarkę i poświeciłem po pobazgranych sprajem ścianach w poszukiwaniu windy. Gdy ją znalazłem, okazało się, że również i ona już dawno wyzionęła swą mechaniczną duszę. Przekląłem w myślach, bo czekała mnie wspinaczka po schodach na jedenaste piętro.
Zdyszany, wspierając się na poręczy, pokonałem kilka ostatnich stopni. Nie sposób było przeoczyć pomalowanych na pomarańczowo drzwi. Przystanąłem, by uspokoić oddech. Z mieszkania dobiegał charkot głośno puszczanej muzyki, Zapukałem dwa razy, lekko, nieśmiało. Nikt nie odpowiadał. Ponowiłem stukanie, ale już z większą werwą. Drzwi uchyliły się lekko, na tyle na ile pozwalał krótki łańcuszek zasuwki. Przez powstałą szparę dojrzałem parę bacznie mi się przyglądających niebieskich oczu.
– Chto? – wychrypiał lokator.
– Włodek, to ja, Mariusz. – Próbowałem wywołać na swojej twarzy uśmiech.
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem i po chwili otworzyły na oścież. W progu stanął chudy mężczyzna. Jego zakrywające uszy, przetłuszczone włosy wyglądały jakby od dawna nie miały kontaktu z nożyczkami.
– Co ty tu robisz? – Wychylił głowę, szybko zlustrował korytarz i wciągnął mnie do środka.
Przepchaliśmy się przez wąski przedpokój do zagraconej komputerowym złomem pracowni. Zamalowane farbą szyby okienne przepuszczały niewiele światła, toteż w pomieszczeniu panowała mocno konspiracyjna atmosfera.
– Siadaj. – Włodek strącił z obrotowego fotela biurowego starą drukarkę i wskazał na zakurzone siedzisko. – Herbaty?
– Nie dziękuję.
– Jesteś z nimi? – Wskazał na jeden z kilku jarzących się monitorów, który wyświetlał obraz ulicy. W kadrze znajdowała się zaparkowana czarna terenówka i nerwowo palący papierosy agenci.
– Nie martw się. Nie przyszli po ciebie, choć raczej tak… – zaplątałem się.
– Od pięciu kurwa lat nie opuściłem tej śmierdzącej klitki! – Podwinął nogawkę brązowych sztruksowych spodni. Na chudej owłosionej łydce zapiętą miał „elektroniczna obrożę”. – Od pięciu pierdolonych lat! A ty sobie żyłeś na wolności i żadnego „Co słychać?”, „Jak się czujesz?”, czy coś w tym rodzaju. Chyba wypadało by, nie? – Rękawem swetra w romby wytarł pieniące się usta i zapadł się z ulgą w stary fotel. Sprawiał wrażenia człowieka wycieńczonego.
– Wiesz, że kontakt z tobą, jako oskarżonym o szpiegostwo nie był zbyt dobrym pomysłem – odparowałem.
– Nie byłem żadnym szpiegiem. Wzięli mnie pod włos, mamili kasą. A ja głupi dałem się nabrać. – Pogładził się po zarośniętym policzku.
– Chcesz się odegrać?
Włodek zrobił wielkie oczy i wbił we mnie lekko przestraszone spojrzenie podkrążonych oczu.
– Ale ściągną mi tą zabawkę i darują resztę.
– Zobaczymy co da się zrobić.

***

Popatrzyłem na swój nowy oddział. Na pierwszy rzut oka wyglądali na bandę nerdów, testujących w sklepie najnowszy model konsoli do gier. Uśmiechnąłem się wyzywająco w stronę obserwujących nas z oszklonej dyżurki wojskowych, na których twarzach nie dało wyczytać się nic, prócz wielkiej dozy sceptycyzmu. Byłem jednak pewien, że nikt w tym kraju nie ma lepszej koordynacji ruchów palców i refleksu. Nałożyłem hełm i sprawdziłem systemy.
Aktywny system obrony – OK.
System kierowania ogniem – OK.
Panoramiczny celownik – OK.
Elektryczny system stabilizacji – OK.
Ekrany wielofunkcyjne – OK.
System zarządzania polem walk – OK.
Znalazłem się na skraju niewielkiego zagajnika w okolicach Żytomierza. Do najbliższych zabudowań mieliśmy dokładnie czterysta osiem metrów, a ich pokonanie w trybie bojowym nie powinno zająć więcej niż dwadzieścia sekund. Wywiad twierdził, że skradzioną maszynę ukryto gdzieś w okolicy.
– Ruszamy – rzuciłem przez intercom.
Mechy wyszły z ukrycia w luźnej tyralierze. Nie wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać, więc wszystkie systemu działały na pełnej mocy.
– Granatniki! – wykrzyczał zestresowany misją student o pseudonimie „Strong”, a w rzeczywistości chuderlak w grubych okularach. Zareagował jednak jak przystało na zawodowego gracza i zestrzelił z działka wszystkie trzy pociski, zanim osiągnęły lot opadający.
Przyspieszyliśmy. Kilku chłopaków staranowało drewniany płot. Otrzymałem komunikat o lekkich, niewyczuwalnych drżeniach podłoża, a czujniki termiczne wyniuchały punktowe źródło ciepła. Przełączyłem w mig na kamerę termowizyjną. Ziemią przede mną już się jednak podniosła i dokładnie zamaskowany, jak podpowiedział komputer pokładowy, wiekowy T-90, rwąc grząskie podłoże, ruszył wprost na mnie.
Nasze maszyny nie były wyposażone w skuteczną broń przeciw czołgom, a cienkie pancerze nie miały szans w starciu z armatą 125 mm. „Huzary” były jednak szybkie. W oka mgnieniu, okrążyłem wroga i znalazłem się tuż za nim, tak blisko, że spowiła mnie niebieskawa chmura jego spalin, gdy wyrwał do przodu w poszukiwaniu nieuchwytnej zdobyczy. W akcie desperacji wskoczyłem na kadłub, mechanicznym ramieniem wyrwałem pokrywę włazu i omiotłem wnętrze karabinem. Dźwięk odbijanych od metalu pocisków zagłuszył jęki umierających czołgistów.
Reszta drużyny zdobyła po krótkiej walce zabudowania gospodarcze. W jednej z drewnianych stodół odnaleźliśmy przykrytego plandeką skradzionego robota. Natychmiast wezwałem śmigłowce transportowe.

***

Z za szyby wojskowego dżipa spoglądałem na ulice Lwowa, pełne polskich „Rosomaków”, pieszych patroli i punktów kontrolnych. Niebo co chwilę przeszywały czarne, agresywne sylwetki, wykonanych w technologii stealth myśliwców. W pamięci utkwił mi obraz biało-czerwonej flagi powiewającej na dachu budynku komendantury. Ktoś niezaznajomiony z sytuacją mógłby pomyśleć, że przeniósł się w czasie o sto lat.
Dojechaliśmy na wschodnie rubieże miasta. Ziemia zorana była przez gąsienice. Wokoło nerwowo krzątały się załogi tanków. Pole przede mną zastawione było całą masą potężnych, ciemnych brył z metalu. Ciężkie czołgi PL-2 i ich starsi bracia PL-1 stały w równych szeregach, tworząc zwarty czworobok o kilkusetmetrowych bokach.
– Strasznie ich dużo jak na misję stabilizacyjną – ironizowałem. Węgliński natomiast nie zareagował na kąśliwą uwagę i odpowiedział z pełną powagą:
– Rosjanie ruszyli na Kijów.

***

Tysiąckonny dieslowski silnik mruczał przyjemnie, a gąsienice zrywały asfalt. Kolumna pruła pełną mocą na przód.
W oddali majaczyły zarysy miejskiej zabudowy. Ustawiony na poboczu znak drogowy informował: „Київ 25 km”.

 

Powyższe opowiadanie zwyciężyło w konkursie Orle Pióro- nacjonalistyczna strona kultury w IV edycji „Wielka Polska”. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.