Rzutem Oka. Miesięcznik kulturalny. Maj 2017 (3)

To już drugi miesiąc od opublikowania pierwszego Rzutem Oka i nie ukrywam, że statystyki naszego miesięcznika kulturalnego nie zachwycają, ale wbrew temu okrutnie stęskniłem się za tą formą i szczęśliwy jestem, że mogę tej ledwie setce czytelników, opowiedzieć dalszą część mojej intelektualnej przygody.

W moim pierwszym Rzucie, wspominałem Ci, drogi Czytelniku, o tym, że wybieram się do Teatru Bez Rzędów na spektakl niezwykły, gdyż wystawiany przez więźniów. Za pięć godzin zobaczę Jezusa to sztuka na podstawie pamiętnika francuskiego osadzonego, skazanego na karę śmierci w 1957 r. Nie ukrywajmy, spektakl był obiektywnie rzecz biorąc nie najwyższych lotów jeśli mierzymy go skalą zwykłej sztuki teatralnej. Ale przecież nie poszedłem tam by zachwycać się wspaniałą grą aktorską, doskonałą scenografią czy czystym i dobrze dopasowanym dźwiękiem – tego nie było. Zobaczyłem natomiast coś więcej, zdaje się – znacznie więcej. Doświadczyłem prawdziwego zaangażowania, stresu, który sprawiał, że głos aktora wpadał w drżenie. Śladów potu na mikrofonie przekazywanym z rąk do rąk. To świadectwo tego, że tym ludziom zależy, że włożyli w to całe swoje serce, przekraczając swoje małe ograniczenia. Czy to nie jest prawdziwa sztuka? Poszukiwanie sposobu na wyrażenie siebie? Tak mi się wydaje. Ci mężczyźni, którym przyklepano łatkę osadzonych, poszukują w ten sposób siebie i żywię ogromną nadzieję, że udział w tym projekcie przybliży ich do celu. Grupą aktorską opiekował się kapelan więzienny, trynitarz, który jak się zdaje także po zakończeniu odbywania kary, pomaga swoim podopiecznym wyjść na prostą. Jeszcze jedno: spektakl był za opłatą całkowicie dobrowolną, miło było patrzeć jak w kapeluszu na datki, piętrzył się stosik Jagiełłów.

Jeśli już przy teatrze jesteśmy, a naprawdę nie wiem jak się tu znaleźliśmy i dokąd to zmierza, muszę podzielić się z Tobą Czytelniku, moją wielką ekscytacją. Udało mi się zdobyć bilety na spektakl o tytule Spowiedź chuligana wystawiany w teatrze Stu w Krakowie (a także w warszawskiej Polonii). To monodram grany przez Andrzeja Grabowskiego, na podstawie wierszy Sergiusza Jesienina, nietuzinkowego rosyjskiego poety początku XX wieku. Z Jesieninem pierwszy raz, nie będę się tego wstydził, zetknąłem się dzięki Gintrowskiemu.

Epitafium dla Sergiusza Jesienina poruszało każdy atom mojej duszy, rwało mnie w gwiezdną noc – było jak to wołanie na stepie, budzące ekscytujący niepokój. Musiałem poznać Sergiusza nieco bliżej. Pijałem już naftę w niejedną noc z innym Sergiuszem – Piaseckim, ale nie spodziewałem się, że łączy tych dwu twórców tak wiele. Niepokorność, duch rebelii i autodestrukcja. Znalazłem tomik Jesienina.

Grabowski w jednym z wywiadów polecał stary zbiór z Wydawnictwa Literackiego. Jakież było mojej rozczarowanie, że w owym tomiku znalazłem jedynie rosyjską sielankę, wiejskie życia, które choć owszem piękne, nie odzwierciedlało jednak nastroju mojego ducha na tamtą chwilę. Wiersze tłumaczył Tadeusz Nowak, któremu nie wybaczę, że postanowił podrasować niektóre utwory swoimi wstawkami. Cukierkowy gościu! Dla mnie jest różnica czy ta cerkiewka była stara (jak jest w oryginale) czy siwa (jakżeś przetłumaczył). Nie ufać tłumaczom. Nigdy! Drugi tomik, który znalazłem, był już tłumaczony profesjonalnie, a i układ wierszy był spójny i chronologiczny. W zbiorze najbardziej interesowała mnie poezja z okresu Moskwy pijackiej. Wtedy, pogrążony w alkoholowym szale i wzmagających się falach przygnębienia, tworzył najsłynniejsze swoje wiersze. Istne dzikie serce, które dzielił pomiędzy pięć żon i tuziny kochanek. Kochał zawsze intensywnie do krwi i krótko. Sam nieraz budząc się z gorzkim posmakiem dopiero co skończonej flaszki, dopiero co przepitego piwa, dochodziłem do wniosku, że pustkę, którą niekiedy czuje mężczyzna, może wypełnić jedynie słodycz kobiecych ust lub chociaż tłusta pomidorowa z makaronem. Jesienin zmarł w 1925 r. wieszając się w petersburskim hotelu, tak mówi oficjalna wersja o jego śmierci. W następnym Rzucie zapewne zdam relację ze spektaklu. Tymczasem jeden z moich ulubionych utworów:

Grajże, graj. Po gitarze przeklętej

W półkolistym palce mkną ruchu.

Raz zadusić by się tym mętem,

Mój ostatni, jedyny druhu.

Nie patrz się na jej bransolety

I ramiona spływające atłasem.

Chciałem szczęścia od tej kobiety,

Niespodzianie zagładę znalazłem.

Nie wiedziałem, że miłość — zaraza.

Nie wiedziałem, że miłość — dżuma.

Tylko oczy zmrużyła — od razu

W chuliganie rozsądek umarł.

Grajże, druhu. Po wieku długim

Wskrześ nam świtu bujną urodę.

A ta niech się całuje z drugim,

Ścierwo takie, piękne i młode.

Ach, poczekaj. Ja jej nie ubliżę.

Ach, poczekaj.

Ja nie przeklnę jej słowem.

Daj, o sobie ci zagram — najniżej,

Na tej jednej strunie basowej.

Z dni kopuły różowość spływa.

Złote sny noszę w sercu-torbie.

Wielem dziewczyn już obmacywał,

Wielem ściskał po kątach kobiet.

Tak! jest gorzka tej ziemi prawda,

Podpatrzyłem chłopięcym okiem:

Po kolei psy z dawien dawna

Liżą sukę cieknącą sokiem.

No i czegóż bym takiej zazdrościł,

No i czegóż łzami bym kropił.

Życie nasze — wyro i pościel.

Życie nasze — pocałunek i w topiel.

Grajże, graj! W tym tragicznym dymie

Rozmach ręki w tragiczną godzinę.

Tylko wiesz, co ci powiem? Chuj z nimi.

Ja tam nigdy, bracie, nie zginę.

Jednego z ciepłych majowych wieczorów, umówiłem się z przyjacielem na piwo. Poszliśmy do parku, bo w parkach pije się najlepiej, a opowieści snują się siecią gęstych alejek. Niestety, dopiero co otwarta paczka papierosów zaczęła kurczyć się w przerażającym tempie. Kocham palić, to moja namiętność, a myśl że nie mógłbym wypalić ostatniego papierosa chwiejnie sunąc się ku łóżku, napawała mnie smutkiem. Postanowiliśmy tedy wyruszyć na wyprawę w poszukiwaniu mojego szczęścia. Opuściwszy naszą prowincjonalną dzielnicę, oczom naszym, prócz całodobowej oazy, ukazał się tłum ludzi. Wiele ostatnio się dzieje i naprawdę nie jest to moja ignorancja, że nie wiedziałem, że akurat tego dnia odbywa się Noc Muzeów. Muszę Ci także wyznać Czytelniku, że nie za bardzo przepadam za tego rodzaju imprezami. Nie mogę odmówić organizatorom mocy atrakcji, które sądząc po frekwencji, istotnie zachęcają gawiedź do obcowania ze sztuką. Sam jednak wolę wydać te kilkanaście złotych i bez pośpiechu oraz towarzyszącego tłumu, włóczyć się po wystawie, jeżeli akurat cokolwiek mnie zainteresuje. Tak samo nie jestem w stanie zrozumieć fenomenu Damy z Gronostajem. Wiadomo – klasyka i wielu przyjeżdża do Polski by zobaczyć właśnie ten obraz. Jednak cóż laik może na ten temat powiedzieć? Gwar zwiedzających tłoczący się przed oddzielonym pancernym szkłem i zasiekami, obrazem kobiety trzymającej jakiegoś zwierza. Ja nie deprecjonuje, ale lata temu zobaczyłem ten obraz u Czartoryskich, bez godziny stania w kolejce, spokojnie mogłem zaznajomić się z jego historią i mówiąc szczerze, to mi wystarczy. Przynajmniej na razie. Kolejki nie było na wystawę o sztuce Legionów Polskich. Weszliśmy, zobaczyliśmy, ja spoglądnąłem w oczy wąsatego popiersia zadumawszy się na sekundę nad historią i tyle by było z tej sztuki.

Jestem o wiele większym entuzjastą imprezy, która odbywała się w tym samym tygodniu, to jest Festiwalu Muzyki Filmowej. Chodzę na niego od lat i wciąż jestem tak samo zafascynowany. Dziś z wielką pompą odbywa się on przy mieszczącej kilkanaście tysięcy osób Tauron Arenie. Obecni są najważniejsi światowi twórcy muzyki filmowej, nieustannie porywają drgnięcia batuty Diego Navarro, który dyryguje do najdoskonalszych kinowych utworów. Niesamowite przeżycie i każdego zachęcam do wybrania się choć raz na ten festiwal. Kiedy jeszcze nie było Areny, festiwal odbywał się w starej hali w Hucie Sendzimira. Po wejściu przez zakładową bramę, wysłużone autobusy wiozły widzów na miejsce, gdzieś pośrodku zakładu. Oglądałem wtedy pierwszą część Matrixa z muzyką odgrywaną na żywo. Tego nie da się zapomnieć.

Trochę dobrych tekstów na wieczór. Redakcja Teologii Politycznej zdecydowanie przegoniła Klub Jagielloński, jeżeli chodzi o czytelnicze propozycje. Zdobywszy dofinansowanie na projekt Teologia Polityczna Co Tydzień, raczą nas wcale dobrymi tekstami, które co mnie tym bardziej cieszy, często tyczą się spraw codziennych, takich na przykład jak włoski reżyser Sorrentiono i jego Młody Papież. Warto tam zaglądać. 

Skoro o Teologii Politycznej już mowa, chciałbym poświęcić miejsce małej prywacie. Od dłuższego czasu zakochany jestem miłością szczerą i czystą w św. Jadwidze Andegaweńskiej. Jej wizerunek w kolegiacie św. Anny przyprawia mnie o gęsią skórkę i zawsze proszę ją o westchnienie w mojej intencji. Marta Kwaśnicka, o której sztuce pisarskiej wiele słyszałem, stworzyła już jakiś czas temu zbiór esejów poświęconych św. Jadwidze. Nie jest drogi, ale wiecie, przesyłka itd. Ostatnio jestem zwolennikiem bibliotek. I jakżeby miało być inaczej, zbiór ów w Jagiellonce jest, jednak jakiś bandyta wypożyczył go bezterminowo. Łobuzie, jeżeli to czytasz to wiedz, że Cię znajdę i skończy się Twoja bezterminowa prolongata.

Na rozluźnienie atmosfery świetne wykonanie utworu Płaszcz z 1967 r. przez Piotra Fronczewskiego. Polecam serdecznie pogrzebać w Internecie i innych YouTubach w poszukiwaniu utworów i deklamacji tego wybitnego aktora. I refleksja, jakże pięknie i miękko brzmiał nasz polski język przed laty.

Tytoniowa refleksja. Jestem wolnym człowiekiem, przynajmniej tak mi się wydaje, w takiej ułudzie żyję, wszakże jak głosi Sofokles Nawet w zniewolonym ciele myśl jest wolna. Usilnie jednak ludzie, którzy sądzą, że są ode mnie mądrzejsi i wiedzą lepiej czego mi trzeba, chcą mnie zamknąć w złotej klatce. Zacznijmy od tego, że palenie jest moją wielką namiętnością. Mam związane z nim rytuały, ulubione zabawy dymem, który jak żagiel uwielbiam wciągać nosem. Towarzyszy mi w chwilach uniesień, nieposkromionych namiętności, a także gdy upadam powłócząc nogami, przygnieciony rzeczywistością. Zawsze kiedy jadę na wschód, przerzucam się z żółtych wielbłądów na aksamitne, niebieskie Sobranie. Kiedyś przez kilkanaście miesięcy paliłem tylko fajkę. Zacząłem, chyba jak wszyscy, od takiej wystruganej z gruszy, którą nabijałem tytoniem Amfora. Później przeszedłem w bardziej dojrzałe smaki. W końcu kupiłem sobie rustykalną fajkę z włoskiego wrzośca od Broga, którą potraktowałem Brendy. Próbowałem wielu tytoni, znajdując największą satysfakcję w Petersonie Perfect Plug 3 P’s. To był szczyt mojego zadowolenia. Wieczorami siadałem w fotelu z książka i szklaneczką i pomału nożykiem przygotowywałem porcję tytoniu, który następnie paliłem przez godzinę lub dwie, zanurzając się w gęstym dymie. Szukałem w nim odległych smaków, czytając o pochodzeniu mieszanek i zastanawiając się czy liście, które kruszę, faktycznie rosły w krajach Lewantu. Jednak ci, którzy są mądrzejsi ode mnie zdecydowali, że moja wolność może mi zaszkodzić. Ulubionych puszek nie mogę zdobyć od ponad roku, a ostatnio kupienie czegokolwiek stanowi wyzwanie. Chciałem sprowadzić sobie tytoń z Anglii, ale niestety spóźniłem się, mądre głowy zdecydowały, że nie mogę kupić go przez internet. Jak doradziła mi mądra kobieta prowadząca tabakierę przy Bramie Floriańskiej, trzeba jechać na Słowację – tam jeszcze jest pełen wybór i można kupić to czego u nas nie ma i nie wiadomo czy prędko będzie. W czasach tak złotej wolności przyszło nam żyć. Ale wiecie, oni wiedzą lepiej, to dla naszego dobra. Nie śmie podnieść słowa krytyki. Mam tylko żal. Coraz częściej chcę wyć za Dzikusem z Huxleya „ O nowy wspaniały świecie…!”.

Ja jestem ten, który płaszcz ma nowy. Skąd? Wszystko jedno, powiedzmy, ukradłem. I nowy mam kaszkiet, a kaszkiet, mój Przyjacielu, to styl życia. Nie wierzysz? Spójrz:

Tym zakończmy dzisiejsze wydanie Rzutem Oka. Za ilustrację cyklu służy grafika Fortunato Depero, włoskiego futurysty. Czy nie zechcielibyście polecić jakiegoś wydawnictwa, które pomogłoby mi głębiej zanurzyć się w ten nurt? Zechciejcie! Do zobaczenia, niebawem.

Filip Paluch

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.