Rzutem Oka. Miesięcznik społeczno-kulturalny. Sierpień 2017 (5)

Witam serdecznie,
Docierają do mnie wieści, że wraz z Piotrem Zychem powinniśmy ujednolicić treść i formę naszego miesięcznika, gdyż nasze wydania różnią się od siebie w sposób znaczący. Zmuszony jestem odrzucić te sugestie, odpierając je frazą, że w różnorodności siła. Oczywiście tej intelektualnej.

Do podsumowującego lipiec wydania Rzutem Oka zbierałem się jak sójka za morze. Myślałem nawet, czy nie zgrywać głupa i nie zasłonić się przerwą wakacyjną. Do wszystkich swoich przywar dołożyłem bowiem kolejną. Chyba cierpię na meteopatię. W dzisiejszym świecie ładnie jest cierpieć na cokolwiek, a meteopatia może usprawiedliwiać wszystko. W końcu zmienne stany pogody mogą zaburzać struktury psychiczne i sprawiać, że przez bity tydzień siedzi się w ciemnym pokoju, paląc papierosy i odkrywając po raz kolejny tą nieznaną terra felix Jacka Kaczmarskiego. Wdzięczny mu jestem za to, że na pordzewiałych strunach mogę i ja nieudolnie próbować zanurzyć się w te krainy. Chyba tylko pod wpływem tych zmian pogodowych, kiedy ciemne chmury spowijają już i tak nazbyt ciemne miasto, jestem w stanie zrozumieć wisielców. Podobno w naszej szerokości geograficznej każdy ekosystem dąży do tego by być lasem, a las wiadomo bogaty jest w szerokie gałęzie, które kuszą szukających wytchnienia mężczyzn. Choć to smutne, że w naszym kraju ulubioną formą pozbawiania się życia jest właśnie kabel od przedłużacza. W takiej Japonii na przykład, bardzo niegdyś popularnym i honorowym sposobem kończenia swojej ziemskiej wędrówki, było zjedzenie zabójczej ilości soli. Chyba pół kilo – to dopiero wyczyn. Wybaczcie mi ten przydługi wstęp, ale bohaterowie większości książek, które czytałem w tym miesiącu, nosili w sobie właśnie tą namiętność do sznura. Chyba najbardziej przemawiała do mnie z piosenek Marka Dyjaka, z którym przeczytałem nawet tzw. wywiad rzekę. I znowu popełniłem błąd, ponieważ mam zasadę, by jak najmniej wiedzieć o artystach. Naprawdę – czasami nie warto wiedzieć czegokolwiek.

Zaczniemy z grubej rury, bowiem inaczej nie można nazwać Wymazywania Thomasa Bernharda, które po ciężkiej przeprawie udało mi się w końcu przełknąć. To zabawne, nawet nie wiedziałem, że Austriacy wykuli sobie specjalne słowo na takich gagatków. Nestbeschmutzer czyli kalający własne gniazdo. To nawet ładne, a my ciągle tylko ta Targowica i zdradzieckie mordy. Nota bene dość zabawne jest to, że Ci, którzy umiłowali sobie najbardziej to wyzywanie od Targowiczan, są też czytelnikami Stanisława Cata Mackiewicza, który przecież w Stanisławie Auguście widział w tej konfederacji wielki akt patriotyzmu. Tak czy inaczej dumny jestem z siebie, że uporałem się z Bernhardem, którego przecież w dodatku poleca na okładce Krystian Lupa. To książka napisana z niesłychanym kunsztem, rytmem, którego autor nie gubi nawet po pięciuset stronach. Aż mnie wgniatało w fotel. Co do treści to wiem, że jest to niepoprawne, oddzielać ją od pozostałego dorobku pisarza, jego poglądów i życiorysu, ale wolę właśnie tak niepoprawnie rozpatrywać ją jednostkowo – a jest to jedna wielka kalumnia na naród austriacki (chociaż to chyba integralne z pozostałą częścią dorobku). Główny motyw to to, parafrazując pewnego ryżego bohatera, że austriackość to nienormalność. Wiejska kiełbasa, umoczone w piwsku wąsiska, rubaszne żarty i małomiasteczkowość. Początkowo odrzucało mnie od takiej narracji, bo faktycznie kalać własne gniazdo to nieładnie. Pewnie dlatego zawsze też odrzucało mnie od Gombrowicza, ale teraz jakbym skłaniał się do, owszem bardzo ostrożnej i zdystansowanej, refleksji. Trudno żeby było inaczej, skoro obecna władza swoją kiczowatą propagandą bije nas w mordę co krok husarskimi skrzydłami, zakłamanym patosem, fałszywymi gestami i niekończącym się festiwalem piosenki patriotycznej. Mam nadzieję, że się mylę, że to tylko moja lekka niestrawność, która przecież zawsze z czasem mija, ale nie ukrywam, że wieszczyłem, że te pucołowate twarzyczki obrzydzą nam narrację, którą sami przecież przez lata z mozołem tworzyliśmy. I w tej niestrawności z pomocą przyszło mi Wymazywanie, pobudzając do refleksji nad przewrotnością mas, niewietrzonymi, cuchnącymi od stęchlizny duszami i szukaniem odpowiedzi na to, czym jako naród jesteśmy, a czym byśmy być chcieli. Wybaczcie spoiler, ale powieść kończy akt przekazania przez głównego bohatera, majątku wartego miliony na rzecz gminy żydowskiej. To przyjemny, otrzeźwiający policzek, po którym powiedziałem na głos go książki: Trochę masz rację ptaszku, na szczęście tylko trochę i nie za bardzo. Powieść polecam, w końcu jak wystalkowałem na Twitterze, czytał ją sam mąż opatrzności Andrzej Duda. Ale chyba bez refleksji, w tę czy inną stronę. Chociaż to przekazanie majątku…

Z lektur przyjemniejszych serdecznie zachęcam do sięgnięcia po zbiór opowiadań Josepha Rotha (O nie! Znowu żyd! Na swoje usprawiedliwienie tylko wspomnę, że zanim się zapił to się ochrzcił) Legenda o świętym pijaku i inne opowiadania. To niesłychany portal do przeszłości, w którym znajdziemy niezbyt kolorowy świat kresowych, zapomnianych przez Boga, wiosek. Pozwolę sobie znów ocenić tylko ten zbiór opowiadań, w którym naprawdę znajdują się perełki, w tym tytułowa i piękna Legenda o świętym pijaku, którą kończą słowa, które chętnie bym sobie wydziabał, gdybym tylko chciał się dziabać: Daj, Panie, nam wszystkim, nam pijakom, tak lekką i tak piękną śmierć! Choćby tylko ze względu na to opowiadanie, warto sięgnąć do Rotha. Reszty nie oceniam, nie czytałem, a biografii strasznie nie lubię. Wspominałem?

Jakoś tak się ułożyło, że ciągnie mnie ostatnio do epitafiów. Czy to zasługa Jesienina? Być może, o nim wszak będę jeszcze wspominał, obiecałem przecież relację ze spektaklu Spowiedź chuligana, tymczasem dla ukojenia duszy zagrajmy Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego, przy którym sam lubię zdzierać sobie gardło.

Monodram Andrzeja Grabowskiego w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego Spowiedź Chuligana, wzbudził we mnie mieszane odczucia. Nie była to sztuka, która wgniotła mnie w fotel, natomiast przeniosła mnie bez wątpienia w riazańskie krainy. Brakowało mi szerszej narracji, jakiegoś tła, dzięki któremu mógłbym bardziej wczuć się w prezentowane treści. Gdybym przecież Jesienina nie znał, to ciężko byłoby mi się zorientować, gdzie w ogóle leży Riazań, ale może racje mają Ci, którzy mówią, że nie wydaje się kwoty, którą krzyczy sobie Teatr Stu, uprzednio samemu nie stworzywszy sobie tła. Grabowski też nieco nie pasował mi do postaci poety samobójcy. Broda, dostojny brzuch i czerwone policzki jakoś nie przywoływały postaci Jesienina, ale zrekompensowało to zaangażowanie, z którym aktor odgrywał swoją rolę. Grał w końcu swoją przeszłą duszę, mówił wiersze, które jak wspominał w wywiadzie, w tragicznym dymie deklamował nie raz, stojąc na stole z butelką wódki w ręce. I może właśnie dlatego jest tak nieoczywiście podobny do zmarłego poety.

Proszę, nie myślcie o mnie tylko, że nie znam niczego innego poza Kaczmarskim. To tylko taki miesiąc.

Kończąc wątki muzyczne, pozwalam sobie podzielić się z Wami dość zabawną historią, która przydarzyła mi się pewnej niedzieli. Lubię zajścia niestandardowe. Niesłychane poranki, niespodziewane wieczory. Niedziel niestety nie lubię i wydaje mi się, że nie jest to jedynie moja przypadłość. Coś wtedy wisi w powietrzu, co sprawia, że, nawet w okresie wakacyjno-urlopowym, ludzie dzielą się na dwie kategorie. Melancholików, takich jak ja, którzy stoją na wieczornych mszach w ciemnych kościołach, następnie leniwie włócząc się uliczkami starego miasta, i ludzi, którzy niezdolni do uczuć tak wysublimowanych, reagują agresją. Z melancholii bardzo łatwo przejść w nostalgię, tęsknotę za czymś czego się nie zaznało i wtedy najczęściej ląduję w Awarii słuchając piosenek o Lwowie w wykonaniu Jerzego Bożyka. Awaria w połączeniu z niedzielami tworzy klimat tak wyjątkowy, że nawet się człowiek nie zorientuje, jak pije piwo z mocno już zawianym, kościelnym organistą, który ubolewa nad tym, że nikt już nie chce grać mszy Mozarta. To byłby z pewnością wieczór bardzo podobny do innych wieczorów niedzielnych, gdyby nie dwa wydarzenia. Pierwsze, które skradło mi serce, to mężczyzna w żółtej koszulce, wykonujący jak najlepiej tylko potrafił piosenki w języku greckim. Miałem nawet nadzieję, że to jakiś sfrustrowany filolog klasyczny, który każdej niedzieli tęskni do Antyku i śpiewając te pieśni, widzi siebie jako mędrca w todze, przechadzającego się uliczkami, któregoś z Polis. Niestety, cóż za zawód! Pan Leszek nie zna nawet greckiego, a piosenki są współczesne. Mimo to go szanuję bo każde szaleństwo, jeśli tylko autentyczne, na szacunek zasługuje. Drugie wydarzenie wyrwało mnie z półsnu, nad tlącym się papierosem i nieuchronnie chylącym się ku końcowi, kuflem piwa. Był to Agresor! Cóż za piękna postać i cudowna historia. Agresor od pierwszych minut szukał godnego przeciwnika. Kręcił się po estradzie w spodniach typu bawełniany wojownik, z nazbyt szeroko rozłożonymi ramionami mającymi sprawiać wrażenie, że jest bardzo mocno umięśnionym humanoidem. Czochrając Pana Bożyka po głowie powtarzał jak w mantrze: kurwa szacun, kurwa szacun. Wydało mi się to tyleż niestosowne, co zabawne i pocieszne. Pan Jurek z wiadomych względów nie mógł mu odwinąć, ale nawet się uśmiechał na ten wylew czułości, więc i ja postanowiłem nie interweniować w sprawie złamania zasad dobrego wychowania. Liczyłem nawet, że ów Agresor przyłączy się do chóru i wspólnie zaśpiewamy jakąś grecką piosenkę, w naszym wspólnym imaginarium odziewając się w togi o nieskazitelnej bieli antycznych posągów. Niestety! Z interwencją nadbiegł kolega Agresora, który musiał dostrzec, że wykonawcom nie za bardzo podoba się nowe towarzystwo. Wszystko pewnie skończyłoby się standardowo. Agresor zostałby wyprowadzony, a my zaśpiewalibyśmy Balladę o rdzawym oku, jednak jeden podpity starszy mężczyzna, uroczo się jąkający, zaczął komentować z wygodnego fotela, niestosowne zachowanie Agresora. Temu zaś oczy rozbłysły dziwnym blaskiem, znalazł bowiem ów młodzian godnego przeciwnika – podpitego starca. I ruszył jak zataczający się od ciężkości swych rogów baran na wypasie, w kierunku z którego dochodziły komentarze. Na to z kolei zareagować musiał przyjaciel, który ruchem zdecydowanym postanowił powstrzymać Agresora. Tak to w życiu bywa, że koledzy często nie doceniają naszych starań, a przecież chcemy dla nich zawsze tylko tego co w danym momencie jest dla nich najlepsze. I tak, Agresor nie docenił wysiłków swojego kolegi i odpłacił mu się prawym sierpowym, do którego zamachnął się tak szeroko, jakby chciał objąć swym ramieniem całą salę i przytulić nas wszystkich do serca. Kolega Agresora to był gość mimo wszystko honorowy i wiedział, że pewne zniewagi zmazać może tylko krew, która też ochoczo buchnęła z ust napastnika. Muszę zresztą przyznać, że technika była klasycznie wzorcowa. Lewy prosty bada gardę przeciwnika, której rzecz jasna Agresor nie posiadał, dostał więc w zęby, zaś prawy prosty gruchocze siekacze, co zresztą także miało miejsce. Salą wstrząsnęło nadspodziewane poruszenie. Zdaje się, że tylko ja wciąż paliłem papierosa, i wciąż dzierżyłem w dłoni kufel. Agresor teraz leżał na posadzce, przyduszony chwytem obezwładniającym, cały czerwony od tego serdecznego uścisku, który jednak nie pozwalał mu odpowiedzieć na czułe pytania „czy będzie już kurwa spokojny”. Nie był. Nie chciał też udzielić odpowiedzi na to jak bardzo jest JP, no na ile procent, chociaż tak szacunkowo. Ja bym wtedy odpowiedział: pierwiastek z trzech. Bo pierwiastek z trzech podobno może odpowiedzieć na wszystkie pytania. Zanim nastąpiła kulminacja tej jakże cudnej sceny, z estrady od wykonawców, a także widzów, posypały się kalumnie, że to chuligan i pijak, a na takich trzeba dzwonić na policję i wyprowadzać, za przeproszeniem, za dupę. Teraz to zrobiło mi się przykro, no bo chuligan to może był i owszem, ale żeby nazywać kogoś pijakiem w znaczeniu tak pejoratywnym? Przecież przed chwilą śpiewaliśmy razem alkoholowego bluesa, a oni nazywają go teraz pijakiem. To było istotnie smutne, bo nasunęło mi wątpliwość, czy te wszystkie piosenki są w swojej treści autentyczne, a nie ma nic gorszego niż nieautentyczny artysta. Na szczęście moje rozważania zostały przerwane kolejną falą uniesienia, która została spowodowana tym, że wciąż niespokojny Agresor, potraktowany został gazem i pięknie wywleczony z lokalu. Mimo tak niespodziewanego zajścia, dławiącej się powietrzem widowni i wykonawców na estradzie, wciąż nie pozwolono mi zapalić w części dla osób niepalących, a myślałem, że tak nieludzkie zasady zostają czasowo unieważnione w chwilach, gdy wydarza się coś autentycznego, a przecież ten piękny akt przemocy był wydarzeniem na wskroś autentycznym. W jakim smutnym świecie przyszło nam żyć. Gdy sala dostatecznie się wywietrzyła, zaśpiewano jeszcze Jezabel w aranżacji Waldemara Matuski i tradycyjnie kilka piosenek o Lwowie, a ja musiałem wracać do domu do głębi wstrząśnięty tym, że tak lekkomyślnie można z wyrzutem nazwać kogoś pijakiem.

A gdyby ktoś nie znał legendarnego w Krakowie Jerzego Bożyka, to służę uprzejmie:

W tym momencie pozwolę sobie urwać niby hejnał, podsumowujące lipiec, wydanie Rzutem Oka. Muszę przecież oszczędniej dzielić się swoimi przygodami, także intelektualnymi, bo pewnego dnia otworzę edytor tekstowy i stwierdzę, że nie mam już nic do powiedzenia. Gdybyście jednak byli nieusatysfakcjonowani, zajrzyjcie do Dwutygodnika i poczytajcie o Aniele z reklamy.
Do zobaczenia!

Filip Paluch

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.