Stefan Gardyński: Cisi i skuteczni (opowiadanie- Orle Pióro #2)

Ta historia nie wydarzyła się wcale lub wydarzyła się w całości – tak jak została przelana na papier. Jej bohaterowie są równie prawdziwi co Bękarty Wojny i równie nieprawdziwi co obrońcy ratusza w Karbali. I niechaj tak zostanie. O ich istnieniu nie wiedział nikt lub wiedzieli bardzo nieliczni. A nawet jeśli, najpierw łączono ich z oddziałem Szaroty, potem zaś utożsamiano z podkomendnymi Ognia. Do końca wojny napsuli okupantom sporo krwi. Zginęli w przypadkowym, powojennym starciu z komunistami – jak wielu Wyklętych. To co czytacie, jest ledwie wycinkiem ich barwnego życia i działalności.

Leżeli pogrążeni w śnie po trudach dnia wcześniejszego, gdy nagle obudziło ich przeraźliwe wycie…
– Spokojnie, to tylko wilk. Nie boicie się chyba jednego wilka? – rzucił do półprzytomnych kompanów stojący na nocnej warcie Józek.
– Skąd wiesz, że jest tylko jeden? A jeśli jest ich więcej? – odezwał się Tadek, chłopak najmłodszy lecz najsłuszniejszych gabarytów w tym gronie. Towarzysze broni polubili go już pierwszego dnia – kiedy wysłany po gałęzie na ognisko, przytachał całego zwalonego przez wiatr świerka, argumentując, że nie chciało mu się niepotrzebnie machać siekierą i chodzić tam i z powrotem.
– Cóż… To znaczy, że mamy dwie watahy blisko siebie, ale tylko jedna ma pistolety. – Józek wrócił do dalszej obserwacji górskich szczytów. W blasku pełni Księżyca wyglądały jeszcze majestatyczniej niż zwykle.

Rano wyruszyli w stronę Państwa Słowackiego. Mieli na jego terenie pozostać przez trzy kolejne dni. Zazwyczaj poruszali się nocą, jednak tym razem – ze względu na specyfikę terenu – mogli pozwolić sobie na marsz w świetle dziennym.
– Heniu, ty to naprawdę dajesz czadu, a nawet o tym nie wiesz… – próbował zagaić rozmowę Zdzisek, którego drugie imię brzmiało „kawalarz”. A przynajmniej on sam tak myślał. Podobnie jak Tadek, nie posiadał wyższego wykształcenia, jednak w jego przypadku barierą było lenistwo i specyficzne podejście do życia, a nie mała ilość wiosen na karku. Cechą charakterystyczną były spore zakola, które – jak twierdził – powstały z powodu zbytniego wdzięku i niemożności odpędzenia się od kobiet.
– O co ci chodzi?
– No bo jest nas pięciu, tak czy nie?
– Tak, co w związku z tym?
– No i ty jesteś jak to piąte koło u wozu. – uśmiechnął się Zdzisek.
– Litości… Skup się lepiej, żeby nie skręcić nogi, co? – wtrącił się Mietek, który parę dni wcześniej został jednogłośnie przez pozostałych czterech chłopaków wybrany dowódcą.
Był najcichszy i najniższy z nich, lecz mimo to budził największy respekt. Podobnie jak reszta, w Tatrach znalazł się przypadkowo. W pierwszych dniach września kluczył od jednostki do jednostki – wszędzie jednak okazywało się, że albo nie jest potrzebny, albo kompania wymaszerowała kilka godzin wcześniej. Odczuwał coraz mocniejszą frustrację, która osiągnęła kulminacyjny punkt w momencie przypadkowego leśnego spotkania z dwójką żołnierzy. Poprosił ich o doprowadzenie do najbliższego zgrupowania, jednak zamiast tego usłyszał z ust jednego z nich pytanie dotyczące przedwojennych preferencji politycznych… Mietek należał wcześniej do narodowych radykałów z Falangi, a w chwili tamtego spotkania w jego głowie kołatało się milion myśli naraz. Szczęśliwie zdołał oddać strzały jako pierwszy, nieszczęśliwie musiał się od tamtej pory ukrywać niczym Wyklęty. Nie zwątpił jednak w słuszność sprawy, teraz dodatkowo odczuwał jeszcze większą odpowiedzialność za podległych mu czterech kompanów broni.

Pierwszą noc oraz dzień po przybyciu spędzili na zacieraniu śladów, maskowaniu kryjówki oraz szukaniu odpowiedniego miejsca, z którego będzie można obserwować leżącą nieopodal wioskę. Oraz oczywiście na jedzeniu. Żeby je zdobyć, Zdzisek i Tadek podkradli się nocną porą do najbliższej zagrody. Udało im się zabrać świnię oraz trochę mleka prosto od krowy. Nie obyło się bez przygód: Tadek – pospieszany przez Zdziska – potknął się i runął całym ciężarem prosto w świńskie bajorko. Kompan pomógł mu się szybko pozbierać, lecz nie odmówił sobie przyjemności strojenia żartów całą drogę powrotną.
– Co do cholery… – powiedział pod nosem Mietek widząc ich z powrotem.
– Melduję, że zarekwirowałem dwie świnie. – roześmiał się Zdzisek.
– Zaraz ja ci zęby zarekwiruję! – wycedził Tadek.
– Dobra, dobra, koniec. Zdzisek, zmienisz Heńka na warcie na resztę nocy, a Ty Tadek doprowadź się do porządku. – uciął swary Mietek.

Drugiego dnia wysłano do wioski Heńka. Przed wojną studiował na Uniwersytecie Warszawskim, był człowiekiem inteligentnym, spokojnym i wyważonym. Potrafił również bardzo dobrze odnaleźć się w nietypowych sytuacjach oraz posiadał jeden istotny szczegół, stąd padło akurat na niego.
Do swojej wyprawy został odpowiednio przygotowany: założył na siebie stare, podarte łachmany, zabrane tydzień wcześniej przy okazji aprowizacji oddziału. Co się zaś tyczy szczegółu… Heniek miał w sobie coś, co nie sprawiało, że wyglądał na tego kim w rzeczywistości był. Specyficznego uroku dodawała mu przeciągła blizna, od lewego oka aż do prawego kącika ust. Nikt nie wiedział jednak skąd się wzięła, gdyż Heniek nie chciał zdradzić swojej tajemnicy. Wracając do misji – nasz bohater udał się do wsi, gdzie udawał żebraka-niemowę. Ludzie byli wobec niego nieufni, jednak paru podzieliło się z nim czerstwymi skórkami od chleba, pokazując palcami by udał się do sołtysa. Gospodarz wioski zaprosił przybysza do środka i podał mu ciepłą strawę, a ciekawska żona oraz dwie córki bacznie przyglądały się gościowi. Po posileniu się, Heniek wstał i zaczął powoli, utykając, przechadzać się po chatce. Gdy tylko zdało mu się, że gospodarzy zaczyna to irytować, wykonał – niczym mnich w kapturze – znak krzyża w powietrzu. Naprzeciw ujrzał zdumione twarze, które ani ważyły się sprzeciwić. Numer zatem się udał, a oddział osiągnął swój cel. Znali teraz dokładny plan domu sołtysa, można więc było rozpocząć planowanie…

Tego wieczora Mietek nakreślił kolegom co będą robić:
– Wiemy, że co dwa tygodnie, dokładnie w środę wieczór, do wsi przyjeżdża pewna niemiecka kanalia zwana Kraus. Daje się mocno we znaki góralom po polskiej stronie, a tutaj wpada na gościnne występy z dwoma miejscowymi dziewczynami. Najpierw zawsze kieruje się jednak do domu sołtysa, gdzie ten gości go gorzałką, a dopiero potem spełnia resztę swoich zachcianek. Plan jest taki: zakradamy się do chałupy dwie godziny przed planowanym przyjazdem Szkopa. Zdzichu i Józek zajmują się żoną i córkami – zakneblujcie im usta i ręce żeby nie sprowadziły na nas całej wsi i schowajcie je w bezpiecznym miejscu. Ja i Heniek idziemy przodem, nastawię sołtysa co ma robić i czego ma nie robić, natomiast Tadek pilnuje podwórka i ewentualnie osłania naszą ucieczkę w stronę lasu. Zależnie od tego czy wszystko pójdzie tak jak powinno będziemy ustalać na miejscu co potem, są trzy możliwe plany dalszego działania. Aha, jeśli was to dostatecznie nie zmotywowało, dodam, że Kraus kazał niedawno wybatożyć ojca wielodzietnej rodziny z Nowego Bystrego bo biedak nie miał z czego oddać kontyngentu. Wszyscy wszystko wiedzą i rozumieją?
– Tak jest! – odpowiedzieli wesoło chórem.

– Posłuchaj Martin, jesteś dobry człowiek, katolik, ale po złej stronie gór. Wiemy, że Niemców musisz tolerować, ale z nami też jakoś musisz żyć. Po całej akcji pójdziesz do mieszkańców i powiesz to, co ci każę. W ten sposób uratujesz siebie, swoją rodzinę i przy okazji nas. Bo rozumiesz, my się jeszcze możemy kiedyś spotkać…
Wystraszony Słowak kiwnął głową.

Kraus wraz ze swoim kierowcą weszli roześmiani do chałupy. Gospodarz siedział przy stole z niewesołą miną. W powietrzu czuć było, że coś jest nie w porządku. Zdziwionym i trochę niepewnym Niemcom wskazał na szafę mówiąc:
– Moja žena…
– Frau? – zamyślił się Kraus, podchodząc powoli do szafy i pociągając za rączkę.
– A kuku! – Zdzisek dwoma szybkimi strzałami pozbawił życia obu Niemców.

– Cóż, ten drugi był tylko przydupasem Krausa, w normalnych okolicznościach dostałby kopa w dupę i do widzenia, ale teraz na pewno by na Was doniósł i… – tu dowódca oddziału wziął głęboki wdech – …tak jak się umawialiśmy, gdy tylko dojdziemy do granicy lasu biegnij oznajmić we wsi, że to komunistyczna partyzantka przyszła cię okraść i przypadkowo odstrzeliła Krausa wraz z kierowcą bo się napatoczyli. Łuski z ich broni i kradzież niemieckich rzeczy powinny was uwiarygodnić ale lepiej dobrze to odegraj…

Gdy oddział zapuścił się ledwie paręnaście metrów w głąb lasu, wydarzyła się dziwna sytuacja:
– Tam ktoś jest do kurwy nędzy! – szepnął półgłosem Tadek wskazując w stronę zwalonego drzewa.
– Wyłaź! – ryknął Mietek.
Chuda postać szybkimi susami poskromiła krzaczyska i zniknęła w ciemnościach.
– No to pięknie, albo konfident albo cichy wielbiciel! – powiedział Zdzisek, jak zwykle z głupim uśmiechem.
– Zamknij się wreszcie! – wycedził przez zaciśnięte zęby Józek. Wśród reszty chłopaków zapanowała natomiast cisza, przerwana w końcu przez Heńka.
– Nie martw się! – poklepał Zdziska po ramieniu – pośmiejesz się przy ognisku następnego dnia, w dodatku odwaliłeś dzisiaj brudną robotę więc się w końcu wyśpisz.
– Oczy dookoła głowy, do cholery! Każdy odpowiada za każdego! – uciął stanowczo Mietek.
Dalszą część drogi powrotnej spędzili idąc już całkowicie w milczeniu.

Mietek po powrocie przejął wartę na resztę nocy i poranek. Chciał żeby chłopaki wyspały się i były w pełni sił, gdyż nie wiedział czego się spodziewać po tym dziwnym spotkaniu z nieznaną osobą. Czy postać widziała co się stało u sołtysa? Czy ich kryjówka była spalona? Najlepiej rozmyślało się w ciszy.

Zagadka rozwiązała się ledwie tydzień później, gdy Heniek z Tadkiem robili pranie w górskim potoku.
– Słyszałeś?
– Chyba coś się oberwało, to wapienne skały więc…
– Cicho! – przerwał Tadek. – Słyszysz te jęki? Ktoś chyba zleciał na dół razem ze skałami! Trzeba zobaczyć co jest grane bo ktokolwiek to nie jest, za chwilę sprowadzi na nas więcej ludzi!
– Racja.
Dwieście metrów dalej leżał wystraszony, młody chłopak. Heniek popędził do kryjówki, natomiast Tadek podszedł bliżej i chodząc dookoła młodzieńca bacznie mu się przyglądał. Trwało to może kilka minut, a powietrze przeszywały jedynie ciche pojękiwania.
– Zamknij w końcu ten dziób, masz złamaną nogę. Ktoś wyżej zdecyduje co z tobą zrobić. Jestem Tadek, a ty?
– Staszek…
– Ładne imię. Powiedz więc Stasiu, co tu robiłeś?
– Co za różnica, i tak mnie przecież zastrzelicie…
– Dobra, inaczej Stasiu. Ile masz lat?
– Siedemnaście.
– Kurwa, ty jesteś dwa lata młodszy ode mnie!
Sekundę później zza ich pleców wyłoniła się reszta oddziału.
– To jest Staszek i ma siedemnaście lat. – zakomunikował Tadek pozostałym.
– Prawdziwy Stanisław, wiedział gdzie stanąć, aby się rozsławić! – uśmiechnął się Zdzisek.
– Nie przejmuj się, on tak zawsze. – wytłumaczył Heniek widząc zmieszaną twarz chłopca.

Kolejne dni, tygodnie oraz miesiące upływały pod znakiem kolejnych cichych partyzanckich akcji. Nadal byli nieuchwytni, nadal kojarzono ich działalność z innymi zgrupowaniami operującymi w regionie. Nigdy nie spotkali się oko w oko z innymi żołnierzami lasu. To był ich świadomy wybór, większe ryzyko, trudy i odpowiedzialność, ale i większa możliwość autonomicznego działania. A w tym byli bardzo dobrzy… Staszek powoli wracał do pełnej sprawności, jednak ciągle jeszcze kuśtykał podczas chodzenia. Winniśmy nadmienić, że przez cały okres rekonwalescencji szczególnie mocno pomagał mu Józek. Na krótko przed wybuchem wojny odbywał praktyki w jednym z krakowskich szpitali. W przyszłości miał nadzieję zostać znanym i szanowanym lekarzem. Tymczasem wiedza medyczna póki co przydawała mu się w dość specyficznej sytuacji. Wróćmy jednak do Staszka. Chłopak po cichu żywił nadzieję, że Mietek pozwoli mu wziąć udział w najbliższej akcji, która wypadała akurat w jego osiemnaste urodziny, tym bardziej, że chciał się w końcu zemścić. Jednego z wieczorów opowiedział ze szczegółami swoją historię. Wynikało z niej, że pochodził z wioski Dzianisz, a całą jego najbliższą rodzinę zabili Niemcy. Było to pokłosie partyzanckiej działalności jego ojca, o której zresztą sam niewiele wiedział, gdyż głowa rodziny z nikim nie dzieliła się szczegółami. Jedyne co wiedziano w domu, to gdy partyzanci przychodzili spać do ich stodoły. Staszkowi podczas obławy Niemców udało się uciec do pobliskiego lasu. Nie zatrzymując się, biegł ile tylko miał sił w nogach. Kolejne tygodnie spędził na samotnej tułaczce i podkradaniu żywności we wsiach. Ta wędrówka udawała mu się długi czas chyba tylko dzięki dobrej znajomości terenu i zahartowaniu związanym z pracą na gospodarce od najmłodszych lat. Podczas jednej z bezsennych nocy, spędzanych u wylotu górskiej doliny, usłyszał ludzkie głosy. Postanowił śledzić wędrowców, którzy – wtedy o tym nie wiedział – wracali z udanej akcji likwidacyjnej dwóch kapusiów. Podążał krok w krok za oddziałem blisko dwa tygodnie. Wiedział, że to dobrzy ludzie, którzy walczą z okupantem – podobnie jak jego ojciec. Bał się jednak ujawnić, gdyż nie był pewien czy go nie zastrzelą, węsząc prowokację w postaci donosiciela. Mimo to, cały czas ich obserwował, jakby licząc, że rozwiązanie przyjdzie samo. I przyszło, choć dość niespodziewane.
– Staszek, skoro cię tak bardzo nosi to dostaniesz szansę aby się wykazać. – mrugnął porozumiewawczo Mietek.
Na twarzy chłopca pojawił się szeroki uśmiech.

Przed tą akcją byli zmotywowani szczególnie mocno. Musieli odegrać teatrzyk, który wykluczał straty własne przy jednoczesnej maksymalizacji zysków. Areną działań była jedna z popularnych górskich hal i znajdujące się tam schronisko, które Niemcy nazwali Berghaus Krakau. Parę miesięcy wcześniej zgrupowanie rozpoczęło obserwację tego terenu. Sprawdzano okoliczne skałki, wzniesienia i inne trudno dostępne miejsca oraz nawyki Niemców, którzy czuli się tam bardzo pewnie. Warto dodać, że byli to wojskowi wyżsi rangą, wobec czego pozwalali sobie często na nieco więcej. Wieczoru, podczas którego zaplanowano akcję, w schronisku odbywały się urodziny jednego z oficerów. Żołnierze zabawiali się w asyście góralskiej kapeli oraz ekskluzywnych dziewek, zwożonych na takie okazje specjalnie z Krakowa. Alkohol lał się strumieniami, a głośno wypowiadane żarty o Stalinie i późniejsze salwy śmiechów odbijały się echem od górskich szczytów.
– Pięknie się zabawiacie, skurwysyny… – uśmiechnął się Tadek, obserwujący z daleka schronisko.
– Zabawmy się więc i my! – uśmiech pojawił się również na twarzy Mietka, jak i reszty chłopaków.
Ostrożnie schodzili ze skałek, które chwilę wcześniej były ich punktem obserwacyjnym. Dalsza część drogi wiodła przez leśną gęstwinę, w której musieli uważnie stawiać kroki, by nie przecinać powietrza odgłosami łamanych gałęzi.
– Czekajcie… – zatrzymał kolegów Mietek.
Ze schroniska wyszedł pijany jak bela Niemiec. Opierając się jedną ręką o ścianę, poświęcił się czynności fizjologicznej połączonej z wypowiadaniem niezrozumiałych słów, a po chwili zataczając się powrócił do budynku.
– Zabawa trwa. – mruknął Zdzisek.
Rozdzielili się. Mietek, Heniek oraz Staszek skierowali się w stronę piwniczki znajdującej się przy samym wejściu, Tadek ze Zdziskiem pobiegli w kierunku kuchni, do której prowadziły również zewnętrzne drzwiczki, a Józek miał za zadanie osłaniać obie grupki na otwartym terenie i zabezpieczyć odwrót w kierunku lasu.
– Rączki do góry! – warknął cicho Tadek otwierając sprawnym ruchem drzwi. Jego oczom ukazały się dwie wystraszone kobiety, które natychmiast spełniły polecenie.
– Błagam, nie zabijajcie nas! – zaczęła łkać jedna z nich.
– Wchodzą tu Niemcy? – spytał Zdzisek, wodząc jednocześnie oczami po pomieszczeniu w poszukiwaniu szybkiej kryjówki.
– N-nie, nigdy… – odparła cicho kobieta.
– Wracajcie do obowiązków i gęba na kłódkę. Jest nas czterdziestu chłopa więc nie radzę bawić się w donosicielstwo. – oznajmił Zdzisek, po czym wraz z Tadkiem skierowali się przez uchylone drzwi w stronę długiego korytarza, z którego można było się dostać na salę pełną Niemców lub do wyjścia.
Tymczasem druga grupa szybko poradziła sobie z zamkiem od piwnicy i rozpoczęła cichą prywatyzację granatów oraz amunicji do pistoletów. Broń krótką, z oczywistych powodów Niemcy nosili cały czas przy sobie, ale nie było to problemem, gdyż parę zdobytych wcześniej sztuk oddział ulokował w swojej kryjówce. Z daleka wszystkiemu przyglądał się Józek.
– Kurwa, znowu któregoś na szczanie wzięło! – Zdzisek zauważył pijanego oficera kierującego się w stronę korytarza. – Tadek, podczołgaj się kawałek, jak tylko zniknie z pola widzenia reszty Szkopów, walimy go na glebę, rozbrajamy i ciągniemy do kuchni, inaczej napatoczy się na naszych.
Jak powiedział, tak zrobili. Niemiec nie opierał się zbyt długo, ścisk Tadka bardzo szybko ułożył go do snu.
– Zwariowaliście?! – pisnęła druga z kucharek, która wcześniej w ogóle się nie odzywała.
– Cicho… Łasuch za chwilę wraca bawić się dalej… – szepnął Zdzisek przykładając palec do ust. – Zostanę z nim Tadziu i pozbieram trochę prowiantu, a ty zobacz czy któregoś znowu nogi nie poniosą za daleko.
– Chłopaki, to chyba wszystko co nam stąd potrzeba. – rzucił porozumiewawczo Mietek. – Jest 21:28, za dwie minuty do nas dołączą.
– Ja ich osłonię! – zadeklarował się Staszek.
– Ty? Józek daje sobie świetnie radę bez ciebie. – skwitował Heniek.
– No proszę, pozwólcie mi!
– Dobra, skoro tak bardzo chcesz się przydać to niech będzie. – udzielił zgody Mietek.
Tymczasem…
– Tadek, dajemy go z powrotem do korytarza! Wszystko mam, nasi już na pewno też skończyli! Nawalony w trzy dupy, pozbierają go i będą chlali dalej!
Gdy znaleźli się parędziesiąt metrów za drzwiami, usłyszeli kobiecy krzyk:
– Ratunku! Bandyci! Pomocy!
– O kurwa! – wydusili równocześnie Tadek i Zdzisek.
Biegli w kierunku lasu na tyle szybko, na ile pozwalały im obciążenia w postaci zabranej żywności. Dobiegając do reszty chłopaków usłyszeli wystrzał.
– Nie! Kurwa, Staszek! – Józek nie miał żadnych szans by być szybszym od Niemca, który wypadł głównym wejściem. Ten wypalił niemal w tym samym czasie, gdy tylko ujrzał chłopaka stojącego nieopodal. Kula trafiła Staszka prosto w tył głowy. Upadł na ziemię, wypuszczając z ręki broń.
– Uciekajcie! Już mu nie pomożemy… – ściszył głos Mietek.

– Mieliśmy tylko zabrać broń i żywność, a nie ładować się w strzelaninę… – mówił sam do siebie Heniek.
– To moja wina, nie potrafiłem go ochronić. – szeptał patrząc w ziemię martwym wzrokiem Józek.
– Nie, to niczyja wina, inaczej być nie mogło. – Zdzisek wstał. – Uspokójcie się bo za chwilę wszyscy skoczymy sobie do gardeł!
– Mogło, biorę na siebie pełną odpowiedzialność. – Mietek również podniósł się. – To ja mu pozwoliłem by Was osłaniał. Był zbyt młody i niedoświadczony. Przepraszam was. Mam nadzieję, że on i jego rodzina również mi wybaczą na drugim świecie.
– Chłopaki… To jest wojna. Musimy walczyć dalej. Równie dobrze jutro każdy z naszej piątki może skończyć tak samo. Przypuszczam, że nikt tego nie chce, więc skupmy się na tym, by Niemcy do nas nie dotarli. Na razie na pewno są wkurwieni. Szóstka amatorów zagrała na nosie oficerom. Musimy być czujni. – wygłosił krótki monolog Tadek.

Wieczorem tego samego dnia jednogłośnie podjęli decyzję, że nie przyjmą już nigdy nikogo więcej do swojego oddziału.
Ponieważ żyli prawem wilka, historia o nich głucho milczy.

Powyższe opowiadanie brało udział w drugiej edycji konkursu „Orle Pióro- Nacjonalistyczna strona kultury”– opowiadanie historyczne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.