Stefan Gardyński: Wielka Polska (opowiadanie- Orle Pióro #4)

Wielka Polska (Wielka Polska Nijaka)

Rok 2030. Na świecie trwała cicha wojna. Można powiedzieć, że w 2015 roku wywiady i kontrwywiady poszczególnych państw grały ze sobą w bierki. Piętnaście lat później nikogo nie dziwiły kolejne trupy, a agentury rozrosły się do niebotycznych rozmiarów. Póki nie dotykało to bezpośrednio zwykłych obywateli, póty niespecjalnie się tymi rozgrywkami interesowali. Na naszych oczach stworzyło się społeczeństwo, któremu zależało tylko i wyłącznie na tym, co przejawiało jakąś wartość materialną, a celem życia stało się pomnażanie dóbr.

Europa (a w zasadzie „wspólnota europejska”) przetrwała kryzys migracyjny, mimo że kilkanaście lat wcześniej nadszarpnął on mocno jej fundamenty. Choć może użyłem złego słowa. Przetrwała, czyli przestała się patyczkować z ludźmi, którzy stanowili dla niej i jej „wartości” jakiekolwiek zagrożenie. Z tym, że przy okazji wprowadzanych czystek, oprócz przybyszów z innych kultur, rykoszetem oberwaliśmy my – nacjonaliści.

Coraz większe niepokoje społeczne prowadziły w prostej linii do eskalacji napięcia i wściekłości setek tysięcy zwykłych ludzi. Sporo z nich ledwo co wiązało koniec z końcem, a dodatkowo musiało patrzeć na niesprawiedliwe rozdawnictwo pieniędzy publicznych. „Imigrantom się należy” – za kolonie, za niewolnictwo, za to, że są inni, za to, że są biedni, za to, że są… A sami zainteresowani rozzuchwalali się coraz bardziej, nakręcając spiralę nienawiści i przemocy.

Na „górze” coś pękło. Regularne masowe protesty doprowadziły do reorientacji polityki europejskiej w kwestii migracji spoza kontynentu. Było to ciche przyznanie się do błędu, albo krok w tył – by zrobić dwa do przodu. Uszczelniono granice, zwiększono uprawnienia służb, przeznaczono więcej środków na kwestie związane z bezpieczeństwem. Więcej kamer, więcej patroli, ale i większa brutalność „strażników porządku”. Co zabawne – mimo że Polska dalej tworzyła etniczny monolit (a o imigrantach częściej się słyszało, niż widziało), prawo i tak zostało dostosowane do krajów zachodnich. A kiedy ludzie patrzą na pusty cylinder, należy z niego wyciągnąć królika. Media rozpętały kampanię oszczerstw wymierzoną w nacjonalistów. Wszystko co pasowało do aktualnej linii politycznej widniało na paskach wiadomości czołowych stacji. Ktoś opluł obcokrajowca, a obok przechodził jegomość w bluzie z powstańczą kotwicą? Proszę bardzo – oto nacjonaliści gardzący innymi ludźmi. Zwykła osiedlowa bójka kibicowska? Nie, to oczywiście, kibolska hołota obwieszona nacjonalistycznymi emblematami, odpowiedzialna za chaos i anarchię w przestrzeni miejskiej. Przykłady można było mnożyć. Coś się ewidentnie zmieniało…

Byliśmy najlepszym celem, gdyż w miarę pogłębiania się kryzysu migracyjnego rosło nasze poparcie społeczne, a ludzie powoli przekonywali się do haseł z nacjonalistycznych sztandarów. Włożyliśmy w to dużo pracy i poświęcenia, choć oczywiście wiele było jeszcze do zrobienia. Dodatkowo, coś takiego jak Antifa praktycznie u nas nie występowało. Odpadała zatem możliwość rządowego uderzenia w to środowisko, oskarżając je – przykładowo – o sianie zamętu i przemoc. Zresztą mogłoby się to skończyć w dłuższej perspektywie podobnie jak na zachodzie Europy – po chwilowym tępieniu niezłych struktur tamtejszych antyfaszystów, nastąpiła nagła zmiana polityki o sto osiemdziesiąt stopni. Anarchiści (oraz wszelkie pochodne) stali się świetnym wentylem bezpieczeństwa dla państw. Bo ta cała sytuacja miała jeszcze jedno oblicze – rosnące rozwarstwienie społeczne.

Nie każdy młodzieniec mógł zostać cenionym programistą, jak i nie każda młoda dama mogła zostać sławnym chirurgiem. Z jednej strony część społeczeństwa zarabiała niebotyczne pieniądze za siedzenie ośmiu godzin dziennie w pracy – z drugiej, również spora grupa ludzi była nisko wykwalifikowana i/lub bezrobotna, co prowadziło w prostej linii do frustracji. Na zachodzie Europy ruchy lewackie były zatem świetnym pojemnikiem do przechowywania niepokornych. Tłumaczono to tak: „w nowoczesnym społeczeństwie i tak szeroko obecne będą poglądy związane z prawami człowieka, tolerancją, czy równością”. Państwo mogło sobie więc kręcić gałką w zależności od potrzeb. Raz więcej było słychać o lewactwie radykalnym w działaniu, a raz o tym grzeczniejszym, wypowiadającym się w mediach. Skutecznie wyciszano przy tym jakąkolwiek negację kapitalizmu, zastępując ją w przestrzeni publicznej bzdurami o walce ze światem pełnym rasizmu i ksenofobii oraz ubolewając nad brakiem akceptacji dla dziwactw wszelakiego sortu. A u nas?

Jak wspominałem chwilę wcześniej, w Polsce nie wykształciły się tego rodzaju grupy. Jedynym liczącym się i oddolnym środowiskiem byli nacjonaliści. Postanowiono nas zatem po prostu wyciąć z przestrzeni publicznej. Problemy w szkole, problemy w pracy, a często też problemy ze zwykłym wyjściem z domu… Każdy z nas dostawał ostrzeżenie – tylko jedno, ani mniej, ani więcej. Jeśli ktoś nie przestawał się wychylać, po prostu znikał.

Z czasem ludzie zaufali państwu. Wiara w obietnice rządowe to jedna z naszych najgorszych cech narodowych. Społeczeństwo nabrało się na mitycznego wroga, przez którego rzekomo miało żyć się gorzej. Na niektórych billboardach pojawiły się nawet hasła przekonujące do bojkotu narodowców, gdyż ci zakażą pedałów w rowerach – rzekomo z powodu złych skojarzeń. Żart? Paranoja? Obłęd? To wszystko mogło zaistnieć tylko w takich warunkach. Ostatecznie przecież najważniejszym celem było kupowanie i pomnażanie kapitału, a nie zaprzątanie sobie głowy prawdą. To „nowe” życie szło jednym lepiej, innym gorzej. Jeszcze inni nie potrafili się odnaleźć w nowo naszkicowanej rzeczywistości, ale tu uwypukliła się kolejna z naszych najgorszych cech – bierność. Dopóki znajdowała się choć kromka chleba, dopóty mało kto odważał się, by protestować.

Niby część społeczeństwa bogaciła się, ludzie jeździli coraz lepszymi autami, mieli coraz lepsze telefony i komputery przenośne, ale wszystko co naród wypracowywał, ostatecznie uciekało poza nasze granice. Tak wyglądała zresztą większość państw, niezależnie czy to Afryka, czy Europa. Nikt nie przykładał jednak zbytniej wagi do takich „szczegółów”. Właśnie z tego powodu rozrosły się wspominane na początku agentury. Nieustannie toczyła się zakulisowa walka o wytransferowywane pieniądze…

Znaleźliśmy się w bardzo trudnym położeniu. Rozbici, zniechęceni i zszokowani. Jak to możliwe, że ledwie przez dekadę polityczne wiatry tak mocno zmieniły swój kierunek? Czy naprawdę tak słabo przepracowaliśmy poprzednie lata, że jedyne z czym kojarzył nas prosty człowiek była niechęć do imigrantów? Nie potrafiliśmy nic więcej zaoferować? Wreszcie, czy takiego świata i Polski chcieliśmy? Oczywiście, że nie. Ale czy można w ogóle wygrać (lub chociaż rywalizować) z pieniądzem, dobrami materialnymi, szeroko rozwiniętym konsumpcjonizmem? Z jednej strony to była nasza Polska. Z drugiej, została jej wyrwana tożsamość, bijące serce narodu…

Wielka Polska (WiElka PoLska!!11oneone!!1)

Rok 2030. Trochę się pozmieniało, głównie na arenie międzynarodowej, lecz miało to także oczywiste przełożenie na naszą politykę wewnętrzną. Aby Was nie zanudzić, postaram się opisać to w telegraficznym skrócie. Przede wszystkim, Europa całkowicie wypadła ze sfery zainteresowań Stanów Zjednoczonych. Musiały one zredefiniować swoją dotychczasową politykę, gdyż ze światowego hegemona stali się „tylko” jednym z kilku najważniejszych graczy. Zmusiło to Jankesów do przeniesienia uwagi na inne części świata – bogata w złoża Arktyka, wciąż niestabilny Półwysep Koreański, co rusz targana konfliktami partyzancko-narkotykowymi Ameryka Południowa oraz do tej pory będąca trochę na marginesie Afryka, gdzie silną ekspansję w ostatnich kilku latach poczyniło Państwo Środka.

Tymczasem zachód Europy co rusz targany był konfliktami, które można zawrzeć w zwrocie „etniczno-religijno-terrorystyczne” – każdy z każdym o coś walczył, a skutki tych harców zaczęli odczuwać nawet ludzie dobrze sytuowani. Mieszkając w ładnych domach na obrzeżach wielkich miast można trochę odlecieć od rzeczywistości. Nie zwracali oni zatem przez dłuższy czas uwagi na takie (w ich mniemaniu) bzdety jak to, że nie wszyscy ludzie mają takie samo podejście do świata jak oni. Nie to, żeby potem nagle ich olśniło, co to to nie. Zwyciężył materialistyczny pragmatyzm i smutek z powodu coraz większych wydatków na prywatnych ochroniarzy (rekrutujących się najczęściej z weteranów rozmaitych walk, niekoniecznie europejskich).

Taka sytuacja sprzyjała coraz większemu rozwarstwieniu czegoś co zwano „wspólnotą europejską”, bo gdy kraje są wewnętrznie niestabilne, a co za tym idzie gospodarczo również nie przędą najlepiej, do głosu dochodzą nowi gracze.

Tak, tak. Dobrze myślicie. Ostoją cywilizacji w tym regionie stały się kraje Europy Środkowej, na czele z Polską oraz Węgrami. Bardzo chciałem by tak się stało, przez dłuższy czas czułem wręcz jak spełnia się pewien scenariusz, o którym rozmawialiśmy już dobre piętnaście lat wcześniej. Idea Międzymorza, Polak-Węgier dwa bratanki i takie tam, przecież wiecie o co chodzi. Jako społeczność nacjonalistów obserwowaliśmy całą tę sytuację z wypiekami na twarzach. To miał być wreszcie nasz czas! No właśnie – miał. Niestety, jak to bywa w życiu – wyszło „trochę” inaczej.

Zacznijmy od sytuacji wewnątrz naszego kraju: ludzie w słusznym wieku, których można było owinąć wokół palca szepcząc im do aparatów słuchowych miłe słówka o konstytucji, demokracji i cudzie unijnym, powoli (acz systematycznie) odchodzili na drugi świat. Kolejne pokolenia, wśród których już wcześniej był duży potencjał (nazwijmy go miło ”konserwatywnym”), widząc co dzieje się na zachodzie Europy zaczynały się stopniowo radykalizować. Coraz częściej na ulicach słyszało się głośne rozmowy, za które jeszcze nie tak dawno można było mieć kłopoty z artykułu 256 kodeksu karnego. Jako nacjonalista ubolewałem co prawda nad spłycaniem całej sytuacji geopolitycznej do kilku oklepanych haseł z koszulek patriotycznych i prostackich żarcików na temat „ciapaków”, lecz pocieszałem się, że mimo wszystko lepiej w tę stronę niż w drugą. Trudno też powiedzieć, że nośnikami tego typu poglądów stały się jedynie osoby z tzw. dołów społecznych, czy nisko sytuowane (co próbowano w nieodległej przeszłości wpoić do głów poprzez liberalne media). Coraz więcej rodaków będących w lepszej kondycji finansowej przekonywało się do programu państwa co najmniej mocno konserwatywnego lub prawicowego – zwał jak zwał. Na tym gruncie wykiełkowało ziarno o nazwie Ruch Narodowopolski, którego przedstawiciele w krótkim czasie objęli większość stołków w rządzie i mogli bezproblemowo prowadzić politykę zgodną z własnymi poglądami, bez zbędnych ustępstw czy kompromisów. Ale zanim Ruch Narodowopolski doszedł do władzy, popełnił serię błędów.

Przede wszystkim nie wykształcił żadnych, ale to żadnych kadr. Po drugie, odrzucił ludzi, którzy mieli odmienne zdanie w niektórych kwestiach dotyczących polityki wewnętrznej oraz zewnętrznej. A po trzecie, oparł swoje struktury o kolesiostwo, niczym nie różniąc się w tej kwestii od poprzednich rządów, które oczywiście zaciekle za to samo krytykował.

W rezultacie politykę państwa zaczęło kreować kilku sprytniejszych populistów i farbowanych lisów, poklepywanych po plecach przez zwykłe szurostwo i frustratów. Była to ta kategoria ludzi, którzy jedyne czym mogli się pochwalić to to, że „kiedyś przeczytali Myśli pana Romana”, „byli na Marszu Niepodległości w 2015 i 2016 narażając swoje życie” lub w najlepszym razie „słuchali Honoru i Konkwisty”. Chyba przyznacie, że zaczynało to wyglądać trochę słabo. Na Węgrzech wcale, ale to wcale nie było lepiej i do głosu doszły podobne osoby. A wisienką na torcie tych wewnątrzpaństwowych zmian stało się (dokonujące się niemal równocześnie) rozluźnianie międzynarodowych sojuszy. Wspólnoty pokroju NATO zaczęły więc przypominać bardziej stracha na wróble.

Nie mogło być lepszego momentu. Dla kogo? Dla wszystkich. Rosja bardzo szybko wykorzystała swoją agenturę w Polsce i na Węgrzech, umiejętnie i konsekwentnie podsycając temat rewindykacji granicznych. Koncepcje, które odrzucaliśmy w wąskim gronie ledwie kilka lat wstecz, dzisiaj wchodziły do ogólnej dyskusji. Nasi wrogowie owinęli nas sobie wokół palca czułymi hasełkami i doprowadzili do sytuacji, w której zarówno Polacy jak i Węgrzy przeprowadzili interwencję zbrojną na Ukrainie. To co kiedyś rzekomo naszkicował Żyrinowski, dokonywało się właśnie na naszych oczach. Wystarczyło jedynie w przystępny sposób szepnąć do ucha o potędze husarii oraz Wielkich Węgrach i trach! Ale każde działanie niosło za sobą konsekwencje, a ludzi, którzy byli tego świadomi została ledwie garstka.

Węgry nie zadowoliły się Zakarpaciem i niedługo później postanowiły interweniować militarnie także na Słowacji. My natomiast, pognaliśmy z szabelką w stronie Wileńszczyzny. Jak się można domyślać, uruchomiło to lawinę problemów, gdyż żaden z sąsiadów nie chciał dobrowolnie oddać ani piędzi ziemi – tym bardziej, że na wielu terenach mniejszości polskiej czy węgierskiej można było w tych czasach ze świecą szukać. Na inkorporowanych ziemiach rozkwitła bardzo uciążliwa partyzantka, która w normalnych warunkach zapewne nie utrzymałaby się zbyt długo. Teraz było jednak inaczej, a regularne strzelaniny i zamachy (również na cywilów) stały się utrapieniem. W całej tej sytuacji był jeden kraj, któremu szczególnie zależało na wykrwawianiu się wszystkich dookoła. Zgodnie z zasadą „dziel i rządź” dostarczał po cichu broń, przerzucał ludzi, szkolił lokalne partyzantki. Tak, to ten sam dobry wujek, który podpuścił nas i Węgrów do przesuwania granic. Europa zapłonęła po raz kolejny.

Gdzieś tam obok tego wielkiego ogniska siedziałem ja i garstka moich kompanów. Rozmawialiśmy dużo o historii oraz dobrych i złych czasach. O I i II Wojnie Światowej, kotle bałkańskim… Jeśli mógł wybuchnąć jeszcze jakiś konflikt, który ostatecznie dorżnąłby naszą kulturę i rasę to właśnie go obserwowaliśmy. I nie mogliśmy zrobić absolutnie nic…

Wielka Polska (Wielka Polska Narodowa)

Rok 2030. Zachód Europy boryka się z narastającą falą problemów społecznych spowodowanych masową migracją i niedostosowaniem przybyszów wychowanych w swoich kulturach do tej europejskiej (a to ci niespodzianka!). Na innych kontynentach regularnie zmieniają się z kolei strefy wpływów. Coraz więcej krajów (i ich przywódców) chce urwać swój kawałek tortu. Szczególnie wyróżniają się tutaj kraje BRICS, które od szczerzenia kłów przeszły do kąsania silniejszych. Co natomiast w tym czasie działo się w naszej kochanej Polsce?

Od dłuższego czasu scena polityczna była nudną areną, na której niewiele się wydarzyło. Przed 2020 rokiem tylko na chwilę ster władzy wypadł z rąk konserwatystów i trafił do liberałów. Jeśli nie do końca pamiętacie tę wesołą ferajnę to spieszę z wyjaśnieniem – byli to bardzo specyficzni ludzie. Wyobraźcie sobie wariata, któremu dajecie do ręki dubeltówkę, a on z uśmiechem na twarzy strzela sobie w kolano. Liberałowie (mimo pogarszającej się sytuacji na zachodzie Europy) postanowili wykazać się dobrym gestem i zakwaterowali w Polsce dziesięć tysięcy imigrantów. Nawet nie zadali sobie przy tym minimum trudu, by wybrać tych, hmm… „mniej konfliktogennych”. Skutek? Kilku przybyszy z Afryki Północnej postanowiło na swój sposób „zabawić się” z mieszkańcami pobliskich wiosek – wymownym skutkiem były cztery trupy oraz kilkunastu rannych. Niby nic spektakularnego (wg liberalnych mediów musiałoby dokonać przestępstw dziesięć tysięcy z dziesięciu tysięcy, a i to nie do końca – bo może po prostu mieliśmy pecha i na takich trafiliśmy…), jednak wystarczyło, aby zwykli ludzie wzgardzili taką formą pomocy innym i podziękowali w kolejnych wyborach skompromitowanym panom i paniom z rządu. Kolejne wybory wygrywała już tylko opcja konserwatywna, która rządzi do tej pory. Dzięki korzystnej z naszego punktu widzenia roszadzie, my – nacjonaliści – również raz na jakiś czas mamy kogoś wyżej na szczeblach administracji państwowej, ale o tym za chwilę.

Po fiasku Ligi Polskich Rodzin (a później także dwóch innych tworów, których nazw nawet nie chcę wspominać), wielu nacjonalistów zniechęciło się do polityki. Nie było w tym nic dziwnego, wszak niby tworzy się coś większego, mającego zjednoczyć masy, dorzucić narybku idealistów (lub w gorszej opcji statystów na marszach), a ostatecznie i tak wychodzi wielkie nic o nazwie „realizm polityczny”. W świecie, którym zaczynał coraz bardziej rządzić materializm i sucha chęć zysku, wyklarowała się więc skrajność – ta dla nas bardziej pozytywna. Z niewielkiej (ledwie kilkutysięcznej) grupy nacjonalistów rozsianych po całej Polsce wyłoniło się kilkadziesiąt osób, które stały się motorem napędowym przemyślanego działania. Wiedzieli czego chcą, a kwestią otwartą stawał się tylko sposób działania. Zaczęli od zadania sobie dwóch podstawowych pytań: dlaczego w ruchu nacjonalistycznym istnieje tak duży odpływ członków oraz dlaczego po dwudziestym piątym roku życia aktywiści wycofują się z działalności. Odpowiedź była niby trywialna – praca, rodzina, dorosłe życie. W innych krajach wiek nie był jednak przeszkodą dla działalności w podobnych ruchach, postanowiono zatem coś z tym uczynić.

Jaka była diagnoza? Brak wspólnoty, prawdziwej wspólnoty. Co nacjonalizm mógł zaoferować starszym działaczom? Ano właśnie. Zaczęto od zorganizowania swoistej bazy danych aktywnych działaczy pod kątem zawodu oraz chęci nauki. W krótkim czasie pozwoliło to na stworzenie swego rodzaju „nacjonalistycznego rynku pracy” – jeżeli ktoś miał problem z jej znalezieniem lub znalazł się w trudnej sytuacji życiowej, koledzy i koleżanki z podobnej branży wyciągali do niego dłoń. A wszystko po to, by nie zostawiać braci ani sióstr w poglądach samym sobie. Podobny pomysł wdrożono wśród młodszych roczników – gdy tylko ktoś potrzebował pomocy w nauce, szybko zgłaszał się „kumaty”, który tłumaczył mu dane zagadnienia i wymieniał się materiałami dydaktycznymi. Niby łatwe i proste, lecz indywidualistyczna mentalność przez długi czas nie pozwalała na stworzenie czegoś podobnego. Poczucie, że nacjonalizm jest wspólnotą nie tylko na marszach i manifestacjach, ale i na co dzień, spowolniła (a w niektórych regionach wręcz zahamowała) odpływ starszych działaczy. To był pierwszy krok.

Następnie skupiono się na stworzeniu grupy wspierającej ofiary klęsk żywiołowych i innych niespodziewanych, tragicznych w skutkach wydarzeń losowych. Nacjonaliści pojawiali się tam, gdzie potrzebne było wsparcie fizyczne (m.in. worki z piaskiem na wały przeciwpowodziowe, odbudowa domów wielorodzinnych po pożarach, kuchnie polowe dla poszkodowanych) i nie tylko (doradztwo prawne, wsparcie psychiczne itp.), dzięki czemu wkroczyli w kompetencje lokalnych władz, działając jednak szybciej i efektywniej. Pozwalało to na systematyczne budowanie zaufania dla swoich postulatów. Dewiza „z Narodem – dla Narodu – tam, gdzie Naród” stała się rozpoznawalna i budziła powszechne uznanie społeczne.

Dzięki zwiększającemu się gronu starszych działaczy, możliwe stało się wreszcie skuteczne kandydowanie w wyborach – lecz niekoniecznie na gruncie ogólnopolskim. Ludzie po trzydziestce, znani w swoich miejscach zamieszkania, z powodzeniem zaczęli dostawać się do rad sołeckich, gminnych, powiatowych, czy dzielnicowych. Zyskiwali dzięki temu formalny wpływ na kształtowanie otoczenia oraz losu swoich krajan. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że tam, gdzie na szczeblach lokalnych pojawiali się nacjonaliści – tam wycofywało się państwo ze swoją biurokracją.

Osobną kwestią były związki zawodowe, spółdzielnie i inne tego rodzaju wspólnoty. Z racji ich szerokiego pola działania, jak i wciąż ograniczonych liczbowo struktur, mieliśmy tu jeszcze spore braki do nadrobienia. Jednak i tak było coraz lepiej, wszak świadomy ruch nacjonalistyczny przestał opierać się na „studenciakach”, co od zawsze zarzucali nam oponenci.

Niezależnie od tego jak to zabrzmi, nacjonalizm zaczął się opłacać. Nie trzeba było wybierać: praca i rodzina albo aktywizm. Każdy kto tylko chciał, znajdował dla siebie odpowiednią sferę działalności, w której mógł się spełniać. Nastąpił czas żywej idei, w której liczyły się przede wszystkim: idealizm, chęć do działań i dobra ich koordynacja, a nie zdanie samozwańczego lidera. To ostatnie wykończyło w ciągu kilkudziesięciu lat wiele nieźle zapowiadających się organizacji i zniechęciło jeszcze więcej szczerych serc. Teraz jednak nadchodził triumf nowej ery. Naszej ery.

Powyższe opowiadanie wzięło udział w konkursie Orle Pióro- nacjonalistyczna strona kultury w IV edycji „Wielka Polska”. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.