Kultura
3.7

Stefan Tempes: Kronika Legionu Światła #2

Minęły dwa lata od momentu, w którym moje życie uległo tak diametralnej zmianie. Czas, który upłynął był dla mnie wtedy prawdziwą kuźnią charakteru. Wędrowałem przez opustoszałe miasto, gdy spotkałem innych ocalałych. Uciekaliśmy coraz dalej od swoich dawnych domostw licząc, że koszmar przeminie wraz z każdym następnym krokiem. Wędrując przez zniszczone metropolie, splądrowane wsie kierowaliśmy się ku Stalowym Górom. Był to potężny masyw górski, który według podań był domem pierwszych kolonistów naszej planety. Odnaleźliśmy tutaj schronienie jak kiedyś ci, którzy przemierzali gwiazdy szukając dla siebie nowego domu. Mijały miesiące, a nasza mała grupka rosła w siłę. Z każdej strony przybywali ludzie szukający ratunku. Wiodła ich dziwna siła wynikająca z poczucia, że muszą przybyć do miejsca narodzin Thule. Podczas eksploracji gór odnaleźliśmy magazyny z bronią, które były kompletnie niechronione. Relikty siły spoczywały zakurzone uśpione pacyfizmem, który nastał w erze, która zapoczątkowała przybycie Konfederacji. Władze organizacji uważały, że ich siły międzyplanetarne są wystarczająco potężne, aby ochronić nawet odległe planety będące pod jej wpływem. Nasze władze uwierzyły próżnym zapewnieniom Wielkiego Brata z dalekich planet.

Dzisiaj jednak odzyskaliśmy wolę oraz narzędzia konieczne do walki z Bestiami. Najpierw chcieliśmy zdobyć leki i coś do jedzenia. Z czasem zaczęliśmy odbijać także nasze ziemie. Jedynie noc mogła nas powstrzymać. Noc była czasem, gdy Bestie wychodziły z piwnic i kanałów, po to, aby nas odnaleźć i zabić. Wyobraź sobie przez chwilę sytuacje gdy najmroczniejsze koszmary przesycone strachem, pędzą na twoje pozycje rozszarpując wszystko co stoi na drodze. Czy jesteś w stanie sobie wyobrazić ucieleśnienie twojego strachu? Ja nie mam z tym problemów. Wielkie szpony, a na nich jeszcze świeża krew, która płynęła w żyłach chłopaka, którego pamiętasz ze szkoły. Nigdy go nie lubiłeś, był dla ciebie obojętny. Jedna z setek twarzy mijanych codziennie, ale jednak teraz staje się dla ciebie jak rodzony brat. Bestia nadchodzi-czujesz odór zgnilizny zanim jeszcze zobaczysz wielkie szpony oraz gardziel, z której wystaje kolec prawdziwie siejący śmierć. Organ ten przypominał dużego robaka, który zastąpił przełyk. Wystrzeliwany z ogromną prędkością, wbijał się w ciało ofiary, a jego jad rozpuszczał wnętrzności. Brzmi strasznie? Dla mnie to codzienność. Codzienność, w której żyjemy i umieramy. Kronika Legionu Światła to nie opowieść o grozie i śmierci, to kolejny rozdział w historii ludzkości. Tą historię- równie dobrze możesz napisać ty.

Usłyszeliśmy komunikat: „Proszę pozostać w domu, awaria reaktora”. Głos wydawał się rozsadzać mury naszych mieszkań. Głośniki były wszechobecne od czasu, gdy Korporacja Handlowa postanowiła „zainwestować” w naszą planetę. Codziennie słyszeliśmy, jak miły głos zapewniał nas, że Thule czekają czasy dobrobytu. Pamiętam jak szkołę odwiedzał ktoś z korporacji. Opowiadał nam o wspaniałym projekcie dla planety, o możliwości wyjazdu. Wielu się wtedy zgadzało-chcieli uciec z planety Wielkich Hut. Nikt później o nich nie słyszał, ale tylko nieliczni zadawali pytania, na które nigdy nie usłyszeli odpowiedzi. Nasze życie jednak wypełniała radość i wiara w lepsze jutro. Przecież musi być lepiej. Mimo tego, że małe firmy prowadzone od pokoleń upadały zastąpione przez potężne molochy, a farmy zmieniały się w fabryki białka,-ludzie wsłuchani w komunikaty i medialną papkę milczeli. Nieliczni będący przeciw zmianom nazywani byli zacofanymi idiotami, krótkowzrocznymi zaprzańcami. Mieliśmy pracę i wiarę, że jutro będzie lepiej. Nikt jednak nie spodziewał się tego co nastało potem.

Miałem wtedy iść pierwszy raz do pracy w Wielkiej Hucie, aby zastąpić ojca, który kończył swoją zmianę. Byłem młody, miałem osiemnaście lat. Niezauważony wybiegłem z mieszkania, aby wyjść ojcu naprzeciw. Powtarzające się cały czas komunikaty nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Wiedziałem lepiej co mam zrobić, jak powinienem się zachować. Lepiej było poczekać na śmierć. Zostać przy matce, której ostatnie chwile życia zajmowały myśli: czy żyje i ból…oszukuje się, że przecież kolec tak szybko wbija się w ciało, a kwas w nim zawarty jest tak mocny, że musiał zabić ją momentalnie. Powinienem zostać. Trwać przy niej. Ojciec żył jeszcze, gdy spotkałem go trzymającego się za brzuch z uśmiechem, a może grymasem bólu mówiącego: „Będzie dobrze Synku, nie martw się. Biegnij do matki i uciekajcie”. Chciałem pomóc, wtedy jednak zobaczyłem coś, co zawsze zostanie ze mną. Spracowane dłonie trzymały wnętrzności. Dłonie, które kiedyś głaskały mnie po głowie. Dłonie, które splatały się z dłońmi mojej mamy- podtrzymywały teraz wnętrzności rozlewające się pomiędzy palcami. Ręce na których wisiały ślubne rzemienie symbolizujące każdy rok przebyty razem. Czerwony symbolizował narodziny syna, a zielony córki.

Była to pierwsza śmierć, którą widziałem w życiu, a była to śmierć mojego ojca. Jedna z tysięcy, które dane mi było jeszcze do tej pory obejrzeć. Nie czuje się wyjątkowy, ponieważ wszyscy legioniści posiadali krwawy bagaż doświadczeń. Najgorzej mieli najmłodsi. Potwory nie interesowały się dziećmi. Wszyscy poniżej piętnastego roku życia byli bezpieczni. Jednak zawsze będą pamiętali ciała swoich matek rozszarpywane przez bestie. Walczących ojców, którzy bronili swoich kobiet tym co mogli. Wszyscy oni już nie żyją. Czy można się czuć winnym tego, że się żyje? Uwierz, że można. Ból, który towarzyszy przez cały czas kiedy w twojej dłoni nie trzymasz karabinu, gdy rozpalona plazma nie pali wrogów, miecz nie rozcina ich wnętrzności, a działa Machin Wojny nie zamieniają kłębowiska upiorów w bezkształtną masę. Jesteś wojownikiem. Legionistą Światła- więc walcz, albo giń. Zabijaj, bądź nakarm bestie swoim ciałem.

Teraz trzymam karabin, mój umysł staje się jednością z polem bitwy. Nasz Legion znajduję się na przedmieściach Ultimy- stolicy naszej planety. Czas walki przyszedł w momencie, gdy zaszło słońce. Słyszę ich kroki. Strzelam przed siebie. Pierwsza bestia pada, płonie trafiona plazmowym pociskiem. Ten płomień niesie oczyszczenie naszych dusz i naszej ziemi. Pociski samonaprowadzające rozszarpują masę bestii, które w agonalnym skowycie znikają z tego świata. Anihilacja. Jak stalowa pięść uderzamy, prąc przed siebie. Idziemy- niosąc kres ich marnej egzystencji. Niczym pradawne modlitwy słychać jęki i chrząkania. Ironia? Zasłużona kara. Uderzam ostrzem w wystrzelony kolec, bestia zalewa się krwią, z całej siły kopie kreaturę w brzuch jak wtedy, gdy na placu w naszym mieście dekadenci obmacywali dziewczynę. Czy przejmowałem się, że jest ich więcej? Nie. Teraz rozumiem, jestem wojownikiem. Walka jest naturalną częścią mojego życia -tak jak oddech. Krew i żelazo moim żywiołem. Oczyszczenie poprzez zniszczenie wroga- moimi sakramentami, a szarpnięcia za cyngiel moim rytuałem. Każda zabita bestia to krok do zbawienia duszy i mojej ziemi. Szturmując mijam nasze dawne pozycje, które utraciliśmy wczorajszej nocy. Honor mojego oddziału został przywrócony. Podnoszę insygnia naszego oddziału, które utraciliśmy, gdy bestia rozszarpała młodego żołnierza.. Krzyknęliśmy: Opór, krew dla Thule, ogień dla wrogów. Grad pocisków sypie się na wroga niczym deszcz podczas ulewy. Czarna krew miesza się z czerwoną tworząc brązową papkę. Cuchnącą i odrażającą. Jesteśmy legionem, więc walczymy do końca, mimo poniesionych strat przemy naprzód ku wrogim hordom. Potężna Machina Wojenna „Gorgona” będąca zarazem ołtarzem poległych, rusza naprzód. Rusznice plazmowe rozrywają wroga, a ogień karabinów plazmowych spopiela wrogie zastępy. Potężny wóz bojowy o czterech gąsienicach, wieży z dwoma działami oraz wieżyczkami uzbrojonymi w rusznice, staje się naszą ruchomą twierdzą-naszym Monasterem Wojny. Bestie uciekają rządzone najprostszymi instynktami, które każą im uciekać. Wygrywamy, jednak sami tracimy wielu ludzi, lecz nie płaczemy. Dlaczego? Brak empatii? Nic bardziej mylnego. Wreszcie zjednoczyli się ze swoimi rodzinami, a ich wola walki przepełnia nasze pociski. Krew uświęca nasze sztandary. Przynajmniej dzisiaj…zdechło więcej bestii, niż nas. Trudno policzyć ile bestii skonało tej nocy, wiem jednak ilu moich braci poniosło śmierć w tej walce. Straciliśmy trzystu legionistów. Większość z nich pochodziła z farm, które najdłużej opierały się reformom Konfederacji. Oni pierwsi poczuli to, jak bardzo kłamliwą instytucją jest ta organizacja. To oni widzieli efekty mutacji i inżynierii genetycznej. Gniew rósł wśród tych prostych ludzi już wiele lat wcześniej przed nastaniem plagi. Odziałem farmerów dowodził Valdorf. Był on mężczyzną około sześćdziesiątego roku życia, a wyglądał jak trzydziestolatek. Mimo widocznych blizn oraz siwizny, emanowała od niego siła i prostota. Zawsze sumiennie wykonywał rozkazy, nie lubił długich dyskusji i rozważań o przyszłości. Interesowały go tylko dobrze wypełnione rozkazy oraz to, aby jego odział miał z czego strzelać i miał co do jedzenia. Teraz stał nad poległymi i milczał. Stracił coś więcej niż towarzyszy broni. Jego jedyny syn leżał u jego stóp, a oczy martwo patrzyły w niebo ku gwiazdom.

Nastaje świt. Zwycięstwo, które dzisiaj otrzymaliśmy od losu wiedzie nas ku ostatecznemu starciu. Skończymy walczyć z pionkami, a nasz ból i cierpienie zwrócimy z nawiązką. Jesteśmy ludźmi zrodzonymi na nowo z wojny. Krew na sztandarach znów została wzniesiona w powietrze. Ruszamy przed siebie, aby zbliżyć się do tych, którzy zniszczyli tą planetę. Ultima- nasza dawna stolica i miejsce, gdzie znajdują się okręty międzyplanetarne jest naszym kolejnym celem. Czas wydać rozkaz do wymarszu, jednak wcześniej musimy spalić zwłoki naszych poległych legionistów, aby bestie, które ocalały nie mogły zbezcześcić ich mogił. Kolejny raz nasz los zostaje oddany w posiadanie gwiazdom.

1 comment

Get RSS Feed

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.