Wiktoria Wilk: Śmierć okryta była czerwienią (opowiadanie- Orle Pióro #2)

Wakacje dobiegały końca, ale mediolańskie słońce jeszcze ogrzewało letnimi promieniami nasze twarze. Spojrzałam na Niego – miał skórę barwy oliwkowej, delikatnie rozgrzaną od całodziennej gonitwy za piłką. Tak, piłka nożna, to była jego prawdziwa pasja! Moją za to było gładzenie Go po długich ciemnych włosach, przy czym zwykle po chwili zasypiał spokojnie. Tego dnia było inaczej, nie zmrużył oka i swoimi bystrymi oczami wpatrywał się gdzieś przed siebie.

– Muszę iść, mam spotkanie z nowymi znajomymi, wiesz… Opowiadałem Ci o nich… – zaczął tonem spokojnym, ale jego głos był coraz cichszy.

– Tak, wiem. Pamiętaj, że obiecałeś mi przynieść książkę od tego Twojego… – w tym momencie zerwał się gwałtownie i przyłożył palec do ust błagalnym wzrokiem wskazując bym nie wymieniała ich nazwy na głos. Dałam za wygraną: – Dobrze, idź. Zobaczymy się jutro, bo w poniedziałek już będziesz miał inną dziewczynę o imieniu Chemia. – Jego uśmiech znacznie mnie uspokoił.
Czasy były niespokojne, łatwo było zostać pobitym za niewłaściwe poglądy, a mój Najdroższy „sprzymierzył się” właśnie ze znienawidzonym Frontem Młodzieży. Został „faszystą” jak zwykli go mianować dawni koledzy z technikum chemicznego, do którego uczęszczał od pięciu lat. Tam też poznał kilku prawicowych działaczy, z którymi się spotykał. Nigdy nie było mi dane ich zobaczyć ani poznać, bał się narażać mnie na niebezpieczeństwo, choć sam zdawał się go nie zauważać.

Nazajutrz przybiegł na spotkanie z rozwichrzonymi włosami i policzkami czerwieńszymi niż wino Cinzano.
– Chodź! Pokażę Ci coś! – złapał mnie za rękę i razem pobiegliśmy kilka przecznic, by stanąć przy plakacie. – Widzisz?! – rozglądał się nerwowo i pokazywał palcami kawałek papieru przytwierdzony do ściany.
– Tak…? – spojrzałam na niego zdziwiona.
– To ja, to znaczy my, ja i moi nowi koledzy. – Nie widziałam nic niewłaściwego w Jego zachowaniu, był jak to ludzie w naszym nastoletnim wieku jak żywe srebro i cieszyła Go najdrobniejsza rzecz. Odgarnęłam mu włosy z czoła, popatrzyłam jak iskierka z pięknych oczu powoli gaśnie i zastępuje ją ten dobrze znany mi głęboki spokój. Złapał mnie za rękę, odeszliśmy wolnym krokiem, a resztę dnia spędziliśmy na spacerze po Piazza del Duomo i podziwianiu Katedry Narodzin św. Marii. W poniedziałek czekałam na niego po szkole, spodziewając się kolejnych docinków Jego szkolnych kolegów. Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałam Go samotnie stawiającego powoli krok za krokiem ze spuszczoną głową i twarzą ukrytą w cieni jego kosmyków. Kiedy mnie zobaczył nerwowo zakrył się dłońmi, ale mimo to zobaczyłam…
– Co Ci się stało?! Amore mio… – Z lewej brwi spływała cieniutka strużka krwi, drugie oko było podbite, a całe ubranie zostało ubrudzone i poszarpane, jakby złapały go wściekłe psy. Nie chciał się zatrzymać, nie chciał mówić, dopiero w domu pozwolił mi opatrzyć swoje rany wśród lamentów Jego matki.
– W nocy ktoś dzwonił i krzyczał do telefonu, że zabicie faszysty to nie przestępstwo i że jesteś pierwszy na jakiejś liście! Uznałam to za głupi żart, a teraz takie… – matka zaniosła się głębokim płaczem, a ojciec – po którym to Ukochany odziedziczył zarówno urodę jak i wewnętrzne opanowanie – siedział w milczeniu ze wzrokiem wpatrzonym w nieznane miejsce. Nagle uniósł głowę i w tejże sekundzie do pokoju wpadł jego drugi syn, zdyszany i przerażony. Czy wyczuł, że drugie dziecko również jest w zagrożeniu? Z chwilowej zadumy wyrwało mnie przerażające zdanie:
– Oni tam czekają, z czerwonymi flagami, kluczami francuskimi! Braciszku cóż Ty im zawiniłeś, że oni nas tak nienawidzą?! – spojrzałam na Niego, był opanowany, jak zwykle… tylko tym razem pół jego niewinnej twarzy zakrywały bandaże, spod których skutecznie próbowała się wydostać krew. Jego ojciec Mario wstał i przytłumionym głosem zakazał nam opuszczania domu, przez co najmniej jeden dzień. Sam udał się do pracy, a po powrocie oświadczył, że najpewniej w najbliższej okolicy jest już bezpiecznie. „W najbliższej okolicy…” brzmiało mi w uszach jeszcze długi czas, ale mój Jedyny wciąż mnie uspokajał, że wszystko będzie w porządku, przecież w końcu „już dostał” to, czego mogą chcieć więcej itd. Powtarzał to zawsze, gdy wracał pobity, a zdarzało się to coraz częściej. Nie mówił wiele o atakach, jednak z Jego wypowiedzi wywnioskowałam, że nigdy nie był atakowany w pojedynkę. Dodatkowych kłopotów przysporzyły mu niesprawiedliwe oskarżenia o rzekomy „faszyzm” i plotki o stosowaniu przemocy.

– Przecież Ty na nikogo nie podniosłeś ręki! Dlaczego oni to robią?! – byłam bliska rozpaczy.
– Tak, ale nie chcę się wyrzec tego, w co wierzę… – jego twarz delikatnie się postarzała, choć metryka wskazywała tyle samo, co przed miesiącem, blizny dodały mu lat i smutnego wyrazu.
– W co wierzysz? Ci Twoi nowi koledzy napytali Ci biedy, a idea czy tam wiara sprowadzi na Ciebie jeszcze większe nieszczęście. Jak możesz tak żyć i zachować spokój?! – nie ukrywałam łez.
– To chyba… – wziął głęboki oddech. – Taki triumf woli. – Zakończył wpatrując się w świeżo napisane podanie o przeniesienie do innej szkoły.
Tego dnia było mi dane znów gładzić jego włosy do snu, tym razem ten sen spowodowany był ciosem w głowę, którego doznał, gdy wyszedł z gabinetu dyrektora swojego technikum. Tak pożegnali odchodzącego „kolegę”… Miałam nadzieję, że najgorsze minęło i gdy otworzy oczy otaczająca rzeczywistość będzie bezpieczna. Kiedy rankiem obudziły go promienie wschodzącego słońca, był szczęśliwszy niż dnia poprzedniego, jak gdyby ten ostatni cios oczyścił mu duszę ze zmartwień.
– Poprzestawiali Ci coś w tej pięknej główce? – udawałam urażoną jego dobrym nastrojem.
– Nie, nadal pamiętam, że Cię kocham… – uśmiechał się jak dawniej. – Chciałbym Ci coś opowiedzieć…
Opowiadał o organizacji, z którą sympatyzuje: była to ciesząca się niezależnością młodzieżówka słynnego MSI (Włoskiego Ruchu Społecznego) – Fronte Della Gioventu, czyli Front Młodzieży. MSI była wielokrotnie oskarżana o faszyzowanie, ale jak mówił mój Tesoro, Front był dużo radykalniejszy od swojej partii-matki, wręcz krytycznie do niej nastawiony za zbytnią liberalizację. Jednak głównym wrogiem były Czerwone Brygady, lewicowa organizacja paramilitarna o znamionach terrorystycznych. Ich ideologia opierała się na marksizmie, a celem było obalenie ustroju kapitalistycznego. Organizowali oni wiele akcji sabotażowych w fabrykach i atakowali policjantów, urzędników, dziennikarzy, prawników, a nawet inne lewicowe partie oskarżane o zdradę ideałów. Nasz Mediolan był jednym z czterech miast, w których antyfaszyzm prężnie się rozwijał. Tu swoją ostoję posiadała również komunistyczna Avanguardia Operaia, do której należał Roberto, jeden z kolegów z dawnej szkoły mojego Amore. Wyznawali oni ideę leninowsko-maoistyczną, a jak sama nazwa wskazywała, opierali swoją doktrynę na ludności pracującej, stawiając ją w opozycji do ruchów studenckich. Ostatecznie zauważyli, iż należy zamiast rozdzielać łączyć obie grupy i dążyli do konsolidacji studentów oraz robotników. Skutecznie udało im się przesiąknąć na mediolańskie uczelnie, aż prawie wszyscy nauczyciele i uczniowie zaczęli sympatyzować ze skrajną lewicą. Tam również znaleźli źródło do czerpania młodych fanatyków na tworzące się bojówki. Co do Frontu Młodzieży, zrzeszał faktycznie samą młodzież w wieku 14-26 lat, a do samej organizacji można dostać się tylko poprzez poparcie cieszącego się zaufaniem członka.

– Czy Ty zawsze musisz być wyjątkowy?! – skwitowałam jego opowieść.
– Nie, ja tylko jestem ciekawski. Uważam, że Czerwone Brygady prowadzą działalność terrorystyczną i nie mam zamiaru się tego wyrzekać. Sympatyzuję z ludźmi, którzy podobnie jak ja nie chcą nosić czerwonych flag i bić ludzi za rzekomy faszyzm ciężkimi przedmiotami po głowie… – zamknęłam mu usta krótkim i subtelnym pocałunkiem, bo od kiedy tyle razy go pobito, wydawał mi się delikatny jak porcelana.
Wreszcie, zaczynaliśmy na nowo nasze młode życie, tym razem pozbawione przemocy i strachu.
Kolejne dni mijały spokojne, aż koszmar zaczął się na nowo. W okolicy znów pojawiły się napisy na murach z groźbami wobec mojego Ukochanego, a Jego rodzice byli budzeni w środku nocy telefonami z pogróżkami. Na razie na twarzy mojego chłopaka jeszcze malował się uspokajający uśmiech, twierdził, że to przejdzie… Jednego dnia zdzierając kartę z kalendarza zrzuciłam moje ulubione zdjęcie, na którym był oczywiście On – ze swoim dyskretnym uśmiechem i włosami, które lekko przysłoniły mu zawadiackie oczka. Na kalendarzu widniał 13 marca 1975 roku „Niedługo wiosna, nareszcie będzie cieplej…” – pomyślałam, nie wiedząc jeszcze, że ten dzień zapamiętam na całe życie. Był już czwartek, z niecierpliwością oczekiwałam na nadchodzący piątek, kiedy to znów Go ujrzę. Wróciłam ze szkoły z dziwnym niepokojem w sercu, moja mama stwierdziła, że od tej miłości już się jakiejś choroby nabawiłam. Była to kobieta zupełnie niepasująca do tutejszych realiów, nawet wyglądem się wyróżniała – miała wschodnią urodę, w końcu w jej żyłach płynęła krew polsko-rosyjska, a nie mogąc się przystosować raczej przebywała w zaciszu domowym. Tata, typowy Włoch, często śmiał się, że jej blond włosy z czasem „opalą się” pod wpływem włoskiego słońca. Nie przejmując się jej żartami spojrzałam znów na zdjęcie… było pogięte! Nie wierzyłam własnym oczom, ale szybko wytłumaczyłam to sobie, że z powodu własnego gapiostwa zgniotłam fotografię podnosząc ją z ziemi. Zaczęłam zastanawiać się, czy to aby na pewno mój Luby dostał w głowę, a nie ja – wtedy zadzwonił telefon. Mama rozmawiała półsłówkami, ale widziałam po jej twarzy, że jest przejęta. „Coś nie tak z tatą!” – pomyślałam i zaczęłam z niecierpliwości wymachiwać rękami, żeby powiedziała o co chodzi. Odłożywszy słuchawkę powiedziała tylko jedno słowo: – Siergiej… – nie dałam jej dojść do słowa, zamiast wysłuchać gorzkiej prawdy wolałam uczyć ją poprawnej tj. włoskiej wymowy imienia mojego narzeczonego. Było to działanie bezsensowne, ale tak bardzo nie chciałam usłyszeć kolejnego słowa… – szpital. Ledwo je wymówiła, byłam już w drodze i biegłam przypominając sobie nasze bieganie w poszukiwaniu plakatu wywieszonego przez Niego chwilę wcześniej. Gdy budynek szpitala uniwersyteckiego zamajaczył w oddali, serce podskoczyło mi do gardła. Przed budynkiem stała grupka komunistów bacznie obserwująca wchodzących do szpitala ludzi, wiedziałam, że na pewno mnie kojarzą. „Wszystko jedno…” – pomyślałam – „Jeśli chcą również mnie tam wysłać, nie będę się sprzeciwiała, znów będziemy razem”. Weszłam do szpitala pewnym krokiem, bojówkarze tylko spojrzeli na mnie z kpiarskim uśmiechem i za plecami usłyszałam:
-Hazet 36, znaleźliśmy faszystę.
Mój Ukochany znajdował się na oddziale intensywnej terapii, więc mnie jako osobie obcej nie wolno go było zobaczyć, ale od Jego matki usłyszałam, że jeśli przeżyje pozostanie trwale niepełnosprawny. Jego brat opowiedział mi, że według świadków został pobity, wręcz zmasakrowany przez dwóch zamaskowanych mężczyzn kluczami francuskimi Hazet 36. „To o tym mówili przed wejściem, czerwone potwory…” – moje myśli były pełne najszczerszej nienawiści. Przeszedł wielogodzinną operację, ale Jego czaszka była rozbita i ten stan nie pozostawiał wiele pola nadziei. Jednak kolejne dni przyniosły poprawę, zaczął nawet uzyskiwać świadomość i jedyne, co mnie martwiło to dziwnie zachowujący się personel szpitala – zwłaszcza, że oprawcami okazali się studenci medycyny. Kwiecień był dość rześkim miesiącem, powietrze nie zostało jeszcze dostatecznie ogrzane przez wznoszące się coraz wyżej słońce, a w pokoju mojego Rekonwalescenta okna były ciągle otwierane przez pielęgniarzy. Podobno pomagało mu to w dojściu do zdrowia, ale ja widziałam, że coraz częściej pojawia się u Niego niepokojący kaszel. W ostatnich dniach kwietnia z przerażeniem patrzyłam na krople potu spływające po Jego rozgrzanym czole i odgarniałam przylepione do niego kępki włosów. Z bujnej czupryny zostały smętne strąki, oliwkowa skóra przybrała bladoszary odcień, oczy najczęściej były zamknięte lub lekko otwarte, przygaszone. Wsłuchiwałam się w każdy z trudem łapany oddech bojąc się, że będzie tym przedśmiertnym… Po 47 dniach usłyszałam go po raz ostatni, a gdy serce bijące dla mnie stanęło na zawsze całując powoli stygnące usta wyszeptałam:
– Sei sempre nel mio cuore tesoro. Ti Amo Sergio.

W przeżyciu ostatnich dni pomagali mi i Jego rodzinie działacze prawicowi czuwający przed domem Ramellich aż do pogrzebu. Zresztą nie ostatniego, w którym przypadło mi brać udział – wkrótce również zmarł ojciec Sergio, który nigdy nie pogodził się ze śmiercią syna i jego serce, jak powiadała moja matka, w końcu pękło naprawdę. Nie chciałam śledzić procesu morderców, nie było kary, która wynagrodziłaby mi stratę Ukochanego. Wolałam obserwować jak pamięć o najdroższym Sergio trwa w sercach jego prawdziwych kolegów – nacjonalistów. Co roku po dziś dzień czekam na moment, w którym uniosą oni dumnie prawicę i w ciepłym blasku pochodni rozlegnie się głośne „Presente!”.

Powyższe opowiadanie brało udział w drugiej edycji konkursu „Orle Pióro- Nacjonalistyczna strona kultury”– opowiadanie historyczne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.