Ankieta 3droga.pl: Narodowcy oceniają pierwszy rok rządów PiS. Bekier, Holocher, Podstawka, Winnicki, Zych!

Wydarzenia, które nastąpiły od czasów objęcia władzy w III RP przez Prawo i Sprawiedliwość, spowodowały iż Polacy są całkowicie spolaryzowani w kwestii politycznych sympatii. Z jednej strony zwolennicy ekipy rządzącej bezkrytycznie patrzą na działania ministrów Beaty Szydło.  Z drugiej  maszerujący miłośnicy opozycji, atakują każdy pomysł i działanie rządu tylko z względu na to kto jest pomysłodawcą i wykonawcą. Warto przeczytać jak ten rok podsumowują narodowcy, wolni od większych emocji względem rządu, przez co najbardziej obiektywni. Do poniższej ankiety zaprosiliśmy Bartosza Bekiera, przywódce Falangi i redaktora naczelnego Xportal.pl, Przemysława Holochera, wydawce czasopisma Magna Polonia, Karola Podstawke, członka zarządu głównego Obozu Narodowo- Radykalnego, Roberta Winnickiego, prezesa Ruchu Narodowego i posła na Sejm RP, a także Piotra Zycha, członka zarządu Stowarzyszenia Trzecia Droga i publicystę 3droga.pl. Zapytaliśmy naszych respondentów o politykę wewnętrzną i zagraniczną Prawa i Sprawiedliwości, jak również korelacje rządu z nacjonalizmem i z tzw. opozycją. Odpowiedzi naszym zdaniem są niezwykle ciekawe i fachowe. Wszystkim uczestnikom ankiety za to bardzo dziękujemy, a czytelników zapraszamy do lektury. Kolejność odpowiadających jest alfabetyczna.

1. Jak oceniasz politykę wewnętrzną Prawa i Sprawiedliwości?

Bartosz Bekier (Falanga, Xportal.pl): Moje odczucia względem polityki wewnętrznej PiS nacechowane są głęboką ambiwalencją, ponieważ w bardzo różny sposób należy ocenić poszczególne jej aspekty. Podtrzymuję swoje uznanie dla obozu rządowego za przesunięcie debaty publicznej we właściwą stronę względem takich zjawisk i wartości jak np. solidaryzm społeczny, patriotyzm, uznanie dla narodowego podziemia antykomunistycznego, głód narodowej dumy, uderzenie w liberalny establishment. Za większością z tych haseł poszły konkretne rozwiązania, które należy ocenić pozytywnie: osławiony program 500+, wspieranie polskiego przemysłu (np. uratowanie zakładów Autosan) oddawanie hołdu naszym bohaterom z największą estymą i ceremoniałem państwowym, eksponowanie barw narodowych, często kosztem symboliki organizacji międzynarodowych (dobre i to…), skuteczne uderzenie w media liberalne, które przez lata kłamały na nasz temat – przedwczoraj dało się nawet słyszeć ciche popłakiwania Michnika, że rząd niszczy „Gazetę Wyborczą” brakiem płatnych ogłoszeń i wstrzymaniem wszystkich prenumerat do urzędów w Polsce, w związku z czym musi ona dokonać zwolnień grupowych wśród swoich propagandzistów. Rzetelny reportaż na temat Sorosa w głównym wydaniu „Wiadomości”, bez cenzurowania różnych istotnych faktów na jego temat, w tym genealogicznych, to także signum temporis, na które warto było czekać. Upiorne wycie, które od zeszłego roku rozlega się ze wszystkich najobrzydliwszych lóż polskiego życia publicznego wskazuje na to, że nawet te relatywnie powierzchowne zmiany zaszły im głęboko pod skórę. To dobry znak, żeby nie powiedzieć „dobra zmiana”.
Z drugiej strony mamy do czynienia z całym szeregiem patologii, od których polskie życie publiczne chyba nigdy nie było wolne, ale które za rządów PiS wydają się przekraczać pewną „ustaloną” normę. Chodzi np. o misiewiczyzm, czyli czyszczenie stanowisk publicznych według ortodoksyjnego klucza partyjnego, zastępowanie doświadczonych urzędników, prezesów, pracowników służby cywilnej, często specjalistów w swojej dziedzinie, czwartym rzędem miernych, ale wiernych politykierów, pozbawionych jakichkolwiek kompetencji. Inną sprawą jest „kult smoleński”, którego kolejne odsłony (pomnikowa, ekshumacyjna itd.) utwierdzają mnie w przekonaniu, że duża część obozu rządowego oderwana jest od rzeczywistości i nie ma pojęcia, jak to zjawisko recypowane jest poza kręgiem najbardziej radykalnych fanatyków PiS. O zawiedzionych nadziejach środowisk konserwatywnych związanych z ustawą antyaborcyjną w zasadzie szkoda mówić, bo w tej kwestii wygodnego pretekstu dostarczyła sama Konferencja Episkopatu Polski, a trudno oczekiwać, żeby rząd był bardziej klerykalny niż kler. Przeprowadzenie tak głębokiej zmiany w liberalnym otoczeniu geopolitycznym, w liberalnym społeczeństwie, bez huraganowego wsparcia Kościoła byłoby dla rządu samobójstwem – a co dopiero przy jawnym sabotażu hierarchów. W tym przypadku władzę kompromituje przede wszystkim fakt powstania wrażenia, że stchórzyła ona przed rozwrzeszczanym tłumem feministek, które kiedyś mogą ponownie wyjść na ulice i żądać więcej.

Przemysław Holocher (Magna Polonia): Z jednej strony Prawo i Sprawiedliwość pobudza nasze uczucia narodowe. W piękny sposób honorowani są Żołnierze Wyklęci. Święta Państwowe mają właściwą rangę, nie dochodzi do skandalicznych prowokacji. Nie można jednak zamydlać sobie oczu i łapać się na chwilowy poryw serca. Ponieważ, z drugiej strony mamy pomysły gospodarcze w najgorszym, socjalistycznym wydaniu. Państwo, zamiast przestać zabierać zaczęło rozdawać, przez co będzie musiało zabierać jeszcze więcej. Pieniądze nie rosną na drzewach. Polacy mogą żyć godnie i zarabiać godnie, wystarczy obniżyć podatki, zlikwidować biurokrację i niepotrzebne obciążenia państwa.

Zamiast wdrożyć w końcu plan rozbiórki ZUS, próbuje się dalej pudrować tego trupa, wmawiając nam, że bez przymusowych ubezpieczeń zdechniemy z głodu. Zastanówmy się przez chwilę, czy czołowi politycy partii rządzącej nie znają wewnętrznych raportów ZUS, które mówią o 30% stopie zastąpienia na emeryturze? Czekam również na obiecane podniesienie kwoty wolnej od podatku. Ostatnio minister Morawiecki powiedział, że „zarabiający więcej” powinni płacić wyższe podatki. Pytanie, więcej od kogo ? Jak to się ma do kwoty wolnej, w przypadku posłów i senatorów, która wynosi 30 tysięcy złotych.

Drugi przykład to głośna spawa obrony życia. Nie uszedł mojej uwadze fakt, iż prominentni politycy partii rządzącej namawiali hierarchów Kościoła Katolickiego do niepopierania ustawy broniącej życia. Politycy Prawa i Sprawiedliwości wystraszyli się protestów kierowanych przez wrogów życia, które to protesty były oparte na fałszywych opiniach na temat ustawy.

Karol Podstawka (Obóz Narodowo- Radykalny): Ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego przyjęło dość sprytną taktykę polityczną. Począwszy od medialnego wycofania prezesa i mianowania na eksponowane stanowiska osoby z partyjnego drugiego szeregu (np. Beata Szydło), po sztandarowe programy społeczne. O ile pierwsze posunięcie pozwoliło Kaczyńskiemu wygrać wybory i zdobyć samodzielną władzę, o tyle projekty społeczne, na czele z programem 500+ ugruntowały poparcie dla partii. Wypłacanie 500 zł na drugie i kolejne dziecko jest postrzegane jako duże dobrodziejstwo, zwłaszcza wśród rodzin z mniejszych ośrodków i z peryferii. Ma tu zastosowanie prosty mechanizm psychologiczny: „władza coś nam daje, więc jesteśmy jej coś winni”. To skupia wyborców przy partii rządzącej. Oczywiście można dyskutować, czy akurat taka forma prowadzenia polityki prorodzinnej jest słuszna. Bardziej rozsądne z punktu widzenia finansów państwa byłoby raczej zapewnienie znacznych ulg podatkowych i stosownych zmian chociażby w stawkach podatku VAT lub wprowadzenie szeregu innych ułatwień dla rodzin wielodzietnych. Program 500+ ma przede wszystkim jednak służyć utrzymaniu poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości, a to w przypadku odmiennych działań prorodzinnych nie dałoby oczekiwanego efektu. Wobec histerycznych ataków mediów i środowisk lewicowo-liberalnych, taktyka Kaczyńskiego wydaje się skuteczna, choć można polemizować, czy jest rzeczywiście dobra dla Polaków.
W polityce wewnętrznej warto też wspomnieć o działaniach ministra Antoniego Macierewicza i formowanych Wojskach Obrony Terytorialnej. O ile sama idea wydaje się słuszna, to wciąż nie jest do końca pewne jak ostatecznie ma to wyglądać i czy kierunek ich powstawania będzie skuteczną odpowiedzią na wyzwania współczesnego pola walki. Cieszą natomiast zapowiedzi o zamówieniach dla wojska w polskich zakładach zbrojeniowych. Będziemy się temu przyglądać.
Z pewnym zadowoleniem należy zwrócić uwagę na działania rządu nakierowane na umacnianie postaw patriotycznych i tożsamości narodowej. Trudno jednak tutaj nie odnieść wrażenia, że PiS uległ fali pewnej mody na patriotyzm, która szerzy się wśród młodego pokolenia, a która jest w dużej część wynikiem wieloletnich prac środowisk narodowych. Z jednej strony, to dobrze, że owe działania są potęgowane przez struktury państwa, dysponujące przecież potężnymi narzędziami, z drugiej – rysuje się pewne niebezpieczeństwo swego rodzaju monopolizacji patriotyzmu przez obóz władzy. Jeśli do tego by doszło, to przy zmianie koniunktury politycznej, patriotyzm – jako utożsamiany z konkretną partią polityczną – może być odrzucany przez zawiedzionych wyborców.
Zdecydowanie na minus należy ocenić dezercję Prawa i Sprawiedliwość z frontu walki o prawo do życia dla nienarodzonych. Politycy tej partii chętnie lansują się na Marszach Życia, ale gdy przyszło do głosowania nad konkretnym projektem ustawy, to wygrało politykierstwo. Może też zaskakiwać, że rząd uległ tzw. „czarnym protestom”, bo przecież w skali kraju brało w nich udział kilkadziesiąt tysięcy osób. Kilkakrotnie więcej podpisało się pod poparciem dla ustawy „Stop aborcji”. Być może zabrakło w tamtych dniach zdecydowanej, masowej kontry ze strony kręgów prolife, ale to nie usprawiedliwia polityków, których te środowiska przecież poparły w wyborach.
To czego jeszcze do tej pory zdecydowanie zabrakło, to jednoznaczne rozliczenie aferzystów z poprzedniej koalicji. Osoby takie jak chociażby Bartłomiej Sienkiewicz powinny przed sądem odpowiedzieć za nadużycia władzy. ONR w sposób humorystyczny zwracał na to uwagę sugerując wprowadzenie „Programu Cela+”. Brakuje też konkretnych działań zmierzających do zmiany sytuacji własnościowej na rynku mediów. Obecny stan, w którym rynek jest zdominowany przez kapitał zagraniczny, jest nie tylko chory, ale wręcz poniżający dla państwa aspirującego do bycia podmiotem suwerennym. Władza powinna się też przyjrzeć sposobom finansowania niezliczonej ilości fundacji i stowarzyszeń promujących marksizm kulturowy i wszystkie inne formy zgnilizny demoliberalnej. Wszystkie te sprawy były wspominane przez przedstawicieli rządu, ale na zapowiedziach dotychczas się skończyło. Brak działań na tych polach, zwłaszcza na początku kadencji, może zaskakiwać, zwłaszcza, że Kaczyński na pewno pamięta sytuację z czasów jego poprzednich rządów.
Można jeszcze długo wymieniać plusy i minusy pierwszego roku rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale wiele zagadnień wciąż pozostaje w sferze zapowiedzi bez konkretów – jak chociażby słynny „Plan Morawieckiego”. To co do tej pory zrealizowano miało raczej służyć bieżącej polityce i ugruntowaniu poparcia sondażowego. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że politykom obozu władzy brakuje odwagi w podejmowaniu bardziej zdecydowanych kroków. Być może to wcale nie jest ich celem?

Robert Winnicki (Ruch Narodowy):  Na wstępie polecę swój artykuł-podsumowanie rocznych rządów PiS, kto byłby zainteresowany szerszym spojrzeniem na tę sprawę, zapraszam na www.ruchnarodowy.net. Ujmując rzecz w skrócie – partia rządząca przez pierwszy rok zajęła się przede wszystkim utrwalaniem swojej władzy i budową, obok kapitalizmu korporacji, fundamentów pod kapitalizm spółek Skarbu Państwa. PiS chce stworzyć równoległy, do liberalno-postkomunistycznego, system opierający się na instytucjach państwa i zależnościach ekonomicznych. Chce wykreować coś na kształt „swojej” klasy średniej, która w dużym stopniu składałaby się z klientów obecnej władzy, wliczając w to przedsiębiorców, podczepionych pod państwowych monopolistów i regulatorów rynku. Wykonują tę operację mało finezyjnie, a co gorsza, narażają Polskę na sytuację, w której, gdyby do władzy powróciła opcja otwarcie lewicowa i liberalna, zyska potężne narzędzia zmieniania rzeczywistości na swoją modłę.

Jestem ideowym i praktycznym przeciwnikiem liberalizmu, ale w tym tkwi największy problem pisowskiego centralnego zarządzania państwowego, tego swoistego etatyzmu. Budują potężną broń, której lufę będzie łatwo obrócić w inną stronę. Stwarzają mechanizmy, które bardzo łatwo obrócą na swoją korzyść liberałowie i radykalna lewica, jeśliby udało się im dojść do władzy. Nie wzmacniają zarazem, strukturalnie, fundamentów tradycyjnej Polski. Był to rok straconych szans na rzeczywistą, radykalną zmianę w kierunku tradycyjnym, konserwatywnym. Nie piszę o narodowym zwrocie politycznym, bo przecież nikt PiSu o taki nie posądzał. Jedynie program 500+ jest zasadniczym, pozytywnym czynnikiem realnej, dobrej zmiany w polityce prorodzinnej. Ale już np. przy okazji reformy edukacji są plany poważnego utrudnienia życia edukacji domowej, która jest domeną konserwatywnych i katolickich rodzin.

PiS dezerteruje z frontu wojny kulturowej, która jest pierwszorzędnym z toczących się w naszym kraju konfliktów społecznych. Utrącili projekty ochrony życia, nie przeprowadzili żadnej rewolucji w instytucjach kultury, ich telewizja publiczna zaczęła wprawdzie puszczać jakieś ciekawe dokumenty, ale i tak zajmuje się promocją komercyjnych śmieci w najlepszym czasie antenowym. Nie prowadzą żadnej, przemyślanej polityki imigracyjnej, więc mamy już w Polsce i będziemy mieć coraz większe problemy z dużymi, zwartymi skupiskami ludności ukraińskiej, która wskutek braku takiej polityki nie będzie się asymilować. Plan Morawieckiego pełen jest niezłej retoryki, ale na retoryce się kończy, bo w realiach dalej mamy uprzywilejowane, zagraniczne inwestycje i dokręcanie śruby polskiemu przedsiębiorcy.

Piotr Zych (Trzecia Droga, 3droga.pl):  W polityce wewnętrznej rząd Prawa i Sprawiedliwości przede wszystkim przyjął założenie polaryzacji życia społecznego. Polacy zostali postawieni przed dychotomicznym podziałem: My, rząd demokratycznie wybrany, reprezentujące polski interes, walczący z unijnymi biurokratami, kontra opozycja, oderwana od „koryta”, skarżąca się do unijnych mocodawców. Stojąc przed taką narracją, spora część Polaków siłą rzeczy popiera działania rządowe wzmocnione przekazem medialnym, zwłaszcza mediów publicznych.
Ta dychotomia pojawia się w zasadzie w każdej podejmowanej debacie przez rządzący obóz.
Zarówno gospodarczej, społecznej, a także geopolitycznej. Prowadzi to do coraz większych podziałów wewnątrz społeczeństwa oraz polaryzuje scenę polityczną, co jest oczywiście na rękę partii rządzącej.

W kontekście działań gospodarczych dostrzegam szereg pozytywnych deklaracji, zaczynając od repolonizacji sektora bankowego, poprzez zapowiedzi dość rozsądnych pomysłów podatkowych vide podatek bankowy, podatek obrotowy od sprzedaży, jednolity podatek. Również deklaracja wsparcia dla polskiego biznesu wydaje się dość sensowna, a także plan Morawieckiego w ramach którego pojawiła się propozycja stworzenia polskiego przemysłu motoryzacyjnego, kładąca nacisk na produkcję samochodów elektrycznych.
Natomiast w większości są to jedynie mgliste obietnice, za którymi w dużej mierze stoi przede wszystkim polityka fiskalna, w której rząd Beaty Szydło działa perfekcyjnie. Według niedawno opublikowanych danych wpływy podatkowe do budżetu wzrastają w tempie około 7-8 proc w skali roku. Niestety jest to działanie krótkowzroczne. Za uszczelnieniem systemu podatkowego, powinny iść reformy, które pozwoliłyby zmniejszyć opodatkowanie pracy, zwłaszcza osób najbiedniejszych. Równocześnie rząd PiS, postanowił bawić się w dobrego i złego „policjanta”. Jednego dnia słyszymy zapowiedź zwiększenia kwoty wolnej od podatku, następnego dnia Pani Premier stwierdza, że budżet państwa nie jest w stanie udźwignąć takiej zmiany.
Dla części wyborców PiS, działania rządu mogą objawiać się dysonansem poznawczym. Z jednej strony słychać o wsparciu dla polskich przedsiębiorców (za którym nie idą konkretne działania), a z drugiej vice-premier Morawiecki ogłasza inwestycję Mercedesa w Polsce, która zostanie dofinansowana z budżetu Państwa kwotą kilkudziesięciu milionów złotych.

W polityce społecznej ogromnym sukcesem jest program 500+ oraz zapowiedź realizacji programu Mieszkanie+. Natomiast w tym miejscu należałoby się zastanowić, czy rozsądniejszym pomysłem nie byłyby potężne zwolnienia podatkowe dla rodziców, a także zniesienie podatku VAT np. na część żywności. Możliwość wpisania sobie kosztów przedszkola czy żłobka jako kosztów podatkowych, w ostatecznym rozrachunku mogłoby przynieść podobne korzyści dla rodzin co 500+, przy równoczesnym braku zależności rodzin od państwa. Natomiast sama idea wsparcia dla rodzin, czy poruszenie kwestii braku mieszkań i wysokich cen nieruchomości można odczytać jako trafną diagnozę problemów przeciętnych Polaków.

Mimo kilku rozsądnych pomysłów ze strony obozu rządzącego, pojawią się także pomysły absurdalne. Na czele jest oczywiście swoisty populizm penalny, którym można by nazwać język Ministerstwa Sprawiedliwości. Koncepcja zaostrzania prawa karnego, przy równoczesnym braku działań zapobiegających recydywie i wsparcia dla więźniów wychodzących z zakładów karnych, wbrew uzasadnieniom ministra, nie prowadzi do zmniejszenia przestępczości. Natomiast propozycja traktowania oszust podatkowych (wyłudzenia VAT-u) jako zbrodni, moim zdaniem narusza hierarchię dóbr chronionych i istotę proporcjonalności kary do społecznej szkodliwości. Również cofnięcie reformy kontradyktoryjności procesu karnego, wprowadzenie tzw. ustawy anty-terrorystycznej czy wreszcie obniżenie stawek za pomoc prawną z urzędu, nie są rozsądnymi pomysłami.

Reasumując muszę zwrócić uwagę na to, że zarówno polityka gospodarcza, społeczna. penalna jak również polaryzacja życia politycznego, mają przede wszystkim służyć doraźnym celom politycznym, stąd mimo zauważalnych rozsądnych kroków ze strony obozu Jarosława Kaczyńskiego, brakuje myślenia długofalowego i działania przede wszystkim w celu poprawy życia Polaków, a nie potyczek politycznych.

2. Jak oceniasz politykę zagraniczną PiS?

Bartosz Bekier (Falanga, Xportal.pl): W polskiej polityce zagranicznej mamy do czynienia z kompletną katastrofą. MSZ stał się siedzibą dogmatycznego atlantyzmu (jeszcze bardziej niż zwykle), co jest zresztą blisko powiązane z fobią antyrosyjską. Problem obozu władzy jest taki, że zarówno atlantyzm, jak i koncepcja wojowania z Moskwą mogą lada dzień spektakularnie zbankrutować w związku z wydarzeniami, o których mieliśmy okazję już rozmawiać – wyborami w USA i zwycięstwem D. Trumpa, które obstawialiśmy. Niestety, wspomniana dogmatyczność kadr PiSu dotychczas odpowiedzialnych za politykę międzynarodową każe mi przypuszczać, że na taką ewentualność, czyli odprężenie amerykańsko-rosyjskie i potencjalny demontaż agresywnego atlantyzmu, nie mają żadnego „planu B”. Pośrednio przyznał to sam minister Waszczykowski, który będąc wyraźnie zaskoczony i zakłopotany rozwojem wydarzeń w USA dukał coś o tym, że dopiero „trzeba będzie uruchamiać wszystkie kanały”. Nawet w obozie rządzącym odezwały się głosy, że polityka MSZ w wykonaniu Waszczykowskiego to skrajny przejaw niekompetencji. Do tego można przytoczyć inne słowa pana ministra, w założeniu mające chyba brzmieć dumnie i szlachetnie, a w rzeczywistości ujawniające katastrofalne zaślepienie polskiej polityki zagranicznej, która stała się bardziej naiwna, aniżeli ta pod rządami sanacji w 1939 roku: „Chyba już nikt poza Polską się nie dopomina o Krym. Praktycznie cała Europa nieformalnie uznała tę aneksję. Donald Trump niczego wielkiego nie zrobi, jeśli będzie siedział cicho w tej sprawie”. A zatem, proszę państwa, zostaliśmy sami – i jest to, oczywiście, wina wszystkich, poza polityką MSZ. Do tego już tylko krok do płaczu w obliczu katastrofy i cichych pojękiwań z emigracji, że „wszyscy nas zdradzili”. Oczekuję od obozu rządowego, iż Waszczykowski wyleci do końca roku z hukiem, razem ze wszystkimi pisowskimi kadrami i „ostańcami” poprzedniej władzy, które wytrwale ciągną Polskę na samo dno. Musi dojść do wymiany całej doktryny polskiej polityki zagranicznej, a do tego potrzebni będą nowi ludzie – miejmy nadzieję, że tym razem fachowcy. Ciekawym kierunkiem, który od jakiegoś czasu wydaje się być teoretycznie rozważany zarówno przez część obozu rządowego, jak i coraz bardziej samodzielny ośrodek prezydencki, jest współpraca w ramach grupy 14+1, czyli „Międzymorze” + Chiny. Dopóki jednak przy al. Szucha siedzą przegrani podżegacze, nie może być mowy nawet o konsolidacji Grupy Wyszehradzkiej. Sytuacja Polski jest teraz nie do pozazdroszczenia.

Przemysław Holocher (Magna Polonia): No cóż, z niepokojem patrzę na ślepą wiarę międzynarodowe sojusze. W wiarę w to, że ktokolwiek z zewnątrz będzie chciał nam pomóc. Przerabialiśmy już ten scenariusz. Trzeba w końcu porzucić politykę, w której Polska musi mieć jakiegoś wielkiego protektora, niezależnie od tego, czy tym protektorem ma być Rosja, USA, czy Bruksela. Wysłuchałem również wystąpienia Pani Premier Beaty Szydło podczas wizyty w Izraelu. Ponad 50% pięciominutowego wystąpienia dotyczyło kwestii antysemityzmu. Dlaczego Polska ma zabierać w tej sprawie głos, czy mamy sobie coś do zarzucenia? Z tego, co mi wiadomo, to Żydzi nie są masowo mordowani, natomiast chrześcijanie już tak i o tym najczęściej się milczy.

Karol Podstawka (Obóz Narodowo- Radykalny): Polityka zagraniczna Prawa i Sprawiedliwości jest zdecydowanie najsłabszym elementem ich dotychczasowych działań. Minister Spraw Zagranicznych Witold Waszczykowski jest zupełnym nieporozumieniem i powinien zostać jak najszybciej zdymisjonowany. Pomimo personalnej nieudolności Waszczykowskiego, ogólne kierunki polskiej polityki zagranicznej pod rządami PiS nie są specjalnie zaskakujące. Nad wszystkim przemożnie panuje duch Zimnej Wojny. Decyzje są podejmowane w oparciu o analizę sytuacji dokonywaną przez pryzmat stosunków na linii NATO-Rosja. Rządzący zdają się nie do końca dostrzegać przemian w skali globalnej, na czele z aspiracjami Chin. Wszystko to skutkuje błędną polityką zwłaszcza względem państw graniczących z Polską na Wschodzie. Problemy mniejszości polskiej na Litwie, czy zupełna kapitulacja rządu względem szerzącego się neobanderyzmu na Ukrainie są sprawami tak haniebnymi i tak powszechnie znanymi w naszym środowisku, że szkoda czasu, aby je rozwijać. Stanowisko rządu względem aroganckich urzędników Komisji Europejskiej również powinno być bardziej stanowcze włącznie z postawieniem na szali członkostwa Polski w strukturach UE. ONR sugerował takie rozwiązanie przeprowadzając 1 maja ogólnopolską akcję pod hasłem „POLexit”. Nie wkluczamy jej kolejnych edycji.
Pozytywem jest odejście od kierunku dyplomacji z czasów PO, kiedy decyzje polityczne były orientowane na Berlin i Brukselę. Jednak zastąpienie tych ośrodków Waszyngtonem nie jest rozwiązaniem mogącym długofalowo zapewnić bezpieczeństwo kraju. Dobrze, że większy nacisk jest kładziony na współpracę regionalną przejawiającą się zwłaszcza ożywieniem Grupy Wyszehradzkiej, ale wobec tak wielu antagonizmów na Południu, tylko trwałe i ambitne projekty infrastrukturalne mogą zapewnić stabilizację bloku. Należałoby przede wszystkim postawić na szybki rozwój nowoczesnej infrastruktury transportowej na linii Północ-Południe. Pozornie pierwszym krokiem w tym kierunku jest trasa Via Carpatia, jednak budzi ona wiele zastrzeżeń. Przede wszystkim pomija ona polskie porty bałtyckie, co otwarcie godzi w polskie interesy narodowe. Nowy szlak komunikacyjny powinien zostać rozwinięty w oparciu o istniejącą trasę A1, która powinna zostać przedłużona w stronę Węgier aż do adriatyckich portów w Chorwacji. Stwarzałoby to nam możliwości wymiany handlowej w kierunku Morza Śródziemnego, a w konsekwencji otworzyłoby rynki zbytu w Afryce Północnej. W dalszej kolejności należy rozważyć rozwidlenie szlaku w stronę Rumunii i Morza Czarnego. Dzięki temu zyskamy sprawny kanał handlowy w kierunku Bliskiego Wschodu i perspektywę zacieśnienia współpracy z Turcją. Oczywiście powyżej mówimy o nowoczesnych trasach szybkiego ruchu z węzłami przeładunkowymi i być może liniami szybkiej kolei. Taka sieć komunikacyjna byłaby nie tylko wartością samą w sobie generującą zyski i konsolidującą państwa regionu, ale również byłaby atrakcyjna dla Chin w perspektywie budowanego przez nie Bursztynowego Szlaku. To z kolei dałoby Polsce szersze pole manewru w polityce zagranicznej. Dla sfinansowania projektu należałoby powołać specjalny celowy fundusz międzynarodowy, wiążąc tym samym państwa regionu jeszcze przed powstaniem projektu, co znacznie uodporniłoby go na ewentualne próby porzucenia tego kierunku polityki po zmianach wyborczych w poszczególnych państwach. Nie łudźmy się, że pozostałoby to bez reakcji np. Niemiec. W obozie władzy niestety brakuje nie tylko tego typu wielkich projektów, ale w ogóle jakichkolwiek ambitniejszych planów. W dobie obecnych przemian na świecie, może się to okazać niepowetowaną szkodą.

Robert Winnicki (Ruch Narodowy): Polityka zagraniczna Polski w wydaniu PiS jest przede wszystkim kontynuacją wszystkich poprzednich rządów III RP z niewielką jedynie zmianą akcentów. Całkowite podporządkowanie naszej polityki strategicznej i bezpieczeństwa Waszyngtonowi jest kontynuowane i wzmacniane do poziomu wręcz absurdalnego. Bo jeśli rząd przyjmuje konfrontacyjną postawę jednocześnie wobec Moskwy i Berlina, to oznacza, że opieramy się wyłącznie na USA. Jeśli Trump zdecyduje się na reset z Putinem, a my przy swoim nastawieniu pozostaniemy – staniemy się międzynarodowym chłopcem do bicia.

Na wschodzie rząd kontynuuje mesjanistyczne, demoliberalne krucjaty, zamiast dbać o interes narodowy. W stosunkach z Litwą, Białorusią i Ukrainą Polska nie stawia sprawy naszych mniejszości na pierwszym miejscu, kontynuując haniebną politykę poprzednich rządów III RP. Gdy chodzi o Unię Europejską – mamy werbalne potyczki z Brukselą i…tyle, bo PiS bez większych zastrzeżeń akceptuje kolejne poszerzanie kompetencji unijnych, kolejne porcje prawa unijnego i budowę nowych, centralnych instytucji unijnych. Rząd PiS już dwukrotnie, na forum UE i ostatnio, w ONZ, wsparł lobby LGBT, co wskazuje, że ich przywiązanie do tradycyjnych wartości, jest wyłącznie marketingiem na rzecz katolickiego elektoratu w kraju.

Właściwie wszystkie pomysły PiSu na budowę antyrosyjskiej koalicji się w ciągu tego roku wywróciły. Turcja dokonała antyzachodniego zwrotu, Wielka Brytania zajmuje się Brexitem, a USA mogą dokonać pod nowym prezydentem poważnego zwrotu w swojej polityce. Waszczykowski zaś nawet nie zadbał o wcześniejsze kontakty z otoczeniem nowego prezydenta supermocarstwa. Polityka zagraniczna PiSu, będąca echem idei amerykańskich neokonserwatystów, którzy właśnie tracą wpływy, to obszar prawdziwej katastrofy.

Piotr Zych (Trzecia Droga, 3droga.pl):  W przypadku polityki zagranicznej nie dostrzegam „dobrej zmiany”. Brakuje jakiejkolwiek wizji uniezależnienia Polski od światowych imperializmów. Z jednej strony można by pochwalić PiS za pozorny opór wobec imperializmu rosyjskiego, natomiast nie może się to łączyć z bezrefleksyjnym wpadaniem w ramiona USA. Wypowiedź jednego z ministrów, który stwierdził, że ma nadzieję na utrzymania wpływów amerykańskich w Europie po zwycięstwie Donalda Trumpa, oddaje najlepiej ten niebezpieczny trend w obozie „prawicowym”.

Równocześnie rząd trafnie zwraca uwagę na przerost biurokracji brukselskiej, mizerne korzyści płynące z członkostwa Polski w strukturach UE, jak również coraz większą dominację gospodarczą Niemiec. Jednakże, nie otrzymujemy żadnego klarownego przekazu ze strony rządzących. Jedynym wyjściem z obecnej sytuacji jest proces przygotowania Polski do opuszczenia struktury UE, przy równoczesnym planie współpracy gospodarczej zarówno z państwami pozostającymi w Unii, jak również z krajami Wschodniej Europy, Środkowej Azji czy Chin. W tym miejscu należy pochwalić PiS za próbę rozszerzenia współpracy gospodarczej z Chinami oraz otwarcie się współpracę gospodarczą z Iranem, natomiast muszą za tym iść konkretnie działania, jak również propozycje dla polskiego biznesu.

Zarówno Niemcy jak i Rosja, są naszymi sąsiadami oraz ogromnymi gospodarkami i tutaj rząd powinien wykazać się zręcznością dyplomatyczną w celu z jednej strony walki o polski interes narodowy, a z drugiej strony propozycji wsparcia eksportu dla przedsiębiorców.

Stąd politykę geopolityczną rządu oceniam jako niespójną, chaotyczną i nie prowadzącą do uniezależnienia się Polski na arenie międzynarodowej, co nie może być oczywiście traktowane jako sukces.

 

Czy prawicowe rządy PiS wpływają pozytywnie czy negatywnie na rozwój polskiego nacjonalizmu?

Bartosz Bekier (Falanga, Xportal.pl): PiS regularnie stara się kokietować narodowców, co ma zapewne na celu włączenie ich w swoją orbitę wpływów. Co najmniej w kilku przypadkach są to działania skuteczne. Za niektóre z nich trudno zresztą nie być wdzięcznym, choć mają one charakter głównie symboliczny – jak chociażby wycofanie symbolu falangi z czarnej listy na policyjnych „szkoleniach przeciw ksenofobii”, pomoc lokalnych działaczy PiS przy organizacji Marszu Niepodległości, czy opowiedzenie się przeciwko nagonce Facebooka na profile nacjonalistów (dość kuriozalna sprawa, swoją drogą). Jak „słusznie” alarmują liberalne media, PiS wytwarza pewną przestrzeń dla nacjonalizmu w życiu publicznym. Docelowo robi to jednak po to, żeby nacjonalistów kontrolować. Obóz rządowy wyraźnie zarysował też granicę – spalenie kukły, która okazała się mieć narodowość, jest ekscesem, za który idzie się prosto do więzienia, a premier chwali się tym podczas wizyty w państwie położonym w Palestynie, pokazując jak dzielnie walczy się w Polsce z antysemityzmem. Skoro jesteśmy już przy syjonizmie, który pozostaje istotnym aspektem bliskowschodniej polityki rządu, warto podkreślić, że nacjonalizm znajdujący się pod egidą obozu rządowego musiałby zatracić większość swojego charakteru, dokonać amputacji wszystkich czynników antysystemowych, wymierzonych np. w atlantyzm, sprowadzając się do pewnej cepelii patriotyczno-rocznicowej. Z takiego obrotu spraw, prócz PiSu, mogliby cieszyć się przede wszystkim sklepikarze handlujący tzw. odzieżą patriotyczną. Nasuwające się pytanie, czy proces ten już gdzieś intensywnie nie przebiega, albo w jakiejś mierze nie jest już nawet kompletny, pozostawiam otwarte.

Przemysław Holocher (Magna Polonia): Obawiam się jednego. Wyłączenia czujności i zmniejszenia natężenia pracy dla Wielkiej Polski. Efektu, w którym będzie dominowało uczucie, że oto Polska jest już uratowana i nic więcej nie trzeba czynić.

Karol Podstawka (Obóz Narodowo- Radykalny): Odpowiedź jest złożona i chyba jest jeszcze za wcześnie, aby udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony PiS stara się zawłaszczyć część haseł i tematów tradycyjnie kojarzonych ze środowiskami narodowymi i przedstawiać je jako elementy własnego programu. Przykładem mogą tu być wypowiedzi ministra Morawieckiego o tym, że kapitalizm ma narodowość, albo podniesienie kultu Żołnierzy Wyklętych do rangi państwowej. Pamiętam również jak podczas jednej z konferencji prasowych pod koniec kampanii wyborczej nie kto inny jak sam Jarosław Kaczyński stwierdził, że… PiS walczy o Wielką Polskę. Jakkolwiek może to dla nas brzmieć zabawnie, to świadczy o tym, że decydenci partii rządzącej wyczuwają nastroje społeczne, a te zdają się być narodowcom coraz bardziej przychylne.
Inną sprawą jest, że po odsunięciu skompromitowanej PO od władzy, część narodu mogła uznać, że zwycięstwo zostało osiągnięte i nie ma już o co walczyć. Istotnie mogło to podziałać demobilizująco na część sympatyków, a nawet działaczy organizacji narodowych, ale aby tak się nie stało paradoksalnie zadbały media lewicowo-liberalne. Chcąc uderzyć w partię Kaczyńskiego, ogłosiły one bowiem, że pod rządami PiS rodzi się w Polsce „faszyzm”. Zdaje się, że po pamiętnej rocznicy w Białymstoku, najbardziej na tym zyskał ONR, który do dzisiaj jest odmieniany w mediach przez wszystkie przypadki i to nie tylko w „Gazecie Wyborczej”. Jest to jednak z pożytkiem dla wszystkich środowisk narodowych, ponieważ rozpoznawalność jaką dzięki temu zyskał ONR, utwierdził w świadomości społeczeństwa istnienie pewnej alternatywy wobec PiS, a nie będącej Kukizem. Biorąc pod uwagę, że zawłaszczane przez PiS hasła kojarzone z narodowcami (o czym była mowa na początku) będą przez partię rządzącą realizowane w sposób karykaturalny lub w ogóle zostaną porzucone, to jednak one pozostaną w głowach Polaków, a wraz z nimi świadomość istnienia środowisk, które traktują je poważnie. Biorąc też pod uwagę trend światowy, można być sporym optymistą co do przyszłości ruchów nacjonalistycznych w Polsce. Najwięcej jednak zależy tu od samych liderów tych środowisk i ich zręczności w kierowaniu swoimi organizacjami.

Robert Winnicki (Ruch Narodowy):  PiS traktuje szeroko rozumiane środowisko narodowe jako swojego największego, potencjalnie najpoważniejszego, konkurenta. Nie należy mieć co do tego żadnych złudzeń. Pisowska narracja, imitująca narodową, siła instytucji, środowisk i propagandy medialnej jest zasadniczą przyczyną, dla której szeroko rozumiany obóz narodowy, poza kwestiami wewnętrznymi, ma problem z pozyskaniem szerszego elektoratu.

Korzystne z punktu widzenia polskiego nacjonalizmu jest z pewnością to, że, korzystając nierzadko z narodowej retoryki, obóz rządzący niejako oswaja z niektórymi jej elementami szerszą publikę. To być może jest największą korzyścią. Środowisko narodowe powinno tę sferę, to miękkie podbrzusze PiSu, wykorzystywać, wzmacniając swój wyrazisty przekaz i rozliczać rządzących z niekonsekwencji. Musimy budować struktury społeczne i polityczne oraz zdobywać doświadczenie, brać udział w wyborach – nawet, gdy sondażowanie nie dają nam wielkich szans. PiS szybko zużywa się przy władzy i polski nacjonalizm chrześcijański nie może przegapić swojego czasu, który nadchodzi szybkimi krokami.

Piotr Zych (Trzecia Droga, 3droga.pl):  Rządy PiS-u wpływają negatywnie na działalność obywatelską i społeczną, a co za tym idzie mają negatywny skutek również dla nacjonalistów. PiS w dużej mierze realizuje politykę pro-państwową wobec polityki pro-narodowej, tj. obywatele mogą spać spokojnie i nie muszą się angażować politycznie czy społecznie, gdyż władza ich wyręczy w tychże działaniach. Prowadzi to do coraz mniejszego zaufania społecznego, atomizacji, jak również „rozleniwienia” szerokich mas społecznych, które zamiast działać i angażować się w pracę na rzecz organizacji pozarządowych, charytatywnych czy wreszcie życia społeczności lokalnych, są sprowadzane do niemych obserwatorów o mentalności „homo-sovieticusa”, który czeka aż państwo wyręczy go w jego obowiązkach. To niestety również łączy się z coraz bardziej rozbudowanym aparatem państwowym, biurokratyzacją czy wreszcie zwiększeniem roli wszelkiej maści służb.

Powyższe działania, prowadzą do spadku liczebności wydarzeń i manifestacji narodowych, a co za tym idzie, odbije się to również na liczebności środowiska narodowego. Stąd ważne, aby środowiska nacjonalistyczne dążyły do konsolidacji oraz profesjonalizacji, tak aby dążyć do stworzenia rozsądnej alternatywy dla naszych rodaków.

 

4. Jak polscy nacjonaliści powinni postępować wobec konfliktu PiS kontra opozycja?

Bartosz Bekier (Falanga, Xportal.pl): Mamy obecnie w Polsce prawdopodobnie najbardziej groteskową opozycję parlamentarną w historii. Na tle różnych „Jasiów Fasoli” walczących o demokrację za pieniądze Sorosa, którzy ostatnio nadają ton opozycji antypisowskiej, nawet cyniczni wyjadacze z Platformy Obywatelskiej mogą wydawać się ludźmi poważnymi. Są jednak nie mniej niebezpieczni, a wszelkie próby zrobienia w Polsce „Majdanu” – bez względu na to, czy miałby on twarz Petru, Schetyny, Nowackiej, Zandberga, Kijowskiego, Lisa, czy też sumy wszystkich kanalii – powinny spotkać się z mocną odpowiedzią obozu rządowego, którą należałoby poprzeć.
Dopóki jednak nie dojdzie do postawieniu sprawy na ostrzu noża, czyli albo polski rząd, albo międzynarodowy protektorat, sugerowałbym postawę neutralną. Surowo recenzujmy rząd, sprawiedliwie oceniajmy jego sukcesy i porażki. Dla tych, którzy służą obcym ośrodkom politycznym i sprzeniewierzają się polskiej racji stanu, bądźmy bezlitośni. Niezależnie od tego, czy znajdują się w rządzie, czy w opozycji.

Przemysław Holocher (Magna Polonia): Przyznawać rację w kwestiach, które są dobre dla naszego interesu narodowego. Przy czym należy pamiętać, że tzw. Opozycja to totalne bagno, banda złodziei i konformistów. Nie ulega wątpliwości, że niektóre posunięcia PiS jak na przykład honorowanie Wyklętych, czy zakaz reklam spółek skarbu państwa w Gazecie Wyborczej zasługują na poparcie. W PiS jest też wielu ludzi, którym zależy na dobru Polski. Jednak niestety całokształt, o którego wyrywkach pisałem powyżej, jest nie do zaakceptowania, z mojego punktu widzenia.

Karol Podstawka (Obóz Narodowo- Radykalny): Powinni przede wszystkim zachować stosowny dystans, aby samemu nie dać się wciągnąć w bieżącą rozgrywkę polityczną. To nie jest ich wojna. Spolaryzowane społeczeństwo jest już coraz bardziej zmęczone tym ciągłym zwalczaniem się dwóch plemion. Wyraźnym symptomem tego był stosunkowo dobry wynik wyborczy formacji Pawła Kukiza, który zagarnął cały elektorat tzw. antysystemowy. Jednak to środowisko, będące swoistym konglomeratem różnych frakcji o czasami dość rozbieżnych poglądach, może okazać się zbyt mało wyrazistym i zdecydowanym ruchem politycznym.
Narodowcy powinni wykonywać nieprzerwanie swoją dotychczasową pracę i zdobywać w niej coraz nowe przyczółki, ubierać swoje poczynania w coraz bardziej systemowe formy. Szczególnie ważne jest wychodzenie do zwykłych Polaków w duchu solidaryzmu narodowego. Skala działań powinna przybierać coraz większe rozmiary. Nie można sobie pozwolić na zwątpienie i zawahanie. Należy być pewnym swego i iść do celu. Tylko wtedy osiągniemy zwycięstwo.

Robert Winnicki (Ruch Narodowy): Naturalnym jest, że demoliberalna opozycja to dżuma, wobec której rządy PiSu są zaledwie swego rodzaju grypą. My musimy być najbardziej wyrazistymi w walce z wszystkim, co reprezentuje sobą liberalizm, postkomunizm, marksizm kulturowy, globalizm. Dlatego mówiłem o wytykaniu PiSowi jego niekonsekwencji, słabości i uległości w tym zakresie. Kierownictwo PiSu ideowo jest częścią demoliberalnego establiszmentu, ale dostosowało się do faktu, że jego główną bazę wyborczą stanowi elektorat narodowo-katolicki. Ich bitwy z opozycją w zasadniczej części nie są naszymi bitwami. Czasami jednak takimi bywają, jeśli chodzi o spory dotyczące niektórych aspektów konserwatyzmu obyczajowego, czy niektórych elementów polityki historycznej.

Zasada jest więc prosta – jeśli sprawa jest ideowo słuszna, wtedy należy PiS wesprzeć, zgodnie z roztropnością i dbałością o interes narodowy. Tym bardziej, że spora część ludzi, którzy dziś głosują na PiS, będzie w przyszłości popierać nas, obóz narodowy, Ruch Narodowy. Musimy jednak nad tym mocno popracować. W szeroko rozumianych środowiskach narodowych nieustannie zmagamy się z dwiema, zupełnie odmiennymi, ale w pewien fatalny sposób uzupełniającymi się tendencjami, często rozbijającymi sensowną pracę polityczną polskich nacjonalistów.

Pierwsza tendencja jest wynikiem młodzieńczego idealizmu, niepopartego doświadczeniem, nieprzyzwyczajeniem do regularnej, wieloletniej pracy, której bezpośrednich owoców się nie dostrzega. Boży zapał wielu młodych ludzi, nieujęty w karby rozumnego kierownictwa, dyscypliny intelektualnej i formalnej, rozsadza wiele inicjatyw.

Druga ze zgubnych tendencji – jest zmęczeniem i utratą zapału przez bardziej doświadczonych działaczy, którzy się zniechęcają lub zaczynają być podatni na kompromisy i układy, jakie nie wzmacniają, a osłabiają potencjał społeczno-polityczny obozu narodowego. Istotą dobrego działania i fundamentem naszego przyszłego sukcesu jest budować stabilne, dojrzałe, długotrwałe struktury polityczne, być zdolnym do manewrów politycznych, nie tracąc przy tym zapału i gorliwości ideowej. Jestem przekonany, że taki, ciężko wypracowany sukces będzie możliwy po tej kadencji Sejmu, która jest momentem politycznego przesilenia.

Piotr Zych (Trzecia Droga, 3droga.pl): Stosunek do konfliktu PiS kontra opozycja powinien być ambiwalentny. Należy podkreślić, że nie jesteśmy związani z żadną ze stron i mimo niechęci czy wręcz nienawiści wobec nacjonalistów ze strony części środowiska „KOD-u”, jest to spór pomiędzy dwiema siłami demo-liberalnego sporu.
Choć instynktownie na pewno w kilku sferach bliżej nam do rządu, nie powinniśmy ulegać mechanizmom polaryzacji społeczeństwa i iść w stronę ponad politycznego działania, tworzenia platformy wzajemnej współpracy i szacunku, który rzecz jasna można budować jedynie na silnych fundamentach, których podstawą jest Nauk Społeczna Kościoła.
Na kanwie wystąpień opozycji musimy również podkreślić, że problemem z rządem nie jest to, że chce zmienić czy zniszczyć porządek demokracji liberalnej. Zagrożeniem jest brak jakichkolwiek zmian (poza kosmetycznymi), które następnie nazwane zostaną „dobrą zmianą”. Z taką retoryką będzie bardzo trudno walczyć, zwłaszcza że idzie za nią silne wsparcie medialne. Niezależnie czy rząd Beaty Szydło zaskoczy nas faktyczną dobrą zmianą, czy może będzie kontynuował kosmetyczną zmianę, musimy pracować nad klarownym przekazem dla społeczeństwa, a także do skutku wykonywać niezwykle ciężką pracę u podstaw. Nasze zaangażowanie może przynieść realną przemianę na każdym polu.

2 comments

Get RSS Feed

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.