Brad Blankenship: Syria będzie grobem dla amerykańskiego imperializmu

Mimo swoich wypowiedzi w trakcie kampanii wyborczej, takich jak „Musimy odwalić się od Syrii”, „Rebelianci nie są lepsi od obecnego reżimu”, „Ameryka nic nie zyska inwestując miliony w syryjską opozycję”. Stany Zjednoczone, w osobie Donalda Trumpa, podwoiły wysiłki w obaleniu syryjskiego rządu. Na szczycie G7 Rex Tillerson stwierdził, że „panowanie rodziny Assadów zmierza ku końcowi”. Wielu wierzyło, że Donald Trump pomimo swoich niedociągnięć w polityce wewnętrznej, wprowadzi przede wszystkim zmiany do polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, tworząc nowy paradygmat, który zakładałby wycofanie się z roli „żandarma świata” i skupienie się na tym, co w dwóch słowach można ująć w stwierdzeniu „America first”. Niestety hasło „Make America Great Again” wciąż czeka w kolejce na swoją realizacje.

Nawet Barrack Obama podjął negocjacje z Rosjanami w celu osiągnięcia politycznej stabilizacji w Syrii. Gdy relacje między Rosją, a USA zaczynały realnie zbliżać się ku polepszeniu, Amerykanie efektywnie zakończyli możliwość dalszych rozmów bombardując Deir Ezzor i w efekcie zabijając syryjskich żołnierzy. Wielu komentatorów wskazywało wówczas, że atak powietrzny miał na celu zakończenie mediacji i przedłużenie konfliktu w Syrii. Niekoniecznie było to przypisywane samemu Obamie, spekulowano, że rozkazy pochodziły z kręgów służb wywiadowczych i lobbystów przemysłu zbrojeniowego, które mają mieć realny wpływ na zakończenie lub przedłużenie konfliktu w Syrii. Obama odwołuje się do czegoś co nazwał „Washington Playbook” prowadzenia polityki zagranicznej, co typowo wynika z sytuacji, w której sposób prowadzenia polityki jest przedmiotem refleksji pochodzącej nie z głowy prezydenta, lecz towarzyszącego mu zespołu doradców i ekspertów. Więc należy zadać sobie pytanie, co zatem stoi za zmianą podejścia Trumpa do kwestii rozgrywającego się w Syrii konfliktu? Warto pamiętać, że w czasie kampanii, gdy Trump prezentował zgoła odmienną retorykę, był on dość mocno krytykowany za swój ugodowy stosunek w relacji do Putina czy Assada, których zarówno demokraci jak i republikanie uważają w Stanach za psychopatycznych tyranów.

Z resztą, głównym dowodem na poparcie liberalnej teorii spiskowej przeciwko Trumpowi, jakoby miałby on być rosyjskim agentem, był właśnie fakt, że przed wyborami ogłosił, że nie będzie on dążył do zmiany reżimu panującego w Syrii, powodując tym samym niemałą konsternacje w obozie politycznego establishmentu. Być może więc, ostatnimi swoimi ruchami w Syrii i ciągłym prężeniem muskułów, Trump chce raz na zawsze skończyć z plotkami i teoriami mówiącymi o tym, że jest on marionetką Kremla, przedmiotem i elementem polityki zagranicznej prowadzonej przez Putina, a nie jego równorzędnym partnerem? Jednak tego typu wyjaśnienie ma tą istotną słabość, że wydaje się zbyt mocno opierać na wybuchowych cechach charakteru Trumpa i jego osobowości, nie na specyfice piastowanego przez niego urzędu i obecnie panującej sytuacji politycznej w Stanach Zjednoczonych.

Spójrzmy na gabinet polityczny jaki Trump sam sobie dobrał. Bez względu na to czy jest on tego świadomy czy nie (a istnieje wiele przesłanek do tego by wątpić w to czy rzeczywiście rozumie on swoją sytuacje polityczną), Trump do grona swoich najbliższych i najbardziej zaufanych współpracowników dobrał ludzi reprezentujących w głównej mierze kręgi wojskowe i przemysłowo-biznesowe. Jego najbliżsi doradcy i eksperci, stanowią pewnego rodzaju „administracje bogaczy”, w największym stopniu biorąc pod uwagę całą dotychczasową, amerykańską historie. Stanowią ją ludzie, którzy odnoszą znaczne korzyści, zarówno polityczne jak i materialne, właśnie z prowadzenia wojen. Budżet Trumpa, został podporządkowany tylko dwóm celom: rozwojowi Stanów Zjednoczonych i prowadzeniu zagranicznych operacji i interwencji wojskowych. Wiele środków związanych z wojskowością, zostało przesuniętych do sektora prywatnego, w kontraktach dla firm takich jak Boeing, Lockheed Martin, General Electric itd. Z pewnością podręcznik prowadzenia polityki zagranicznej przygotowany dla Trumpa, będzie zawierał w głównej mierze znaczne korzyści dla amerykańskich magnatów i przyszłości zagranicznych interwencji, bez względu na to czy będą się one odbywały kosztem amerykańskiego bezpieczeństwa narodowego czy zdrowia i życia zwykłych żołnierzy. Jednak to samo w sobie też nie czyni Trumpa wyjątkowym. Pamiętajmy, że Obama wziął na swojego głównego doradce w polityce zagranicznej samego Kissingera, który namówił go do zwiększenia globalnej roli amerykańskich sił zbrojnych. Jak wszyscy wiemy, nie przeszkodziło to  Obamie w otrzymaniu Pokojowej Nagrody Nobla.

Media jednak, za militarne zaangażowanie Obamy i jego politykę w tym sektorze, nie wyciągnęły w stosunku do niego żadnych poważnych konsekwencji. Potentaci medialni za to wydali setki milionów dolarów na kampanie medialne, które główny nacisk kładły na krytykę wszystkiego co Trump mówił, planował i robił. Teraz jednak, nawet jego polityczni przeciwnicy z obozu demokratów, pozytywnie zareagowali na ostatni nalot rakietowy przeprowadzony przez wojska USA na terytorium Syrii. Ruch ten, poparła nawet jego kontrkandydatka z listopadowych wyborów, Hilary Clinton, która wezwała amerykańskie władze do dalszego bombardowania miast będących pod kontrolą Assada. To ta sama Clinton, która jeszcze parę miesięcy temu, wydawała fortunę na to by zohydzić swojego rywala w oczach społeczeństwa, dziś zgadza się z nim niemal co do joty w sprawie wojskowej agresji na terytorium innego państwa. Jak należy to rozumieć i jakie trzeba z tego wyciągnąć wnioski?

To co wydaje się klarowne na pierwszy rzut oka to to, że w Stanach Zjednoczonych zaczyna się tworzyć powszechny konsensus polityczny co do eskalacji konfliktu w Syrii i mocniejszego niż dotąd zaangażowania w niego Amerykanów. To coś na kształt myślenia kolonialistycznego, według którego Ameryka rezerwuje sobie prawo do obrony Syrii przed samą sobą. Ameryka uważa, że ma prawo do bycia a priori sędzią rozstrzygającym polityczne spory, prawa człowieka i zakres obywatelskich swobód, pomimo tego że sama ma wiele problemów wewnętrznych na tych płaszczyznach. Jeśli ta tendencja się utrzyma, to niestety, ale wojna w Syrii na pełną skalę, z większym jeszcze udziałem Amerykanów, wydaje się być nieunikniona.

Rosyjski prezydent, Władimir Putin, stwierdził ostatnio publicznie, że jest w posiadaniu dowodów, że Amerykanie planują kolejną operacje false flag , znów z bronią chemiczną w roli głównej, tym razem już w samym Damaszku, która będzie miała na celu ostatecznie „pogrążyć” Assada i dostarczyć wystarczającego pretekstu, który da uzasadnienie amerykańskiej opinii publicznej do interwencji w Syrii. Choć może się to wydawać kolejną teorią spiskową, to warto zwrócić uwagę na to, że ilekroć Zachód próbował obwinić wojska Assada o ataki z użyciem broni chemicznej, tylekroć stały za nimi grupy związane z szeroko rozumianą opozycją. Broń chemiczna, albo sama groźba jej posiadania/użycia stała się dość dobrym środkiem nacisku na zachodnie społeczeństwo, który tak jak w przypadku Iraku, służył do emocjonalnego uzasadnienia zbrojnych interwencji.

Z uwagi na nieprzejednaną postawę Rosji i Iranu, które wciąż stanowczo odmawiają wycofania się z Syrii, nie wiadomo jaka będzie reakcja reszty państw zaangażowanych. Jeśli Ameryka, dla celów związanych z interwencją lądową w Syrii, zmontuje koalicje, to taka koalicja w Syrii zetrze się z Osią Oporu, przyczyniając się w ten sposób do wzrostu chaosu i eskalacji konfliktu. Ewentualne amerykańskie zaangażowanie w Syrii też z drugiej strony nie będzie trwało wiecznie, a wojna ta wkrótce straci jakiekolwiek społeczne poparcie, tak jak to było w przypadku Wietnamu czy Afganistanu. Zwłaszcza że już teraz nie brakuje dowodów obalających główne tezy mainstreamu i wskazujących, że to nie jest wojna w obronie jakichkolwiek praw, lecz w obronie amerykańskiej hegemonii na świecie. Jeśli natomiast, Ameryka nie uzyska wystarczającego wsparcia od swoich sojuszników, to równie dobrze będzie ona w stanie rozpocząć jednostronną- samobójczą wojnę, której nie będzie w stanie wygrać. Amerykańska hegemonia nie wytrzyma wojny w Syrii, nie ma takiej możliwości, jednak nawet tak dobrze znany fakt nie będzie w stanie powstrzymać samobójczych tendencji obecnych w amerykańskiej polityce zagranicznej od czasów Zimnej Wojny.

Amerykanie wspierają swoich kurdyjskich sojuszników w walce z ISIS na północy Syrii, umacniając tam swoje pozycje i przygotowując się na to co może się wydarzyć. Tak kiedyś skomentował to sam Assad: „Co te zagraniczne wojska zamierzają tam robić? Walczyć z ISIS? Przecież Amerykanie przegrali prawie wszystkie ostatnie wojny w jakich brali udział. Przegrali w Iraku, bo w końcu musieli się stamtąd wycofać. Tak samo zostali zmuszeni do wycofania się w Wietnamie, Afganistanie czy nawet w Somalii”. Kolejne jego słowa, tym razem z końca marca tego roku, wyśmienicie nadadzą się na zakończenie tego artykułu:

„Stany Zjednoczone nie odniosły sukcesu w żadnym kraju do którego wysłały swoje wojska. Jedyne co im się udało zrobić to bałagan. Ameryka jest bardzo dobra w destrukcji i w tworzeniu kłopotów, lecz od zawsze słabo im szło z odnajdywaniem rozwiązań tych problemów”.

Komentarz: Bliski Wschód był sprawdzianem dla nowo wybranego prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa i dziś już nawet największy sceptyk będzie musiał przyznać że Trump ten sprawdzian oblał. Amerykański atak rakietowy na bazę lotnictwa w Shayrat stał się symbolem jego słabości i hipokryzji, która z pewnością przykryje dalszy ciąg jego prezydentury. My jednak w tej całej sytuacji, widzimy jeszcze szerszy kontekst. Nalot na Shayrat pokazał, że choroba który toczy amerykański establishment polityczny, wydaje się być już nieuleczalna. To ona jest odpowiedzialna za światową destabilizację, za którą cenę płacą wszyscy prócz samych Amerykanów. Zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w Syrii, nie ma nic wspólnego z ochroną praw człowieka czy z odwetem za ofiary broni chemicznej w wiosce Chan Szajchun (prowincja Idlib). Poza tym już na tą chwile, publicznie znane są konkretne informacje, które każą poddawać w wątpliwość oficjalną wersje wydarzeń. Jak wiemy dzięki staraniom zaprzyjaźnionej z nami syryjskiej dziennikarki Samar Radwan, prawdopodobna staje się także teza, że za atakiem stały połączone siły amerykańskich sojuszników (Izraela i Arabii Saudyjskiej), które do tego wykorzystały tajną bazę lotniczą, znajdującą się na terenie Jordanii. Pytanie jakie warto sobie teraz zadać, to czy tego rodzaju wątpliwości, nawet tak poważne i mnogie, będą w stanie powstrzymać Amerykanów od rozpoczęcia kolejnej wojny? W obecnej sytuacji, trudno udzielić na to pytanie pewnej odpowiedzi. Jeśli jednak Trump będzie chciał za wszelką cenę forsować scenariusz iracki, to ewentualny atak na terytorium Syrii, będzie musiał spotkać się ze zdecydowaną reakcją światowej opinii publicznej. Po raz kolejny, kierunek w tym temacie powinni wyznaczyć nacjonaliści. Koniec amerykańskiego imperializmu jest nie tylko w interesie Syrii czy Bliskiego Wschodu, lecz także w interesie naszym, Europy i całego świata.

Źródło: Al Masdar

Tytuł i komentarz: Redakcja 3droga.pl

Powyższe tłumaczenie jest własnością portalu 3droga.pl. Kopiowanie go i modyfikowanie bez zgody Redakcji jest zabronione. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.