Polityka
3.7

Dawid Kaczmarek: Europejska Oś Oporu

Globalny kryzys finansowy w latach 30 XX wieku, wywołany krachem na giełdzie w Stanach Zjednoczonych, był niesamowitym szokiem, ale też znaczącym sygnałem posiadającym niezwykle istotne konsekwencje dla ludzi niemalże na całym świecie, w tym także co oczywiste dla obywateli krajów europejskich. W wyniku różnych perturbacji, związanych w swojej istocie z ekonomicznymi mechanizmami wspomnianego kryzysu, doszło do szerokiego i powszechnego wzrostu bezrobocia, hiperinflacji, która nie oszczędzała nawet przedwojennych potęg, wybuchu dotychczas względnie uśpionych konfliktów etnicznych, społecznych i klasowych oraz do szerokiego kryzysu nadprodukcji, nadprodukcji która stała się znaczącym symbolem paradoksu wolnego rynku. Paradoksu, który w omawianych przeze mnie latach trzydziestych, znacznie się uwydatnił. Stał się on bardziej wyraźny niż kiedykolwiek wcześniej, obrósł w różne inne cenne obserwacje, pomysły i postulaty, które poskutkowały wytworzeniem się radykalnej negacji doktryny kapitalistycznej i jej dogmatów. Było to chyba zupełnie naturalną konsekwencją stanu rzeczy. To podejście okazało się już wkrótce istotnym składnikiem buntu lat 30, na fali którego do władzy niemalże w całej Europie doszły ruchy autorytarne i organizacje o charakterze narodowo radykalnym. Był to złoty okres dla naszej idei, w której pokazaliśmy, że nacjonalizm jest w stanie dać innym przykład, przykład odpowiedzi na kluczowe pytania swoich czasów. Przykład ideowej wspólnoty, nie takiej w stylu pokracznego komunistycznego internacjonalizmu, ale w stylu prawdziwego braterstwa ściśle ze sobą związanego więzami zasad biorących swój początek z fundamentów i pryncypiów Cywilizacji Łacińskiej, które to od zawsze uświęcały nasz wysiłek i właściwie go kierunkowały ku interesowi i dla dobra naszych ludzi, za których jako nacjonaliści byliśmy i nadal jesteśmy odpowiedzialni.

Hekatomba II Wojny Światowej, która w znacznej mierze dotknęła także nas nacjonalistów, pokazała nam jak wielkie niebezpieczeństwo kryje się w sytuacji, gdy piękna idea zostaje wypaczona przez działania ludzi z gruntu nieodpowiednich i pozbawionych niezbędnych etycznych fundamentów. Nacjonalizm szybko staje się wtedy swoim zaprzeczeniem, brutalną karykaturą, która może się także obrócić przeciwko ludziom będącym pod jej ochroną. Naszymi grobami została usiana cała Europa, a nacjonalizm na scenę powrócił dopiero w latach 70 XX wieku, kiedy to we Włoszech z inicjatywy takich postaci jak Roberto Fiore i Massimo Morsello powstał ruch Terza Pozisione, który dał początek nowemu nurtowi nacjonalizmu trzeciopozycyjnego, którego postulaty i główne założenia zostały spisane w Deklaracji Trzeciej Pozycji. Jej powstanie było wynikiem trzeźwej i racjonalnej obserwacji zastanej rzeczywistości i próbą odpowiedzi na fundamentalne pytania, jakie stawiali sobie wówczas nie tylko nacjonaliści, ale także zwykli, szarzy ludzie. Trzecia Pozycja objęła w swojej istocie między innymi takie zmiany jak: wywyższenie pierwiastka duchowego na rzecz materialistycznych i nihilistycznych dogmatów, podkreślenie znaczenia moralnego i duchowego aspektu rewolucji, przyjęcie rasowego separatyzmu zamiast płytko rozumianego rasizmu, oraz ujęcie się za Trzecią Drogą w gospodarce, przeciwko nerwowemu wiszeniu w rozkroku pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem. Jednak o wiele bardziej znaczące i kluczowe postanowienia, poczyniono niejako w sferze „polityki międzynarodowej”, zajmując tym samym zdecydowanie negatywne stanowisko przeciwko syjonizmowi, podkreślając prymat zasady samostanowienia narodów w opozycji do imperializmu bez względu na jego kolor i wysuwając przełomowy postulat współpracy pomiędzy europejskimi ruchami nacjonalistycznymi na wszystkich możliwych płaszczyznach w celu urzeczywistnienia projektu Europy Wolnych Narodów. Bez płytkiego egoizmu narodowego, szowinizmu i nieustannych kłótni o zaszłości historyczne. Na gruncie hasła „Nigdy więcej bratnich wojen” europejscy nacjonaliści zgromadzeni w ramach nurtu Trzeciej Pozycji, wyszli w swoim myśleniu nie jako po za granice reprezentowanych przez siebie państw. Zrobili to nie dlatego bo „zachłyśnięci” czasami komunizmu chcieli związać jakiś „internacjonalistyczny sojusz”, tylko dlatego, że zrozumieli, że walka lokalna prowadzona w rzeczywistości społeczeństwa nowoczesnego nabywa także równie istotny aspekt globalny, który dotychczas nie to że nie był właściwie eksponowany, lecz w ogóle nie istniał w strukturze nacjonalistycznego pojmowania świata.

Jednak zasady Europy Wolnych Narodów zostały stworzone w ramach określonej i jasno zarysowanej sytuacji politycznej. Geopolitycznego dyktatu dwóch wrogich sobie bloków militarnych i politycznych, które mocno pilnowały spójności powołanych przez siebie struktur i mechanizmów. Dziś jednak, powoli lecz nieubłaganie, już w niebyt odchodzi dwubiegunowy podział świata, robiąc miejsce dla zupełnie nowych potęg, tworząc w ten sposób o wiele bardziej nieprzewidywalny układ geopolityczny, niż ten którego istnienia mogliśmy dotychczas doświadczać. Kryzys imigracyjny, związany w sposób nierozerwalny z nieodpowiedzialną polityką państw zachodnich w rejonie Afryki i Bliskiego Wschodu oraz z powrotem postaw o charakterze neokolonialnym, które są obecnie największą zmorą dla stabilizacji i rozwoju krajów tych regionów, doprowadził do załamania dotychczasowego układu politycznego na Starym Kontynencie. W najpełniejszy sposób objawiło się to w pewnego rodzaju strukturalnym i przede wszystkim ideowym kryzysie instytucji tworzących Unię Europejską. Wzrost nastrojów, określanych w mainstreamie jako eurosceptyczne, wśród zwykłych, ignorowanych dotychczas obywateli, w połączeniu z rażącą dekadencją i oderwaniem od rzeczywistości przysłowiowych „elit” doprowadził do osłabienia państw europejskich i ich zdolności militarnych oraz politycznych. Wybór na prezydenta Stanów Zjednoczonych, republikanina Donalda Trumpa, poskutkował z kolei dalszym osłabieniem globalnie rozumianych wpływów amerykańskich, co dzięki niestabilnej i często niekompetentnej polityce prowadzonej przez jego administracje doprowadziło do wzrostu aktywności przeciwników USA, zarówno tych stosunkowo starych, odwiecznych jak Rosja, której „wieczny” premier i prezydent w jednym, Władimir Putin, stara się odbudowywać strefę wpływów swojego państwa z okresu istnienia Związku Radzieckiego, ale także tych nowych: jak Chiny, które dzięki ekonomicznemu wzrostowi, wypierają Stany z globalnych rynków i terenów inwestycyjnych, kupując sobie za pieniądze wpływy gospodarcze i polityczne. To wszystko znacząco wpływa na destabilizacje geopolitycznego układu sił. W ten sposób samoistnie wytworzyły się uśpione do tej pory, „strefy pęknięć”, zwłaszcza w rejonie Bliskiego Wschodu, Północnej Afryki, Dalekiego Wschodu i Morza Południowo Chińskiego. Globalna polityka zdaje się robić coraz bardziej nerwowa. Nawet analitykom ze sporym i znaczącym zapleczem informacyjnym, trudno w pełni przewidzieć nadchodzący bieg wydarzeń. Wzajemne stosunki międzynarodowe zaczyna dominować przede wszystkim nieprzewidywalność. W tej nieprzewidywalności, europejscy nacjonaliści powinni upatrywać szansę na zrealizowanie swoich postulatów, przygotowując się do działania na nieznanym dla nich do tej pory poziomie, stając przed palącymi kwestiami związanymi z wyzwaniami, którymi dotychczas nie musieliśmy się zajmować.

Dlatego w obliczu tego typu przesłanek, coraz bardziej jasny zdaje się być fakt, że idea Europy Wolnych Narodów, stworzona w latach 70 w ramach nurtu Trzeciej Pozycji, nie jest już wystarczająca w obecnej sytuacji społeczno-politycznej i nie może już nam służyć za konkretny, polityczny i spajający ze sobą europejskie ruchy narodowy program walki globalnej. Przygotowany w innych warunkach, dziś współczesnemu odbiorcy, posiadającemu konkretną wiedzę i świadomość dotyczącą zagadnień związanych z polityką międzynarodową, wydaje się on za mało skonkretyzowany i porywający, zwłaszcza w obliczu zachodzących zmian i konfliktów pomiędzy mocarstwami. Jednak nie powinno to oczywiście oznaczać naszej całkowitej rezygnacji z zasad, które zawiera w sobie wizja Europy Wolnych Narodów. Głęboko wierzymy, że z roli programu politycznego, powinna ona przejść do roli pewnego rodzaju imperatywu w formowaniu wizji europejskiego porządku międzynarodowego w ramach nurtu Trzeciej Pozycji. Powinna ona być odbiciem naszych głównych tendencji i postulatów, których wyrazicielem jest nasze środowisko. Pewnego rodzaju drogowskazem, stanowiącym jednocześnie zaproszenie do dalszej produktywnej dyskusji opartej na trwałych i niezmiennych fundamentach w niej zawartych. Takich jak: sprzeciw wobec imperializmu, oddanie władzy na powrót w ręce państw narodowych, prawną ochronę ich integralności i suwerenności w ramach wyznaczonego terytorium, ułożenie stosunków pomiędzy nimi na równych zasadach, w racjonalnie zbudowanych blokach czy sojuszach, w oparciu o wspólnotę kultury i wspólnotę wartości, która przed laty postanowiła o wielkości kontynentu europejskiego i która, jak mamy nadzieje jeszcze nie przeminęła i na nowo powróci w odpowiednim czasie, jak to już dotychczas w naszej historii bywało.

Zdaje sobie z tego sprawę, że w tym miejscu pytanie „co dalej?” nasuwa się samo, a przy okazji tego typu artykułów ogólnie dość ciężko go uniknąć. Jest to dla mnie całkowicie zrozumiałe, jednak specjalnie i całkowicie zamierzenie nie udzielę na nie odpowiedzi. Skąd tego typu podejście? W pewnej mierze będzie wynikać ono z mojej głębokiej przekory, celowego pozostawienia tego tematu otwartym na dalszą dyskusje i twórcze rozważania. Z drugiej strony, wiąże się też ono z moim przekonaniem, że formowanie tego typu programu unormowania stosunków politycznych w Europie i na świecie, nie powinno być kwestią wynikłą z jednostkowych rozważań czy nawet wysiłku sztabu jakiejś narodowej organizacji. Tego typu rozwiązania mogą według mnie powstać jedynie w wyniku wspólnego konsensusu i refleksji środowisk nacjonalistycznych z całej Europy. W ostatnich latach mogliśmy się przekonać na własne oczy, jak kończy się zostawienie tak żywotnych i ważnych rzeczy, w rękach pojedynczych osób, które w wyniku pseudointelektualnych refleksji i niezdrowych fascynacji dorobkiem wątpliwych postaci, czy jeszcze gorzej, pewnego rodzaju proroków, przekształcili cały swój wysiłek osobisty, a nie rzadko także organizacyjny, w stronę promocji zagranicznych interesów czy zaangażowania się w z gruntu niejasne i skazane na porażkę przedsięwzięcia zagraniczne. Nacjonaliści nie potrzebują proroków. Trzecia Pozycja nie potrzebuje proroków, bo w posiada w swoich szeregach wystarczająco wiele odpowiednich i ideowych osób do tego typu pracy i wysiłku. Jednak by w pełni wykorzystać ich potencjał, ruchy nacjonalistyczne powinny unormować swoje wzajemne stosunki, najpierw na gruncie ideologicznym a potem dopiero na gruncie politycznym. Sieć wzajemnej wymiany materiałów ideowych i analiz, powinna doprowadzić do wypracowania wspólnego lub chociaż zbliżonego podejścia do najważniejszych problemów i wyzwań, to z kolei otworzy drogę do kolektywnego planowania i reagowania na wyzwania o charakterze ogólnonarodowym, uniwersalne dla naszej rzeczywistości, tak więc tym samym uniwersalne dla każdego działającego w Europie ruchu nacjonalistycznego. Dopiero na takim fundamencie, wzmocnionym dyskusjami i wzajemnym dialogiem uwzględniającym różne podejścia, może powstać prawdziwy program geopolityczny wspólny dla wszystkich ruchów nacjonalistycznych działających w ramach Trzeciej Pozycji. Wizja naszej Europy. Na miarę współczesnych czasów i dynamicznie zmieniających się realiów. To kluczowa kwestia. Brzmi to za bardzo utopijnie? Nierealistyczne? Zdaje sobie sprawę, że tego typu zadanie przy obecnej dostępności środków i zasobów wygląda na prawdziwie karkołomne, jednak warto zadać sobie pytanie, czy kiedykolwiek w naszej historii, stopień trudności danego przedsięwzięcia, powstrzymywał od działania narodowych radykałów? Jeśli chcemy na poważnie prowadzić swoją walkę, nie unikniemy starcia z wyzwaniami, które same nie zejdą nam z drogi. To wiemy na pewno.

Jeśli miałbym być w ogóle w stanie wyobrazić sobie czego tak naprawdę boi się System, to powiedziałbym właśnie, że w jego koszmarach pojawia się wizja zjednoczonej Europy, nie pod sztandarem z dwunastoma gwiazdkami, lecz pod wieloma flagami ruchów narodowo radykalnych, które bez oficjalnego uznania, razem dadzą przykład, na jakiego nie było dotąd stać nikogo. I wierzę głęboko w to że taka wizja jest możliwa. Dlatego spełnijmy ją! Uderzmy tam gdzie najbardziej ich zaboli. Nasza wizja Europy, będzie najpiękniejszym hołdem dla setek naszych męczenników, którzy oddali swoje życie z nasze sprawy. Ten czas nadejdzie!

Autor jest szefem Wydziału Zagranicznego stowarzyszenia Trzecia Droga

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.