Polityka
3.7

dr David Duke: Kto steruje imigracją?

„Dajcież mi waszych zmęczonych, waszych biedaków, Wasze zgromadzone tłumy, tęskniące,by odetchnąć wolnością…”

Emma Lazarus

Napływ Europejczyków do Ameryki Północnej doprowadził do wyparcia rodzimych populacji indiańskich i ostatecznego zamknięcia ich w rezerwatach. Podobnie nieustępliwa imigracja żydowska do Palestyny, ona też była wbrew interesom Palestyńczyków, lecz stanowiła warunek przejęcia przez Żydów władzy w regionie; położyła fundamenty pod budowę państwa syjonistycznego.
Każde plemię, rasa bądź naród, który pragnie ocalić własną kulturę, interesy wspólnoty i suwerenność musi zachować status dominującego w regionie, który zamieszkuje. Większość państw rozumiała ten fakt zasadniczo od czasu najwcześniejszych cywilizacji i każdy współczesny kraj dążył do restrykcyjnej kontroli własnych granic i imigracji.
Większość Amerykanów postrzega historię indiańskiego oporu wobec kolonizacji za moralnie uzasadnioną, a jednak niektórzy z nich uważają próby ocalenia naszych unikalnych genów i kultury przed imigracją pozaeuropejską za karygodne. Pomimo to, na przekór szerzącej się propagandy multikulturalizmu i reklamowanych przez media uciech różnorodności, sondaże opinii publicznej w Ameryce ukazują nieprzepartą opozycję wobec nieograniczonej imigracji. Podobne nastawienie występuje w każdym europejskim kraju i ośmielę się stwierdzić, że większości etniczne we wszystkich państwach na ziemi podzielają ten punkt widzenia. Jest to tak naturalne u ludzi, jak ich pragnienie jedzenia i picia.
Dopiero Akt Imigracyjny z 1965 roku, którego wydaniem Kongres Stanów Zjednoczonych zignorował wolę większości, rozpoczął politykę dyskryminacji potencjalnych imigrantów z Europy i otworzył bramy na masową imigrację pozaeuropejską. Od tego czasu rząd federalny okazywał coraz mniejsze chęci egzekwowania naszych praw imigracyjnych i pilnowania naszych granic. Polityka ta poskutkowała zalewem niebiałych imigrantów, legalnych i nielegalnych. To, oraz niski wskaźnik urodzeń białych zmieniły populację Ameryki z 90% europejskiej we wczesnych latach sześćdziesiątych, do mniej niż w 70% europejskiej pod koniec XX wieku. Biuro Spisu Ludności przewiduje, że do połowy wieku XXI, gdy wielu czytających tę książkę osiągnie wiek średni, staniemy się mniejszością w Stanach Zjednoczonych. Euroamerykanie są już mniejszością w większości dużych miast i zdecydowanie ulegają przewadze liczebnej imigrantów w Kalifornii i Teksasie. Rozwiązania podobne do tych zastosowanych w Stanach, wprowadziły wielkie liczby nie-Europejczyków do Kanady, czarnych do Wielkiej Brytanii, północnych Afrykanów i Azjatów do Francji, Turków do Niemiec i mieszańców różnych ras do Skandynawii, Hiszpanii oraz Włoch.
Gdy wzrastała moja rasowa świadomość, stawało się dla mnie jasne, że nowe postępowanie imigracyjne w Stanach Zjednoczonych i Europie spowoduje ogromne szkody społeczeństwom Zachodnim. Wkrótce po zmianie polityki imigracyjnej odnotowano eskalację problemu przestępczości we wszystkich krajach, które owa zmiana dotknęła. Ucierpiała jakość edukacji, wzrosły problemy związane z pomocą społeczną. Jako że planowana transformacja rasowa przyspiesza, dolegliwości te osiągną katastrofalne rozmiary.
Co poszczególne grupy mogły zyskać na tym demograficznym Armagedonie? Pojedynczy obcokrajowcy, którzy mogli skorzystać na warunkach ekonomicznych zapewnianych przez społeczeństwa Zachodnie nie mogli im zbytnio zaszkodzić, przebywając poza nimi. Kiedy przyjrzałem się bojom o prawo imigracyjne toczonym w Ameryce przez ostatnie sto lat, siła napędowa stojąca za otwarciem amerykańskich granic stała się oczywista: było nią zorganizowane żydostwo, uosobione przez Emmę Lazarus, której słowa przytoczyłem na początku rozdziału.
Do czasu, gdy znalazłem się jako młodzik w szkole średniej, byłem już przekonany, że masowa, pozaeuropejska imigracja stanowi największe krótkoterminowe i długoterminowe zagrożenie dla Ameryki, którą kocham. Dostrzegałem, że jeśli Akt z 1965 roku nie zostanie uchylony, to stanie się ostatecznym gwoździem do trumny mojego kraju. Duża część materiału, który czytałem wskazywała na długą historię zorganizowanych wysiłków żydostwa, mających radykalnie zmienić amerykańskie przepisy imigracyjne. Skontaktowałem się z Drew Smithem, sędziwym prawnikiem z Nowego Orleanu, który napisał książkę The Legacy of the Melting Pot i zdążył mnie wiele nauczyć w kwestii imigracji.
Smith i ja spotkaliśmy się pewnego deszczowego dnia po moich zajęciach w biurze Rady Obywateli. Wyjaśnił mi historię amerykańskiego prawa imigracyjnego. Po zacytowaniu wersów Emmy Lazarus znajdujących się na Statule Wolności, zapytał: „Komu mogło zależeć na tym, żeby Amerykę zalała fala «nędznych wyrzutków»?” Odparł prędko na własne pytanie: „Leżało to w interesie zgranego narodu, który używa solidarności rasowej niczym broni, broni, którą posiadać chce tylko dla siebie. Wysiłki na rzecz zmiany amerykańskich przepisów imigracyjnych oraz ostatecznego wyrugowania europejskiej większości poczynione zostały niemal wyłącznie przez Żydów”.
Smith wytłumaczył mi, że Emma Lazarus – jak wielu pozostałych działaczy pro-imigracyjnych – była żydowską aktywistką, która wspierała z jednej strony żydowskie, syjonistyczne państwo w Palestynie, a z drugiej „różnorodność” w Ameryce. Zwrócił moją uwagę na to, że Żydzi zmienili nawet obecne znaczenie Statuy Wolności. Ten piękny kolos w barwach jadeitu pierwotnie nie miał nic wspólnego z tematem imigracji i wyprzedzał w czasie powstanie Centrum Imigracyjnego na Ellis Island. Był on darem od Francji mającym upamiętnić amerykańską rewolucję, nie zaś czcić „nędznych wyrzutków” dobijających do amerykańskich wybrzeży. Należy zaznaczyć, że ta wspaniała statua europejskiej kobiecości nie spogląda na Afrykę, Azję, czy Amerykę Południową, tylko na ziemię, która ją zrodziła, na Francję i samą Europę.
Emma Lazarus najbardziej znana była ze swych potępieńczych tyrad przeciwko rosyjskim pogromom będącym następstwem zabójstwa cara Aleksandra II w 1881 roku. Cóż za ironia: żydowska suprematystka oddana sprawie stworzenia elitarnego, żydowskiego państwa w Palestynie dążyła jednocześnie do przemiany Ameryki w przytułek dla wyrzutków tego świata. Drew Smith posiadał wiele książek na temat imigracji, w tym autorstwa kilku Żydów, w których podkreślał istotne fragmenty. Pożyczałem je i zgłębiałem się w nie z pasją.
Organizacje żydowskie takie jak Amerykański Kongres Żydowski przodowały (i wciąż przodują) w wysiłkach na rzecz liberalizacji amerykańskich przepisów imigracyjnych i przełamania restrykcyjnej legislacji. W latach 1921, 1924 i 1952 Kongres przegłosował uchwały, które zwyczajnie podtrzymywały rasowe status quo w Ameryce. Co dość ciekawe, nawet pomimo iż Angloamerykanie stanowili wtedy znaczącą większość zarówno wśród ludności amerykańskiej, jak i w Kongresie, nie próbowali oni zwiększać własnego odsetka populacji, lecz po prostu pragnęli sprawiedliwie zachować status quo każdej grupy. We wczesnych bitwach legislacyjnych, Żydzi byli naczelnymi orędownikami otwartej imigracji i gwałtownie sprzeciwiali się ustawom, które utrzymałyby status Ameryki jako kraju etnicznie europejskiego i chrześcijańskiego. W Izbie Reprezentantów, Adolph Sabath, Samuel Dickstein i Emanuel Celler prowadzili walkę o niekontrolowaną imigrację, podczas gdy w Senacie wspierali ich w tym Herbert Lehman i Jacob Javits.
W czasie owych wczesnych potyczek, reprezentant Leavitt jasno podkreślił ów żydowski udział w swych uwagach do Kongresu: „Instynkt narodowego i rasowego przetrwania nie powinien być potępiany… Nikt nie powinien rozumieć lepiej pragnienia Amerykanów, by Ameryka była nadal amerykańska, niż dżentelmen z Illinois [Pan Sabath], który prowadzi atak na tę wartość, albo dżentelmeni z Nowego Jorku – Pan Dickstein, Pan Jacobstein, Pan Celler i Pan Perlman.
Należą oni do jednego, wielkiego narodu historycznego, który zachował swą tożsamość rasową przez wieki, ponieważ wierzyli oni naprawdę, że są narodem wybranym, z pewnymi ideałami, które powinni zachować i świadomością, że utrata tożsamości rasowej oznacza zmianę tych ideałów. Fakt ten powinien sprawić, że z łatwością oni, jak i większość pozostałych aktywnych oponentów wartości omawianych w tej debacie, zrozumieją nasz punkt widzenia i odczują do niego sympatię, jako że nie jest on tak skrajny, jak w przypadku ich rasy, lecz jedynie domaga się, żeby domieszka pozostałych narodów zachowała takie proporcje i liczby, aby zmiana rasowych właściwości nie przeważyła nad asymilacją do idei zarówno władzy, jak i krwi” (Stenogram prac Kongresu, 12 kwietnia 1924).
Socjolog Edward A. Ross w wydanej przez siebie w 1914 roku istotnej książce The Old World in the New: The Significance of Past and Present Immigration to the American People, cytuje słynnego, pro-imigracyjnego działacza Izraela Zangwilla, sugerującego, że Ameryka jest idealnym miejscem na zrealizowanie żydowskich interesów. Ross pisze wtenczas dosadnie na temat wpływów żydowskich:
„Zatem Żydzi mają ogromny interes w polityce imigracyjnej: stąd ich dążenie do kontroli tej polityki w Stanach Zjednoczonych. Jakkolwiek sami stanowią zaledwie 1/7 naszej imigracji, to walczą w sprawie Ustawy o Komisji Imigracyjnej… Systematyczna kampania w gazetach i magazynach na rzecz obalenia wszystkich argumentów za restrykcją i uspokojenia obaw natywistów jest prowadzona przez jedną rasę i dla jednej rasy. Hebrajskie pieniądze stoją za Narodowo-Liberalną Ligą Imigracji i jej rozlicznymi publikacjami.”
W roku 1924 Kongresman Knud Wefald wskazał na komunistyczne powiązania wielu żydowskich imigrantów i oświadczył, że wielu Żydów „nie ma żadnej sympatii do naszych tradycyjnych, amerykańskich ideałów”.
„Przywództwo naszego życia intelektualnego w wielu jego sferach przejęte zostało przez tych szczwanych przybyszów, którzy nie mają żadnej sympatii do naszych tradycyjnych, amerykańskich ideałów… [są tymi], którzy wykrywają nasze słabostki i zlatują się do nich i zarabiają majątki na niedźwiedzich przysługach, których nam udzielają. Cała nasza branża rozrywkowa została przejęta przez ludzi, którzy przybyli tu na fali imigracji z południowej i wschodniej Europy. Produkują oni okropne filmy i piszą wiele książek, które czytamy, a także edytują nasze magazyny i pisma”(Stenogram z wystąpienia kongresowego, 12 kwietnia 1924).
Ostatnią ważną uchwałą kongresową, która przeszła, by chronić status quo Ameryki była ustawa Waltera – McCarrana z 1952 roku. Kongresową opozycję reprezentowała żydowska trójca – Celler, Javits i Lehman. Każda wpływowa organizacja żydowska (jak również Komunistyczna Partia Stanów Zjednoczonych) także wyraziła swój sprzeciw, w tym Amerykański Komitet Żydowski, ADL, Krajowa Rada Żydowskich Kobiet i tuziny pozostałych. Podczas debaty kongresowej Francis Walter spostrzegł, że jedyna organizacją obywatelską, która wystąpiła przeciw całemu projektowi ustawy był Amerykański Kongres Żydowski. Z kolei reprezentant Celler komentował, że Walter: „Nie powinien był przeceniać, jak to zrobił, ludzi określonego wyznania, którzy sprzeciwili się uchwałom.”
Kiedy żydowski sędzia Simon Rifkind zeznawał przeciwko ustawie podczas rozprawy łącznej, podkreślił, iż reprezentuje „cały kolektyw religijnej i świeckiej opinii we wspólnocie żydowskiej, od skrajnej prawicy po skrajną lewicę”.
Wstrząsneły mną odważne uwagi kongresmana ze stanu Missisipi, Johna Rankina, wypowiedziane podczas tej debaty. Dziś podobne komentarze ze strony polityka sprowadziłyby na niego lawinę ataków, którą tylko niewielu zdołałoby znieść.
„Skarżą się na dyskryminację. Wiecie, kto jest dyskryminowany? Biali chrześcijanie w Ameryce, ci, którzy zbudowali ten kraj… mam na myśli białych chrześcijan zarówno z Północy, jak i z Południa. Komunizm jest rasowy. Mniejszość rasowa przejęła kontrolę nad Rosją oraz nad jej państwami satelickimi, takimi jak Polska, Czechosłowacja i wieloma innymi, które mógłbym wymienić. Byli oni wyrzucani z praktycznie każdego kraju w Europie w latach minionych i jeżeli będą nadal wzniecać rasowe problemy w tym kraju i próbować narzucić swój komunistyczny program chrześcijańskiemu narodowi Ameryki, to aż strach pomyśleć, co ich może tutaj spotkać”.
Wreszcie, w 1965 roku, cel postawiony przez żydowskie organizacje w latach osiemdziesiątych XIX wieku wydał swe owoce. Poskutkował tym, iż imigracja stała się od tej pory w 90% pozaeuropejska. Ameryka odeszła od programu mającego proporcjonalnie reprezentować wszystkie grupy w Stanach Zjednoczonych na rzecz takiego, który dyskryminuje Europejczyków. Tak jak w przypadku wcześniejszych wysiłków legislacyjnych, tym razem również żydowscy reprezentanci i senatorowie, jak i potężne organizacje lobbystyczne, poprowadziły ten atak. Powiodło im się, gdyż w przeciągu 41 lat od roku 1924 żydowska potęga urosła dramatycznie w prawie wszystkich sferach życia amerykańskiego.
W roku 1951 senator Jacob Javits napisał artykuł pt. „Otwórzmy nasze bramy”. Nawoływał do wprowadzenia nieograniczonej imigracji. Javits i reprezentant Cellar byli prominentnymi figurami stojącymi za ustawą z 1965 roku. Na dziewięć lat przed przyjęciem Aktu Imigracyjnego, Amerykański Kongres Żydowski przedstawił wstępną propozycję istotnych elementów ustawy i pochwalił prezydenta Eisenhowera za jego „jednoznaczny sprzeciw wobec systemu proporcjonalnego”. W artykule z 1956 roku chwalili go za „odważne podjęcie działań w obronie wielu zwolenników liberalnej polityki imigracyjnej i zajęcie stanowiska, które najpierw zaproponował Amerykański Kongres Żydowski i pozostałe żydowskie organizacje.”

 

Żydowskie motywacje za otwartą imigracją

Byłoby czymś głupim i samobójczym ze strony żydowskich organizacji, które lobbowały za otwarciem granic, gdyby przyznały, że motywowały je do tego interesy żydowskie, które były sprzeczne z interesami nie-żydowskich Europejczyków. Promowały one otwartą imigrację, jako przejaw “patriotyzmu”. Od początku tego stulecia wygłaszają one publicznie, że wielokulturowość i różnorodność byłyby korzystne dla Stanów Zjednoczonych, sprytnie maskując swoje motywacje strategiczne.
Po przegłosowaniu przepisów imigracyjnych z 1965 roku, żydowscy autorzy tacy jak Naomi W. Cohen, poczuli się bezpieczni w odkrywaniu niektórych z powodów promowania takich zmian. Napisała ona, że od prześladowań w Rosji w latach osiemdziesiątych XIX wieku, przez nazistowską okupację w Europie, aż po zimnowojenne udręki w Europie Wschodniej, otwarta imigracja służyła żydowskim interesom, gdyż „przetrwanie często nakazywało Żydom poszukiwać schronienia w innych krajach”. Cohen pisała również, że amerykańska internacjonalistyczna polityka zagraniczna służy żydowskim interesom, ponieważ „Ameryka nastawiona międzynarodowo była bardziej skłonna do interesowania się problemami zagranicznych wspólnot żydowskich”.
W swej monumentalnej książce „Historia Żydów w Ameryce”, Howard Sachar wskazuje, że pluralizm wspiera „legitymizację zachowania kultury mniejszości pośród społeczeństwa przyjmującego”. A więc w efekcie, przełamując integralność i spójność Ameryki, Żydzi byli w stanie zwiększyć własną integralność i spójność. Sachar wyraźnie pokazuje, jak pluralizm wzmógł solidarność żydowską:
“Legitymizując zachowanie kultury mniejszościowej wśród społeczeństwa przyjmującego, pluralizm służył za intelektualne zakotwiczenie drugiemu pokoleniu wyedukowanych Żydów, podtrzymywał ich spoistość i ich najbardziej wytrwałe dążenia wspólnotowe w trudnych czasach kryzysu, ożywionego antysemityzmu, podczas szoku nazizmu i Holokaustu, aż do momentu gdy wynurzenie się syjonizmu w latach powojennych ogarnęło amerykańskie żydostwo zbawiennym zapałem.”
Psycholog społeczny Kevin MacDonald zwrócił uwagę w książce A People That Shall Dwell Alone, że najsilniejsze ruchy antysemickie występują zazwyczaj w krajach homogenicznych etnicznie oraz, że „pluralizm etniczny i religijny służy interesom żydowskim, bo wtedy Żydzi stają się po prostu jedną z wielu grup… i trudnymi lub niemożliwymi okazują się próby powołania solidarnych grup złożonych z Gojów, zjednoczonych w swej opozycji wobec judaizmu”.
W swej książce A Certain People: American Jews and Their Lives Today z 1985 roku, Charles Silberman pisze, że:
„Amerykańscy Żydzi oddani są sprawie tolerancji kulturowej ze względu na swoje przekonanie, głęboko zakorzenione w historii, że Żydzi są bezpieczni tylko w społeczeństwie akceptującym szeroką gamę postaw i obyczajów, jak również różnorodność grup religijnych i etnicznych. To ten pogląd, na przykład, a nie akceptacja homoseksualizmu, skłania przeważającą większość Żydów do popierania „praw gejów” i zajmowania liberalnego stanowiska w większości tak zwanych «spraw społecznych»”.
John Higham w swej książce Send These to Me: Immigrants in Urban America stawia sprawę jasno: zafundowane przez Żydów zmiany w prawie imigracyjnym były klęską reprezentacji politycznej i kulturowej „zwyczajnych ludzi z Południa i Zachodu”.
W ciągu dekad zmierzających ku otwarciu granic w 1965 roku, żydowskie grupy głosiły pobożnie, że nie powinna istnieć żadna dyskryminacja wobec jakiejkolwiek grupy imigrującej oraz, że takowe przyniosą tylko korzyść Ameryce. Ale Richard Arens, dyrektor senackiej podkomisji, która wydała ustawę Waltera-McCarrana wykazał, że te same żydowskie siły, które były najbardziej zagorzałymi zwolennikami otwartej imigracji, w swej hipokryzji sprzeciwiały się takiemu osadnictwu, które uznawały za niekorzystne dla własnych interesów.
„Jedną z ciekawostek dotyczących tych, którzy najgłośniej krzyczą, że ustawa z 1952r. jest «dyskryminująca» i, że nie daje zezwolenia na [przybycie] wystarczającej liczby rzekomych uchodźców, jest to, że sami nie chcą przyjąć żadnego z około miliona arabskich uciekinierów z obozów, w których żyją w żałosnych warunkach po tym, jak zostali wypędzeni przez Izrael”.
Zorganizowane żydostwo nie tylko chce nie dopuścić do powrotu arabskich uchodźców do swych domów w Izraelu, ale także sprzeciwia się ich przybywaniu do Stanów Zjednoczonych. Czyżby postrzegali wypędzonych Palestyńczyków jako potencjalnych przeciwników politycznych? Żydowskie ugrupowania jasno promują rozmaite formy multikulturalizmu, który niszczy spójność wśród nie-Żydów, lecz nie chcą tych, którzy mogliby zagrozić ich własnej potędze. A więc to jasne, że ich oddanie wobec multikulturalizmu jest czysto strategiczne; pragną grup przybywających do kraju, które będą dalej pluralizować amerykańskie społeczeństwo i niszczyć jego spoistość, lecz nie chcą tych grup, w których widzą polityczne zagrożenie.
Zdominowane przez Żydów instytucje polityczne i medialne od dawna promują demograficzną inwazję i rozkład Ameryki. Podczas, gdy żydowskie media demonizują jako „rasistów” tych, którzy stają naprzeciw zalewowi niebiałej imigracji do Ameryki, Kanady i wszystkich krajów europejskich, izraelska polityka imigracyjna, wykluczająca wszelkich nie-Żydów, jest tolerowana. Milion Palestyńczyków opuściło swe domy na kanwie izraelskiego blitzkriegu. Nie mogą powrócić do ojczyzny swoich przodków, a wielu zmuszonych jest do życia w obozach dla uchodźców, którym niewiele brakuje do obozów koncentracyjnych.
A.M. Rosenthal jest wieloletnim redaktorem prawdopodobnie najbardziej wpływowej gazety w Ameryce, będacego w rękach żydowskich New York Times. Jako zażarty zwolennik Izraela, skarży się na syjonistyczne państwo tylko wtedy, gdy nie jest w jego mniemaniu dostatecznie syjonistyczne. Jednak w artykule z 1992 roku Ten sam Rosenthal poczuł się w obowiązku skrytykować inny kraj, który pragnie zachowania swojej integralności rasowej i dziedzictwa kulturowego:
„Zrobiliby lepiej, gdyby postawili na imigrantów i wykształcili bardziej pluralistyczne społeczeństwo, przez przyjęcie formuły obywatelstwa opartej na zamieszkaniu, zamiast na więzach krwi. Równie niepokojąca jest porażka Bonn w sprawie rewizji przestarzałego prawa naturalizacji, zakorzenionego w etniczności. Zgodnie z istniejącym systemem, tureckiemu pracownikowi, który żyje w Niemczech od 30 lat i mówi płynnie po niemiecku, odmawia się obywatelstwa, przyznawanemu automatycznie rosyjskojęzycznemu imigrantowi, który jest w stanie udowodnić niemieckie korzenie.”
Rosenthal porównuje aktualne przepisy imigracyjne Niemiec do tych z czasów nazistów. Czy jednak prawo izraelskie jest bardzo odmienne?
Nie tylko Niemcy, ale każdy biały kraj jest celem kampanii na rzecz otwartej imigracji prowadzonej przez popleczników Rosenthala. Tylko izraelska polityka imigracyjna – najbardziej drakońska ze wszystkich – jest odporna na wszelką krytykę. Rosenthal podaje, że jest potomkiem nielegalnego imigranta (jego ojca) i pochwala imigrację nawet Haitańczyków, spośród których wielu jest narkomanami i nosicielami wirusa HIV.
„Niemal zawsze, gdy teraz czytam o Haitańczykach, z których wielu ryzykuje przeprawy morskie, by dostać się do tego kraju, lecz kończy za drutem kolczastym, myślę o nielegalnym imigrancie, którego zdarzyło mi się znać osobiście, jak i jego córki i syna [tu mówi o sobie samym]… Dopuszczając niechętnie do wiadomości pewne ograniczenia ekonomiczne, ten kraj powinien wykazać się moralną elegancją i przyjąć sąsiadów, którzy uciekają z krajów, gdzie ich życie to terror i głód oraz wyzysk morderczych gangów…Gdyby taki był warunek wstępu do naszej złotej ziemi, Haitańczycy powinni być przywitani śpiewem, uściskiem i wspomnieniami.”
Jako stały czytelnik “The New York Times”, wciąż nie doczekałem się artykułu Rosenthala, nawołującego do przyjęcia przez Izrael miliona Palestyńczyków, którzy zmuszeni zostali żyć w nędzy obozów dla uchodźców. Rosenthal nie zachęca też, by przyjąć Palestyńczyków w Izraelu z „uściskiem i śpiewem”. Rosenthal to nie idiota, lecz hipokryta. Wie, że nadanie pełni praw obywatelskich wszystkim Palestyńczykom żyjącym obecnie w Izraelu oraz tym z obozów poza jego granicami oznaczałoby prędko koniec państwa syjonistycznego, w taki sam sposób jak pozaeuropejska imigracja niszczy Amerykę naszych przodków.  Z drugiej strony, Rosenthal wie, że Izrael nie mógłby powstać bez żydowskiej inwazji imigracyjnej na Palestynę. Patrząc na historię, czy Palestyńczycy powinni byli przyjąć żydowskich imigrantów ze śpiewem i uściskiem? Rosenthala nie obchodzą Amerykanie, ani też pierwotni mieszkańcy tego, co dzisiaj zwie się Izraelem. Obchodzi go tylko i wyłącznie żydowski suprematyzm. Rosenthal jest dumny z tego kim jest on i pozostali Żydzi: obcymi, „tułaczami”, z którymi się utożsamia. Żyje tutaj, korzystając ze wszystkich udogodnień obywatelstwa amerykańskiego, ale nie będzie – i nie może zostać – prawdziwym Amerykaninem, który stawia interesy Ameryki ponad syjonistyczną agendę.
Kiedy Żydzi stali się bardziej bezczelni w swym korzystaniu z władzy, niektórzy z nich chełpią się dzisiaj swoją rolą w rugowaniu europejskiego, nieżydowskiego Amerykanina. Earl Raab, emerytowany dyrektor wykonawczy Perlmutter Institute of Jewish Advocacy, powiązany z ADL publicysta Jewish Bulletin z San Francisco, napisał:
„Dopiero po II wojnie światowej prawo imigracyjne drastycznie zmieniono, by wyeliminować tego typu dyskryminację. W dowód swojej dojrzałości politycznej, żydowska wspólnota odgrywa przewodnią rolę w forsowaniu tych zmian.”
Raab przechodzi do świętowania nadchodzącego mniejszościowego statusu białych w Ameryce. A gdy to już nastąpi, będzie oczekiwał „konstytucyjnych ograniczeń” (wolności słowa?):
”Biuro Cenzusowe właśnie doniosło, że mniej więcej połowa populacji amerykańskiej będzie wkrótce niebiała lub pozaeuropejska. I wszyscy oni będą obywatelami Stanów Zjednoczonych. Mamy już za sobą czas, gdy nazistowsko-aryjska partia mogła objąć władzę w tym kraju.”
„Wzniecaliśmy w Ameryce atmosferę opozycji wobec etnicznej nienawiści przez jakieś pół wieku. Owa atmosfera nie została jeszcze doprowadzona do perfekcji, lecz heterogeniczna natura naszej populacji czyni ją nieodwracalną i sprawia, że nasze konstytucyjne ograniczenia fanatyzmu stają się bardziej praktyczne niż kiedykolwiek.” 
Jak pisze Raab, syjonistyczni aktywiści żydowscy, którzy wspierają ekskluzywnie żydowskie państwo narodowe, jednocześnie zasilają masową, nietradycyjną imigrację do Ameryki i oczekują czasów, gdy demografia wyborcza Stanów Zjednoczonych odzwierciedli ową transformację.
Zastanawia mnie, czy syjonista Izrael Zangwill – który ukuł termin “melting pot” (dosłownie „wrzący garnek”, w tym znaczeniu jako tygiel różnych ras i grup narodowościowych – przyp. tłum.) przewidywał, że jego żydowskie państwo będzie tyglem Żydów i Arabów; islamu i judaizmu. Biorąc pod uwagę etnocentryczny charakter syjonizmu, wątpię w to. Jeden z amerykańskich rysowników napisał, że problem z wrzącym garnkiem wygląda następująco: „Na dnie ciągle się pali, a wszelki syf wypływa na wierzch”. To prawda, że Ameryka była świadkiem zmieszania się różnych narodowości europejskich w tradycyjną, amerykańską większość, lecz pomimo nieustannej propagandy na rzecz mieszania ras ze strony żydowskich mediów, nie nastąpiło żadne wielkie mieszanie się białych z czarnymi, a tylko w niewielkim stopniu zaszło ono pomiędzy Anglosasami, a Metysami. Jednak to, czego syjoniści nie byli w stanie osiągnąć przez swoje orędownictwo za krzyżowaniem się ras, uda im się osiągnąć poprzez proces masowej imigracji i zróżnicowane wskaźniki urodzeń.
Żydzi promują również, poprzez zwolenników teorii „populacji zero” takich, jak Paul Ehrlich, mniejsze rodziny pośród naturalnych liderów amerykańskiej większości. Żydowskie promowanie ruchu wyzwolenia kobiet i aborcji na życzenie obniżyło wskaźnik narodzin najbardziej wyedukowanych i produktywnych warstw amerykańskich. Ich otwartym pragnieniem jest rozkład rasy europejskiej na zachodzie, za wszelką cenę. Kontynuowana masowa imigracja służy temu celowi.
Podsumowując, masowa niebiała imigracja jest jedną z najbardziej skutecznych broni zorganizowanego żydostwa w jego kulturowej i etnicznej wojnie przeciwko Euroamerykaninowi. Nie możemy wygrać w tej walce na śmierć i życie, jeżeli nasi rodacy nie pojmą, że jesteśmy w trakcie działań wojennych – i nasza strona ponosi ogromne straty. Przegrana w tej wojnie oznaczałaby zniszczenie naszej amerykańskiej kultury, dziedzictwa i naszych swobód. Oznaczałaby nie mniej niż zniszczenie samych genów, które uczyniły możliwymi wszystkie społeczne, kulturowe i duchowe kreacje, które wyróżniają naszą cywilizację. Nasz głos wyciszany jest przez massmedia, które należą do naszych wrogów. Zbyt wielu spośród nas cicho przygląda się ludobójstwu na naszej rasie. Jest już późno. Musimy teraz zacząć mówić otwarcie i bronić się. Musimy walczyć o kontynuację wspaniałej kultury, którą odziedziczyliśmy po naszych przodkach. Musimy podjąć wszelkie niezbędne działania, by zapewnić przyszłość naszym dzieciom i następnym pokoleniom. Jak w przypadku wszystkich istot żyjących, musimy walczyć o nasze prawo do życia.
Ameryka jest na wiele sposobów okupowana podobnie do Palestyny. Żydowscy suprematyści kontrolują informacje, wydawnictwa i media rozrywkowe; kontrolują nasze wybory i naszych polityków; a teraz organizują masową imigrację na nasze ziemie, która uczyni z nas politycznie i kulturowo bezradną mniejszością w taki sam sposób, jak to uczyniono z Palestyńczykami. Usiłują z każdego kraju stworzyć Wieżę Babel, na której najwyższych piętrach zasiadaliby oni. Na nieszczęście nasze i ich, tej wieży przeznaczone jest się rozlecieć.
Nie tylko europejscy Amerykanie zmierzają ku otchłani przez imigrację; wiele narodów cierpi z powodu żydowskich dążeń do globalizacji i zniszczenia wszelkiego sortu etnicznej i narodowej dumy oraz spójności, która mogłaby zagrażać ich hegemonii. Usiłują przemienić nasz świat w szarą masę atomistycznych, wyrwanych z korzeni jednostek, niezdolnych do kolektywnej obrony.
Jeśli pozostaniemy cicho w tych przełomowych czasach historii naszego narodu, to znikniemy i będziemy już cisi na zawsze.

Stwierdzenie to tyczy się nie tylko Europejczyków i Amerykanów, lecz wszystkich narodów Ziemi.

Artykuł jest fragmentem książki dr Davida Duke „Żydowski suprematyzm”. Tytuł pochodzi od redakcji 3droga.pl 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.