Trzecia Droga

Portal Nacjonalistyczny

Filip Paluch: W prawyborach na Bosaka

Często wyobrażamy sobie historię jako linie prostą, bez początku i końca, spokojnie sunącą ku przyszłości – jak ku wyznaczonemu celowi. Gdyby jednak Historia, owe przesławne Dzieje, były spiralą wspinającą się ku niebu w której wszystkie kolejne zakręty stanowiłyby o duchowym i materialnym rozwoju ludzkości? Gdyby Historia była jedynie piłką plażową odbijaną nad siatką przez grupę wyrosłych nastolatków, to czy ten stan rzeczy sprawiałby, że powinniśmy bardziej lub mniej „popierać” Historię?

Nie ma czasu na wyjaśnienia czym Historia jest, a czym nie; jak ją należy rozumieć, a które pojęcia w ogóle do niej nie przystają. To teoretyzowanie, które jest zaprzeczeniem czynu – z tylko on pozwala nam pchać ten wózek ciągle do przodu.

Powinniśmy być zawsze po stronie Historii, dopóki nie będziemy na tyle mocni by sami kierować jej losami lub dopóki nie dojrzejemy do tego by to Historia musiała stanąć po naszej stronie.

To niekończące się procesy zaplątane w kłębkach wydarzeń, sytuacji, rozmów i decyzji. Niekiedy jedna nić, nasza nić, może odpowiadać za rozwój wydarzeń. Dużą śmiałością jest sądzić, że tak jest, jednak zwykłą głupotą jest zakładać z góry, że tak być nie może.

Stać po stronie Historii to znaczy wyczuwać intencjonalność jej biegu. Tak jakby lokomotywa Dziejów pędziła przez epoki, a kolejne pokolenia rozkładały szyny w intuicyjnie wyczuwanym kierunku.

Sądzenie, że wie się w którym kierunku płynie Historia może mieć swoją cenę. Honorowi durnie, którzy skąpali świat we krwi ją znali. Ludobójcy, którzy sądzili, że przywracają  kosmosowi jego harmonię, również uczynili ją wartością wymierną. Błędy liczą się bardziej niż zwycięstwa. Trzeba nam płynąć z nurtem Dziejów.

Dla mnie partycypowanie, w taki czy inny sposób, w polityce – choćby przez wybory, nosi znamiona stawania po jednej ze stron. W ostatecznym rozrachunku zawsze będę „za” lub „przeciw”. Cieszę się, że decyzje podejmowane przez maluczkich, takich jak ja, nawet jeśli są na skalę historyczną – w tym węższym mikro sensie – są o wiele prostsze niż traktaty o wojnie i pokoju. Te splątane nici widzę u siebie na podłodze, widzę je na ulicy i w autobusie, którym czasami jeżdżę do pracy. Patrzę jak próbują się rozwikłać tworząc jeszcze bardziej skomplikowane węzły.

Sytuacja na polskiej scenie politycznej przypomina kiepskiej jakości kabaret, który wywołuje uzasadnione wątpliwości natury moralnej. Prawica nie istnieje tworząc konglomerat koniunkturalistów, leśnych dziadków i wypomadowanych populistów, którzy kładąc się Rejtanem nigdy nie odmówiliby kilku groszy za przesunięcie się parę metrów dalej od drzwi. Połączenie się Wiosny i SLD ostatecznie zniszczyło marzenia o silnej, konstruktywnej i ideowej lewicy, a jakakolwiek próba niwelowania tego poprzez partię Razem przypomina podstawianie sobie samemu nogi na oblodzonym chodniku. Ostatecznie ząbki zawsze można włożyć i wesoło wołać: super partia, kurko!

Lewica zresztą nie odnajduje się w dzisiejszej rzeczywistości i jedyne co ma do zaproponowania to postulaty obyczajowe, które średnio interesują nawet zainteresowanych.

Osobiście muszę się przyznać, że nadzieje pokładane w Prawie i Sprawiedliwości, że w całej swej nieudolności będą w stanie skonstruować szkielet silnego państwa (to taki eufemizm na dyktaturę) było naiwne! Oni nie są w stanie zbudować nawet sprawnie funkcjonującego domu uciech, a co dopiero sensownego aparatu władzy. Jeszcze kilka miesięcy temu chciałem widzieć prawicę jako skolektywizowanych indywidualistów, którzy nie cofną się przed niczym w szalonym tańcu obrony własnego punktu widzenia, który powinien stać się punktem widzenia powszechnym. Doszło do mnie jednak, że oni nie posiadają swojego punktu widzenia, nawet najbardziej prymitywnego. To tylko skolektywizowane umysły, które utraciły swoje podmiotowe przymioty. Polska zasługuje na silnego przywódcę, ale groźba transformacji partii rządzącej w kolektywną partyjną dyktaturę, to zdecydowanie za wiele – nawet jako forma pokuty za wszystkie nasze dziejowe grzeszki.

Co zabawne, ten kiepski kabaret, który mamy wielką przyjemność oglądać, a nawet poniekąd w nim uczestniczyć, dla wielu jest odgłosem trąb na Syjonie.

Ale nasza dziejowa kolejka jedzie dalej, trzeba ją brać o tyle poważnie o ile poważnie traktuje się życie. To już Wasza indywidualna miara. Na nowo trzeba podejmować decyzję. Głęboko wierzę, że dwie (lub raczej trzy) kadencje Prawa i Sprawiedliwości będą w Polsce zamykały plugawą epokę III RP.

Z pewnością głównym czynnikiem będzie starzenie się i wymieranie pokolenia, które przyniosło nam tylko bezgraniczny wstyd. W zasadzie nie potrafię powiedzieć czy w mojej ocenie PiS odgrywa jakąkolwiek rolę w zakończeniu tej epoki.

Być może gdyby rządziła inna partia proces mógłby trwać trochę dłużej i być mniej efektywny. Być może państwo dyletantów zawsze pozostanie lepszym od państwa biznesowych powiązań.

Mądre głowy mówią, że na świecie kończy się czas duopolu USA i Rosji, że epoka dobiega końca, a na następnej stacji dosiądzie się chiński zawodnik, który nie tylko wejdzie do gry z podwójną mocą, ale który również zmieni całkowicie archaiczne, tak archaiczne jak tylko mógł je uczynić biały człowiek, zasady gry. Szeroka perspektywa czasami zdaje się być łatwiejsza, ponieważ na horyzoncie zawsze majaczy jakieś rozwiązanie, opcja alternatywna. Po zakończeniu się czasu III RP nie czeka nas nic, żadna szalupka nie kolebie się na horyzoncie, znikąd pomocy. Z całego wielkiego dorobku cywilizacji dalekiego wschodu Rząd ma nam do zaproponowania tylko chińskie markety. Z całej perspektywy dalekiej przyszłości – jedynie senne majaki.

Naród polski rzadko kiedy wykorzystywał sytuacje swobodnego bycia sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Nie mi oceniać czy powodowane to było fatalnymi morale załogi czy też okrętem, którym żaden rozsądny człowiek nie wypłynąłby nawet na środek przydrożnej kałuży. Pewne jest tylko przysłowie: jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Czas wziąć się do pracy.

Jedyną sensowną alternatywą na politycznej scenie zdaje się być Konfederacja. Do projektu mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony łączy mnie z nim, uczucie sympatii i nawet pewna ufność w działania podejmowane przez Ruch Narodowy, z drugiej zaś żarliwa, ekhm, niechęć do działań prowadzonych przez korwinistów. Ponoć polityka to taki zbiór kompromisów, a jedność jest wartością najwyższą. Warto nie zapominać i myśleć o przyszłości.

Należy przygotować pionki do partii pod przyszłą dekadę. Konfederacja jest pierwszą (niestety) i możliwie jedyną (pokuta!) formacją polityczną o charakterze narodowym, na którą Polskę było stać w epoce minionej i przyszłej. Swojego zdania jestem pewien jak tego, że co to się nie działo, to zawsze rządził AWS. Jeżeli myśl narodowa, tożsamościowa, konserwatywna światopoglądowo, rewolucyjna strukturalnie, ludowa, ma  wzrosnąć jak pnąca się róża, potrzeba nam politycznego rusztowania, którym może być obecnie wyłącznie Konfederacja, zróżnicowana wewnętrznie, z wyraźną przewagą narodowców nad korwinistami.

Czyniąc długa historię krótką: w prawyborach na Bosaka!

Nie będę się teraz zastanawiał nad tym co by było gdyby. Nie będę myślał co będzie jeśli. Stawiam va banque na Konfederację nim będzie za późno. Postawiono cel, który trzeba zrealizować. Niezrealizowanie celu wywraca szachownicę i zmienia zasady gry, toteż nie warto myśleć o hipotetycznych ścieżkach rozwoju przyszłości. Liczy się tylko zwycięstwo – małe, powierzchownie niewiele wnoszące, dla wielu będące świadectwem kompromisu.

Warto!

A jeśli nie, to czy to naprawdę ma znaczenie?

Straćcie nadzieję, porzućcie dziecinną ułudę, wyrzućcie swoje nadęte wiersze pełne hipokryzji. Chcecie być rycerzami w lśniących zbrojach, którzy przygrywając na mandolinie ratują piękne panny z opresji. Jesteśmy sforą dzikich Hunów, którzy w pełnym galopie wpadają do miasteczka i niszczą wszelkie świętości, bo kościoły już dawno zostały zastąpione przez banki. Jesteśmy jeźdźcami, którzy wywlekają na środek placu tłustego plebana i szczują na niego psy. Jesteśmy barbarzyńcami dla których jedynym honorem jest zwycięstwo. Za nami pożoga starego świata, przed nami gęste dymy spowiły jego jutrzenkę.

Podejmuję zakład Bosaka. Jeżeli istnieje polityczna alternatywa, jeżeli jest nią narodowa Konfederacja to poświęcam jej swój czas, swoje zaangażowanie i swoje umiejętności. Jeśli się mylę, stracę jedynie swój czas i swoją wiarę. Jeżeli mam rację zyskam urzeczywistniającą się alternatywę. Nie stracę nic czego nie traciłem już wcześniej. Zebrałem w sobie siłę by znowu, choćby chwilowo, uwierzyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.