Henry Precht: Dwie lekcje jakie Donald Trump powinien wyciągnąć z konfliktu w Syrii

Korzenie obecnego amerykańskiego zaangażowania w wojnę w Syrii prowadzą bardzo głęboko i są one niesamowicie rozległe. Jeśli chodzi o naszą stronę, to za jego początek można uznać wojnę w Korei. Wojna ta jak dobrze wszyscy pamiętamy zakończyła się remisem. To była wojna, z której Amerykanie odnieśli bolesną lekcje pod tytułem: nigdy nie angażować się w wojnę lądową w Azji. Niestety, nigdy tej lekcji nie odrobili, bo niecałe dziesięć lat później zastąpiliśmy Francuzów w Wietnamie. Z wojny Wietnamie natomiast nauczyliśmy się by nie brać w obronę zepsutych i skorumpowanych stron w często skomplikowanych i wielopłaszczyznowych konfliktach wewnętrznych.

Po kilku naszych problemach związanych z proxy-war  na różnych kontynentach, na nowo powróciliśmy do naszej wielkiej tradycji wikłania się w bezsensowne i ciężkie do prowadzenia wojny. Nie ucząc się zupełnie na własnych błędach, wkroczyliśmy do Iraku i Afganistanu, próbując przekształcić te państwa w coś co odpowiadałoby naszym projektom i wyobrażeniom. Nasz sukces? Dziesiątki tysięcy amerykańskich żołnierzy, którzy do domu powrócili w trumnach, setki miliardów dolarów strat, zarówno dla naszej gospodarki jak i dla gospodarek krajów do których wkroczyliśmy. Czego powinniśmy się z tego nauczyć?1) Każdy problem ma swoje rozwiązanie i przeważnie nie jest to rozwiązanie wojskowe, 2) Na nas spoczywa ta odpowiedzialność by takie rozwiązanie znaleźć i wprowadzić.

Syria, podobnie jak inne kraje z nią sąsiadujące, jest przykładem niezwykle różnorodnej mozaiki grup etnicznych, które walczą pomiędzy sobą o zasoby, które w wyniku zachodzących globalnie zmian, stają się coraz to bardziej rzadsze i mniej dostępne. Syria wywalczyła swoją niepodległość w walce po upadku Imperium Osmańskiego, a Francuzi znaleźli się tam w wyniku upartych zamachów stanu i mieszania się w sprawy wewnętrzne Syryjczyków. Wreszcie, w 1970 roku z pomocą Związku Radzieckiego, władze w Syrii przejął Hafez Al-Assad. Klan Assadów to Alawici. Alawici to mały odłam, islamska sekta, której członkowie stanowią elitę polityczną tego państwa. Ich reguła jest świecka, zapewnia ona poszanowanie praw religijnych zarówno większości: sunnitów, oraz występujących na terenie kraju mniejszości: Druzów, Szyitów, Chrześcijan i nielicznych Żydów.

W czasie trwania tak zwanej Arabskiej Wiosny, sunnicka rebelia ogarnęła Tunezję, Libię, Egipt, dotarła też do Syrii, jednak inaczej niż w tamtych przypadkach Assad nie zamierzał czekać biernie na rozwój wypadków. Zareagował mocno i stanowczo. To spowodowało zawiązanie się przeciwko niemu sojuszu państw Zatoki Perskiej i Turcji, które włożyły sporo pieniędzy i trudu we wsparcie w głównej mierze islamistycznej opozycji. Po drugiej stronie frontu pojawili się natomiast przedstawiciele szyickich milicji i wojskowi z Hezbollahu, którzy przybyli na pomoc rządowi Assada. Z początku tylko polityczne i gospodarcze wsparcie Assad otrzymywał także z Moskwy. Stany Zjednoczone w tym samym czasie próbowały dość nieudolnie i niemrawo wesprzeć działania „umiarkowanej” opozycji. Potem, co trzeba przyznać, administracja prezydenta Obamy dokonała tytanicznego wysiłku, by razem z Putinem spróbować wypracować jakiekolwiek rozwiązanie, które pozwoliłoby położyć kres przemocy, która kosztowała już wtedy ponad sto tysięcy żyć i uczyniła jedenaście milionów Syryjczyków uchodźcami.

Potem jednak przyszła administracja prezydenta Trumpa, wraz ze swoimi wprawiającymi w zakłopotanie wzlotami i upadkami w relacjach z Rosjanami. Najsłabsze relacje pomiędzy tymi dwoma krajami datuje się na moment, w którym Trump oskarżył Assada o użycie broni chemicznej na terenie opanowanym wówczas przez rebeliantów. Nie mając pewności i konkretnych dowodów, ruch ten wydawał się obliczony tylko i wyłącznie na upokorzenie Moskwy. Ta podobnie jak sam Assad, od samego początku energicznie zaprzeczała jakimkolwiek jednoznacznym stwierdzeniom w kontekście ataku w Khan Sheikoun.

Nie pokazano nam żadnego konkretnego dowodu na poparcie amerykańskich oskarżeń. Nie było też nigdy żadnego racjonalnego uzasadnienia dla takiego ruchu. Dlatego zgadzam się z Rosjanami i Syryjczykami. Po odzyskaniu Aleppo, byli praktycznie na ostatniej prostej do zwycięstwa. Po co? Po co by mieli przykuwać uwagę świata, w momencie kiedy wygrana była już praktycznie na wyciągnięcie ręki? Z tego ataku skorzystali tylko i wyłącznie rebelianci. Dodatkowo, otoczenie Trumpa osiąga swoje cele po trupach. Byliby w stanie posunąć się nawet do czegoś takiego, by ostatecznie pokazać ludziom, że Trump nie ma nic wspólnego z Moskwą i Putinem. Z pewnością taki ruch uratowałby jego niezwykle niskie notowania w Stanach Zjednoczonych.

Całkiem prawdopodobne, że krwawy impas w tym konflikcie będzie trwał jeszcze przez jakiś czas, tak jak to miało miejsce w przypadku Libanu. Przy odrobinie szczęścia i skonkretyzowanego wysiłku ze strony wszystkich zaangażowanych stron wraz z końcem kalifatu skończą się  perspektywy na spełnienie imperialnych ambicji państw zachodnich zarówno w Syrii jak i w Iraku. W takiej sytuacji ISIS będzie musiało się niejako zreformować w coś podobnego do Al-Kaidy, przyjmując postać zdecentralizowanych komórek lokalnych, które będą dokonywać mniejszych aktów terroru. Nie jest to może przyjemna perspektywa, ale stanowi ona znaczną poprawę w stosunku do obecnej sytuacji.

Dwie lekcje jakie Donald Trump powinien wyciągnąć z wojny w Syrii?

Przede wszystkim jego urzędnicy powinni wreszcie przyznać, że to Rosja może unormować sytuacje w Syrii. Że to na niej, a nie na Stanach Zjednoczonych, spoczywa obecnie odpowiedzialność by przywrócić w tym kraju, jeśli nie trwały pokój i demokracje, to chociaż stabilizacje. W tej sytuacji powinniśmy powściągnąć nasze zapędy i współpracować razem z Moskwą w celu doprowadzenia do takiego stanu.

Dodatkowo, otoczenie Trumpa, powinno w końcu zrozumieć, że reżim Assada może i nie spełnia demokratycznych kryteriów, ale jest jedynym tworem na tym terenie, który zapewnia jednolitą strukturę instytucji administracyjnych, sprawnie funkcjonującą gospodarkę i zdrowe, zjednoczone społeczeństwo. Innymi słowy, Amerykanie powinni przyznać, że tylko i wyłącznie sprawnie działający rząd Assada będzie mógł zapobiec przekształceniu się Syrii w państwo terrorystyczne. A tego to chyba wszyscy chcielibyśmy uniknąć, co nie?

Komentarz: 

Tekst ten, choć może nieortodoksyjny w swojej formie, jest dość ciekawy ponieważ porządkuje podstawowe kwestie dotyczące konfliktu w Syrii i ukazuje związane z nim płaszczyzny, które do tej pory nie były należycie eksponowane. Historia amerykańskiej polityki zagranicznej jest naznaczona dziesiątkami przykładów bezsensownych interwencji, wynikających ze złudnego przekonania o własnej wyższości, które to potrafiły destabilizować całe regiony, nie przyczyniając się do pozytywnych zmian. To ta nieodpowiedzialna polityka wykreowała problem terroryzmu, który teraz dotyczy bez wyjątku nas wszystkich. Nam pozostaje jedynie zgodnie z tekstem zadać sobie pytanie czy prezydent Trump i jego otoczenie jest teraz w ogóle w stanie wyciągnąć z tej sytuacji lekcje o których pisze Henry Precht. Naszym zdaniem odpowiedź brzmi: nie. Trump mógł być naprawdę przełomowym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych, który otworzyłby nowy rozdział w dziejach tego kraju. Wystarczyło jedynie trochę odwagi. Jednak nawet i tego mu zabrakło. Zapamiętamy go zatem jako prezydenta tchórza, pupilka banksterów, który kontynuował najgorsze tradycje związane z ustanawianiem globalnego Pax Americana. I to właśnie tego powinniśmy się spodziewać w kontekście Syrii i całego Bliskiego Wschodu. Aż do samego końca. 

Źródło: lobelog.com

Tytuł i komentarz: Redakcja 3droga.pl

Powyższe tłumaczenie jest własnością Redakcji portalu 3droga.pl. Kopiowanie go i modyfikowanie bez zgody Redakcji tego portalu jest zabronione. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.