Polityka
4.4

Johan Trichet: Niemiecki nacjonalista pośród Polaków

Od Redakcji: Prezentowany przez nas poniżej tekst jest relacją z podróży Johana Tricheta, jednego z liderów niemieckiej organizacji  Junge Nationaldemokraten, do Polski, w której notuje on swoje przemyślenia na temat naszego kraju, mieszkających w nim ludzi i trudnej historii jaka dzieli nasze Narody. Z uwagi na to, że główną misją naszego portalu jest poszerzanie horyzontów myślowych polskiego środowiska narodowego (i nie tylko!), serdecznie zapraszamy do lektury: 

To była moja pierwsza podróż do kraju, który powiązany jest z Niemcami bezprecedensową historią. Jakkolwiek żyję zaledwie 150 kilometrów od dzisiejszej polsko-niemieckiej granicy, do tej pory nie śmiałem wyjrzeć za miedzę i wyklarować swój własny obraz tych, których nadal wielu niemieckich nacjonalistów postrzega jako „drapieżców” oraz „dzikich lokatorów”. Opisuję tu zatem swoje doświadczenia z podróży, po to aby – taką mam nadzieję – pomóc w rozwianiu tych uraz i pretensji. Zwłaszcza w kręgach tzw. prawicy często miałem do czynienia z podobną percepcją polskiego narodu, którą po swojej wycieczce do obecnej Polski zdemaskowałem jako fantasmagorię. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że nie obwiniam autorów podobnych tez. Muszę uderzyć się w pierś, gdyż sam do niedawna połykałem przynajmniej częściowo podobny miraż. Pragnę też podkreślić, że nie jest moją intencją rościć sobie praw do generalizowania oraz „gruntowności” moich indywidualnych przeżyć. Jestem tylko Niemcem, który w dzisiejszym świecie nurza się w uprzedzeniach, których nie podziela i musi dzisiaj stwierdzić, że żadne z owych uprzedzeń nie znalazło swego potwierdzenia.

Przyjąwszy zaproszenie polskich nacjonalistów, udałem się wraz ze swoją żoną i dwójką dzieci na kilkudniowe wakacje w mieście-twierdzy Glogau, od 1945 roku znanym jako Głogów i znajdującym się we władaniu Polski. Historia tego miasta mówi nam o ciągle zmieniających się rządcach. Początkowo śląskie miasto, potem w trakcie Wojny Trzydziestoletniej nieustanne „zmiany reżimów”, od reformacji do kontrreformacji i pod rządami Szwedów. W 1741 roku anektowane przez Prusy, z przerwą na francuskie oblężenie i zdobycie miasta w XIX wieku. Miasto było niegdyś świadkiem architektonicznego rozkwitu, wielkich czynów dokonanych przez mężczyzn i kobiety, wojen i przesiedleń. Jego centrum od początku swego istnienia zostało spalone, a potem dwukrotnie zniszczone. Rezultatem jest fakt, że 90% jego budynków nie ma więcej niż 70 lat.

Spotkanie odbywało się w ramach prywatnej inicjatywy, a nie oficjalnego wydarzenia politycznego, jakkolwiek wspólne wieczory przypominały bardziej klub dyskusyjny aniżeli miejsce spędzania idyllicznej wycieczki rodzinnej. Znałem już wcześniej Dawida i Michała. Wizytowali Niemcy dwukrotnie. Nasze kontakty zaistniały dzięki mojemu dobremu przyjacielowi dr Suniciowi, który szukał dla swoich polskich kolegów przewodnika w Dreźnie. Tak czy inaczej usiłowałem ulepszyć swoje zdolności językowe, więc się zaoferowałem. Zainteresował mnie fakt, że Polacy chcieli poznać historię i kulturę tego miasta, ujrzeć np. stary szpital wojskowy etc. Chciałem się dowiedzieć co przywiodło ich do owego klejnotu duszy naszej architektury. Dawid jest w istocie bardzo utalentowanym człowiekiem i na dodatek uprawia ciężki trening fizyczny. Michał, którego dzieci są w wieku moich, od początku wyrażał swoją pasję do futbolu. Obaj mogliby uchodzić za Niemców, gdyby nie wyczuwalny akcent. Mają rysy bardzo podobne do naszych, o ile nie identyczne. Ich sposób wyrażania się, zachowania jest czasem bardzo surowy, ale przez to jak najbardziej szczery. Poznałem dwóch niesamowicie uczciwych ludzi, którzy nie ukrywają swojego zdania. Niczego nie maskują. Podczas rozlicznych dyskusji które mieliśmy, także na kongresie w 2015 roku, omówiliśmy całe mnóstwo tematów. Nie licząc tematów poważnych, nikt z uczestników nie zapomniał ich humoru. Gdy siedziałem w domu Michała, powiedział mi: „My Polacy staramy się jakoś przeżyć nasze życie dzięki wisielczemu poczuciu humoru”. Wszystkie dni, które spędziłem w Polsce potwierdziły to zdanie.

Odnośnie kwestii terenów wschodnich: wypłynęła kilkakrotnie. Kiedy rozmawialiśmy na ten temat po raz pierwszy, obawiałem się eskalacji negatywnych emocji. Starałem się jakoś unikać rozmowy. Wydawało mi się bardziej komfortowe rozmawiać o innych sprawach, w obliczu dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazła się cała Europa. Uważałem, że sytuacja mogłaby wymknąć się spod kontroli i nasze wzajemne kontakty uległyby zakłóceniu. W rzeczywistości wydarzyło się coś, co do tej pory uważałem za niemożliwe. Rozmawialiśmy na temat tego kawałka ziemi w taki sposób, jakby żaden z naszych narodów nie miał go na wyłączność. Nikt z nas nie mówił o „mojej” lub „twojej” ziemi. Nie było prób udawania, że Niemcy zamieszkiwali Głogów tylko przez krótki okres. Słów „inwazja”, czy „okupacja” nie uświadczyłem ani razu. Były tylko opowieści o ziemi, którą uprawiali również śląscy Niemcy. Było dużo o regionie, który doświadczył niepowtarzalnej historii i którego tożsamość ulegała przekształceniom. Pokrótce: problem historyczny z Polakami wydaje mi się krok po kroku coraz mniej istotnym problemem. Nie to, żebym zapomniał o losie moich przesiedlonych dziadków. Babcia i dziadek od strony mojego ojca to przesiedleńcy ze Śląska. Kiedy śpiewamy przy ognisku „Schlesierlied”, nie mogę się odpędzić od uczucia, które powołuje do życia pragnienie ziemi, której nigdy nawet dobrze nie poznałem. To coś w rodzaju chwytania czegoś, co przekazali mi w spadku przodkowie.

Dość zatem dziwne, że ja, spośród wszystkich ludzi na ziemi, mogę tak dobrze porozumiewać się z tymi ludźmi. Dziś nie mam już w sobie śladu nieufności czy zawiści wobec Polaków żyjących w Głogowie. Dwaj polscy nacjonaliści, którzy kilka lat temu wizytowali ze mną starą rezydencję króla Augusta Mocnego w Dreźnie, wraz z upływem czasu stali się moimi przyjaciółmi. Przyjaciółmi, którzy ośmielają się walczyć o swój kraj tak samo, jak ja walczę o swój własny. Oni wyczuwają wielkie przebudzenie europejskiej rodziny narodów. Zdają sobie sprawę, tak jak my, że naród to zbiorowość wyrosła na naturalnym gruncie i mająca strukturę planety z własnym porządkiem (Dominique Venner). Niemcy również przynależą do owej europejskiej rodziny. Lecz Polacy też do niej należą. Możemy się od nich wiele nauczyć. Nie chcę debatować nad kwestią obecnych terenów polskich znajdujących się na wschód od Niemiec z perspektywy prawa międzynarodowego. Trudno oczekiwać ode mnie, abym ją rozwikłał jako osoba nie posiadająca wykształcenia prawniczego. Jednak mimo to chciałbym zadać jedno pytanie czytelnikowi, który być może nadal pozostaje sceptyczny względem Polaków: jeżeli wypędzenia naszych przodków były niesprawiedliwe, czemu nie chcę zaprzeczać, to co uprawnia nas do ewentualnego wypędzania Polaków, którzy zamieszkują dziś Śląsk i uważają go za swoją ojczyznę? Zazwyczaj na to pytanie brakuje odpowiedzi. Nawet stary argument, iż „porzucenie jest zdradą” [niem. Verzicht ist Verrat] nie przynosi w tej kwestii żadnych korzyści.

Powrócę do moich doświadczeń z Głogowa. Dni, które tam spędziłem, wraz z żoną i dziećmi, dały mi obraz innego świata. Okazało się, że Polacy mają trudne życie pod względem socjoekonomicznym. Na moje pytanie o warunki socjalne nadeszła odpowiedź, że w Polsce istnieje społeczeństwo dwóch klas, w którym jedna uciska drugą. Zasadniczą różnicę między nimi czyni relacja z systemem politycznym. Dawid wyjaśniał mi, że dwóch robotników, którzy wykonują tą samą pracę fizyczną, opłaca się inaczej. Kluczowym czynnikiem są ich afiliacje i systemowe układy. Przykładowo świetnie wykształcony inżynier może zarabiać mniej od mechanika pracującego w przemyśle i dysponującego znakomitymi znajomościami personalnymi. Owa niesprawiedliwość społeczna kształtuje również obraz miejskiej dżungli i kilka razy doprowadziła do ulicznej wojny domowej, jak choćby w postaci zamieszek podczas polskiego Święta Niepodległości. Ktoś może rzec, że Polacy są skazani na kompletny brak perspektyw. A jednak nawet krótka wizyta w Głogowie wywarła na mnie zgoła przeciwne wrażenie. Społeczeństwo polskie bardzo różni się od naszego. Już jako dziecko odczuwałem narastający w Niemczech chłód oraz niewyobrażalny egoizm wpajany w naszą młodzież. Tak mało interesująca nas Polska zdaje się nie borykać z tym problemem skrajnie liberalnego prania mózgów.

Chcę tu podać zjadliwy przykład. W trakcie naszej podróży do Polski mieliśmy poważną awarię samochodu, który zatrzymał się na rozdrożach ok. 10 kilometrów od Głogowa. Układ napędowy auta przestał działać, a ponieważ była niedziela, a my (niestety) nie mogliśmy liczyć na pomoc z ADAC [Allgemeiner Deutscher Automobil-Club – tłum.] i nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie jesteśmy, sytuacja się mocno skomplikowała. Fakt, że wiozłem ze sobą dwójkę dzieci w wieku pięciu miesięcy i 2 lat nie poprawiał jej. Tym niemniej, nie minęło nawet 5 minut, a otrzymaliśmy pomoc od polskiego kierowcy, który zmierzał do Głogowa. Mężczyzna, posługujący się płynnie angielskim, zapytał mnie co się stało, dokąd jedziemy i czy może pomóc. Przyjąłem jego ofertę z wdzięcznością. Holował nas, aż przyjechał Michał i udzielił nam dalszej pomocy. Ponieważ jak już wspominałem była niedziela, nie było sensu poszukiwać garażu. Pierwszy dzień, jak się zdawało, był przez nas spisany na straty. Lecz Dawid i Michał ze swoją żoną jako dobrzy gospodarze zrobili wszystko, by go nam umilić. Doświadczyłem niebywałej gościnności i byłem pod wrażeniem tego, na jak wiele problemów i kosztów ci ludzie gotowi są się narazić, byle tylko okazać się prawdziwymi przyjaciółmi dla swoich gości.

Trudno mi w ogóle mówić o hotelu, w którym się zatrzymaliśmy. Wcześniej nie zaznałem takiego komfortu i dobrej akomodacji. Każda sugestia, abym zapłacił za usługi hotelarskie z własnej kieszeni była automatycznie odrzucana. Odpowiedź Michała „jesteś naszym gościem” była standardowym zbiciem wszystkich moich prób, aby zmienił zdanie. Następnego dnia szukaliśmy części zamiennych do samochodu. Podczas gdy moja córka bawiła się ze swoją polską rówieśniczką, a kobiety rozmawiały o swoich, jakby to rzec, kobiecych sprawach, my udaliśmy się do mechanika. Jakkolwiek w momencie, gdy nacisnąłem na gaz i cały wał trafił szlag mój nastrój spadł niczym akcje giełdowe nieruchomości podczas ostatniego kryzysu, dziś cieszę się, że to wszystko miało miejsce. Poprzez ten życiowy przykład mogłem doświadczyć na własnej skórze, że odwieczny konflikt Polaków z Niemcami nie jest wcale zdeterminowanym przez historię faktem. W trakcie poszukiwaniu odpowiedniej części i właściwego garażu, miałem okazję wejść w dysputę z wieloma przeróżnymi Polakami. Częściowo po angielsku, częściowo po polsku dzięki Michałowi, mojemu osobistemu tłumaczowi. Zawsze spotykałem się z uczciwością i gotowością do pomocy. Poczułem się jakbym sam żył w kraju panującej nieuczciwości. Podczas mojego pobytu cały czas czułem, że wszyscy Polacy traktują mnie serdecznie. Nie było żadnych dwulicowych, rozmaitych wymówek, zarówno w kwestii interesów, jak i podczas moich prywatnych rozmów z polskimi przyjaciółmi. Z tymi ludźmi naprawdę można rozmawiać o wszystkim. Nie wahają się powiedzieć ci prawdy prosto w oczy, nawet gdyby miałaby zostać odebrana jako osobista zniewaga. Ale muszę powiedzieć, że ani razu nie poczułem się urażony. Wręcz przeciwnie, dzień za dniem, godzina za godziną, rozmowa za rozmową, Polacy traktowali mnie sympatycznie. Przykładowo właściciel pierwszego warsztatu samochodowego przeprosił mnie po niemiecku za to, że nie może zreperować mojego samochodu w związku z natłokiem zleceń. Nie musiał wcale się tłumaczyć. Myślę, że właścicielowi warsztatu, który nawiasem mówiąc jest autorem książki historycznej „Festung Glogau” chodziło o podkreślenie, że to nie moje niemieckie pochodzenie jest powodem opóźnienia w realizacji naprawy.

Kolejnym smaczkiem w kwestii polsko-niemieckich stosunków w ciągu tego dnia była „przyjacielska cena”, którą otrzymałem pod sam koniec wraz z w pełni wyposażonym garażem. Na moje pytanie, czy cena za usługę w Polsce mieści się w ogólnym standardzie, usłyszałem: „Następnym razem przytaszczysz nam trochę niemieckiego piwa i jesteśmy kwita”. Nie mogłem w to uwierzyć.

Zacząłem się zastanawiać nad wszystkim, co zobaczyłem i usłyszałem. Starałem się zrozumieć, dlaczego ci ludzie są wobec mnie tacy przyjaźni, choć nie wszystkich osobiście znałem i przecież reprezentuję naród, z historycznego punktu widzenia dla nich raczej „problematyczny”.

Zacząłem rozmyślać zwłaszcza o nas, Niemcach, o naszym społeczeństwie. Czyż nie jest to właśnie ten rodzaj solidarności, której zawsze nauczamy, a jednocześnie nie doświadczamy jej wśród nas samych? Czy rzeczywiście istnieje jakiś polski szowinizm w stosunku do Niemców, czy raczej po raz kolejny mamy do czynienia ze starą rzymską grą „divide et impera”, która nie pozwala od stuleci by europejskie narody zjednoczyły się w potężnym sojuszu? Opowiadamy tyle historyjek o Polakach-kleptomanach, choć tacy ludzie nie są prawdziwymi Polakami. Cóż za żałosne mamy wyobrażenie naszych sąsiadów, którym bez przerwy pragniemy przyczepiać łatkę ludzi wykonujących „złą” robotę. W rzeczywistości większość tych ludzi jest bardzo obyta i dobrze wyedukowana. Wiedzą znacznie więcej o własnej historii niż my wiemy o naszej. Podczas gdy w tym kraju [w Niemczech – tłum] można odczuć trwogę przed własną przeszłością i nawet patrioci nigdy nie zapominają o odcięciu się od jednego fragmentu naszej historii, Polacy przeżywają swoją narodową dumę w sposób naturalny. Całe ulice i domy były pięknie udekorowane polskimi flagami 1 marca, w „Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych”. Dzień ten dedykowany jest żołnierzom antykomunistycznego ruchu oporu, który działał w Polsce w latach 1944-1963. Dziatwa szkolna zakładała weń biało-czerwone opaski naramienne. W wielu dyskusjach na ulicy dominował temat Niemiec i polityki w sprawie uchodźców. Dzielnice jak Kreuzberg i Neukölln [siedliska nielegalnych imigrantów i lewackich bojówkarzy – tłum.] byłyby w Polsce nie do pomyślenia. Wielu z nas już dawno – i nie bez powodu – zerwało z kościołem. Większości ludzi, których tutaj poznałem, ściśle trzyma się wiary rzymskokatolickiej, która nie ma nic wspólnego z tchórzliwą religią, jaką mamy w Niemczech. W 2015 jeden z księży deklamował publicznie, że w jego oczach islam stanowi zagrożenie dla całej Europy. Mówił o Bogu jako sprzymierzeńcu w walce przeciw dekadencji i obcej infiltracji. Mówił to wszystko podczas polskiego święta niepodległości 11 listopada, zaskarbiając sobie ogromny aplauz setek tysięcy ludzi. Polacy, zwłaszcza moi dwaj przyjaciele Dawid i Michał, żyją wiarą, która wzmacnia ich wewnętrznie i kształtuje ich tożsamość.

Owa wiara jest głęboko powiązana z miłością do własnego narodu i ojczyzny. Nie jest to wiara skłonnych do nadstawiania policzka, nie jest to jakaś religia rodem z pustyni, dla dżentelmenów, którzy ze strachu przed Bogiem spaliliby własnych synów. To jest wiara, która czyni ludziom dobro. Ta wiara wydaje się mnie, osobie nie będącej chrześcijaninem, czymś znacznie lepszym od nihilistycznego ateizmu, którego pożywieniem jest pozbawiony serca racjonalizm. Tylko w takim klimacie opinii żądanie homogenicznego, tożsamościowego społeczeństwa może zostać uznane za naiwne. Tylko w takim społeczeństwie, wypełnionym przedmiotami, które same się celebrują za swoją rzekomą intelektualność i racjonalne argumenty, wiara w porządek oparty na honorze i faustowskie poszukiwanie tego, co spaja świat od środka, mogą zostać uznane za nieracjonalne i śmieszne.

Zacząłem postrzegać Polaków, dzięki ich gościnności i uczciwości, nie tylko jako sojuszników, nie, lecz jako przyjaciół. Zacząłem również intensywnie rozmyślać o naszym społeczeństwie, które myśli, że ma wszystko, a w rzeczywistości jest naprawdę ubogie. Dziś mogę to powiedzieć, a wy możecie mnie do woli za to krytykować, że zazdroszczę Polakom ich dumy i patriotyzmu. Nie chcę osądzać rządów w obcych krajach. Nie ośmielę się jako obcokrajowiec prawić eufemizmów, ani płodzić złych słów na temat ich systemów politycznych. Nie chcę przyjmować polskiego światopoglądu, ani nie zamierzam go zarażać światopoglądem niemieckim. Mimo to czasem zerknięcie na szerszy obraz lub, jak w moim przypadku, za granicę państwa wystarczy zupełnie, nie tylko po to, aby poznać innych, lecz także siebie samego. Faktem jest, że moi dwaj przyjaciele, jakkolwiek pozostają krytyczni odnośnie nowej partii rządzącej PiS, mówią o pewnej zmianie. Polska i jej system zmieniają się. Moi przyjaciele spoglądają w przyszłość z nadzieją. Jako przyjaciel i Europejczyk życzę im, aby ich nadzieje nie okazały się płonnymi.

Czekam na wspólną walkę i bliskie zwycięstwo. Od tej pory nie wyobrażam sobie już wielkiej walki o europejską kulturę bez udziału Polski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.