Karol Oknab-Nelt: Śmierć lewicy

Nie będę ukrywał na wstępie, że nienawidzę lewicy. To chyba nie przypadek, że właśnie lewica występuje z żałosnym postulatem penalizacji emocji i uczuć takich jak właśnie nienawiść, pod postacią tak zwanej: „mowy nienawiści”. Osobiście wolałbym żeby postulowała penalizację na przykład nudy albo siebie samej.
Od razu muszę zdefiniować czym jest lewica według mnie. Gdy mówię o lewicy wcale nie chodzi mi o ekonomię. Jest we mnie duża sympatia do kolektywizmu i socjalizmu. Co więcej, w żaden sposób nie przyjmuję niczym nieuzasadnionego poglądu o prymacie ekonomii nad polityką i ideologią, co nadal jest kamieniem węgielnym dla różnorakich kół reakcyjnych, zachowawczych, konserwatywnych, a w zwulgaryzowanej wersji wyznawane jest przez młodocianych fanów bardzo zabawnego, starszego pana w muszce.
Czym jest zatem lewica? Lewica w mojej definicji to ruch który dąży do pozbawienia człowieka cech ludzkich, odczłowieczenia go i dalej jego kompletnego przeobrażenia w pożądanym kierunku. Obojętnie jak się tego dokona.
Spojrzenie na człowieka niesie za sobą pewne proste obserwacje. Nie licząc patologicznych przypadków, każdy człowiek ma jakąś wiarę, religię, świętości, poczucie wyjątkowości własnego życia, poczuwa się do przynależności do jakiejś wspólnoty, ma marzenia i ambicje, relacje z innymi ludźmi, własne oryginalne doświadczenia. Nikt nie wybiera narodu, rasy, religii w jakiej się urodzi. Wymienione wyżej cechy, wspólnota ziemi, ducha, krwi, genów, przodków, pamięci kieruje go zawsze w stronę Tradycji. Jeśli lewica chce mieć nowego człowieka to musi zniszczyć to wszystko. To chyba nie przypadek, że współcześni lewacy są fanatycznymi wyznawcami psychoanalizy, dekonstrukcji, „posthumanizmu”, „gender studies”, „animal studies”, i innych burżuazyjnych wynalazków. Każda z tych „nauk” dewaluuje wyjątkowość człowieka i ośmiesza go, obarczając winą za dosłownie wszystko.
Skąd zatem wzięła się lewica? Odwoływanie się do rzymskich popularów czy też do stronnictwa ludowego demagoga Kleona w Atenach czasu Wojny peloponeskiej, byłoby chyba zbytnim nadużyciem i pójściem na rękę lewicowej mitologi. Wydaje się, że początku tak zdefiniowanej lewicy należy szukać w Średniowieczu. Różnorakie sekty gnostyczne jak Adamici czy Katarzy, mogły być źródłem dla kolejnych generacji lewicy. Każda z tych sekt, dążyła do zniszczenia świata, w jakim się narodziła, będąc jego kompletną negacją. W miejsce starego świata, proponowała kompletnie utopijny projekt, w którym żyć mogłyby istoty o cechach, na pewno nieludzkich. Stąd, żeby zbliżyć do swojego ideału, zmuszała swoich członków do kastracji, pozbycia się wszystkiego co było w ich posiadaniu, porzucenia jakichkolwiek zajęć, prac, odcięcia się od własnej rodziny, imienia, historii. Nawet z perspektywy dnia dzisiejszego odczuwa się w tych sektach nienawiść do świata, do wszystkiego co żyje, oddycha i się śmieje.
Podobnie ma się to ze współczesną lewicą. Ma ona od początku swojego istnienia ryje pełne frazesów o dobru człowieka, równości, wolności. Jednak sam osobiście mam wrażenie, że jednym z jej motywów działania jest właśnie nienawiść do świata, nienawiść do ludzi. Choć brzmi to jak inwektywa, to liczba jej zwolenników, poznanych przeze mnie, zaburzonych umysłowo, nienawidzących świata, swoich rodzin, religii w której ich wychowano, miejscowości w których się urodzili i wychowali i zapewne samych siebie, jest naprawdę duża. Miałoby to pewien sens: lewica dążąca niby do szczęścia człowieka, które zrealizowane może być tylko tu na Ziemi (za cenę jego kompleksowej zmiany), tak naprawdę prowadzi znienawidzony naród ludzki na pewną śmierć. Przejdźmy jednak teraz do głównego tematu tego eseju.

Lewica zdechła z prostego powodu. Dokonała, tak jak zapowiadała, rewolucję. Miała stworzyć nowy, wspaniały świat, a zostawiła po sobie tylko Ziemię w ruinie i rozpaczy. Okazało się, że oparta była od początku do końca na błędach logicznych, myśleniu życzeniowym, naiwności czy wręcz na kłamstwie i niegodziwości. Lewicy nic nie wyszło. Dziś wydaje się, że myliła się od początku do końca. Piszę to nad jej zamykaną trumną.
Lewica dokonała trzech rewolucji: francuskiej, bolszewickiej i rewolucji seksualnej roku 1968. Pozwolę sobie na odrobinę ekstrawagancji, ażeby opisać zło jakim były te trzy rewolucje, posługując się analogią do współczesnych gnostyków: Rudolfa Steinera i Jerzego Prokopiuka i ich interpretacji fragmentu Ewangelii opowiadającego o ukrzyżowaniu Jezusa Chrystusa, i dwóch bandytów po jego bokach oraz rozwinięciu tego w ich oryginalnej demonologii.
Rewolucja francuska jest Lucyferem, bandytą błagającym o zbawienie. W niej można doszukiwać się narodzin romantyzmu, francuskiego patriotyzmu, antyimperializmu, Stanu Czwartego. Była skierowana przeciwko kompletnie zdegenerowanej, także seksualnie, arystokracji. Podobnie jak jej demoniczny odpowiednik, mamiący ludźmi eskapizmem, sztuką, artyzmem, marzeniami, odcięciem się od rzeczywistości, izolacją, patronujący jednocześnie religiom wschodu, była w pewnym sensie niemożliwa, nierealna, jednak trudno uznać ją za absolutnie zło. Rewolucja bolszewicka była Arymanem, drugim z bandytów, który nawet w obliczu Boga na krzyżu, szydził i bluźnił. Aryman, tak samo jak bolszewizm, jest patronem totalitaryzmu, dyktatury, ludobójstwa, polityki, ateizmu, materializmu, postępu technologicznego, nauki, cielesności. Natomiast rewolucja seksualna była Soratem. Przetrąciła rdzeń europejczyków, niszcząc ich ostatnie święte miejsca: miłość i seks. Podobnie jak ten potwór z Apokalipsy, zniszczyła wszystko to co leżało jakby na samym dnie, u podstaw duszy, zezwierzęcając jej posiadaczy.
Jednak każdy system porewolucyjny załamywał się. Czy to restauracja Burbonów, wskrzeszenie ze zmarłych Rosji, czy też postępujący, współczesny upadek starej, schorowanej, liberalnej Europy Zachodniej. Każda z rewolucji doczekała się swojego nienawistnego oskarżyciela: francuska: Josepha de Maistre, bolszewicka: Aleksandra Sołżenicyna, rewolucja roku 1968: Michela Houellebecq. Jeśli istnieje jakiś najwyższy trybunał, to mam nadzieję, że ci dwaj pierwsi, już w nim zasiadają, sądząc te rewolucje.
Lewica wyczerpała swoje siły, utraciła pęd życiowy. Oczywiście jej przedstawiciele są teraz na najwyższych szczeblach władzy. Podporządkowane są jej szkoły, uniwersytety, media, instytucje, aparat przymusu. Jednak nie ma za sobą tłumów ludzi, w których byłaby „pasjonarność”, determinacja, gniew i poczucie niesprawiedliwości. Lewica tak bardzo zbliżyła się do burżuazji, że czasami używam ich jako synonimów.
Śmierć lewicy należałoby rozumieć nie tylko jako fakt jej odejścia do przeszłości, bo ona powróci w nowej formie, ale jako hasło podobne do: „śmierć burżujom”. Hasła rewolucji, buntu, walki zostały sprawnie przejęte przez nacjonalistów, jawiących się współcześnie jako jedyna siła zdolna do rewolucyjnych zmian. Lewicy został bełkot o parlamentaryzmie, dżenderach, trybunałach, faszyzmie; produkcja niebotycznych bzdur, że w marszach prawicowych idą jacyś idioci, troglodyci, bez szkół i manier, zapewne nie potrafiący używać sztućców. Odwiedziny choćby portalu Krytyki „Politycznej” czy Vice.com bywają naprawdę żenującym doświadczeniem.
Jaką kontrakcję mogłaby podjąć umierająca lewica? Wydaje się, że pewne próby są już podejmowane. Polegają one na próbie przeniesienia obiektu swojej zaburzonej „miłości” z człowieka, który zawsze bywał najsłabszym ogniwem planów „nieproszonych przez nikogo naprawiaczy świata”. Choć brzmi to jak słaby film, to istnieją pewne symptomy, żeby przypuszczać, że lewica będzie dążyć do zastąpienia w przyszłości ludzi cyborgami, hybrydami ludzi i zwierząt, robotami, łatwiejszymi do kontrolowania i tworzenia idealnego świata. Jednak nie ma co się martwić na zapas. Czas skończyć filozofować, czas wyjść na ulice, czego sobie i czytelnikom życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.