Polityka
4.6

Karol Oknab-Nelt: Trzecia RP panny Marii G.

Kiedy Trzecia Rzeczpospolita odejdzie w niedalekiej przyszłości do przeszłości, i stanie obok innych dekadenckich tworów: Weimaru, Dyrektoriatu; problemem będzie dla mnie wybranie jednostkowej postaci która będzie mogła być symbolem tego systemu. Czy będzie to redaktor z małą wadą wymowy, czy też charyzmatycznych przywódca z robotniczego Żyrardowa; najbardziej doceniony Polak; dzierżący odpowiedzialne i kluczowe stanowisko w wielkiej, zjednoczonej europejskiej rodzinie; wyjątkowo zabawny i wiecznie młody prezenter komercyjnej stacji telewizyjnej. Być może nie będą to jednak oni. Być może będzie nim bohater zbiorowy, który zamanifestował się jednocześnie w kilku postaciach.

Każdy Weimar miał swój cyrk. Tak jak każdy Weimar miał swoje małpy. Tak można było wytłumaczyć sobie prawie wszystko. Republika Weimarska do swojej listy plag mogła dodać jeszcze jedną – seryjnych morderców. Społeczeństwo powojennych Niemiec, borykające się z problemami dnia powszedniego, cyklicznie było zasypywane kronikami kryminalnymi, opisującymi kolejne, seryjne morderstwa.

Podobnie jak w Weimarze, społeczeństwo, a mówiąc dokładniej, jego pozostałości: cząstki elementarne, zawieszone w demokratycznej nierzeczywistości nazwanej Trzecią Rzeczpospolitą Polską, są epatowane, tresowane doniesieniami o pojawiających się cyklicznie okrutnych, absurdalnych, nihilistycznych morderstwach jak na przykład: zabójstwo noworodka w Sosnowcu, morderstwo w Kamiennej Górze, lub morderstwo małżeństwa w Rakowiskach, popełnione przez dwójkę młodych ludzi: syna i jego dziewczynę. I właśnie postać tej młodej morderczyni, wydała mi się kwintesencją, personifikacją patologii jaką jest obecny system.

Nigdy nie miałem wątpliwej przyjemności poznać panny Marii G. Nie ma to jednak żadnego znaczenia. Poznałem wiele jej sobowtórów, wariacji na jej temat i gdybym zobaczył nie jej pseudonim, ale którejś z nich na nagłówkach gazet, nie byłbym tym faktem zdziwiony.

Oto jest sobie dziewczynka, moja rówieśniczka, mieszkająca na końcu tego świata, targana swoim dziecięcym Weltschmerzem. Maria G. nurkuje sobie po ciemnej stronie internetu. Deklaruje się jako osoba „homoseksualna”. Dusi się na prowincji jaką jest Biała Podlaska, marząc o dokonaniu wielkich rzeczy. Lubi Slowdive, Swans, Iana Curtisa, trap, czarno-białe wzory, Witkacego, vansy, narkotyki, kropki, czarne ubrania. Lubi obrażać polskiego papieża. Otoczenie ma za miernoty. Funkcjonuje mniej więcej tak jak połowa jej generacji, w świecie, który jest zupełnie oderwany od tego wszystkiego co przywykliście nazywać Polską i jej rzeczywistością. Nie ma w nim miejsca na to czym żyje Polska: nie ma tam stosunków polsko-żydowskich albo polsko-rosyjskich, dylematów współczesnej polityki, politycznej walki „popisu”. To jest zupełnie inny świat. Nie mam pojęcia jak z takich ludzi będzie można w przyszłości zbudować jakąkolwiek funkcjonującą strukturę.

Patologia jaką jest Trzecia Rzeczpospolita „Polska” opętała znaczącą cześć młodych ludzi. Dla niektórych będzie „najpiękniejszy”, darmowy festiwal na świecie, jego pomniejszone wersje: żałosne „juwenalia”, albo znany schemat: melanż w piątek, melanż w sobotę, umieranie w niedzielę i przetrwanie pięciu dni na mniej lub bardziej nic niewartych studiach, nudnej pracy albo w szkole. Dla innych będzie rynek narkotyków w każdym mieście, Dla jeszcze innych będą stadiony i iluzja walki z systemem. Maria G. jest bohaterem zbiorowym, jednostkowym odzwierciedleniem, młodych dziewczyn, młodych ludzi, którzy nienawidzą życia i własnych rodziców. Część z nich ostrzy sobie noże i czeka na sygnał, część z nich już jest alkoholikami i narkomanami. Biografia Marii G. pokrywa się w zdumiewający sposób z wieloma osobami, które znam.

Maria G. nie była produktem żadnego „polskiego ciemnogrodu”, patriarchatu, ani wadliwej edukacji. Nie była ofiarą patriarchatu, bo on nie istnieje. Nie była ofiarą wadliwego systemu edukacji: cała edukacja żałośnie rozmija się z młodymi ludźmi, którzy zupełnie ją ignorują, żerując na bylejakości i naiwności nauczycieli, rodziców, ministrów, żyjąc jednocześnie w dwóch rzeczywistościach. Maria G. została stworzona przez „postmodernizm”. Maria G. jest wytworem Trzeciej Rzeczpospolitej „Polskiej”. Tych „25 lat wolności”, czekoladowych orłów, nowoczesnego „patriotyzmu”, dyrektyw unijnych o tolerancji, zionięcia miłosierdziem.

Jaki sens ma przywoływanie przykładu socjopatycznej jednostki oraz powyższa, nieudolna próba przekształcenia tego w zasadę o szerszym zakresie? Zwłaszcza kiedy po prawej stronie jest „tak dobrze”?

Środowiska prawicowe chełpią się, w sumie zasłużenie, tym że jeśli nie większość, to na pewno ideowa mniejszość współczesnych dwudziestolatków jest zdecydowanie pod ich wpływem. Współczesna lewica jest czymś martwym, wypalonym, pozbawionym jakiegokolwiek elan vital. Jest to tendencja ogólnoeuropejska, związana z wychodzeniem z epoki nazwanej „postmodernizmem”, której czas być może dobiega końca, tak jak jej twórców – szeroko rozumianej lewicy.

Jednak problem polega na tym, że poparcie prawicy ze strony młodych ludzi ma charakter koniunkturalizmu czy wręcz konformizmu. Mody która się pojawiła, ale równie dobrze może przeminąć. Zwłaszcza przyszłe cztery lata rządów byłej opozycji, które mogą obfitować w auto parodiowanie i samoośmieszenie imponderabilia jak naród czy religia. Wiązać się to będzie z powolnym zniechęceniem, zwłaszcza tej części młodzieży która nie znalazła czasu w swoim „napiętym” planie tygodnia, żeby wgłębić się w złożone tematy.

Jeśli współcześni dwudziestolatkowie, niedotknięci jeszcze tak bardzo degrengoladą, są prawicowi to jacy będą ich o dekadę młodsi koledzy? Co mają w głowach współczesne dziesięciolatki urodzone już w XXI wieku, w chwili kiedy III RP rozpoczęła pacyfikować niepokoje społeczne wybujałą konsumpcją na kredyt?

Myślę, że pewną formą odpowiedzi jest przypadek panna Marii G. która stała się swoistą forpocztą, zwiastunem burzy, wyprzedzając swoje właściwe pokolenie. Niesamowitą dywersję na umysłach najmłodszy dokonuje na przykład najbardziej rzetelna stacja telewizyjna ze swoim najrzetelniejszym dziennikiem o dziewiętnastej wieczorem, różnorakimi paradokumentami, choćby opisującymi życie wspólnoty jaką jest szkoła. Wierzę, że w przyszłości będziemy wolni od lewactwa. Tendencja jest ku temu sprzyjająca. Ale to chyba oczywiste, że tendencje mogą się nasilać lub osłabiać i nic nie jest do końca przesądzone.

2 comments

Get RSS Feed
  1. Beata

    Myślę, że warto w te rozważania włączyć również „ciemną stronę” ciemnej Marysi, jej wspólnika w zbrodni. Dziadek Kamila, za komuny działacz PZPR, po przełomie „uwłaszczona nomenklatura”, tragicznie zmarły przed kilku laty w niejasnych okolicznościach. Mama Kamila, córka działacza, nauczycielka jęz. rosyjskiego w Bialskim liceum. Rodzina wzorcowa.
    Ojciec Kamila, self made man, wysoki funkcjonariusz mundurowy w Warszawie. Po zabójstwie Kamil wnioskuje, już z więzienia, o pominięcie krewnych ojca w postępowaniu spadkowym, co rzuca światło na układ sił w tej rodzinie.
    Myślę, że Marysia mogła być tylko katalizatorem, spustem tego, co działo się w tej prominentnej prowincjonalnej rodzinie, Kamil zaś był rzeczywistym motorem zbrodni. Ona się odkrywa, w internecie, wierszach, na sali rozpraw. On jest tylko tłem, ale to pozory.
    Jego rodzina to jeden z kluczy, w końcu to oni zginęli. Dziadek Kamila, właściciel lokalnych stacji benzynowych, miejscowy dygnitarz, matka, córka dygnitarza i ich syn z willi pod miastem, z otwartą drogą kariery i najnowszym modelem komórki w kieszeni w momencie aresztowania – trzy pokolenia wpływowych, dobrze wyprofilowanych społecznie osób. I taki koniec. Radość z „dobrze wykonanej roboty”. Ta szafa kryje niejednego trupa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.