Polityka
3.4

Marcin Digito: Studium szaleństwa

Nie wiem czy istnieje bardziej irytująca rzecz, niż ludzie ogarnięci szałem, wykrzykujący na siebie (to oczywiste, że nie „do siebie”) słowa, które dobywają się jak gdyby z otchłani ich gardzieli. Nie wiem też czy istnieje bardziej irytująca rzecz niż rozwrzeszczane, kłócące się ze sobą kobiety. Być może dlatego nie jestem częstym bywalcem targów, szerokim łukiem omijam zgromadzenia dewotek, a na widok pokrzykujących frustratów (bez względu na orientację polityczną) zaciska mi się w kieszeni pięść i sam walczę z tym, by nie zawładnęła mną furia skierowana przeciwko ich szaleństwu. Niełatwe to zadanie – wytrzymać, tym bardziej jeżeli weźmie się pod uwagę, że w polskim życiu politycznym obowiązuje jedna podstawowa zasada: paradygmat darcia mordy. Zawsze myślałem, że to szaleństwo w oczach podczas konwulsyjnego pokrzykiwania swoich haseł, dyskredytuje polityka w oczach społeczeństwa. To było jednak wtedy, gdy wierzyłem, iż społeczeństwo składa się z jednostek posiadających minimum rozumu. Etymologia słowa rozum, zakłada bowiem właśnie rozumienie. Gdybym miał stworzyć słownikową definicję społeczeństwa brzmiała, by ona następująco:

Społeczeństwo – zrzeszenie jednostek zamieszkałych na wspólnym obszarze państwowo-geograficznym, które jednostkowo cechują się zróżnicowanym poziomem inteligencji, pod wpływem nieznanych jeszcze czynników, w większym gronie zatracają tę cechę stając się bezwolną masą niesłychanie łatwą do sterowania, gdyby ktokolwiek chciał posłużyć się tak otępiałą grupą ludzką.

Rozstrzygnęliśmy zatem rolę społeczeństwa w państwie. Czas na dalszą część moich dywagacji. Człowiek, którego irytuje ów paradygmat darcia mordy, zwłaszcza z pierwiastkiem kobiecym, w ostatnich latach miał dużego pecha. Stał się otoczony przez wrzask dobywający się z każdego kąta naszego ciasnego mieszkania. Trudno nie wspomnieć człowieka legendy– posłanki Pawłowicz, którą swojego czasu bronił niezależny dziennikarz Kolonko, tworząc spiskową teorię tłumaczącą wrzaskliwy wywiad posłanki dla TVN. Niestety, niekiedy nawet najszczersze intencje obrońców dziennikarskiej etyki nie wystarczą by zmienić to co jest prawdą: posłanka Pawłowicz uwielbia się drzeć, wpadając jak gdyby w szaleńczy trans, piętrzący się niby woda na zaporze, która jednak jeszcze nigdy nie wylała. A szkoda, bo byłoby to wydarzenie na miarę dekady. Kolejną postacią, na widok której zaciskają się pięści a otwierają się noże, jest szanowna była premier Ewa Kopacz. Do irytujących cech tej persony należy dodać bezczelną wręcz pewność siebie i wyraz twarzy przypominający kwiaciarki ze Starego Kleparza. Gdy widzę ją na mównicy, wypluwającą z siebie słowa z głową lekko przechyloną w prawo, delikatnie pulsującą to w przód, to w tył, nie mogę usunąć z przed mych oczu obrazu gdaczącej kury, która bardzo chce znieść jajko. Chce, ale nie może. Czy w tym tkwi tajemnica? Jako anegdotę wspomnę o tym, że uczęszczałem kiedyś na zajęcia dodatkowe z języka polskiego, gdzie uczyła mnie młoda kobieta mająca ten sam nawyk, dodatkowo jednak dostawała ataków mrugania. Gdy tylko coś jej się nie spodobało, zamieniała się w ludzkich rozmiarów kurę, która próbowała porozumiewać się ze światem ludzi za pomocą mrugania. Tak, jakby to kokoszenie nie wystarczało. Mimo to nie udało się jej wpoić mi zasad interpunkcji, odpowiedzialność za błędy zrzucam więc na swoich edytorów. I chociaż w tym jednym przypadku przeciwieństwem tych postaw jest premier Beata Szydło, która ze wszystkich zwierząt domowych i gospodarskich przypomina mi nieco Buldoga z obwisłymi policzkami i o znudzonym spojrzeniu. Szydło raczej nie gdacze, zdaje się być zbyt znudzona by gdakać czy się pysznić. Nawet w ostatnim przemówieniu, które media okrzyknęły ostrym, brutalnym itd., tą całą złość ciężko było zauważyć, a głos, choć podniesiony, wciąż przypominał ociężałe warczenie buldoga, złego że ktoś ośmielił się przerwać mu drzemkę, zbyt obojętnego jednak by chociaż szczeknąć. Chyba to nawet lubię, nie irytuje mnie to, może dlatego że też wiele rzeczy mam w obszarze, do którego słońce nie dociera. Szydło nie pyszni się, podkreśla swoją pokorę względem społeczeństwa, czasami nawet jak gdyby była między nami chemia, potem jednak analizują nie jak mówi, lecz co mówi i z tym samym znudzeniem, odchodząc od telewizora ciężko suwając nogami mówię: wszyscy służycie Żydom i masonerii… I choć sam nie jestem przekonany do tego czy jest to prawda, to wydaje mi się to być najbardziej optymistyczną teorią, bo gdy pomyślę o tym, że oni to wszystko tak na serio i sami od siebie, to ogarnia mnie strach.

Przechodząc od płci męskiej, czyli tej niby mniej irytującej, na pierwsze miejsce wyskakuje mój ulubieniec, pupil wszystkich ceniących sobie autentyczne i niezmącone wariactwo. Czy może być coś piękniejszego niż poseł Niesiołowski, wykrzykujący zdania (opluwając się przy tym w całości) o niewiarygodnym chamstwie przy okazji obrażając wszystkich dookoła? Chciałbym brać lekcje u tego człowieka. I znów należy go zakwalifikować jako jedno ze zwierząt naszego folwarku: typuję wiejskiego burka, przemieszanie kundelka z owczarkiem. Mały ale wariat! Niską pozycję w stadzie nadrabia szaleństwem i to z jakim kunsztem! Te wywiady! To marszałkowanie! Gdy zaś na chwilę odstępuje od walki z prawicą i Kaczyńskim i skupia się na bronieniu okopów chrześcijaństwa – istny spektakl! Nie dorównuje mu w tym nawet jego stary kumpel, obecnie wróg największy (oczywiście drugi w kolei po Jarosławie) Antonii Macierewicz. Minister WOJNY żyje w odosobnionej nieco rzeczywistości, jego odchyły są zbyt teatralne, wzrok nie krąży swobodnie po orbitach, a on sam jest obojętny na wszystko prócz zagrożenia rosyjskiego, które zdaje się też coraz mniej zaprząta jego uwagę. Przy tym przypadku należy pamiętać, że szaleństwo doskonałe należy nieustannie karmić publiką. Gdy ministrowi Antoniemu odebrano dostęp do mediów, momentalnie stał się zwiędły niby kwiat. Nie chcę nawet myśleć co czuł ten człowiek, gdy podczas kampanii, publicznie ogłoszono, iż MON zostanie nie on, a Gowin. Być może nawet zapewniania Jarosława o tym, że to tylko taki fortel, mogły go nie uspokoić. Tak też z Antonim nie czeka nas żaden Blitzkrieg, żadna Bitwa o Anglię, a raczej wilgotne okopy i powtarzający się w radiu komunikat na wschodzie bez zmian.

Próżno szukać w nowej fali person mogących zapełnić kolejne strony naszego atlasu zwierząt. Młode pokolenie bowiem dopiero wzrasta, a biorąc po uwagę kryterium młodości kasty politycznej, nazywającą obecną premier przedstawicielką młodego pokolenia, będzie wzrastać jeszcze długo. I nie ma sensu wymieniać tu Petru, który szaleńcem nie jest, gdyż nie pozwalają mu na to jego ograniczenia intelektualne. Nie znajdzie się tu także Kukiz, który jest zbyt prostym człowiekiem (mimo całego brudu za paznokciami) by stać się szaleńcem. Prawdziwy obłęd to sztuka, pełna kunsztu i precyzji. To Szekspir, nie Molier. I z tym przemyśleniem zostawiam Ciebie, mój czytelniku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.