Adam Busse: Garść refleksji o Ekstremalnej Drodze Krzyżowej

Noc z 31 marca na 1 kwietnia bieżącego roku nie minęła w moim życiu pod znakiem snu w wygodnym, ciepłym łóżku, ani świętowania początku weekendu na popularne sposoby, ani czytania książek i serfowania po Internecie. Upłynęła ona pod znakiem udziału w Ekstremalnej Drodze Krzyżowej. Jest to szczególna forma nabożeństwa Drogi Krzyżowej, nie taka, którą znamy z kościołów w okresie Wielkiego Postu. Nie jest to kroczenie za asystą liturgiczną prowadzącą procesję wewnątrz kościoła, ani nie jest to – droga krzyżowa ulicami miasta. To jest nocna, piesza, kilkudziesięciokilometrowa wędrówka przez obrzeża miast, miejscowości, łąki, pola i lasy, w trakcie której każdy indywidualnie, w milczeniu rozważa mękę i śmierć Jezusa Chrystusa. To mój pierwszy raz, i mam nadzieję nie ostatni, choć z pragnieniem wzięcia w tym udziału nosiłem się od dwóch lat.

Trasa niebieska z Rembertowa do domu św. siostry Faustyny w Ostrówku, na którą się zdecydowałem w tym roku, liczyła 40,5 kilometra. Zatrzymywanie się na stacjach Drogi Krzyżowej co kilka kilometrów na rozważania, kończący się własny prowiant na postojach, krótkie drzemki na mokrej od rosy trawie i pod bezchmurnym niebem, maszerowanie w zupełnym milczeniu. Piesza wędrówka zajęła prawie 13 godzin, jednak mimo poczucia chłodu, zmęczenia, braku regularnego snu, obaw o odciski, zdarcia czy ewentualną groźbę kontuzji, pragnienia napicia się czegoś gorącego i jakiegoś posiłku warto było podjąć się tego wyzwania. To było coś więcej niż tylko przejście tych czterech dyszek. To była możliwość zmierzenia się z własnymi słabościami, słabościami, które już na starcie takiego przeciętnego laika mogą zniechęcić, a więc nieregularnym snem bądź jego brakiem, długością trasy, trudnością niektórych odcinków (szczególnie w dużych lasach), groźbą kontuzji, dużym wysiłkiem fizycznym etc. Pomimo obaw, po zdjęciu butów i skarpet miałem jedynie odcisk na pięcie i dwa lekko pokrwawione paznokcie. Takie „obrażenia” to nic w porównaniu z ogromem bólu i cierpienia, jakie przeżywał nasz Zbawiciel w drodze na Golgotę, lżony przez zgromadzony tłum oraz popędzany i batożony przez rzymskich legionistów.
Rozważanie Drogi Krzyżowej na szlaku to próba walki tak ze słabościami fizycznymi (mimo w miarę dobrej kondycji niespecjalnie się przygotowywałem na tę noc), jak i przede wszystkim – walki duchowej. Wielokrotnie człowieka atakują obawy o dojście do celu, najbliższy postój, sprawdzenie swoich obolałych stóp oraz szereg innych myśli, oddalających człowieka od skupienia się na modlitwie. Tego jednak nie należy rozważać jako przekleństwa, ponieważ tutaj chodzi o próbę. Próbę charakteru, która przychodzi właśnie wtedy, kiedy się jest zmęczonym po 10, 15, 20 kilometrach na nogach (ze świadomością, że to nie koniec trasy, że trzeba przejść jej pozostałą połowę), z dala od rodzinnego domu, w zimną i ciemną noc, z kończącym się prowiantem albo bez oraz z rosnącym uczuciem senności. Jest to walka ze słabością, którą albo się pokona idąc te pozostałe paręnaście czy parędziesiąt kilometrów do celu, albo przegra wycofując się i wracając do domu.
Dlaczego postanowiłem napisać o tym dopiero teraz, w kilka tygodni po przeżytym fakcie? Przez pierwszy tydzień jeszcze żyłem tym przeżyciem czy to siedząc w auli wykładowej, czy spacerując po obrzeżach miasta, czy leżąc w łóżku. Potrzebowałem trochę czasu na spokojne pozbieranie myśli, stąd nie postanowiłem pisać na świeżo. Ekstremalna Droga Krzyżowa to bardzo mocne doświadczenie duchowe, które zapadnie w pamięć do końca życia, i które pobudza do refleksji nad swoim dotychczasowym życiem i stosunkiem do Wiary katolickiej. Jest to zarazem szkoła Wiary i kuźnia charakteru, sprawdzająca nas w chwilach próby. Tegoroczna Droga przeszła pod hasłem „Droga Przełomu”, hasłem wyrażającym w pełni odkrycie istoty tej formy przeżywania Drogi Krzyżowej. Dalekiej od zwykłego spaceru poza domem i piknikowego wygodnictwa.

Pisząc tę krótką refleksję przypomina mi się fragment „Drogi Legionisty” o drodze, jaką rumuński nacjonalista musi wspiąć się na Górę Cierpienia:

Na początku wspinaczka wydaje się łatwa. Później staje się coraz trudniejsza, cierpienie coraz większe. Pierwsze krople potu pojawiają się na czole Legionisty. Wówczas zły duch, który wślizgnął się ukradkiem pomiędzy strudzonych Legionistów, podsuwa myśl: „Czy nie lepiej byłoby zawrócić? Droga Legionisty, w którą wyruszyliśmy, staje się zbyt trudna. Góra jest stroma i wysoka, a celu wciąż nie widać.” Ale Legionista nie słucha, idzie swoją drogą, jakkolwiek by ona nie była ciężka. Po pewnym czasie zaczyna być zmęczony tą niekończącą się wędrówką, wydaje się, że opada z sił. Ale na szczęście dociera do strumienia, który jest tak czysty, jak serce przyjaciela. Pije, obmywa twarz, bierze głęboki oddech i kontynuuje swoją wspinaczkę na Górę Cierpienia.
Kiedy Legionista spogląda na odległy szczyt Góry, mówi: „Trudno będzie dojść tak daleko, pomóż mi, Panie, dostać się na wierzchołek.” Lecz zły duch szepcze: „Czyż nie lepiej byłoby zawrócić? Zapomnij o miłości do Króla i Ojczyzny, do Narodu i ziemi ojczystej. Cóż od nich zyskałeś? Czy nie byłoby lepiej siedzieć wygodnie w domu?” Legionista idzie jednak dalej z niezachwianą wiarą, poprzez ostre skały. Jest zmęczony. Upada. Ręce ma podrapane, zauważa pierwszy raz, że jego kolana krwawią. Podnosi się mężnie i kontynuuje wędrówkę. Pozostało już niewiele drogi do przebycia, ale skały stały się urwiste i ostre. Jego czoło krwawi i krople krwi padają na nieczułą skałę. „Czy nie byłoby lepiej zawrócić?” – szepcze zły duch. Legionista zdaje się wahać. Ale wtem słyszy głos wzywający z głębi stuleci: „Naprzód, dzieci! Nie poddawajcie się!”
Ostatni wysiłek. I dzielny człowiek osiąga szczyt Góry Cierpienia dzięki swemu chrześcijańskiemu i rumuńskiemu duchowi, pełen szczęścia i radości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.