Filip Paluch: Charitas

„Charytatywność” – słowo występujące w medialnym obiegu niemal bez przerwy. Jego największe nasilenie następuje w okolicach świąt, kiedy to nagle całe społeczeństwo zdaje się rzucać w wir działalności na rzecz swoich bliźnich. „Zdaje się” gdyż w rzeczywistości  działalność większości osób nie wykracza poza sms-a pomocy lub bankowy przelew. W nadchodzącym czasie znów użytkowników miejskiej komunikacji, zaleją setki reklam informujących o Szlachetnej Paczce, zbiórkach żywności czy innego tego typu akcjach. Warto zatem zastanowić się choć przez chwilę nad właściwym znaczeniem słowa „charytatywność”, a może bardziej nad jego sensem.

Łacińskie słowo charitas  tłumaczy się jako „miłosierdzie” i oznacza pomoc bliźnim oraz ubogim.  Katolicka nauka wyróżnia uczynki miłosierne co do duszy oraz co do ciała. O ile uczynki względem ciała nie wymagają obszernego tłumaczenia, w końcu każdy potrafi zrozumieć dlaczego należy nakarmić głodnego, o tyle uczynki miłosierne względem duszy są doskonałym lecz niezrozumiałym przykładem tego, czym powinna być charytatywność.

„Grzesznych upominać, nieumiejętnych pouczać, wątpiącym dobrze radzić, strapionych pocieszać, krzywdy cierpliwie znosić, urazy chętnie darować, modlić się za żywych i umarłych” To wskazówki dotyczące chrześcijańskiej działalności charytatywnej, podawane przez Katechizm Kościoła Katolickiego. Wiele osób nieświadomie zarażonych wirusem materializmu, nie będzie potrafiło znaleźć powiązania pomiędzy wolontariuszami z sąsiedztwa zbierającymi plastikowe nakrętki na wózek inwalidzki dla X, a wskazówką by „wątpiącym dobrze radzić”. To pierwsze obraca się w dziedzinie rzeczy materialnych (choć pewnie w swej istocie poza nie wychodzi), zbierane są nakrętki w celu zgromadzenia pieniędzy, za które zostanie zakupiony wózek, który w rzeczywisty i namacalny sposób poprawi komfort życia X. Zbyt wiele osób pragnie by ich zaangażowanie zakończyło się w tym miejscu. Parafrazując pewnego internetowego komika należy stwierdzić, iż celem życia nie jest przeżycie. Celem życia każdej osoby wierzącej, jest zbawienie. Stanu ludzkiej duszy nie poprawią tysiące złotych przelane na konto jakiejś fundacji. Może to uczynić tylko rzeczywiste zaangażowanie myślą, sercem i dopiero pieniędzmi.

Czy zatem działalność charytatywna, zarówno względem duszy jak i ciała, jest czynieniem dobra tylko dla osoby potrzebującej? Czy charytatywność nie jest czasem uczynkiem miłosierdzia również względem samego siebie?

Pamiętam sprawę pewnego bezdomnego, opisywaną przez jeden z katolickich tygodników. Pomagał on wielodzietnym rodzinom, które miały problemy z przeżyciem od wypłaty do wypłaty. Choć sam nie miał dachu nad głową, troszczył się o innych. O jego działalności dowiedziało się kilka zamożnych osób, które skontaktowawszy się z nim, chciały przelać lub dostarczyć pieniądze by wesprzeć jego działalność. Bezdomny odmówił, nie chciał gotówki za którą szły niewiadome intencje. Chciał by jego dzieło było sprawą serca. Sądzę, że poprzez swoje czyny więcej korzyści przyniósł potrzebującym i samemu sobie, niż niejedna fundacja „pierwszych dam”.

Warto może o tym przypomnieć również w katolickich strukturach charytatywności. Największa i najbardziej efektywna organizacja pomocy jaką jest Caritas, niedawno wypuściła w eter spot reklamowy, po którego wysłuchaniu pozostało jedynie załamać ręce.

„Nie ma czasu by pomagać? Wpłać pieniądze na…” I może owszem, nie ma co dzielić włosa na czworo. Każdy pieniądz się przyda, w końcu w kraju bieda. A i za granicę jest co i do kogo wysyłać. Jednak to już jawna karykatura. Katolicka działalność nie powinna polegać na byciu finansowym pośrednikiem. Katolicyzm angażuje człowieka dla innych, nie zaś jego pieniądze. Warto o tym przypomnieć autorom spotu.

Kolejnym przykładem, tego jak łatwo zapomnieć o duchu, w świecie afirmacji materii jest moja ulubiona akcja – Szlachetna Paczka. Nie będzie to przykład szokujący, i żywię nadzieję, że moje nikogo nie zniechęci to do wzięcia w niej udziału. Ideą szlachetnej paczki (według mojego rozumienia akcji) był kontakt człowieka z człowiekiem. Choć darczyńca zazwyczaj nie spotykał się twarzą w twarz z osobą której pomagał, to nie można powiedzieć, że nie wytwarzała się pomiędzy nimi relacja. Konkretna osoba posiadająca możliwości finansowe odnajdywała na stronie akcji konkretną rodzinę, której może pomóc. Rodzina podawała konkretne swoje potrzeby, bez żadnych ograniczeń. Prośby zaczynały się od koca czy ręcznika a kończyły na nowej lodówce, instalacji grzewczej czy pralce. Organizator zastrzegł, że dary muszą być nieużywane. To od darczyńcy zależało, które z potrzeb rodziny może zrealizować. To on borykał się z wyborem pomiędzy zakupem nowego łóżka lub też nowej pralki. Czynność ta przestawała być czymś mechanicznym, ofiarodawca wczuwał się w sytuację rodziny po to by móc pomóc jej w sposób najbardziej adekwatny. Był to kontakt człowieka z człowiekiem. Akcja może nie miała potencjału na zlikwidowanie biedy w Europie środkowo-wschodniej, na pewno jednak miała potencjał na odbudowę człowieczeństwa w tym obszarze geograficznym. Dlatego niezbyt ucieszyło mnie gdy zobaczyłem jak potencjał akcji, który polegał na kontakcie konkretnego człowieka z konkretną rodziną, zaczął degradować się do kontaktu konkretnego człowieka z konkretnym kontem bankowym. I być może racje mają ci, którzy powiedzą że to i tak dobra robota, bo w tym kraju jest zbyt duża bieda by rozwodzić się nad tym kto, komu i w jaki sposób pomaga. Szkoda jednak, że w tym zawirowaniu zapomina się zupełnie czym jest prawdziwa charytatywność – miłosierdzie.

Działanie mające na celu zapewnienie godnego bytu bliźnim, którzy nie mają możliwości zrobić tego sami, powinno być motywowane przede wszystkim miłosierdziem objawiającym się w indywidualnej relacji z drugą osobą. Współcześnie pragnie się rozwiązywać wszystkie problemy, nierówności i niedomagania, za pomocą materii. Zakupywane są dary dla ubogich, koce dla powodzian, wyposażenie do mieszkań czy żywność do szkół. Działanie wręcz idiotyczne jeśli weźmiemy pod uwagę, że są przypadki, w których jedynymi bezinteresownymi osobami w całym tym wirze charytatywności, jest osoba wrzucająca monetę do puszki oraz osobą tą puszkę trzymająca. Potem już tylko zatrudnione osoby organizują zakup wybranych produktów, do transportu których zatrudnia się odpowiednią firmę a pozostałe pieniądze ze zbiórki przeznacza się na reklamę. Działania te bardziej przypominają firmę działającą na zlecenie ofiarodawcy niż zorganizowaną działalność charytatywną. A tak być nie powinno.

jjj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.