Marcin Madej: Być godnym Chrystusa. Komentarze do Ewangelii wg św. Mateusza (II)

„Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je. a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 10, 34-39)

Nie sądźcie że przyszedłem pokój przynieść na ziemię

Te słowa mogą nas dziwić, przerażać, a w skrajnych przypadkach nawet zrażać do osoby samego Jezusa Chrystusa. Przecież to Bóg miłości,  Zbawiciel człowieka,  Przyjaciel dzieci i ubogich… Jezus kocha wszystkich, rozmawiał z każdym człowiekiem i nakazywał dialog.  Tak, przede wszystkim dialog!  Zadaniem Kościoła jest prowadzić dialog – nieustanną konwersację z  wiernymi, ludźmi innych wyznań a nawet niewierzącymi. Brzmi znajomo,  czyż nie? Wielu ludzi żyje tak jakby były to dogmaty wiary. My jednak weźmy przykład Tomasza Apostoła oraz jego  wspaniałego imiennika z XIII wieku i zweryfikujmy wszystkie powyższe  twierdzenia.

Jesteśmy chrześcijanami-sięgnijmy do Ewangelii.

Jesteśmy filozofami-sięgnijmy do Ewangelii.

Jesteśmy  „wierzącymi niepraktykującymi katolikami”- wyciągnijmy naszą rękę ku Księdze kurzącej się już od lat na półce.

Jesteśmy historykami- zajrzyjmy do najbardziej wiarygodnego świadectwa o życiu Jezusa Chrystusa.

Jesteśmy inżynierami–poznajmy fundament chrześcijańskiego życia.

Dla bezpieczeństwa jednak omińmy rozdział 10. Mateuszowej   Ewangelii. O wiele przyjemniej będzie czytać o tym jak Jezus brał dzieci na ręce i błogosławił je, o tym,  jak rozmnożył chleby i ryby aby nakarmić  słuchające Go głodne rzesze. Albo nie,  moim ulubionym fragmentem jest ten, w którym Jezus opowiada przypowieść o synu marnotrawnym.  To takie wzruszające! So cute! Takie miłe i przyjemne,  aż chce się słuchać. Taką Ewangelię możemy przyjąć! Nie ulega wątpliwości,  że ludzie wyznający te dogmaty żyją w wierze fikcyjnej,  która jest wytworem ich własnych  pragnień i wyobrażeń.   Problem w tym,  że wiara ta nie jest prawdziwa, prowadzi donikąd, a co za tym idzie jest nic nie warta.

Wyznawcy tej fałszywej religii,  którzy tak opacznie przeczytali Ewangelię podobnie podchodzą do całej reszty swojego życia. Dziennikarze wybierają tylko te informacje, które im pasują bądź odpowiadają światopoglądowi reprezentowanemu przez ich gazetę, telewizję czy radiostację.   Historycy opisują tylko wygodne fakty.  Filozofowie skłaniają się ku postmodernistycznym prądom,  gdzie prawda nie jest przecież obiektywna.  Najgorzej jest, gdy wszyscy wyżej wymienieni nazywają siebie chrześcijanami. Jednak prawda jest taka,  że takie potworne hybrydy  w realnym świecie nie mają racji bytu.

Jezus Chrystus stawia w Ewangelii surowe wymagania. Dla wielu oburzającymi są słowa Zbawiciela:

Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien.

Coś podobnego! Sentymentaliści precz! Jeżeli ktoś idzie za Chrystusem dlatego, że dobrze mu w Jego towarzystwie, lubi patrzeć na uśmiechy dzieci, być pod wrażeniem wspaniałych cudów uzdrowień, czyli mówiąc krótko idzie dla zaspokojenia własnych potrzeb, otrzymuje ze strony Chrystusa krótkie podsumowanie-  Nie jest mnie godzien.

Wyobraźmy sobie przyjście Chrystusa w naszych czasach (oczywiście całkowicie nieoficjalne,  bez straszenia Paruzją! – o niej także nie wypada wspominać). Jezus Chrystus po raz kolejny wkracza w naszą historię,  składa prywatną wizytę, aby udzielić wywiadu.  Najgorszą wydaje się być  obojętność ludzkości na przybycie tak wspaniałego Gościa. Może nie mieścić nam się w głowie,  że Syna Bożego ludzie potraktowaliby na równi z prezydentem Trumpem,  Putinem, Dalajlamą i  innymi grzesznikami. Moje podejrzenia sięgają głębiej.  Jezus Chrystus  nie miałby żadnej siły przebicia  w świecie,  w którym grzech jest wartością. Gość-Coniedzielny  nie zgodził się na spotkanie.

Bóg-Człowiek  zaproponował bowiem temat,  który nie odpowiadał dzisiejszym standardom poprawności teologicznej.  Chciał rozmawiać o  Apokalipsie  Jana Apostoła.

-To mój umiłowany uczeń – argumentował z  miłosiernym uśmiechem na  na świętej Twarzy.

-I moje dla niego objawienie – dodał.

Jednak werdykt był surowy.

-Temat wybrany przez Pana Jezusa Chrystusa nie jest zgodny z działaniami ekumenicznymi  podejmowanymi przez naszą redakcję. Nie wolno zapominać, że dla naszych braci protestantów Luter pozostaje kimś ważnym.  Jest postacią na sztandarze.  Jego protest jest częścią protestanckiej tożsamości. Ksiądz Doktor Martin Luter uznał przecież, że w Apokalipsie “nie może znaleźć nic takiego, co by pozwalało mu uznać tę księgę”.

-A, tak, Marcin… to tak boli… –  z Boskiego Serca raz jeszcze zaczęła sączyć się krew.

-Co Panu jest,  potrzebuje Pan pomocy?

-To stara rana. Golgota … Wittenberga…- gwałtownie przerwał stan boleści i dodał stanowczo:

-Niech poszuka w pokorze. – rozmowa była skończona.

A jednak!   znalazł się dziennikarz,  który zechciał przeprowadzić z Nim wywiad.

Nie po drodze mu było z  z Pismem Świętym,  więc temat przyjął bez żadnych obiekcji.  Apokalipsa  -to Brzmi tajemniczo groźnie – dobrze się sprzeda!

-Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

-Bóg zapłać! (Zbawiciel obdarzył redaktora tym samym cudownym uśmiechem)

-Moim i państwa gościem jest Pan Jezus Chrystus – Prorok, którego znamy z ewangelicznych przekazów.  Czy jego obecność z nami dzisiaj jest dowodem na to że zmartwychwstał i wciąż żyje? Co robi tu, na Ziemi po przeszło dwóch tysiącach lat? Pamiętajcie państwo,  że swoje pytania do naszego gościa możecie wysyłać  smsami  bądź za pomocą Facebooka i Twittera. Jezus Chrystus – czyli kto?

-Jezus Chrystus Boga Syn Zbawiciel. Jestem drugą Osobą Trójcy, jestem Bogiem – Człowiekiem bez granic zakochanym w człowieku.

-Po co przyszedł Pan teraz na ziemię?

-Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową;  i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy.

-Niewiarygodne… Przecież to niemożliwe, Pan jest miłosierny!

-Jestem też sprawiedliwy…

Pan nie może tak mówić! Każe Pan wybierać między Sobą a rodzicami, synowi odrzucić ojca w imię wyboru Pana drogi, córce matkę…  To do Pana nie pasuje!

-Moja Miłość nie ma granic i wymaga takiego poświęcenia – bezgranicznego.

-Czyli nie respektuje Pan wolności jednostki? Wolności wyznania?

-Jestem Drogą, i Prawdą, i Życiem.

-Jedyną?

-Jestem który Jestem.

I tak skończyło się to tragiczne spotkanie, którego na szczęście nie było.

A może było…?

Na Mszy niedzielnej… Bóg przyszedł na Ziemię (półoficjalnie, nie w kontekście Paruzji). I cóż z tego, że przyszedł, skoro ludzie i tak wiedzą swoje i mają już gotową wizję roli Boga w swoim życiu? Ta rola to warunkowe istnienie gdzieś daleko, tak daleko, jak Hostia na ołtarzu, której nie widać nawet w momencie Podniesienia, gdy na Mszy stoi się z tyłu, pod chórem. W czasie Komunii śpiewają:

Jezus przychodzi, troski nam osłodzi

Więc bierzmy, więc spieszmy

Do Jego stóp.

On nas z Ołtarza łaską swą obdarza!

Lecz cóż z tego, że przychodzi? Logos nie zostaje przyjęty:

Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli…

(J1,11)

Jednak Ewangelia to orędzie pełne nadziei, a słowa z Ewangelii św. Jana brzmi jak obietnica:

Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli,
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,
tym, którzy wierzą w imię Jego (J1,12)

Przyjmij Chrystusa, przyjmij Go ze wszystkimi konsekwencjami przyjęcia Boga. Weź swój krzyż i idź za Chrystusem. Bądź godny Chrystusa, abyś przystępując do Komunii z Nim mógł powiedzieć:

 

Panem caelestem accipiam et nomen Domini invocabo.

Chleb niebiański przyjmę i wezwę Imienia Pana

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.