Peter Kwasniewski: Sam szacunek to za mało. O ważności Tradycji

Pod koniec sierpnia katolicki świat dowiedział się ze smutkiem o silnym trzęsieniu ziemi, które nawiedziło region we Włoszech około miasta Norcia, starożytnego miasta Nursia, tradycyjnie uważanego za miejsce narodzin śśw. Benedykta i Scholastyki, a także siedziba (od Jubileuszowego Roku 2000) benedyktyńskiego klasztoru znanego z tradycyjnej liturgii i wybornego piwa. Ta wiadomość szczególnie mnie zmartwiła, gdyż jestem oblatem tego klasztoru i spędziłem tam dwa tygodnie w lipcu prowadząc wykłady na temat Listu do Hebrajczyków. Oglądając zdjęcia zniszczeń, na myśl od razu przyszedł mi werset z tego listu: „Nie mamy tutaj trwałego miasta, ale szukamy tego, które ma przyjść” (Hbr 13:14) oraz inny: „Bo kogo miłuje Pan, tego karze, chłoszcze zaś każdego, którego za syna przyjmuje” (Hbr 12:6). Bogu dzięki, w prawdziwie benedyktyńskim duchu mnisi rozpoczęli odbudowę. Wielu ludzi przybywa na pomoc i z biegiem czasu wspólnota nie tylko stanie na nogi, ale wyjdzie z tego silniejsza niż wcześniej.

Mimo wszystko, zniszczenia w Nursji są ogromne. Trzęsienie ziemi było gwałtowne, o wysokiej magnitudzie. Wystąpiły silne wstrząsy wtórne. W wielu budynkach w całym miasteczku, wliczając w to bazylikę i mniejsze kościoły, widoczne są olbrzymie pęknięcia na ścianach, pęknięte sufity, naruszona konstrukcja. Eksperci chodzą od budynku do budynku, dokładnie je sprawdzając, by ocenić zagrożenie i zdecydować, czy są one bezpieczne. Miejsca niegdyś pełne życia nie nadają się obecnie do zamieszkania. Potrzeba lat kosztownych remontów nim wszystko wróci do normalności. Na pewno będzie trzeba opracować tymczasowe rozwiązania, jednak na pewno nie będą cechować się pięknem czy wytrzymałością, ani nie będą porównywalne w stylu z resztą tego średniowiecznego miasteczka i w końcu będą musiały zostać zastąpione czymś trwalszym i wartościowszym. Poniesiono także koszty, o których mówi się trudniej, gdyż są one emocjonalne, osobiste, duchowe: niektórzy ludzie zostaną uświęceni poprzez te próby, a inni mogą wykorzystać tę okazję do grzechu. Krótko mówiąc, w przeciągu tylko jednego dnia Nursja stała się miejscem strachu, niepokoju, zamętu, rozczarowania, bólów głowy i serca zbyt licznych, by liczyć. Stała się także miejscem heroicznej ofiarności i hojności, wezwaniem do cierpliwości, nadziei i determinacji, a także przypomnieniem o tym, co jest w życiu najważniejsze.

Wydaje mi się, że możemy potraktować to trzęsienie ziemi jako metaforę Kościoła naszych czasów. Coś podobnego zaczęło się dziać około pięćdziesiąt lat temu w życiu Kościoła Katolickiego, mianowicie seria nagłych i poważnych zmian w sposobie sprawowania Najświętszej Ofiary i innych sakramentów, a owe zmiany miały znamię herezji. Ziemia zadrżała pod nami, gdy starożytne ryty liturgiczne i pobożne praktyki zastępowano niemalże z dnia na dzień pospiesznie skleconymi formami i niespotkanymi dotąd nowinkami. W Europie Zachodniej i w Ameryce wybuchła epidemia nieokiełznanych eksperymentów. Nie ostał się żaden pewnik. Mapa i kompas tradycji zostały porzucone na rzecz wspólnotowych ćwiczeń z zakresu wyrażania siebie. Nadejście Novus Ordo Missae przypominało trzęsienie ziemi pod względem zarówno tempa jak i zniszczeń, które poczyniło w tak wielu miejscach [1]. Lokalne kościoły, które wypełniali liczni wierni i w których kiełkowały liczne powołania kapłańskie i zakonne, popadły w ruinę, gdyż miliony katolików przestało praktykować swoją wiarę, a tysiące kapłanów, mnichów i sióstr zakonnych porzuciło swoje święte powołanie. Kiedy opadł kurz nie nastąpiła odnowa: powstały gigantyczne pęknięcia w intelektualnej i duchowej strukturze, ściany i sufity artystycznego piękna rozpadły się, budowle kościelne nie były wystarczająco bezpieczne, by w nich spokojnie przebywać.

Jednakże, pół wieku później Lud Boży musi uporać się z raportami własnych „inspektorów budowlanych”, którzy doskonale zdawali sobie sprawę ze skali tego trzęsienia oraz rozmiarów strat – są to eksperci, którzy znają i kochają kościelną liturgię, teologię i tradycję, eksperci, którzy są obyci w naukach społecznych takich jak antropologia, psychologia i socjologia. Jednym z nich był Michael Davies, który w swojej książce Cranmer’s Godly Order wykazał, iż zmiany poczynione w liturgii rzymskokatolickiej są porównywalne z tymi, które przeprowadził Thomas Cranmer, tworząc protestancką liturgię dla kościoła anglikańskiego. Innym był Laszlo Dobszay, który udokumentował niespójność między rytem a muzyką w nowej liturgii. Jest także Dom Alcuin Reid, którzy wykazał, że reformy liturgicznej lat sześćdziesiątych nie można uważać za kontynuację rzymskiej tradycji według jakiejkolwiek osadzonej w historii i filozoficznie spójnej definicji słowa „organiczny”[2]. Jest wielu autorów, spośród których można wymienić Aidana Nicholsa, Catherine Pickstock, Mary Douglas i Anthony’ego Archera, którzy, wykorzystując nauki społeczne takie jak antropologia religii, obnażyli z wyjątkową jasnością jak nietrafnie autorzy zmian w rytach liturgicznych ocenili faktyczne potrzeby „nowoczesnego człowieka” i dokładnie opisali jak owi autorzy nie tylko ponieśli porażkę w kwestii powstrzymania fali sekularyzmu i desakralizacji, ale wręcz się do niej przyczynili.

Katastrofy naturalne są przyczyną wielu fizycznych i kulturalnych strat, jednak służą one także wydobyciu z ludzi tego, co w nich najlepsze. Można powiedzieć coś podobnego o liturgicznej i teologicznej rewolucji, która miała miejsce w minionym wieku. Jak tylko stało się jasne, że targnięto się na wspaniałą tradycję katolicką do tego stopnia, że istniało niebezpieczeństwo, iż zostanie ona całkowicie porzucona, Duch Święty wzbudził wiele szlachetnych dusz, różnych stopniem, klasą i stanem, sławnych i nieznanych, by oparły się tej wymuszonej paradzie unowocześniania. Można tu przywołać tzw. indult Agathy Christie, na mocy którego kapłani w Anglii otrzymali pozwolenie na dalsze sprawowanie tradycyjnych rytów liturgicznych (choć później dowiedzieliśmy się z Summorum Pontificum, że takie pozwolenie nigdy nie było konieczne). Przychodzą tu na myśl również słowa, w których Jan Paweł II zachęcał biskupów by byli „hojni” w kwestii liturgii wobec katolików przywiązanych do własnej tradycji liturgicznej. Należy wspomnieć zwłaszcza o papieżu Benedykcie XVI, który stanowczo przywołał Kościół do ciągłości ze swoją chwalebną przeszłością, tradycją przepojoną wiarą, niedoścignioną kulturą piękna w służbie Słowu. W tych dziesięcioleciach błądzenia po puszczy, w tej niewoli babilońskiej względem współczesnych zachodnich mód, cichutko wzrastał ruch pragnący na nowo odkryć i przywrócić pełnię kultu Kościoła. Księży, zakonników i świeckich oddanych usus antiquor można obecnie spotkać w każdym kraju i na każdym kontynencie; cechują ich duże rodziny i wysoka liczba powołań do kapłaństwa i życia konsekrowanego. Kult w pełni katolicki zawsze połączony jest z doktrynalną integralnością, byciem świadkiem w życiu codziennym i ciągle na nowo przeżywanym łaknieniem świętości. To wszystko stanowi pociechę pośrodku gruzowiska.

Jednakże, po wysłuchaniu tej rozbudowanej metafory, można by poddać jedną rzecz w wątpliwość. „Dlaczego tradycja jest aż tak ważna? Czyż nie wystarczy porządna liturgia? Jeśli tylko jesteśmy szczerzy w naszych intencjach i traktujemy poważnie naszą modlitwę, te wszystkie pozostałe rzeczy: język kultu, rodzaj muzyki, kierunek modlitwy księdza, sposób w jaki ludzie przystępują do Komunii Świętej, stosowanie tych samych czytań i modlitw, które katolicy stosowali przez wieki, itd. są po prostu drugorzędne. Są tym, co Jezus nazwał «zewnętrzną stroną kubka i misy» (Mt 23,25), a On nauczał nas, że nie jest ona w religii najważniejsza.”

Takie wątpliwości są oczywiście do pewnego stopnia uzasadnione. Istotnie, nasze intencje mają znaczenie fundamentalne. Jeśli niewierzący symuluje chrzest jako część przedstawienia scenicznego, tak naprawdę nie zostanie chrześcijaninem. Żadna rzecz zewnętrzna sama z siebie nie zagwarantuje, że będziemy czcić Ojca w duchu i prawdzie (J 4,23-24), a postawa czci i powagi jest najważniejszym wymogiem ars celebrandi. Niemniej jednak, wierzę ze tak przedstawiony zarzut jest błędny, a wręcz niebezpieczny, gdyż zakłada (i w ten sposób popiera) radykalne przekształcenie samej natury religii katolickiej na gruncie oświeceniowej filozofii.

Prymat tradycji jest zasadą nadrzędną i uprzednią względem wszystkich sporów co do tego, która praktyka jest lepsza czy gorsza. Jest to podstawowe twierdzenie, głoszące że nasza religijna spuścizna przekazana nam przez ojców na nas oddziałuje. Nie „posiadamy” tego daru, ani tym bardziej go nie „wytwarzamy”. Tradycja przychodzi do nas z góry, od Boga, który w swej opatrzności stworzył nas jako istoty społeczne, które dziedziczą język, kulturę, religię. Przychodzi do nas od naszych przodków, którzy po łacinie nazywani są antecessores – czyli dosłownie ci, którzy odeszli wcześniej [3]. Są przed nami, nie za nami, ukończyli wyścig, a my stajemy by zaczerpnąć z ich zbiorowej wiedzy. Św. Paweł opisuje tę zasadę w 1 Liście do Tesaloniczan (1 Ts 4,1): „prosimy i zaklinamy was w Panu Jezusie: według tego, coście od nas przejęli w sprawie sposobu postępowania i podobania się Bogu – jak już postępujecie – stawajcie się coraz doskonalszymi!”

Odrzucenie tradycji i kult zmiany ucieleśnia charakterystycznie nowoczesną postawę „władzy nad tradycją”, która pełni rolę społecznego odpowiednika „władzy nad naturą” Bacona i Kartezjusza. Połączenie kapitalizmu i technologii pozwoliło nam nadużywać dóbr świata natury, traktując go jako surowiec czekający na wykorzystanie, w pogoni za spełnieniem samolubnych żądz. W podobny sposób, pod wpływem racjonalizmu i indywidualizmu zaczęliśmy traktować tradycję katolicką, jakby była zbiorem odosobnionych faktów z których my, którzy jesteśmy tak samodzielni i wspaniali, możemy wybrać dowolną kombinację, która nam odpowiada. Przyjmując tę arogancką postawę, nie jesteśmy w stanie rozpoznać z pokorą cechującą stworzenie, że nasza racjonalność jest społecznie ukonstytuowana i zależna od tradycji. Nie szanując naszych antecessores, nie potrafimy żyć zgodnie z naszą naturą polityczną i godnością chrześcijańską jako odbiorców konkretnego, historycznego objawienia, które trwa i rozwija się organicznie w czasie i przestrzeni [4]. Przywodzi to na myśl słowa psalmu: „On sam nas stworzył, my Jego własnością” (Ps 99[100],3). Ipse fecit nos et non ipsi nos. Nie stwarzamy siebie, ani naszej religii czy naszych liturgii – otrzymujemy naszą egzystencję, otrzymujemy naszą wiarę, otrzymujemy nasz kult. Tradycja przychodzi do nas spoza i sprzed nas samych. Jednoznacznie wyraża ona naszą zależność od Boga jako stworzenia, jako chrześcijanie, jako współdziedzice ze świętymi. Dziedzic to ten, który dziedziczy. Nie jest on nuworyszem wyrosłym na glebie kapitalizmu.

Ponadto, zreformowana liturgia, tak jak współczesny liberalizm, wywyższa pod niebiosa możliwość wyboru, spontaniczność i różnorodność – w przeciwieństwie do historycznych liturgii chrześcijaństwa, zarówno wschodniego jak i zachodniego, które przedstawiają wyznawcy kompletny ceremoniał, któremu pełni wdzięczności się oddajemy, przyjmując jego cechy, tak jak drewno, na którym ma powstać ikona, otrzymuje warstwa po warstwie przypisany kolor, póki nie pojawi się na nim piękny obraz [5]. Wierni postępują zgodnie z rolami i scenariuszem, które otrzymali, wkładając sobie w usta jego słowa, nosząc jak gdyby maskę, prosopon Chrystusa, żeby mogli przyjąć Jego perspektywę w tym życiu i zasłużyli, by otrzymać Jego chwałę w życiu następnym. Liturgia jest nieustannym upodobnianiem się do Chrystusa, która zakłada z góry porzucenie dawnego człowieka wraz z jego spaczonym pragnieniem „autentyczności”, oryginalności, samodzielności, uznania. „Inkulturację”, którą stara się osiągnąć tradycyjna liturgia, najlepiej postrzegać jako re-kulturację wspólnego chrześcijańskiego dziedzictwa, której towarzyszy de-kulturacja szkodliwych błędów i przywar naszego upadłego stanu i wad ludzkich społeczności, które tworzymy [6]. Liturgia nie jest po prostu serią zadań, uświęconym grafikiem. Jest ona szkołą życia, myśli, pragnień, do której jesteśmy zapisani od momentu naszego chrztu a kończymy ją z chwilą naszej śmierci. To, w jaki sposób liturgia pojmuje naturę ludzką, jak wymaga od nas odpowiedniego zachowania, które aksjomaty i aspiracje wkłada w nasze usta i nasze serca, ukształtuje nas na obraz jej samej. Nasz udział w ziemskiej liturgii Kościoła przygotuje nas dobrze lub źle do uczestnictwa w liturgii niebieskiej, w zależności od tego jak dobrą edukację odebraliśmy w szkole chrześcijańskiej tradycji. Dlatego stanowi to tak poważny problem, jeśli program nauczania i kadra pedagogiczna zostały zagrożone przez światowość, przeżarte ideologiami, rozpuszczone przez utratę pewności w prawdy Ewangelii czy po prostu rozproszone przez kaprysy i mody otaczającego ich antychrześcijańskiego, czy na poły chrześcijańskiego społeczeństwa [7].

Św. Paweł zwraca się do Rzymian: „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” (Rz 12,2). Głębokie zmiany w liturgii mające na celu zapewne lepsze przystosowanie jej do „nowoczesnego człowieka” były w rzeczywistości formą ustąpienia i przystosowania się do świata, a nie aktem zdecydowanego sprzeciwu wobec niego. Nowa liturgia nie oferuje już nadprzyrodzonej alternatywy dla świata, przestała przystawać do tego, co już od dawna było znane jako „dobre, miłe Bogu i doskonałe” [8]. O ile we wcześniejszych wiekach liturgia Kościoła była ubogacana elementami z różnych kultur, z którymi Kościół miał styczność, o tyle przed dwudziestym wiekiem, nigdy nie miała miejsca metodyczna próba stworzenia na nowo liturgii zgodnie z kanonem panującym w danej epoce, czy mającym aprobatę danego światopoglądu. Zdarzały się poprawki i dopasowania, ale nigdy całkowita rekonstrukcja i nieskrępowane eksperymentowanie. Sama ambicja, by spróbować przeprowadzić tak bezczelne przedsięwzięcie, mogła pojawić się tylko w wieku upojonym Mitem Postępu – mitem, który grał na powszechnie znanej łatwowierności racjonalistów i romantyków. Większość liturgicznych reformatorów uległa pokusie bez najmniejszego oporu, jak zakochani w Paryżu wiosenną porą. Wszędzie można znaleźć ilustracje do fragmentu Listu do Rzymian: „znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce” (Rz 1,21).

W książce często wspominam moje doświadczenia dotyczące odkrycia tradycyjnej liturgii i tego, jak pozytywnie wpłynęła na moją rodzinę – jak pobudziła nas do przyjęcia głębszej, szerszej i donioślejszej wizji Boga, człowieka i świata niż wszystko to, co przeżyliśmy na „uwspółcześnionej” katechezie, kazaniach czy liturgiach posoborowego Kościoła. Podczas naszego ślubu moja żona i ja wypowiedzieliśmy przysięgę zgodnie z pięknym, przedsoborowym rytuałem, a następnie jako nowożeńcy wysłuchaliśmy wspaniałej trydenckiej Missa cantata. Nasze dzieci zostały ochrzczone i podeszły do bierzmowania według wzniosłych, starszych form, które wprawiają w zawstydzenie ich nowoczesne odpowiedniki. Chodziliśmy do spowiedzi do księży, którzy stosowali bogatsze i bardziej wyraziste tradycyjne modlitwy sakramentalne. Zaczęliśmy modlić się zgodnie ze starożytnym Oficjum. Co najważniejsze, Msza stała się w naszych oczach Najświętszą Ofiarą [9].

Jeden z wersów Psalmu stał się dla mnie mottem tej podróży: Et eduxit me in latitudinem, „wyprowadza mnie na miejsce przestronne” (Ps 17:20 [18:19]). To przestronne miejsce to tradycja katolicka, która jest ogromna ponad wyobrażenie, bogata ponad pojęcie, bardziej kolorowa, różnorodna i zadziwiająca niż monotonna jednolitość religii skleconej przez nowoczesnego człowieka z jej przewidywalnym racjonalizmem, płytkimi kaprysami i przemijającymi modami. Nasz Pan w swej dobroci wyprowadził nas na przestronne miejsce niezrównanej muzyki sakralnej, niedoścignionej wymowy łacińskich modlitw, poruszającego teatru ceremonii pełnych symboli, kultu Tego, który jest nieprzemijalny, Trójjedynego Boga, kultu polegającego na wyrzekaniu się samego siebie, wyrażonego i przeżywanego poprzez gesty pokory, adoracji, duchowego pragnienia i pełnego pokoju oddania.

W tym przestronnym miejscu zwanym Tradycją katolicką widzimy wokół nas piękno roztaczające się poza horyzont, dalej niż może dojrzeć ludzkie oko, daleko poza to, co jakikolwiek człowiek może samemu dokonać w ciągu swego życia. Kąpiemy się w promieniach słońca starożytnego świata, swobodnie oddychamy świeżym powietrzem średniowiecznego dziecięctwa, spotykamy się z każdym pokoleniem wiernych, którzy przed nami przecierali ścieżki wiary. Dla mnie, dla mojej rodziny, dla naszych przyjaciół było to wyzwalające, napawające radością i umacniające doświadczenie – jakby w tym samym czasie wyrosły nam korzenie i skrzydła. Tradycyjna liturgia jest jedynym pośrednikiem nie tylko między nami a naszym Panem, ale także całą historią, dziedzictwem, kulturą, teologią i tożsamością Kościoła Katolickiego, do którego należymy. Bez tego wszystkiego bylibyśmy kimkolwiek i gdziekolwiek, czyli nikim i nigdzie – nowoczesnymi sierotami, nieślubnym potomstwem nowoczesności bez szlachetnego urodzenia.

Ruch na rzecz przywrócenia usus antiquior jest zatem nie tylko ledwie wyrazem własnego gustu jego uczestników, „preferencją” czy „wrażliwością”, jak sądzą niektórzy w swoich staraniach, by włączyć ten ruch w projekt liberalizmu i demokratycznego pluralizmu, który stanowi dla nas śmiertelne zagrożenie. Tradycjonalizm jest – czy też powinien być i ma potencjał stać się – odrzuceniem fundamentalnych założeń nowoczesności w myśl zasady, że trzeba przygotować drogę dla odrodzenia Christianitas z gruzów i popiołów szybko rozpadającego się postchrześcijańskiego Zachodu. Jest to ruch na rzecz przywrócenia tożsamości, rozsądku, duchowego zdrowia i wigoru. Chodzi o odkrycie na nowo i potwierdzenie na nowo katolickiej Wiary w jej najwznioślejszej i najpełniejszej formie. Święta liturgia w całej swej pełni jest niezbędnym środkiem do odnowienia kapłaństwa, małżeństwa i rodziny, a także misji – właśnie dlatego, że nie jest zaledwie środkiem do osiągnięcia tych celów, ale ponieważ przez nią jesteśmy zjednoczeni z celem, który obdarza wszystko inne swoim znaczeniem, orientacją, skutecznością, a nawet urokiem.

Chciałbym przez chwilę rozwinąć ten ostatni punkt. Co sprawia, że nierozerwalne małżeństwo trwające całe życie oraz wydanie na świat i wykształcenie dzieci pociąga upadły rodzaj ludzki, znany ze swojego egoizmu i niecierpliwości w trudnościach? To właśnie wiara w Boga przede wszystkim, a także wiara w Rzeczywistą Obecność Chrystusa w Eucharystii. Jeśli Bóg istnieje, małżeństwo jest możliwe. Jeśli Bóg oddał siebie do samego końca – jak uczynił Jezus w swoim Wcieleniu, męce i śmierci – wtedy ofiarnicza miłość rodzicielska może zaistnieć, a co więcej, jest pożądana. Jeśli zabierze się Boga, nie będzie absolutnie żadnego powodu by ofiarować drugiej osobie „miłość, wierność i uczciwość małżeńską”. Jeśli zabierze się Eucharystię, nie będzie powodu by wylać swoje życie, by wnieść więcej życia do świata. Bez Boga, bez tajemnicy Krzyża, bez boskiego pokarmu Eucharystii, małżeństwo i rodzina byłyby irracjonalne, szalone; byłoby to złudzenie, niemożliwa i zwodnicza fantazja. Ale jeśli On kroczy przed nami jako nasz antecessor, jeśli on prostuje dla nas ścieżki, jeśli On daje nam siebie jako nasz chleb codzienny, miłość ofiarnicza jest rzeczywistością, która już istnieje pośród nas, rzeczywistością dostępną, zachęcającą, obezwładniającą. „Miłość Chrystusa przynagla nas” (2 Kor 5:14).

W konsekwencji, liturgia powinna być bezwzględnie skupiona na ofierze Krzyża naszego Pana i na niesamowitej rzeczywistości Jego eucharystycznej Obecności. To skupienie powinny ułatwiać praktyki takie jak śpiew, cicha modlitwa, klęczenie i zwracanie się ku wschodowi, by złożyć świętą ofiarę w pokoju. Kiedy takie praktyki zanikają, nie stajemy przed najwyższą Tajemnicą, która zbawia nasze poszarpane życie, nie jesteśmy ponaglani do poddania się Temu, który kocha nas ponad wszelkie wyobrażenie. W tym sensie często wspominana „wertykalność” tradycyjnego kultu działa w służbie najbardziej osobistej komunii z Tym, który nas kocha przez całą wieczność miłością nieskończoną. Z drugiej strony, to właśnie horyzontalna towarzyskość, artystyczna banalność, nieustanny słowotok i teatrzyk odgrywany przez księży przeszkadzają duszy we wzbiciu się ku Bogu i w bezpośrednim, „mistycznym” kontakcie między Stwórcą a stworzeniem, Zbawicielem i grzesznikiem, Kochającym i kochanym.

Czasami wini się tradycjonalistów za przedkładanie ich „własnych preferencji” nad zreformowaną liturgię Pawła VI i powszechną dyscyplinę kościelną. Dlaczego nie możemy „wpisać się w grafik” i robić to co wszyscy? Jednak to oskarżenie jest ironiczne i błędnie skierowane: to właśnie Novus Ordo, po raz pierwszy w historii Kościoła, wynosi preferencje, gusta, a nawet kaprysy „przewodniczącego” i „kongregacji” do rangi zasady, pozwalając na niezliczoną liczbę możliwości zrealizowania liturgii. Wiele tekstów jest dowolnych; muzyka jest dowolna (nie ma jasno określonych zasad odnośnie Mszy solennej, co być może spowodowało jej upadek); rubryki są ograniczone do minimum, czasami z kilkoma możliwymi zakończeniami. Niektórzy nawet mówili o „Mszale vel”: można używać łaciny albo języków narodowych. Można śpiewać chorał albo coś innego. Można używać tego lub tamtego aktu pokuty, tej modlitwy eucharystycznej albo tamtej. Można odprawiać albo ad orientem, albo versus populum. We wszystkich tych opcjach zmienna wola i osobowość celebransa (a być może i kongregacji) jest postawiona w centralnej pozycji, spychając nierozerwalne i niezmienne małżeństwo Chrystusa i Kościoła na dalszy plan. Każda celebracja to w pewnym sensie nowy projekt, nowa kompilacja, nowa konstrukcja zaangażowanych w nią ludzi. Nawet gdyby te same „tradycyjne” opcje były wybierane z zasady, sam fakt, że byłyby one wybierane i istniałaby możliwość, że zostaną odrzucone, uczyniłby liturgię nie tyle opus Dei, co opus hominis [10].

Ta woluntarystyczna plastyczność liturgii połączona z naciskiem na lokalne dostosowanie i nieustanną ewolucję, jest liturgicznym odpowiednikiem trwającej przez dziesięciolecia dysputy między Walterem Kasperem i Josephem Ratzingerem w dziedzinie eklezjologii. Dla Ratzingera Kościół powszechny i jego jedyny Pan i Zbawiciel jest najważniejszy [11] – dlatego też liturgia, która jest aktem par excellence Chrystusa i Jego Mistycznego Ciała, powinna ucieleśniać, wyrażać i wpajać właśnie tę powszechność, wiarę w „jeden, święty, katolicki i apostolski Kościół”. Jeśli ktoś jest tego świadom, wie również, że wszystko w tradycyjnym rycie rzymskim spełnia to doniosłe wymaganie. W kwestii jedności liturgia oferuje nam, rok po roku, ten sam ryt, te same rubryki, te same teksty, te same śpiewy jak przystoi „jednemu Panu, jednej wierze, jednemu chrztowi” (Ef 4:5). Jeśli chodzi o świętość, w dokumentach Soboru Trydenckiego czytamy:
wypada, by rzeczy święte sprawować święcie, a ze wszystkich ta ofiara jest najświętsza, [dlatego] w celu godnego jej składania i uczestniczenia w niej, Kościół katolicki przed wielu wiekami ustanowił św. kanon, tak wolny od wszelkiego błędu, że niczego w nim nie ma, co by jak najbardziej nie tchnęło świętością i pobożnością i nie wznosiło ku Bogu umysłów tych, którzy składają ofiarę. [12]

Sobór Trydencki następnie wypowiada się w podobnym tonie o wszystkich ceremoniach Mszy Świętej. W kwestii znamienia katolickości, odkrywamy tę samą tradycyjną liturgię wszędzie na świecie, od wschodu słońca aż do zachodu, ofiarowaną przez wszystkich ludzi i za wszystkich ludzi, bez podziału na naród, rasę, czy płeć [13]. Natomiast apostolskość Kościoła jest wyrażona w zasadzie tradycji, o której już wspomniałem. Św. Paweł zwraca się do Koryntian: „Pochwalam was, bracia, za to, że we wszystkim pomni na mnie jesteście i że tak, jak wam przekazałem, zachowujecie tradycję (1 Kor 11:2)”; „Ja bowiem otrzymałem od Pana to, co wam przekazałem” (1 Kor 11:23).

Z drugiej strony widzimy „oddolną eklezjologię” kard. Kaspera, którą ucieleśnia nowa liturgia przystosowana do danej chwili i grupy wiernych – która nie poprzez nadużycia, ale w swej istocie stanowi zestaw możliwości mających na celu otrzymanie swej „zinkulturowanej” formy od księży i ludzi podczas każdej celebracji. Jest to liturgia w ciągłym stanie fermentacji, zmiany punktu widzenia, ponownej kreacji, co stanowi antytezę ortodoksji w swym pierwotnym znaczeniu „prawego kultu i prawej doktryny”. Warto podkreślić, iż zwolennicy eklezjologii i liturgii kard. Kaspera wykazują także tendencję do odrzucania konstantyńskiego chrześcijaństwa i jego uniwersalistycznej aspiracji by „wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie” (Ef 1:10). Jest tak dlatego, gdyż utrzymują oni za Karlem Rahnerem, że każdy człowiek w pewnym stopniu już jest chrześcijaninem i że świat jako taki, świat świecki, już jest święty. Dlatego też nie ma wyraźnego rozróżnienia między ad intra i ad extra, między prezbiterium a nawą, między celebransem a wiernymi, między tradycją a innowacją, czy też nawet między sacrum a profanum. Wszystko rozpływa się w immanencji, w wyborze chwili, w pogoni za nieustanną inkulturacją, chwilowymi relacjami emocjonalnymi, samoustanowieniem się grupy. Jest to liturgia Oświecenia, ahistoryczna, towarzyska, łatwo dostępna, wydajna, niegroźna. Ma być przyjemna, wygodna, całkowicie wolna od magii, mitów czy zagrożeń. Nie ma prawa w niej zaistnieć choćby nawet w najmniejszym stopniu prymitywne, średniowieczne misterium tremendens et fascinans; nie ma w niej nic z jęku niewolników do swojego Pana – jesteśmy dorosłymi, którzy mogą traktować Boga jak równego sobie. Obecnie już wycinamy „trudne” ustępy Pisma Świętego i piszemy na nowo „trudne” modlitwy tak, aby ataki na czy wyzwania dla naszego współczesnego sposobu życia były, jeśli nie wyeliminowane, to przynajmniej utrzymywane na przyzwoitym, jak najniższym poziomie [14].

W tym momencie powinno stać się oczywiste, że obrona klasycznego rytu rzymskiego przez tradycjonalistów, jak i wszystko co się z nią wiąże, nie jest tylko kwestią estetyki czy osobistych upodobań. Jest to wyraz przywiązania do przednowoczesnego zrozumienia człowieka, świata i chrześcijaństwa, które jest nieskażone współczesnymi błędami [15], a więc może ocalić współczesnych mężczyzn i kobiety od wpadnięcia w otchłań, w którą sami się rzucili od czasów protestanckiej rewolty poprzez rewolucję francuską, seksualną, a obecnie rewolucję gender. Wierzymy, że współczesny człowiek najbardziej potrzebuje kogoś znajdującego się poza nowoczesnością, przekazującego wiedzę, która ma swe źródło przed rebelią i która dąży do osiągnięcia celów nie z tego świata – tego politycznego wieku straszliwej przemocy i chybionej oryginalności. Rewolucja liturgiczna była kościelnym odpowiednikiem tych społecznych rewolt, gdyż ludzie odrzucili rubryki ograniczeń, formalność zwrotów i zaczęli żyć według zasad utopijnego (a zatem sztucznego) tworu, zamiast żyć na sposób uświęcony tradycją. Jedyna droga w przód to wyjście ze ślepego zaułka, w którym się znaleźliśmy, pójście w tył po śladach i powrócenie ku bardziej wymagającej, węższej ścieżce, która, mocą rozkosznego boskiego paradoksu, prowadzi nas na przestronne miejsce tradycji.
Zatem mój wniosek brzmi: sam szacunek (ang. reverence) to za mało. Dobre chęci nie wystarczą. Postępowanie zgodnie z oficjalnymi księgami nie wystarczy. Jeśli mamy być rzymskimi katolikami, jeśli mamy być dziedzicami i adresatami naszej wiary, a nie prometejskimi neopelagianami, którzy kształtują ją według swojej miary, jeśli mamy być naśladowcami Apostołów i wszystkich świętych, wejście w tradycyjne lex orandi Kościoła jest w naszych czasach równie konieczne i równie ważne [16]. Jeśli cokolwiek, to właśnie odkrycie na nowo bogatej, wielowymiarowej, głębokiej, nierozmazanej symboliki i doktrynalnej pełni świętej liturgii – owocu łagodnego unoszenia się Ducha Świętego nad wszystkimi wiekami życia kościelnego – nabrało nowej i wyjątkowej konieczności, jako że dyktatura relatywizmu zaciska na nas swe szpony w akcie zemsty. Nawet wewnątrz hierarchii kościelnej są tacy, którzy przehandlują pierworództwo Ewangelii w zamian za miskę współczesnej breji. Nie tak powinniśmy czynić: przywołajmy Chrystusa Króla i tradycję Jego Kościoła ku pomocy.
Przychodzą mi tu na myśl słowa starożytnego męczennika św. Genezjusza: „Nie ma innego króla poza Chrystusem i choćbym został zamordowany tysiąckroć za Niego, nie wyrwiecie go z moich ust ni serca [17].” Dzielimy podobny pogląd na tradycyjną liturgię. Jest to nasz uprzywilejowany dostęp do Chrystusa, który nam się daje nie tylko poprzez otrzymanie Jego Ciała i Krwi do naszych ust, ale także grzebiąc głęboko w naszych sercach skarb modlitwy Jego Kościoła. Tej radości, tej perły drogocennej, tego przewspaniałego dziedzictwa nikt nie może nam zabrać.

***

Tekst jest zapisem wykładu jaki Peter Kwasniewski wygłosił z okazji premiery czeskiego przekładu jego książki Kryzys i odrodzenie. Tradycyjna liturgia łacińska, a odnowa Kościoła..
za: UnaCum.pl
Tłumaczenie: Marek Kormański

Przypisy:
[1] Oczywiście prawdą jest, że grunt pod Novus Ordo Missae był przygotowywany przez kilka lat czy nawet dekad „wstrząsów”, takich jak nieuprawnione wprowadzenie celebracji versus populum i stopniowa wernakularyzacja starej Mszy. Jednak były to wciąż zewnętrzne (chociaż znaczące) zmiany, w porównaniu z wypatroszeniem samego rytu i zastąpienie go potworkiem autorstwa Consilium, który byłoby jeszcze bardziej ogołocony gdyby nie poprawki dokonane w ostatniej chwili z polecenia papieża Pawła VI. Te poprawki, mimo iż zostały wniesione nadal w duchu nowoczesności, przynajmniej zachowały coś z zewnętrznej struktury: mam tu na myśli bezosobowe Confiteor, w którym zaniechano rozróżnienia na kapłana i lud, a także pseudożydowskie offertorium.
[2] Zob. The organic development of the liturgy Alcuina Reida
[3] Angielskie słowo ancestor (przodek) pochodzi od łacińskiego antecessor.
[4] Bóg, którego czcimy, nie jest abstrakcją, ale rzeczywistością z krwi i kości, którego Wcielenie jest mistycznie kontynuowane w czasie i przestrzeni.
[5] Bóg sam zapisuje siebie na tabliczkach naszych dusz za pomocą liturgii, która jest ostateczna i aktywna, tak jak On. Sztuka ikony jest zasadniczo różna od renesansowej i porenesansowej mentalności obecnej w większości dzieł sztuki religijnej. Ikonopis nie pragnie przez swoją sztukę wyrazić siebie samego czy nawet swojej kultury, narodu, miejsca czy czasu. Korzy się on, podążając za sztywnymi kanonami, które mają na celu odtworzenie na drewnie i w jego duszy osobistej rzeczywistości kontemplowanej świętej postaci, tak że gdy kończy, efekt przyciąga odbiorcę bezpośrednio do tego świętego. Nawet jeśli ikony różnią się nieznacznie, w zależności od tego, kto je pisał, nie są one podpisane, gdyż jej celem jest oddanie czci Innemu. Ściśle uporządkowany proces pisania ikony można porównać ze ściśle uporządkowanym procesem odprawiania liturgii: punktem wyjścia jest tradycja istniejąca przed powstaniem Kościoła, punktem docelowym jest bezpośredni kontakt ze Świętym. Między tymi punktami ludzie wykonują swoją pracę tak dobrze jak potrafią, podporządkowując się jednak kanonom i celowi: „schodzą z drogi”.
[6] Nie chodzi mi o to, że zapożyczanie neutralnych składników kultury i nadawanie im chrześcijańskiego znaczenia czy kierunku nie ma sensu, gdyż widzimy wysiłki wielkich misjonarzy, którzy próbowali przemówić do rdzennych ludów poprzez selektywne zaadaptowanie niektórych ich zwyczajów i artefaktów. Jednak taka inkulturacja z góry zakłada prawdziwość podstawowych założeń wiary chrześcijańskiej i prawość jej katolickich wyrażeń, które działają jako aktywne i użyźniające zasady dla tych, do których trafia słowo. Innymi słowy, prawdziwy misjonarz przynosi rzymską czy bizantyńską liturgię pogańskiemu plemieniu i nawraca ich na nią. Istniejący liturgiczny ryt jest solidną skałą na której buduje się inkulturację, magnesem przyciągającym zwyczaje. O tych kwestiach traktuje mój artykuł “Is ‘Contemporary’ Church Music a Good Example of Inculturation?”
[7] To porównanie dotyczące liturgii zaczerpnąłem od Joela Morehouse’a. Morehouse pierwotnie wykorzystał to porównanie odnośnie wielkiego bogactwa muzyki sakralnej, którą nazwał szkoleniem z zakresu Wielkich Ksiąg, do których katolicy powinni rokrocznie powracać.
[8] Można się sprzeciwiać, mówiąc że liturgia nigdy nie jest “doskonała”. Jednak można coś uznać za doskonałe na dwa sposoby. Jedno znaczenie odnosi się tylko i wyłącznie do liturgii niebiańskiej, która posiada znamię boskiej doskonałości. Drugie odnosi się do organicznie rozwiniętej liturgii Kościoła na ziemi, która, jako owoc działania Ducha Świętego (jak naucza Pius XII w Mediator Dei), posiada swoją własną względną doskonałość i nie może być uznana za nieważną, szkodliwą lub zepsutą. Natomiast teoretycy Novus Ordo, przede wszystkim Josef Jungmann SI, zbudowali dwie fałszywe teorie: Teorię Zepsucia (głoszącą, że w pewnym nieokreślonym momencie wczesnego średniowiecza liturgia zaczęła oddalać się od swego pierwotnego, nieskazitelnego stanu i rozpoczął się proces zepsucia, który na przestrzeni dziejów tylko się pogłębiał) i Teorię Pastoralną (głoszącą, że liturgia musi być przystosowana do mentalności i warunków każdej epoki i że człowiek nowoczesny, będąc bezprecedensowo różnym od swych przodków, potrzebuje zdecydowanie innej liturgii). Pierwsza skutkuje rozwojem antykwarianizmu czy archeologizmu, natomiast druga nieustannym unowocześnianiem. Obydwie teorie są fałszywe i należy je odrzucić, a ich jad należy usunąć z Mistycznego Ciała.
[9] Nowa Msza również jest ofiarą in se, jednak ta dogmatyczna prawda jest przyćmiona na drodze fenomenologii przez model „braterstwa stołu” obecny w nowym rycie, który jest konsekwencją antropocentrycznego wypaczenia liturgii polegającego na wszechobecnej nieformalności, horyzontalności i zeświecczeniu rytu i który jeszcze bardziej owo wypaczenie pogłębia.
[10] Przychodzi tu na myśl uwaga Martina Mosebacha, który stwierdził, że problem z nowym rytem polega na tym, że może być on odprawiany z czcią (proszę to rozważyć). Joseph Ratzinger dochodzi do podobnego wniosku w swoim wnikliwym eseju “Obraz świata i człowieka w liturgii i jego wyraz w muzyce kościelnej” zamieszczonym w Nowa pieśń dla Pana.
[11] Por. Hbr 13:8 „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki.”
[12] Sobór trydencki, sesja 22, rozdział 4. W rozdziale 5 ojcowie soborowi kontynuują: „Święta Matka Kościół (…) zastosował też różne obrzędy, jak święte błogosławieństwa, światła, okadzania, używanie szat i inne liczne tego rodzaju rzeczy oparte na zarządzeniach i tradycjach apostolskich. Dzięki temu ma być podkreślony majestat tak wielkiej ofiary, a dusze wiernych przez te widzialne znaki religii i pobożności pobudzone do kontemplacji wzniosłych rzeczywistości zawartych w tej ofierze.”
[13] To właśnie to, w przeciwieństwie do Novus Ordo, zdaje się przyciągać więcej kobiet niż mężczyzn i podoba się bardziej współczesnym mieszkańcom Zachodu niż tym, na których nie oddziałuje już zachodnia nowoczesność.
[14] Zob. Peter Kwasniewski „The Reform of the Lectionary” w: Liturgy in the Twenty-First Century: Contemporary Issues and Perspectives, str. 287–320; idem, “Not Just More Scripture, But Different Scripture”, przedmowa do Index Lectionum: A Comparative Table of Readings for the Ordinary and Extraordinary Forms of the Roman Rite, vii–xxix Matthew P. Hazella; idem, “The Omission that Haunts the Church—1 Corinthians 11:27-29”; “On the Inclusion of 1 Corinthians 11:27-29 in the Ordinary Form” Matthew Hazella.
[15] Mianowicie dokładnie tymi błędami, które są potępione w Quanta Cura i Syllabusie błędów Piusa IX, a także w wielkich encyklikach Leona XIII, Piusa X i Piusa XI.
[16] Bez tej ciągłości w ortodoksji (oznaczającej zarówno prawowity kult oraz prawowitą wiarę), grozi nam, iż zapragniemy wybrać lub stworzyć jakby nową religię, która posiada pewne uroki starej, lecz skłania się w sposób otwarty bądź subtelny w stronę modernizmu.
[17] Zob. tradycyjne Martyrologium Rzymskie z 25 sierpnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.