Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Adam Busse: Słowo na marginesie wydarzeń w Stanach Zjednoczonych

Kiedy pisałem te słowa (w środę 3 czerwca br.), w Stanach Zjednoczonych Ameryki mają miejsce protesty przeciwko rasizmowi i policyjnej przemocy, spowodowane zakończonym śmiercią brutalnym zatrzymaniem 46-letniego Afroamerykanina George’a Floyda. Człowiek, który był notowany za przestępstwa, został zatrzymany i uduszony poprzez przyciśnięcie szyi kolanem do gleby. Z przekazywanych informacji wiadomo, że policjant Derek Chauvin oraz pozostali jego koledzy ze służby odpowiedzialni za interwencję zostali zwolnieni z pracy, a FBI wszczęło wobec nich dochodzenie. Teraz USA są areną wojny domowej, pełnej rabunków, zniszczenia mienia, własności prywatnej, sklepów oraz sklepików, dewastacji nieznającej granic i nie mającej poszanowania dla świętości (jak m.in. podpalenie przez demonstrantów kościoła św. Jana i dewastacja pomnika gen. Tadeusza Kościuszki w Waszyngtonie) oraz serii brutalnych pobić i zabójstw ze strony bandytów zarówno czarnoskórych, białych, jak i bojówkarzy skrajnej lewicy. Po obu stronach padają ofiary, zabici i ranni, a eskalacja przemocy następuje. Pozostaje więc bacznie obserwować dalszy bieg wydarzeń w Ameryce.

W krótkim komentarzu do tych wydarzeń przejdę jednak do innych wątków, powstających jak grzyby po deszczu również na krajowym gruncie, a które kompromitują różne środowiska, teraz wrzucające hashtagi #BlackLivesMatter i solidaryzujące się z bandytami podpalającymi ogień wojny domowej w sercu jednego ze światowych supermocarstw. Uprzedzając wszelkie sugestie pod moim adresem zaznaczę, że nie piszę tego jako zwolennik prezydentury Donalda Trumpa i osoba o poglądach filoamerykańskich. Mówiąc tu o poglądach filoamerykańskich mam tu na myśli bezkrytyczne poparcie dla USA i prezydenta Trumpa, co charakteryzuje polską prawicę, oraz interwencji zbrojnych destabilizujących Trzeci Świat. Mimo tego z sympatią patrzę na wszelkie przejawy tradycjonalistycznego i narodowego odrodzenia w narodzie amerykańskim, od Patriot Front po katolickich tradycjonalistów i obrońców dziedzictwa Południa. Z sympatią patrzę na powiewającą flagę Konfederatów. Ale zejdźmy na polskie podwórko i zobaczmy krytycznym okiem, co się dzieje…

Wokół dewastacji pomnika Tadeusza Kościuszki

W noc z 31 maja na 1 czerwca br. miały miejsce gwałtowne walki demonstrantów z oddziałami policji i Gwardii Narodowej w waszyngtońskim Parku Lafayette’a, znajdującym się w pobliżu Białego Domu. Demonstranci podczas starć zdewastowali pomnik gen. Tadeusza Kościuszki, bohatera walk o niepodległość Polski i Ameryki, wzniesiony 110 lat temu. Cokół pomnika został „ozdobiony” wulgarnymi i antyrasistowskimi epitetami pod adresem Trumpa. Ambasada RP w Waszyngtonie zaapelowała o natychmiastowe odnowienie pomnika. Na miejscu polski dziennikarz Marek Wałkuski nagrał rozmowę z kilkoma czarnoskórymi uczestnikami starć pod monumentem, w niej zapytał o przyczyny zniszczenia pomnika Kościuszki. Nikt spośród nich nie umiał odpowiedzieć na to pytanie, tak samo nikt nie wiedział o tym, kogo ów pomnik upamiętnia. Po dopytywaniu osób przez dziennikarza udało się uzyskać odpowiedzi, że ludzie chcieli wyrazić swój gniew oraz frustrację, a Polacy w ogóle nie powinni czuć się urażeni tymi wydarzeniami.

Jak się później okazało, nie tylko w Waszyngtonie doszło do tego aktu wandalizmu. Pewnej czerwcowej nocy w Warszawie nieznany sprawca namalował napis „Black Lives Matter” na cokole dokładnej kopii pomnika Tadeusza Kościuszki, odsłoniętym w 2010 r. i znajdującym się przed Pałacem Lubomirskich na Placu Żelaznej Bramy.

Wiedza to potęga, ale w tym wypadku zamiast książek demonstranci poszli ogniem chwili i jest tego efekt w postaci zamalowanego bazgrołami pomnika. Pomnika bohatera Polski i Ameryki, bohatera niezasługującego na takie pohańbienie. Dlaczego niezasługującego? 5 maja 1798 r. Kościuszko sporządził testament, w którym poprosił Thomasa Jeffersona o wykupienie oraz emancypację czarnoskórych niewolników, a także ich obywatelskie wychowanie

Testament

Filadelfia, 5 maja 1798 r.

Prosiłem pana Jeffersona, żeby w razie mojej śmierci, bez wyrażenia ostatniej woli lub testamentu, wykupił za moje pieniądze tylu Murzynów i uwolnił ich, aby pozostała suma wystarczyła na zapewnienie im wykształcenia i utrzymania. Każdy z nich powinien przedtem poznać obowiązek obywatela w wolnym państwie, bronienia swojego kraju przeciw obcym i wewnętrznym wrogom, którzy chcieliby zmienić Konstytucję na gorszą, co by ich uczyniło w rezultacie znowu niewolnikami. Każdy z nich powinien mieć dobre i ludzkie serce, czułe na cierpienia innych. Każdy powinien być żonaty oraz otrzymać 100 akrów ziemi, narzędzia i żywy inwentarz do uprawy roli, wiedzieć, jak się z tym obchodzić, umieć gospodarować, a także powinien umieć współżyć z sąsiadami: być zawsze dobrym i gotowym do pomocy oraz skromnym wobec nich. Każdy powinien dzieciom dać dobre wykształcenie, kochać swój kraj i spełniać obywatelskie obowiązki, by w ten sposób – zachowując dla mnie wdzięczność – czynić samego siebie możliwie szczęśliwszym.

T. KOŚCIUSZKO

(źródło: Tadeusz Kościuszko, Thomas Jefferson: Korespondencja (1798-1817), tł. Agnieszka Glinczanka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976)

O polityce historycznej w wydaniu lewicy

Zaczęło się od wpisu rzeczniczki Lewicy, Anny Marii Żukowskiej, na Tweeterze 1 czerwca 2020 r. Dając jednoznaczny wyraz poparcia dla coraz bardziej brutalizujących się protestów w USA, dała lekcję historii w lewicowo-liberalnym wydaniu, o której powiem w przybliżeniu dalej. Porównała bojówkarzy Antify do żołnierzy Armii Krajowej stwierdzając, że to również byli antyfaszyści. Pomijam kwestię znajomości ideologii politycznych, choć to winno być wymagane w przypadku osób pełniących funkcje polityczne i czynnie zaangażowanych w życie publiczne Polski. Jednak równanie jako tego samego walki żołnierzy Armii Krajowej o niepodległość Polski przeciwko niemieckiemu okupantowi (z ideologicznego punktu widzenia Niemcy reprezentowali ideologię narodowego socjalizmu, nie faszyzmu włoskiego!) i bojówek skrajnie lewicowych, niszczących ramię w ramię z równymi sobie czarnymi bandytami ulice miast oraz terroryzujących i katujących na śmierć zwykłych obywateli (zarówno białych, jak i czarnoskórych!) jest niczym innym jak bezczelnym szantażem moralnym, mającym zamknąć usta i uciąć dyskusję. Dalszą tego odsłonę można zobaczyć na wciąż widocznej w Internecie memografice tej partii o haśle „To jest Antifa. Antifa znaczy przeciw faszyzmowi.”

Może bym nie zwrócił na to uwagi, gdyby nie fakt, że tam do Antify przypisano… Irenę Sendlerową, rotmistrza Witolda Pileckiego, żołnierzy Września 1939 r. i siedzących na zdobycznym czołgu niemieckim typu „Pantera” żołnierzy samodzielnego plutonu pancernego batalionu „Zośka”, którzy walczyli w Powstaniu Warszawskim. Zostawię to bez komentarza.

Jednak trzeba powiedzieć kilka słów o polityce historycznej w wydaniu skrajnej lewicy. Skąd nagle stopniowe tworzenie przez nią mitów historycznych pasujących do lewicowo-liberalnej narracji? Jest to efektem wygasającej obecnie „mody na patriotyzm”. W czasach, kiedy lewica i liberałowie między innymi na łamach „Gazety Wyborczej” potępiali patriotyzm uznając go za rasizm, ferowali opartymi o wybiórczo podane źródła historyczne oskarżeniami m.in. o mordowanie Żydów przez powstańców warszawskich, wzywali do siłowego pacyfikowania Marszu Niepodległości oraz rocznicowych i antyrządowych demonstracji, a także propagowali swoją wizję świata, wśród młodzieży zaczął rodzić się oddolny trend, znany jako „moda na patriotyzm”. Lewica z biegiem czasu zauważyła, że traci grunt pod nogami na ulicach oraz w przebijającym się coraz silniej przekazie medialnym, że nie pomaga jej opluwanie historii i polskich bohaterów narodowych. Postanowiła więc adaptować upamiętnianie rocznic na swoją modłę, czego przykładem jest twierdzenie z uporem maniaka, że Powstanie Warszawskie było zrywem przeciwko faszyzmowi, w imię obrony wolności, równości i demokracji. Wolności, równości i demokracji oczywiście w duchu lewicowo-liberalnym. Chcąc osiągnąć swoje cele nie wahała się również wykorzystać do tego celu kilku weteranów Powstania, żeby móc w razie potrzeby legitymizować tym samym swój antyfaszyzm, atakować środowiska narodowe, które od wielu lat dbają o pamięć o Powstańcach, i odmówić im prawa do upamiętniania 1 sierpnia (zapominając przy tym, że w sierpniu 1944 r. do walki o niepodległość na ulicach Warszawy stanęły również tysiące żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych).

O delegalizacji nieformalności

Echem brutalnych walk na amerykańskich ulicach stało się oświadczenie Donalda Trumpa o delegalizacji Antify i uznaniu jej za organizację terrorystyczną. W Polsce tego samego domaga się kandydat Konfederacji na prezydenta RP, Krzysztof Bosak. W ślad za nimi internauci i komentatorzy niemal jak jeden mąż zaczęli przyznawać rację temu pomysłowi. Takie postulaty wydają się uzasadnione biorąc pod uwagę eskalację przemocy w USA i polskie doświadczenia z Marszów Niepodległości (m.in. w 2011 r., kiedy niemieccy antyfaszyści zaatakowali pochód grup rekonstrukcyjnych na Nowym Świecie i napadali na przechodniów z polskimi flagami, po czym ukryli się w lokalu Krytyki Politycznej). Korzenie historyczne antyfaszystowskich bojówek sięgają czasów Międzywojnia: na niemieckim gruncie taką rolę pełniły założone na początku lat 30. bojówki socjaldemokratycznego Frontu Żelaznego i Akcji Antyfaszystowskiej, założonej przez Komunistyczną Partię Niemiec. W czasach przedwojennych nie było to novum: w każdym kraju europejskim (w tym II Rzeczypospolitej) wszystkie obozy polityczne od lewa do prawa posiadały swoje bojówki paramilitarne. W latach 90.-2000., w czasach walk ulicznych między subkulturami w Polsce, również nikt nie dawał pardonu

Dorzucę jednak małą łyżkę dziegciu do tej sprawy. Nieprzypadkowo opatrzyłem ją podtytułem „O delegalizacji nieformalności”, bo antyfaszyści nie są sformalizowanym stowarzyszeniem o określonym statucie, celach, metodach i zakresie działalności, posiadającym swojego prezesa, zarząd i szeregowych członków. Jest to nieformalna, autonomiczna sieć różnych ekip i grup, prowadzących partyzantkę miejską.

Antyfaszyści nie tworzą żadnych organizacji ani legalnych stowarzyszeń w obawie o to, że jeśli będą walczyć o delegalizację wrogich im ugrupowań, organizacji czy stowarzyszeń, w dalszej konsekwencji dojdzie do zdelegalizowania wszystkich grup, w tym anarchistycznych i antyfaszystowskich. Na manifestacjach ubierają się na czarno i maskują, by w ten sposób nie zostać rozpoznanym przez policję, oraz stosują w tym celu taktykę czarnego bloku. Jeśli ich aktywizm ma charakter nieformalny i niezarejestrowany, skutecznie prowadzą partyzantkę miejską (od zajmowania pustostanów i przekształcania ich w squoty poprzez działalność kontrkulturową po udział w antyglobalistycznych protestach) oraz używają własnych, trudnych do wychwycenia kanałów komunikacyjnych, to jak w takim układzie Antifa ma zostać zdelegalizowana? Jak mają zostać rozpoznani bojówkarze tej grupy, skoro stosują taką taktykę, o której wspomniałem powyżej? W jaki sposób ma zostać dokonana delegalizacja na drodze prawnej? Na jakich podstawach ma być dokonywane rozpracowanie i rozbijanie takich grup przez służby mundurowe oraz organa odpowiedzialne za bezpieczeństwo wewnętrzne kraju? Czy ludzie mówiący o konieczności delegalizacji Antify mają jakiekolwiek realne (nie oparte o memy internetowe) pojęcie o jej charakterze działania, który wykracza poza charakterystyczny legalizm komentatorów?

Mydlana bańka na przekór prawdzie

Środowiska lewicowe, ustami partii Lewica, zadeklarowały swoją solidarność z pokojowymi protestami po śmierci George’a Floyda. I do dziś podtrzymują swoją postawę, czego wyrazem jest choćby zaprzeczanie faktom. O ile pierwsze dni po tym wydarzeniu upłynęły pod znakiem pokojowych protestów, o tyle z każdym dniem sytuacja coraz bardziej się radykalizuje oraz destabilizuje. Warto od razu zaznaczyć, że o ile za dnia protesty i demonstracje mają pokojowy przebieg, o tyle w godzinach nocnych dochodzi do gwałtownych zamieszek. Praktycznie codziennie mają miejsce rabunki sklepów, podpalenia, dewastacje, pobicia ludzi (ze skutkiem śmiertelnym włącznie) i regularne walki na ulicach amerykańskich miast. Za pośrednictwem Internetu można zobaczyć dziesiątki, a nawet setki zdjęć i filmików nagranych telefonami z wydarzeń mających miejsce w Ameryce. Ulice jednak nie są w wielu miejscach zdominowane przez bandytów, ponieważ wielu Amerykanów bierze sprawy w swoje ręce. Ponad podziałami rasowymi biali, czarnoskórzy i latynoscy mieszkańcy USA organizują uzbrojone w broń palną milicje obywatelskie oraz biorą na siebie ciężar patrolowania okolic, ochrony mienia przed „protestującymi” i walki z bandytami. W 25 stanach zmobilizowano Gwardię Narodową. W wielu miastach została wprowadzona godzina policyjna. W gestii Donalda Trumpa leży teraz zapowiadana decyzja o wyprowadzeniu wojska na ulice celem zaprowadzenia porządku publicznego. Tak w telegraficznym skrócie przedstawia się obecna sytuacja w kraju (pisałem te słowa wczoraj wieczorem, ok. godz. 20:30, czyli zależnie od stref czasowych w USA jest dzień, a więc pora, wg której odbywają się protesty pokojowe).

Nic to! Solidaryzujemy się z pokojowymi protestami obywateli przeciw rasizmowi i przemocy! Koniec, kropka!

Blackout Tuesday, czyli mentalność stadna celebrytów

Zawsze staram się chronić przed pokusą wypowiadania się na wszystkie tematy, w tym te, na których się nie znam. Stąd nie wypowiadam się np. o samochodach, kuchniach egzotycznych czy komediach romantycznych. I tego się trzymam. Czego nie można z kolei powiedzieć o tzw. celebrytach, instagramerach i influencerach obojga płci, którzy zabierają głos we wszystkich sprawach (szczególnie politycznych). Nie tyle zabierają głos, ale udowadniają, że najczęściej nie mają pojęcia, w co się angażują. Nie drążą, nie dociekają prawdy w sposób wyczerpujący, nie zadają pytań, nie zaznajamiają się z faktami, które mogą obalić ich wizję świata, nie zadają trudu pogłębiania swojej wiedzy na dziedziny, w których są dobrzy. Nie chcą płynąć pod prąd, ale wolą płynąć z prądem, przy poklasku zachwycającej się nimi gawiedzi oraz w blasku fleszy aparatów i kamer, po czerwonym dywanie prosto do przepaści. Przykładów tego jest sporo: akty poparcia dla czarnych protestów, parad równości, demonstracji „obrońców demokracji”, oświadczenia po ostatnim filmie Latkowskiego „Nic się nie stało” i można by tak wymieniać w nieskończoność. Wczoraj mieliśmy kolejny odcinek tego reality show, pod tytułem Blackout Tuesday. Ludzie fleszy zaspamowali Instagrama czarnymi tłami i wklepali kilka hashtagów na znak solidarności z protestującymi w USA. Heroizm doprawdy na poziomie Natalii Siwiec, celebrytki znanej ze świecenia dekoltem na Euro, którą jakaś „mamaginekolog” pochwaliła za akt heroizmu, jakim było… pokazanie nieumalowanych paznokci u nóg, na które coś spadło, co by zepsuło makijaż.

„Systemowy rasizm” – prawda czy kreacja medialna?

Na początku należy uczciwie powiedzieć, że zamieszki i walki na amerykańskich ulicach nie są okazją do szufladkowania ludzi podług kategorii rasowych, więc jeśli ktoś patrzy na świat czarno-biało, to nic tu nie znajdzie na poparcie swoich tez. Świat jest bowiem bardziej złożony niż nam się wydaje. Biali i czarnoskórzy są po obu stronach. Bojówkarze Antify i Black Lives Matter, młodzież z biedniejszych dzielnic metropolii takich jak Nowy Jork, Chicago, Atlanta i innych, zwykli przestępcy – są i biali, i czarnoskórzy. Policjanci, żołnierze regularnej armii i Gwardii Narodowej oraz członkowie obywatelskich milicji zbrojnych w broń palną – są i biali, i czarnoskórzy, i Latynosi. Obrywają z obu stron i biali, i czarnoskórzy ludzie. Więc wszelkie, ewentualne teorie o wojnie rasowej w USA można włożyć między bajki.

Trzeba jednak zwrócić uwagę na podnoszony problem „systemowego rasizmu” i spróbować go skonfrontować z faktami. Jak się okazuje, najczęściej eksponowany przykład „systemowego rasizmu” białych wobec czarnoskórych mieszkańców Ameryki, czyli strzelanie do Murzynów przez białych policjantów z powodów rasistowskich, to kreacja medialna. Przykłady? Proszę bardzo: statystyki „The Washington Post” z zeszłego roku pokazują, że amerykańska policja zastrzeliła 19 nieuzbrojonych białych, 9 nieuzbrojonych czarnych oraz 6 nieuzbrojonych Latynosów. Konserwatywny czarnoskóry prawnik i pisarz Larry Elder w programie „The Rubin Report” w 2017 r. wskazał, iż w 2016 r. policja zastrzeliła 965 osób, a w 4% przypadków był to biały policjant strzelający do nieuzbrojonych czarnych. Natomiast w Chicago w 2011 r. zastrzelono 21 ludzi, a dla porównania cztery lata później – 7. W statystykach rocznych, które przytaczał Elder, wykazano, że 70% zabójstw na prawie 500 w ciągu roku w Chicago to były zabójstwa czarnoskórych na czarnoskórych, bez ingerencji policji. Co więcej, ponad 70% tych spraw pozostała nierozwiązana. W 2016 r. na 14 tysięcy zabójstw połowę wykonali Murzyni. Warto zwrócić uwagę na to, że w przeciągu ostatnich 30-40 lat odsetek czarnych podejrzanych zastrzelonych przez policjantów zmalał o 75%, a odsetek białych zabijanych przez policjanta pozostaje stały. Można podać więcej przykładów, ale to tylko pokazuje, że faktów opartych na rzetelnych źródłach, nie rozdmuchanym przekazie medialnym, nie da się podważyć.

Słowo na koniec

W najbliższych dniach nie będzie przygasał, lecz eskalował stan wojny domowej na drugim końcu Oceanu Atlantyckiego. Warto z uwagą śledzić wydarzenia i nie ulegać jednostronnym przekazom medialnym, jakie są nam serwowane codziennie, a wystarczająco ten błąd popełnia masa ludzi solidaryzujących się pod hashtagami #BlackLivesMatter #BlackoutTuesday. Skoro jednak takie formy przekazu mają silny odbiór w mediach społecznościowych, to i ja zakończę w ten sposób swoje wywody.

#MuremZaKościuszką

#ReclaimAmerica

#AllLivesMatter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.