3DROGA.PL

Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Carlos Perona Calvete: Społeczeństwo otwarte i jego demony

społeczeństwo otwarte

Pewnej jesieni wiele lat temu, po tym, jak wraz z przyjaciółmi opuściliśmy sklep na rogu z obfitym zapasem słodyczy, rozwinęła się kłótnia. Jeden z nas począł czynił wyrzuty drugiemu za jego zakup. Wyglądało na to, że on sam nie ma zamiaru pochodzić do drzwi, by zapukano do nich z okrzykiem „Cukierek albo psikus!”

Musisz im coś dać”, upierał się pierwszy, „na wypadek, gdyby diabeł…”

To była dziwna odpowiedź. Napisałem wielokropek tam, gdzie powinna być zwykła kropka. Dołączając się do konwersacji, spytałem o tę dziwną mądrość ludową.

Na wypadek, gdyby diabeł… co?

– …chciał swoją należność – odpowiedział mi rzeczowo, po czym dodał, że niektóre nastolatki z sąsiedztwa były znane z tego, że hasło „cukierek albo psikus” brały dosłownie. Było to czymś w rodzaju racjonalizacji przyznania się do wiary w przesądy.

W eseju o folklorze indyjski filozof i historyk sztuki Ananda Coomaraswamy opisał następujące zjawisko:

Treść folkloru jest metafizyczna… Obserwujemy na przykład, że prosty rzemieślnik pozostawia w swojej pracy coś niedokończonego, a prosta matka nie lubi słuchać niesłusznie chwalonego piękna jej dziecka; jest to „kuszenie Opatrzności” i może prowadzić do katastrofy.

Coomaraswamy, Prymitywna Mentalność

Taki był stosunek mojego przyjaciela do otwarcia drzwi na wypadek, gdyby dzieciaki zbierające cukierki postanowiły przykryć dom jajkami i papierem toaletowym – na wypadek, gdyby diabeł postanowił wziąć to, co mu się należy. Przypominało to rzemieślnika pozastawiającego swoją pracę niedokończoną, czyli otwartą, która sama w sobie nie może stanowić zamkniętego systemu. Dywan musi mieć swoje frędzle. Moglibyśmy nazwać to „apotropaiczną otwartością”. Apotropaiczną, ponieważ ma odstraszać demony. Co jednak zaskakujące, według Coomaraswamy’ego, to właśnie one wydają się być emanacją tej opatrzności, której obawiamy się kusić. Opatrzność, lub Bóg, staje się tutaj jednym z diabłem i musimy zawrzeć z nim układ, złożyć mu ofiarę, daninę, słodycze w zamian za bezpieczeństwo, a przynajmniej za to, że zostaniemy sami. Drzwi do naszego domu są otworem, przez który można przebłagać głodne upiory, ale z tego samego powodu są otworem, przez który te upiory mogą wychylić swe głowy.

Taka pobożność neguje estetyczne piękno otwartości, relacyjności, wspólnoty. Otwartość to technologia pozwalająca na uniknięcie niebezpieczeństwa. Będąc niewygodnie otwarci, pozostajemy niedokończeni. Oddając diabłu to, co mu się należy, unikamy kuszenia losu. Ale dlaczego boimy się pełni, bycia całością? Dlaczego jesteśmy przywiązani do idei, że taka kompletność doprowadziłaby do katastrofy? Po części dlatego, że dokończone rzeczy – spójne, piękne całości – nie mogą pobudzić naszych zdolności rozwiązywania problemów. Zamiast tego inspirują nas do kontemplacji, zapraszając nas, czasem wręcz zadziornie, do rozluźnienia psychicznego napięcia. O ile większość z nas utożsamia się z tym napięciem – z tym stałym, aczkolwiek niewielkim lub nieuświadamianym pobudzeniem psychicznym – to postrzegamy osłabienie takiej aktywności jako rodzaj śmierci.

W polityce przejawia się to w ojkofobii, nienawiści do ojczyzny. Nie chcemy celebrować tego, kim jesteśmy, ani tego, co mamy, ani zbytnio rozkoszować się jego jednolitym pięknem i estetyką. Zamiast tego musimy znaleźć w nich linie uskoków, sprzeczności. Musimy otworzyć diabłu drzwi oikos, choćby po to, by złożyć mu chwilowy hołd. Zaprzeczając sobie w ten sposób, zazdrośnie zaatakujemy tych, którzy wydają się być w stanie funkcjonować w wierze, tych, którzy pozornie obywają się bez naszych wyrzeczeń i poświęceń, a jednak jakoś są w stanie przetrwać. To jest tajemny dyskurs „otwartości”, który obecnie panuje. Otwartość (lub jej analogiczna „spontaniczność”, „bycie naturalnym”, „bycie sobą” itp.) przy całej swojej obietnicy ma być karą.

Możemy zastanowić się, jak często wyzwolenie seksualne i sama seksualność są (antyerotycznie) wykorzystywane jako broń przeciwko starym obyczajom – triumfalne zgorszenie tych, których przedstawia się w najlepszym razie jako zastanych konserwatystów, a w najgorszym jako „foby”, których odkupienie moralne jest niemożliwe. Podobnie imigracja jest często opisywana jako wzbogacająca, ale także jako zadośćuczynienie za dawny kolonializm i zasłużony koniec kulturowej homogeniczności, do której przywiązali się ksenofobowie. Prawica również to robi – w momencie, gdy czyni liberalizm gospodarczy swoim głównym zmartwieniem. Powołuje się na wolny rynek nie tylko jako otwarte pole konkurencji, ale jako arenę walki, która doprowadziłaby do upadku niekompetentnego lewicowego przeciwnika politycznego, który uzyskał stopień naukowy w jakiejś nowo powstałej dziedzinie socjologii. Ma ona nadzieję, że będzie on tak bezużyteczny w praktyce, jak i ideologicznie niesmaczny. Może i tak jest, ale wyobrażanie sobie zemsty niewidzialnej ręki rynku zamienia otwartość i wolność w kare. Kluczem do tego jest praktyczne zastosowanie mimetycznej rywalizacji Rene Girarda na potrzeby inżynierii społecznej (temat, który zasługuje na własną eksplorację).

Spójne tożsamości są dozwolone do wykorzystania przede wszystkim w postaci gestów wymierzonym w osoby o ugruntowanej pozycji, których powaga – czy to wrodzona, czy odziedziczona po pokoleniach przodków lojalnych wobec idei – uczyniła je odrażającymi dla drapieżnego dekonstruktywizmu przemysłu kulturalnego. Wystarczy pomyśleć o niekończącym się łańcuchu „silnych kobiecych charakterów”, których siła i charakter są ściśle ograniczone do przeciwstawiania się „patriarchatowi”. W przeciwnym razie tożsamości są definiowane w kategoriach ich części, a nie całości. Niedawno widziałem bardzo dobry dokument BBC o Afryce, w którym podkreślano, że Asante z Ghany są amalgamatem narodów, że kultura suahili jest nie tyle afrykańska, ile jest połączeniem kultury afrykańskiej z arabską, z dodatkowymi indyjską i arabską. Do tego dochodzą wpływy portugalskie i tak dalej. Nie odmawiałbym takich charakterystyk, ale zdają się one ujawniać postawę uczuloną na rozpatrywanie form kulturowych nie w ich jedności, a nie tylko w ich elementach składowych.

Na jednym poziomie mamy więc do czynienia z nowoczesnym, politycznym wyrazem starego przesądu: strachu przed kuszeniem losu i karą za pychę. Możliwe jest jednak inne odczytanie tego przesądu. Być może tradycyjny rzemieślnik tak naprawdę nie pozostawia swojej pracy lekko niedokończonej, nieco otwartej dla zatuszowania siebie w obawie przed karą. Być może raczej zostawia je otwarte ze względu na piękno. Coś musi sugerować obserwatorowi, że praca rzemieślnika to nie tylko powierzchowny obraz, który obecnie widzi, że może ponad samą siebie i ustąpić temu, co jest poza, że odbiera siebie z poza siebie. Domy mają okna i absurdem byłoby wyobrażać sobie, że idealny dom nie powinien ich mieć.

Podczas gdy Coomaraswamy odróżnia folklor zarówno od dogmatów religijnych, jak i świeckiego rozumienia nauki, nie odcina go od przesądów. Folklor może zaczynać się od nich, ale kończy się na mrugnięciu okiem. Jeśli nie jest to właściwie zrozumiane, pojawia się niewolniczy legalizm, który zakrywa początkowy ogląd. W niektórych częściach Andaluzji jest powiedzenie: „Nie odkładaj na później tego, co możesz zrobić teraz. I w ten sposób osrał spodnie.” Pierwsza część skierowana jest do słuchacza, drugą mówi się do siebie (najczęściej wypowiadają to matki), wyśmiewając potencjalną naiwność słuchacza. Nie jest to sprzeczne z praktyką kontynuowania pracy, ale obala myśl, że może to stanowić jakiś uniwersalny nakaz. Istnieją granice reguł, jeśli mają służyć człowiekowi, ponieważ człowiek nie został stworzony do szabatu (Mk 2,27).

A zatem ten sam wygląd zewnętrzny, te same frędzle na dywanie mogą odpowiadać albo przesądowi, albo zupełnie innej mentalności, z tym wyjątkiem, że w przypadku przesądu będzie on miał tendencję do kompulsywnego trzymania się go i posuwania się zbyt daleko. To samo dotyczy Halloween i Karnawału, a także wydarzeń towarzyszącym odrodzeniu się roku. Zakładanie kostiumów może oznaczać tymczasowe stanie się potworem lub noszenie skór tych potworów, które zabiliśmy. Jeśli odziani w demony zbieracze cukierków nie są zastępcami demonicznych zbieraczy daniny, ich wizyty stają się zamiast tego zrytualizowaną dobroczynnością sąsiedzką od drzwi do drzwi, miłością więzi, a nie straszną transakcją.

Slavoj Zizek poczynił podobny punkt w swoim dialogu z teologiem Johnem Milbankiem, opublikowanym jako Potworność Chrystusa (tutaj powtarza niektóre ze swoich argumentów). Zaczyna od przypomnienia nam słów Chrystusa na krzyżu, mój Boże, mój Boże, dlaczego mnie opuściłeś? (ze względu na argument Zizka możemy zignorować, że jest to odniesienie do Psalmu 22). Następnie, po zmartwychwstaniu, Jezus mówi o „Paraklecie” (tradycyjnie Duchu Świętym), który zostanie wysłany wszędzie tam, gdzie dwoje lub więcej zgromadzi się w miłości w Jego imię. Według Zizka Bóg, który wydawał się porzucić Chrystusa, uczynił to autentycznie i trwale: w rzutach ukrzyżowania Boskość jako transcendentna rzeczywistość została przetestowana i odkryta jako pusta. Odtąd jedyną boskością (mała litera „b”) będzie ludzka zbiorowość obdarzona parakletem (rozumianym jako właściwe współżycie etyczne). Prawdą jest, że nauczanie po zmartwychwstaniu, zgodnie z którym Duch jest obecny tam, gdzie ludzie gromadzą się w miłości, przenosi Boskość, to znaczy zakłóca bałwochwalczą projekcję Boga jako istoty, tak powszechnej w zwapniałej, legalistycznej religijności. Ale to nie jest dokładnie „chrześcijański ateizm”, jak twierdzi Zizek. Bóg nie zostaje zniesiony ze względu na agapeiczną społeczność, która zajmuje Jego miejsce, ale jest w niej bezpośrednio obecny.

To, na co wskazuje Ewangelia, to w rzeczywistości zwrot do prawdziwej metafizyki, w której Bóg nie jest wyobrażany jako wielka, potężna istota pośród mniejszych i słabszych. Bóg, który jest bytem wśród bytów, nie jest dokładnie Bogiem metafizycznym, nie jest bytem bytów. Odkrycie, że formy mogą przede wszystkim harmonijnie łączyć się ze sobą, że istnieją wzorce, że rzeczy w ogóle trwają, że może istnieć coś takiego jak wspólnota miłości: to jest uznanie ukrytej ontologicznej jedności. Alternatywą byłyby sprzeczne indywidualne trajektorie spacyfikowane siłą lub przypadkową przyczyną, czyli tyranią państwa lub wiarą w rzekome bezosobowe siły, takie jak rynek lub dialektyka historyczna.

Boga, który jest jedynie bytem między istotami, innym wielkim, można by poznać tylko wbrew temu harmonijnemu stosunkowi między formami – formami wyrażającymi jedność nie jako harmonię między nimi, ale jako ich jednolitość w odniesieniu do konkretnej, choć bardziej wyrafinowanej formy. Możemy to wyjaśnić w kategoriach eksperymentu myślowego: zamiast rozumieć „kołowość” jako tę, dzięki której różnokolorowe koła są okrągłe, na przykład absurdalnie zaczynamy definiować je jako szczególne koło. Ponieważ każdy kształt musi być narysowany w jakimś konkretnym kolorze, jakikolwiek kolor wybranego przez nas koła zostanie uwzględniony w naszej definicji „kołowości”. Jeśli jest niebieski, to wszystkie koła, aby były naprawdę okrągłe, muszą stać się niebieskie. Niebieskie kółko to bożek (a nie ikona) oznaczający okrągłość. Taka jest sytuacja pewnych odchyleń teologicznych.

Przyjęliśmy „apofatyczne” podejście do kształtu, by tak rzec, nie przypisując mu żadnego konkretnego koloru. Gdy unikniemy błędu polegającego na użyciu przygodnej cechy do zdefiniowania uniwersalnej zasady, każdy z naszych okręgów — niebieski, czerwony, żółty, zielony — może być taki, jednocześnie próbując indywidualnie doskonalić swój kształt i wspólnie tworzyć szersze koło (w Tradycji chrześcijańskiej możemy pomyśleć o znaczeniu Pięćdziesiątnicy i siódmego rozdziału Apokalipsy). „Czysty” nacjonalizm dostrzega to pierwsze bez drugiego. Rozumie, że każde społeczeństwo ludzkie urzeczywistnia uniwersalia, takie jak sprawiedliwość i porządek, ale nie chce pojąć „kształtu”, który odpowiednio powinny tworzyć razem. Nieco niejasno i bez wyraźnej zgodności z tradycją, którą to za sobą pociąga, Gianni Vattimo wyraża nasz punkt widzenia w swoim Post-Chrześcijaństwie:

Śmierć moralnego Boga oznacza niemożność przedkładania prawdy nad przyjaźń, ponieważ znaczenie tej śmierci polega na tym, że nie ma „obiektywnej”, ontologicznej prawdy, którą można by podtrzymywać jako coś innego niż przyjaźń, wola władzy lub subiektywna więź.

Powinniśmy więc być otwarci, ale otwarci na przyjęcie całości i piękna, otwarci na transcendentność, która przejawia się w dziwacznym fakcie harmonii, zaskakującej obecności związku. W ten sposób możemy zamanifestować nasz oikos w całej jego spójności, jego jedności i uniknąć rozwinięcia urazy, która skłoniłaby nas do kompulsywnej dekonstrukcji tożsamości bliźniego. Zamiast wyrażać jedność poprzez jednolitość, to, co nazwaliśmy „apotropaiczną otwartością”, możemy wyrażać jedność poprzez harmonię, „apofatyczną otwartość”. Jest to argument przeciwko homogenizacji i konfliktowi, a także za traktowaniem form, w tym tożsamościowych i politycznych. wspólnoty, jako całość w sobie i w harmonii z innymi. Obrona tożsamości narodowej, różnorodna ekumena, „komunitaryzm” Ewangelii i klasyczna metafizyka to wszystko. Drzwi zostaną otwarte, nie ze strachem po to, by iść na kompromis z wielkim diabelstwem za oknem, ale by radośnie obcować z sąsiadem.

Powyższe sugeruje szerszą dyskusję, która mogłaby sięgać od analizy obecnych warunków, sprawdzając, dlaczego do spójnych form podchodzi się ze skrajnym sceptycyzmem w dyskursie głównego nurtu, a także że są naprawdę dozwolone tylko wtedy, gdy z jednej strony są bronione przeciwko odziedziczonymi instytucjami. Z drugiej strony przyjrzymy się, jak zarysowana tutaj pozytywna koncepcja reprezentuje tradycyjne rozumienie porządku politycznego, które jest bardzo istotne dla naszych czasów.

Źródło: europeanconservative.com

Powyższe tłumaczenie jest własnością portalu 3droga.pl. Kopiowanie go i modyfikowanie bez zgody Redakcji jest zabronione.

Tłumaczenie: Ansger Valencia

Oprawa graficzna: Resistance Arts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.