Portal 3droga.pl

Portal Nacjonalistyczny

Dawid Kaczmarek: „Wypadek” w Bejrucie

Jeśli epoka prymatu mediów społecznościowych, zdołała nas ludzi w ogóle czegokolwiek nauczyć, to tego, że informacja, która jest dramatyczna lub po prostu znacznie mocniej nacechowana emocjonalnie, o wiele szybciej trafia do ludzkiej świadomości i ma większy potencjał do replikacji. Dlatego też myślę, że jeśli na samym początku założymy, że wśród czytelników naszego portalu nie ma ludzi, którzy nie słyszeli o wybuchu w Bejrucie, to nie będzie to twierdzenie dalekie od rzeczywistości.

Z wielu powodów (o których za chwilę) chciałbym poświęcić temu wydarzeniu poniższy artykuł. Będzie to tekst krótki. Raczej maksymalnie publicystyczny i prosty, choć pewnie nie uda się tutaj uniknąć pewnych wstawek analitycznych (choćby ze względu na badawcze zainteresowania autora).

Zacznijmy.

Co się wydarzyło?

O godzinie 23 czasu polskiego, czwartego sierpnia bieżącego roku, stolicą Libanu Bejrutem wstrząsnął potężny wybuch. Zdjęcia, które niemal w czasie rzeczywistym obiegły świat (między innymi na kanałach w aplikacji Telegram, z której korzystał wówczas autor) pokazywały moment wybuchu, jednocześnie wskazując na to, że jego siła mogła być tożsama z wybuchem sporej wielkości bomby. Następny dzień powoli odkrywał kolejne ważne elementy tej historii. W miarę szybko okazało się, że eksplozji uległy zgromadzone w portowym magazynie 2750 t związku o nazwie azotan amonu, który równie dobrze co jako nawóz mineralny, można także wykorzystać w charakterze materiału wybuchowego (co właśnie mogliśmy w tym przypadku zobaczyć na własne oczy). Według początkowych tez: inicjatorem miała być iskra, zaprószona przez nieostrożnych spawaczy.

Skutki? Praktycznie całkowitemu zniszczeniu uległ między innymi port w Bejrucie (największy w Libanie), silos zbożowy, który sąsiadował z miejscem eksplozji (także największy w Libanie). Setki tysięcy ludzi zostało bez dachu nad głową, a do rachunku kraju, który już bez tego borykał się z poważnym kryzysem gospodarczym, zostanie dopisane 15 miliardów dolarów (według wstępnie pojawiających się szacunków).

Historia, o której dzisiaj chciałem wspomnieć w paru słowach, mogłaby równie dobrze nosić tytuł: „Jak w dwóch krokach dobić własny kraj?”

Qui bono?

Cała sprawa (którą można by było nazwać absurdem, gdyby nie była aż tak tragiczna w skutkach) wydaje się być ciągiem nieszczęśliwych wypadków zakończonym katastrofą. Tylko czy na Bliskim Wschodzie kiedykolwiek coś wydarzyło się przypadkiem?

W przeciągu czterech dni w Internecie pojawiła się cała masa hipotez, próbujących wytłumaczyć co tak naprawdę się wydarzyło i kto jest za to wszystko odpowiedzialny (nieszczęśliwy wypadek, nieudolność władz, izraelska rakieta, fizyczny sabotaż Mossadu, prowokacja/wybuch transportu Hezbollahu). Która z nich jest prawdziwa? Gdyby zapytać o zdanie autora: to wybrałby on zdecydowanie strategiczną ostrożność, która każe każdemu analitykowi powstrzymać się od przewidywań bez dostatecznej ilości informacji, a na te znając realia Bliskiego Wschodu, przyjdzie nam jeszcze dłuższą chwilę zaczekać.
Jednak gdyby spróbować pokusić się w tym miejscu o ciut bardziej publicystyczną hipotezę, to podparłbym się słowami irańskiego analityka dr. Mohammeda Marandiego, który powiedział:

„Jeśli to był wypadek – winnym należy uznać poprzedni rząd w Libanie.
Jeśli był to atak z zewnątrz – winnym jest bez dwóch zdań Izrael”

I rzeczywiście, bo choć bez wątpienia Liban jest toczony rakiem korupcji i nieudolności wybieranych na kolejne kadencje polityków, to trudno sobie wyobrazić, by ten wybuch mógł być celowym działaniem, lub wypadkiem przy pracy którychkolwiek z sił wewnętrznych w Libanie; np. Hezbollahu. Taką tezę w jednym z publicystycznych programów mocno starała się lansować Telewizja Polska, która w czasie krótkiej emisji z 10 razy powtórzyła, że feralny statek, który transportował wspomniany materiał wybuchowy, należał do Rosjanina (tak jakby fakt ten miałby mieć kluczowe znaczenie).

Do tych oskarżeń (które co mam nadzieję, są obecne w amerykańskich mediach, których przekaz bezrefleksyjnie małpują polscy „dziennikarze”) odniósł się także sam lider Hezbollahu; Hassan Nasrallah. Oczywiście odrzucił je, wezwał do przeprowadzenia niezależnego śledztwa, pociągnięcia winnych do odpowiedzialności i zachowania narodowej zgody w obliczu kryzysu. Wszystko skwitował słowami:

„Hezbollah jest bardziej na bieżąco z tym, co dzieje się w porcie w Hajfie niż w Bejrucie”

Jest tylko jedna strona konfliktu, która ma wystarczający potencjał do dokonania precyzyjnego uderzenia w Bejrucie: Izrael. Czy autor może sobie wyobrazić sytuację, w której na skutek swoistej „porażki wywiadowczej”, coś, co miało być militarną odpowiedzią na domniemaną infiltrację granicy libańsko-izraelskiej, na zasadzie reakcji łańcuchowej pociągnęło za sobą wybuch zgromadzonego w magazynie materiału?

Odpowiedź brzmi: tak.

Jeśli tak było: wszystkie wrogie nam siły tego świata zrobią wszystko, byśmy nigdy nie dowiedzieli się co tam się tak naprawdę wydarzyło. Prawda nie raz już została pochowana na ołtarzu Pax Americana.

Zachodnia trucizna

Cała ta sytuacja ma jeszcze jeden aspekt, który dotyczy nas w zasadzie bezpośrednio.

Niecałe dwa dni po wybuchu do Bejrutu przyjechał prezydent Francji Emanuel Macron. Był pierwszym zagranicznym prezydentem, który przyjechał do Libanu i jednocześnie pierwszym z „wielkich graczy”, który zupełnie nie ukrywał swoich prawdziwych intencji. Parę cytatów z jego przemówienia transmitowanego przez France24:

„Reformy są potrzebne. Wsparcie międzynarodowe musi iść w parze ze zmianami politycznymi w Libanie”

„Jesteśmy tutaj by pomóc Libanowi w tych ciężkich czasach,  ale nie zamierzamy wystawić czeku bez pokrycia”

Przypomina Wam to coś?

Kolonializm bis- i to w ustach Macrona prezydenta Francji. Tej samej Francji, która nie potrafi sobie poradzić z nielegalnymi imigrantami (vide: ostatnie starcia w Dijon) i zabezpieczyć bytu własnych obywateli (żółte kamizelki). Bezczelność? Możliwe. Podobnie jak prawda; honor, moralność, dobro nie znajduje się w słowniku demoliberalnych polityków. Nie, kiedy gra się toczy o otwarcie granic kolejnego kraju dla wpływów drapieżnego, międzynarodowego kapitału, położenie łapy na złożach ropy naftowej i wyłączenie z gry jednego z ostatnich niezależnych krajów w rejonie.

Jak szybko człowiek może się przekonać o prawdziwych intencjach Zachodu.

Jak patrzę na działania ludzi takich jak Macron; chce mi się rzygać. Po prostu.

Zimni, bez cienia wątpliwości pozostający na pasku korporacji ludzie tacy jak on, sprawiają, że nie chce mieć nic wspólnego z takimi ludźmi, a odczuwam większą bliskość w stosunku do tak odmiennych ode mnie wolnych Libańczyków.

Wstydzę się tego, że ktoś mógłby mnie z nim utożsamić. Mogę tylko zagryźć zęby z bezsilności i mieć nadzieje, że ta bezczelność władcom naszego świata zbuduje szafot, który przypieczętuje ich los. To byłaby prawdziwa, dziejowa sprawiedliwość.

Przykład Libanu potwierdza to, o czym już prawie 50 lat mówili ludzie tworzący legendarną Terza Pozisione: nasza walka zdecydowanie wykracza poza granice naszych krajów i kontynentów.

Co dalej?

W chwili, gdy piszę te słowa w Libanie wybuchły „spontaniczne” protesty. Zgromadzeni ludzie przejęli już budynki paru ministerstw. Czy tendencja się utrzyma? Z pewnością pomogą w tym „emerytowani” wojskowi, którzy pojawili się znikąd i zupełnie przypadkiem parę dni po wizycie Macrona. To, co jest pewne to to, że jakakolwiek zmiana dokonana w Libanie w ten sposób, odbędzie się kosztem libańskiego narodu.

Konsekwencje destabilizacji tego kraju uderzą najpierw w Europę. Jakikolwiek konflikt w Libanie nie oszczędzi także Polski, bo już teraz stacjonują tam nasi żołnierze.

Chcesz mieć z tym coś wspólnego? Bo ja nie.

Pamiętajcie, że Zachód nie niesie za sobą niczego innego prócz śmierci.

Jak i na Bliskim Wschodzie, tak i w Europie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.